Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komputery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komputery. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

88.Bzzzzzzyt” (Jelio Dref Żżerhwoz Dref, Pertre Diks Perwiniowento)

Oryginalne brzmienie i przekaz tytułu nie są łatwe do odzwierciedlenia – chodzi tu o dźwięk wydawany przez strumień prądu przebiegający przez cienkie włókno opakowane w przezroczystą obudowę, innymi słowy: przez żarówkę. Może wprawić w zdumienie, jak nagle i nieodwracalnie ten niepozorny element ziemskiej architektury zawładnął strukturami mieszkalnymi na Oriolie. Celem stworzenia oświetlenia aktywnie dostosowującego swoją jasność, temperaturę i kolor w zależności od pory roku, okoliczności i zwykłych zachcianek właścicieli, uczyniono je inteligentnym. Podłączonym do podręcznych urządzeń komunikacji, światowej sieci informacji, a także, później, do nadsieci – telepatycznego eteru, z którego inteligentne żarówki mogłyby czytać polecenia bezpośrednio z umysłów swoich właścicieli, zanim ci zdążyliby o tym pomyśleć, a następnie przekazując polecenie sąsiednim żarówkom. Jednak tam, gdzie są duże możliwości i wygoda, tam też są zagrożenia...
Początkowo każdemu wydawało się, że ich nie ma. Oczywiście miano świadomość, że przejęcie kontroli nad żarówkami przez kogoś niepowołanego groziłoby nie tylko problemami z jasnością w pomieszczeniach, ale i otwierałoby szerokie możliwości wyciągnięcia różnorodnych, tajnych informacji na temat tych, którzy się z nimi komunikują. Jak jednak doprowadzić do negatywnego zachowania coś, do czego jedyną ścieżką dostępu jest odbiornik, który każdą otrzymaną z zewnątrz instrukcję, czy to od ludzi czy innych żarówek, filtruje zakresami bezpieczeństwa? Należałoby przeprogramować mikromózg urządzenia, ale szklana bańka, niczym ścianka bomby, była czuła na najmniejszy nacisk i nie pozwalała na wprowadzenie najmniejszych zmian.
Droga jednak istniała – wiedziała to pewna grupka wyjątkowo ambitnych hakerów – trzeba było tylko ją znaleźć. Szansa na to pojawia się z nieoczekiwanej strony, gdy trafiają na ekstrawaganckiego hodowcę owadów i eksperymentatora genetycznego. Zauważył on, że brzęczenie hałaśliwych Ziskuzów podejrzanie przypomina buczenie wydawane właśnie przez żarówki, co jego zdaniem sugeruje jakiś rodzaj komunikacji pomiędzy jednymi a drugimi. Owady, za pomocą odpowiednich wibracji, miałyby posiadać umiejętność odczytywania i wprowadzania danych do elektronicznej pamięci, tak jak robią to w przypadku innych owadów. Czy to możliwe? Cyberwłamywacze postanawiają zaryzykować i poświęcić nieco czasu na bliższe zapoznanie się z dziwacznymi stworzeniami. Wreszcie pozwalają opiekunowi Ziskuzów wprowadzić ich w niezwykłą sztukę programowania genetycznego, dzięki któremu mogliby zmienić żywe stworzenia w zdalnie sterowane żarówkowe wytrychy.

Jeśli historie o hakerach kojarzą się wam z przekombinowaną hermetyczną terminologią i wyczynianiem z maszynami magicznych rzeczy – spokojnie, tutaj jest o wiele bardziej obrazowo i przystępnie, pewnie dlatego, że sam Jelio Dref Żżerhwoz Dref się na komputerach kompletnie nie znał. Na genetyce zresztą też nie. Wszystko co potrafił i robił przez całe życie (nie licząc pisania szczególnego rodzaju science ficion) było hodowanie owadów podobnych do ziemskich pszczół i przerabianie ich kolców na igły. Do wynalezienia żarówek brakowało mu współczesnym jeszcze trochę czasu – na razie najnowszą zdobyczą techniki ogniska i krzemienie. Ale za to Jelio Dref był wspaniałym wizjonerem, dzięki czemu dobrze udaje, że wie, o czym pisze. W momentach, których już nie wiedział zbyt wyraźnie i przygody kilkorgu hakerów przypominają już bardziej zaklęcia szamańskie, do akcji wchodzi Pertre Diks. Ten oto nowożytny archeolog podczas jednej z wypraw odkrył gęsto zapisane owadzie skrzydła, pozostawione wieki temu przez Jelia Drefa, i tak zachwycił się zabawną, pomysłową historią, że postanowił „przetłumaczyć” na sposób myślenia ludzi z czasów przyszłości. Pomimo że jemu nie obce były już obce ani genetyka, ani najcwańsze metody łamania zabezpieczeń komputerowych wzorem pierwszego autora nie popisuje się szczegółami technicznymi, jednak uzupełnia zawsze gdy mogą one zaciekawić lub uwiarygodnić to, co się dzieje, pozostawiając niekiedy wręcz bajkową malowniczość podobieństwa między dwoma tak odległymi od siebie dziedzinami nauki.
Celność tego, jak Jelio Dref podchodził do pojęcia żarówki, jak trafnie wyobrażał sobie jej działanie i budowę, to, że mogłaby komunikować się z człowiekiem w tak bardzo nie fizyczny sposób, aż wreszcie i to, że mogłaby być „magicznym” nośnikiem wiedzy i instrumentem do niesienia zniszczenia, oczarowuje, gdy przypomnimy sobie, że mógł mieć zielonego pojęcia o elektryczności. Opisy nauki posługiwania się „cegiełkami życia” chwilami nawet prześcigają to, co dotąd zostało osiągnięte, jednak ani na chwilę nic nie wydaje się ani zbyt proste i pozbawione trudności, ani nieprawdopodobne. Wreszcie nie zawodzi także ciąg dalszy, gdy hakerzy szykują zastęp programowanych owadów do ataku na miejską sieć energetyczną, w którym również Pertre Diks nie pomagał fabularnie. Do ostatniej chwili nie wiadomo, czy włamywacze osiągną swój cel, czy uda im się uciec przed wszechobecnymi stróżami prawa nie mniej bystrymi niż oni. A jeśli – to jak będą chcieli wykorzystać zdobytą władzę? Dla pieniędzy? Siania chaosu i zniszczenia? A może jednak nauczyli się jednak od samotnego i przemądrzałego hodowcy owadów, z którym być może Jelio Dref się utożsamiał, że lepiej jest naprawiać i dawać, czegoś ich nauczyło?
Błyskotliwa, porywająca historia, trafiająca do każdego niezależnie od wiedzy i czasów, w jakich żyje i jak wyobraża sobie prawdziwy hacking.

poniedziałek, 19 października 2015

87.1386940335” (7689498301)

Roboty przydają się ludziom do wielu rzeczy. A do czego mogliby przydać się ludzie robotom? Tytułowy bohater tej historii jeszcze na jej początku powiedziałby, że – nie licząc ożywienia mechanicznego projektu – do niczego. Roboty na planecie Gargra (przez nich zwanej po prostu jako 1) już od dawna doskonale radziły sobie same. Czego sam 1386940335 codziennie był świadkiem, ponieważ pracował w szpitalu – nowoczesnym laboratorium, gdzie starsze i mniej sprawne roboty mogły poprosić o naprawę i dodatkowe funkcje, które na bieżąco rozwijano, ale też popracować nad strukturą swojego charakteru, przeprogramować upodobania lub nawyki. Człowiek, pomimo że sam był twórcą tych urządzeń, nie byłby w stanie wprowadzać podobnych zmian w obwodach, jego precyzja i zwinność były za małe, wiedza ograniczona. Szybko zaczął wyręczać się mechaniką, nie zauważając, jak jej uniwersalność powoli spycha go na margines społeczny. Nie minęło wiele czasu, jak miasta przystosowały się stopniowo do nowych obywateli, zmienił się transport, ekonomia i prawo. 1386940335 należał już do tego pokolenia, które nigdy nie miało styczności z istotą organiczną, wątpił też, że kiedykolwiek mu się to przydarzy.
A jednak – pewnego dnia w szpitalu zaczęli się pojawiać pacjenci z dziwną, nie spotykaną dotąd, dziwną dysfunkcyjnością. Dziwną, bo nie można było dojść, skąd się brała. Wyglądało to jakby cały układ impulsowy został nie uszkodzony, a porażony jakimś nieznanym zjawiskiem od wewnątrz, co powodowało zaburzenia w całym systemie przekazowym od chaotycznych drgawek po nieciągłość mówienia i myślenia. Co gorsza, jak szybko się okazało, nie były to odosobnione przypadki, bo robotów potrzebujących pomocy było coraz więcej. Było to coś zupełnie nowego – dotąd mechaniczny system uważany był za niezawodny za wyjątkiem przypadkowych urazów z zewnątrz, gdy wystarczyło jedynie zastąpić niedziałającą część lub nastroić do stanu początkowego. To mechaniczni lekarze umieli najlepiej, tego nauczyli się od ludzi i teraz zdali sobie sprawę, że pomimo czynionych od lat postępów w badaniach nad samymi sobą, nie wyszli poza zastępowanie starego nowym, uzupełnianie i manipulowanie ustawieniami w tym, co zawsze było. Ale co jeśli to nie wystarczy, jeśli testy każdego elementu z osobna nie sugerują nawet najmniejszego błędu, a słabość zdaje się tkwić w samej istocie systemu? Statyczne umysły elektroniczne okazały się bezradne wobec rozpędzającej się epidemii, dopóki ktoś wreszcie nie odważył się przyznać, że konieczne będzie odnalezienie ludzkiego programisty. Tylko czy opuszczonej przez cywilizację dziczy, w ostatnim miejscu, w którym oddychanie nie jest zakazane, uda się znaleźć kogokolwiek, kto wie coś o komputerach? A jeśli tak, czy będzie chciał pomóc?

Źle jest odcinać się od własnych korzeni i wmawiać sobie, że możemy poradzić sobie bez nich, ale jeszcze trudniej potem do nich wrócić i połączyć na nowo dwie drogi, z których każda rozwinęła się w inną stronę. 1386940335 wyobrażał to sobie o wiele za prosto. Oczekiwał gromadki pogrążonych w marazmie i stagnacji, choć sprawnych intelektualnie, pustelników, marzących o szansie na powrót do cywilizacji, którą on, istota wyższa i doskonalsza, będzie mógł ich uszczęśliwić. Tymczasem zastał samodzielny, całkiem uniezależniony od cywilizacji dziki-naukowy mikroświat, w którym ludzie, choć już nie pamiętają czasów sprzed podziału, starają się pomimo ograniczonej przestrzeni żyć po swojemu, z pracy na roli i handlu, wznosząc skomplikowane budowle i produkując energię z piasku. Roboty, choć nie są obiektem nienawiści, wzbudzają raczej niechęć i jeśli już trafią się jakieś z zewnątrz, są przymusowo przystosowywane do usługiwania człowiekowi i ciężkich prac fizycznych, z dala od tych wymagających inteligencji. Co zresztą bardzo pomaga 1386940335 szybko znaleźć kogoś znającego się na urządzeniach, choć zdecydowanie nie w okolicznościach, jakie by mu się podobały. Nie da się ukryć, że jako wyjątkowo uzdolniony przedstawiciel swojego „gatunku”, musiał ściągnąć na siebie kłopoty. A to dopiero ich początek, kiedy wychodzą na jaw dalsze informacje o tajemniczej chorobie i niektórych z naukowców.
Wydaje się, że w ludzkim mieście nie ma niczego wyjątkowego, ale tętniące życiem, głośne, pełne zamętu skupisko to dla uporządkowanej, spokojnej sztucznej inteligencji o wiele za dużo. Ludzie zarazem zachwycają i przerażają 1386940335 swoją nieprzewidywalnością, impulsywnością, bezmyślnością, a jednocześnie tym, jak często tego rodzaju reakcja okazuje się najskuteczniejsza. Co prawda losy powolnego, wiecznie zamyślonego mechanicznego introwertyka takiego jak byłyby tutaj szybko przesądzone, zanim zdążyłby on to wszystko zaobserwować, na szczęście znalazł się pewien ciekawski informatyk, który, pomimo własnych niejasnych „planów”, dostrzegł w nim potencjał na coś więcej niż pożyteczny automat. Dzięki temu udaje się jemu i nam poznać trochę ten dziwny, sprzeczny wewnętrznie świat współpracy z nieskażoną naturą, w którego nieskończonych podziemiach wciąż rozwijają się obce większości śmiertelników niewiarygodne technologie, a mroczne plany zemsty czekają na realizację. Nie wystarczy jednak tylko się przyglądać – żeby coś zdziałać, sprzeciwić się, a do tego znaleźć pomoc, trzeba wejść w ten świat głębiej, a im głębiej wchodzi w ludzki świat 1386940335, tym wyraźniej widzi, że za jego paskudne wypaczenie odpowiedzialni są nie naukowcy, ale właśnie... tacy jak on.
Mroczna, przejmująca wizja przyszłości, w której nie wiadomo, kogo obwiniać, komu kibicować, bo jedyne działanie, które można podjąć, to tylko obrona przed przyszłym albo minionym złem.

poniedziałek, 14 września 2015

82.Rozwiązanie” (Deginean Lips 180)

Bywa, że rozwiązania nie ma. Jednak niestety samo to, że ono istnieje, a nawet, że wie się, co należy zrobić, żeby do niego dojść, nie musi oznaczać, że jest ono łatwe do osiągnięcia. Eohianie przez większość swojej nowożytnej historii zmagali się z problemem wynalezienia sztucznej inteligencji, na które to badania w pewnym momencie rządy bardziej ambitnych krajów zaczęły przeznaczać więcej funduszy niż na którekolwiek inne wynalazki razem wzięte. Wiara w potęgę samodzielnej istoty o nieskończenie inteligentnym umyśle była tak zadziwiająca. Myślące automaty miały zapewnić sukces na wojnie, w ekonomii, być genialnymi psychologami, doradcami i opiekunami. Jednocześnie o osiągnięciu tego celu marzyli nie tylko najwyżej postawieni, ale także zwykli obywatele, którzy obserwowali rozwój wydarzeń z ciekawością i, nawet jeśli nie do końca rozumieli ich doniosłość, przekonaniem, że sukces naukowców odmieni ich życie. Jednak dopóki na scenie eohiańskiej bioinformatyki nie pojawił się Sil Siwreig 39, nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielkiego zadania się podjęto. Jako pierwszy był w stanie rozpisać neuronową zdolność samoświadomości na liczby i ilość jednostek obliczeniowych, a każdy rodzaj doświadczenia na moc elektryczną, co nareszcie dawało realną wizję tego, co należało skonstruować. System mający pomieścić imitację życia miał zająć nie jeden potężny komputer, nie układ komputerów, ale układ setek układów o powierzchni przekraczającej powierzchnię całej planety. Było to nie do uwierzenia, jednak ilość dokumentacji, analiz i złożoność równań potwierdzała, że Sil pracował nad równaniami niemal całe swoje życie i teraz jest całkowicie pewien swoich wniosków, a przy tym wydawało się, że zależy mu na tchnięciu życia w maszynę bardziej niż komukolwiek innemu. Wyglądało na to, że jedyną szansą na spełnienie marzenia Eohian jest podporządkowanie mu całego świata, zmiana wszystkiego, co znają i całego ich życia.
Zdecydowano się podjąć to wyzwanie – rządy ośmiu krajów połączyły swoje siły i odtąd miasta, lasy i pola zaczęła zarastać sieć przewodników łączących jeden ginący w chmurach słup serwerów z kolejnym, sięgając wyżej niż jakikolwiek drzewostan. Układy procesorowe pokrywały całe wtopione w ziemię strefy mieszkalne, zwieszały się grubymi pękami nad wąskimi ścieżkami, przysłaniając światło w dzień i błyskając lampkami w nocy. Ciekawość i upór była jednak większa niż zmęczenie i lęk przed niepowodzeniem, i wszyscy zgodnie pracowali, żeby zmienić planetę w jedną wielką świadomą istotę, która miała być pierwszą z całej serii myślących maszyn – w końcu wszyscy pragnęli tego samego. Wszyscy... za wyjątkiem samego Sila, który ukierunkował obliczenia na swój własny cel, zamierzając nadać otrzymanej świadomości pewną bardzo konkretną formę...

Fajne jest tutaj to, że nasze podejście do Sila cały czas się zmienia – najpierw widzimy go jako budzącego podziw altruistę, potem, kiedy ujawnia się, że ma on „własny plan” zaczynamy postrzegać jako czarny charakter, wreszcie, poznając prawdę, gubimy się całkowicie. W pewnym momencie, nie wiedząc o nim jeszcze nic, wydaje się, że wiemy o nim wszystko. Patrzymy z niepokojem, gdy naukowiec okazuje niechęć w tłumaczeniu zasad działania swojego projektu, ogarnia nas groza przy jego samotnych wypadach do głębokich podmiejskich piwnic, o których nikt nie ma pojęcia. Wydaje się, że Sil ukrywa się zarówno przed innymi Eohianami, jak i przed czytelnikiem. Z czasem da się zauważyć, że jest to nie tyle lęk przed odkryciem tego, co planuje, tylko wstyd przed tym, co już się wydarzyło, przed przeszłością, która będzie się za nim ciągnęła i o której nie będzie mógł zapomnieć, dopóki jej nie naprawi. Tak naprawdę obudzenie świadomości w komputerze, które dla innych ma być początkiem, dla niego będzie zakończeniem – początek był bardzo dawno temu. Sil naprawdę poświęcił większość życia badaniom sztucznej inteligencji, ale początkowo była to w większości inteligencja prawdziwa, żywa, której potencjał cyfryzacyjny analizował. Wtedy jednak nie zajmował się tym sam – we wszystkim pomagała mu Jigge 207, dziewczyna równie błyskotliwa i jeszcze bardziej marząca o sławie niż on. I, jak dzisiaj uważał, niestety, niezwykle ufna wobec niego i jego talentu. Tamto doświadczenie robili właśnie w tych piwnicach, banalne doświadczenie, które dopiero miało otworzyć drogę do kolejnych, doświadczenie, które powinien przeprowadzić na czymś innym, ale Jigge była przekonana, że zadziała. Odczyt, cyfryzacja i ponowne wgranie... I zarazem stało się ostatnim, które pamiętała, a raczej jego początek, bo jej świadomość nie wróciła już do niej z powrotem w formie zdolnej do funkcjonowania. Potem były lata samotnych, rozpaczliwych eksperymentów już z jej nieświadomym udziałem, które miały naprawić to, co tamten jeden zepsuł – bez skutku. Ostatecznie Sil doszedł do wniosku, że jedyną możliwością ożywienia dziewczyny będzie wgrać jej umysł całkiem na nowo, z czegoś co sam stworzy od początku z tego, co niegdyś podczas nieudanego doświadczenia zapisało się w jego komputerze. Czy raczej – co stworzą według jego instrukcji inni ludzie, bo jak sam zrozumiał, naturalna inteligencja to nie jest coś, co można odtworzyć i zapisać na jednej maszynie liczącej. Ale czy tym razem się uda? Z czasem, kiedy system zaczyna funkcjonować, dochodzi do pierwszej rozmowy – ale czy naprawdę elektroniczny twór może być tym samym, co prawdziwa, żyjąca osobowość? I czym stanie się to, co pozostanie w mechanicznym mózgu, kiedy Jigge zostanie już odłączona? Wszystkiego będzie można się dowiedzieć, jeśli tylko ktoś nie zinterpretuje coraz bardziej obsesyjnej zawziętości Sila jako zagrożenia, co, jak widać po czytelnikach, nie jest wcale takie trudne...
Komputery naśladujące człowieczeństwo, miłość, do której mogą prowadzić tylko liczby i wszechobecny niepokój, czym to wszystko się skończy. Smutne i zaskakujące.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.Kod” (Eene Onmnes Uksi Joikka)

Strefa, nazwana przez odwiedzających ją dwunastą, była pusta, wyczyszczona ze wszystkiego prócz kamieni, przepełniona jedynie echem, dudniącym gdzieś ponad nią. Ahsawianie, uważający samych siebie za kogoś w rodzaju archeologów obcych planet, a w rzeczywistości raczej grupka plądrowników, bogacących się dzięki pozostałościom po wymarłych cywilizacjach, nie znosili tego miejsca. Z technicznego punktu widzenia było lepsze od wielu z tych, które widzieli, bezpieczne, pozbawione dżungli czy drapieżników, a jednak... Co ważniejsze było również pełne skrytek, niezbadanych bunkrów, sejfów poukładanych w opustoszałych budowlach mieszkalnych, a w nich: przedmiotów, o których marzyli bogaci kosmiczni kolekcjonerzy. Niekiedy zamki były podniszczone, możliwe do wyważenia, częściej ukryte za banalnym hasłem, a zdarzały się też takie przypadki, którym czwórka podróżników musiała poświęcić wielokrotnie więcej czasu. Tak właśnie było tym razem – kod nie był nigdzie zapisany, a jedyna, opisowa wskazówka, jaka zdawała się czekać specjalnie na tę okazję, odwoływała się do... gry, w której jedna z odpowiedzi miała być jednocześnie hasłem do zamku. Gry tradycyjnej, „zewnętrznej”, animowanej, przypominającej ziemskie gry komputerowe, w których wirtualnym świecie gracz nie wędruje osobiście, a za pośrednictwem reprezentującej go postaci. Z których formułą rozwinięta kultura Ahsawian nie miała styczności od kilku setek lat i z którą czwórka bohaterów również nie miała teraz ochoty mieć.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.

Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

79.Coś tam się stało” (Moih Ge)

Południowa część planety Elzen zawsze była dziwna. Odcięta politycznie i handlowo, milcząca, pozbawiona głośniejszych wydarzeń, konfliktów czy wyróżniających się twarzy. To by jednak nikomu nie przeszkadzało w nadzwyczaj rozwiniętej technologicznie i wspaniale prosperującej grupce krajów, gdyby ci, którzy jechali je odwiedzić, zawsze wracali. Nie zawsze jednak tak było – począwszy od dociekliwych agentów, z pomocą których korporacje próbowały wykraść sekrety tajemniczych państw, przez bardziej ciekawskich turystów, po tych, którzy po prostu próbowali odszukać swoich bliskich, którzy wyjechali wcześniej, wszyscy z mało przekonujących względów decydowali się pozostać w obcym miejscu na stałe. Nie to, że urywał się kontakt – łącza bez przewodowe ani na chwilę nie przestawały pracować ani po owej decyzji, ani przed nią, nie było żadnych porwań, żadnych wymuszeń.
Taber Ta, pasjonat badań procesów myślowych i inspirowanych nimi wynalazków, doskonale wiedział o tych problemach. I na pewno nie zbliżałby się do granicy, gdyby nie opracowane przez niego właśnie urządzenie i uzyskane przez niego wyniki. Działanie, polegające na wyodrębnianiu obszarów, w których skupia się aktywność inteligencji ludzkiej, sprawdzało się wspaniale, ukazując przepływ fal energetycznych, a skany szerszej przestrzeni uzyskane z poziomu satelity zachwyciły Tabera. Dopóki nie dostrzegł obrazu z dolnej półkuli, złożonego nie jak poprzednio z punktów, ale z całych plam, które rozciągały się kilometrowymi pasmami. Co to mogło oznaczać? Taber początkowo stawiał na błędy, spowodowane przez fale gamma, których ogromne ilości produkują elzańskie komputery. Sprawa nie wydawała się jednak być taka prosta, tak więc ostatecznie za namową i w towarzystwie przyjaciela Omiga Se, od dawna zaintrygowanego, co się w tamtej strefie może dziać, postanowił opuścić bezpieczne laboratorium i polecieć do Pelienu.
Początkowo jedyny dowód faktu, że coś jest nie tak, stanowi sam obraz z urządzenia, które pomimo ciągłego zwiększania dokładności, wciąż pokazywało to samo – inteligencję rozmytą między ludzi, ziemię i przedmioty. Oraz zachowanie mieszkańców, którzy niezmiennie sprawiali wrażenie sennych i nieobecnych... Mimo to gościnnych – z radością oprowadzają dwójkę badaczy po kopalniach, rozległych pracowniach komputerowych, w których „mogą myśleć” i hodowlach białej, kalafiorowatej rośliny, która nie rośnie nigdzie poza tymi paroma krajami... Wystarczy jednak, że Omig sam spróbuje dołączyć do informatyków piszących na klawiaturach, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli, powrót już nie był prosty, a opis rzeczywistości, który dał Taberowi jego wynalazek, stał się przerażająco oczywisty...

Literatura Elzen zgodnie klasyfikuje Coś tam się stało jako horror, jednak czy ta książka naprawdę straszy? Teoretycznie tylko zaciekawia – najpierw zachowaniem mieszkańców południowych rejonów, potem tym, co je powoduje, a wreszcie tym, jak się w nim połapać, żeby do nich nie dołączyć i dopiero te dwie ostatnie rzeczy zaczynają być niemiłe, pomimo że... działają na takiej samej zasadzie, co ta pierwsza i pewnie trudno byłoby wydzielić, kiedy prawdziwe obawy się zaczynają. Okazjonalne przykłady tego pierwszego natomiast autor podrzuca nam, zanim jeszcze do akcji dołącza Taber – odbierane z sieci półprzytomne i dziwnie lękliwe tłumaczenia na temat kamieni, komputerów i śniegu trochę śmieszą, trochę zastanawiają, ale nie budzą grozy. Czego innego doświadcza już Taber, który jest świadkiem tego, jak większość tego, co mieszkańcy mówią, nie jest obmyślane w ich ciałach, a gdzieś pod ich stopami. I który im więcej spędza czasu w ich towarzystwie, tym szerszy sens zaczyna wyłapywać z abstrakcyjnych napomknięć o niezbłędnych kalafiorowych roślinach, dokładaniu budulca do kopalni i udoskonalaniu wody. Oraz oczywiście komputerowych maszynach liczących, które znajdują się po zupełnie innej stronie klawiatury niż nam się wydaje.
Najlepsze w tej układance jest to, że nie wiadomo, czy w ogóle można coś z niej ułożyć. Bo, owszem, mieszkańcy nam coś mówią, zwłaszcza Omig, którego główny bohater wciąż ciągnie ze sobą, ale czy to aby na pewno oni sami starają się dać nam podpowiedź, prosząc o pomoc i walcząc ze swoim umysłem, czy mamy do czynienia od początku do końca z bezwzględną sztuczną inteligencją, która chce sobie powiększyć procesor o mózg Tabera? Zainteresowanie czytelnika główny bohater przyciąga mniej – na pierwszym planie jest zderzenie skonfundowanej psychiki bezradnych, nierozumiejących, co się z nimi dzieje, ludzi, z cyfrową mechaniką, która nimi zawładnęła. Niezapomniana jest scena w przerośniętej bibliotece, gdzie Peliency są w stanie mówić niemal wyłącznie za pomocą liczb, a jeden z nich, wywołany kilkakrotnie przez zdesperowanego Tabera, wymawia z bólem powoli każdą z cyfr z osobna, z rozpaczą na twarzy, która zdawała się opisywać całkiem inną treść. Ciarki wywołuje zresztą już sam opis tego, jak pracownicy poruszają palcami na klawiaturze, patrząc przed siebie, albo to z jakim lękiem stoją nieruchomo, kiedy nie są do niczego potrzebni, a wreszcie zbiory dokumentacji technicznych, które okazują się być zbiorami na równi papieru i ludzi. Czy to wszystko może być żartem komputera, który niejednokrotnie tu pokazywał, jak łatwo idzie mu nauka sposobu odczuwania istot żywych i jak dobrze potrafi na grać na emocjach bohatera (i czytelnika)? Finał wskazuje, że tak, ale i że zawsze istnieje też ta jedna ukryta szansa, szczegół, który można wykorzystać – lub nie. Trzeba jednak wreszcie odgadnąć, co jest oszustwem, co nie jest, i jakie to wszystko może mieć znaczenie.
Polecam zarówno tym, co lubią się bać, jak i tym, którzy lubią się zastanawiać. W jednym i drugim przypadku chodzi o nieznane.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

76.Wszędziość” (Lamior Wapstr Iopriostwi)

Sytuacja, gdy ktoś – w tym przypadku niejaki Luwrwis Datego – grzebie po cudzych kieszeniach w tłumie przechodniów, nie może skończyć się dobrze na żadnej planecie. Niekoniecznie dlatego, że zostanie przyłapany, ale czasem dlatego, że znajdzie za dużo – modem elektromagnetyczny, który ukradł, był w świecie Luwrwisa potężnym, pełnym zastosowań urządzeniem, połączonym telekomunikacyjnie z podniebnymi rzekami energetycznymi otaczającymi planetę o nazwie Weraz. Owe rzeki, szerokie na setki metrów strumienie nieizolowanego niczym prądu elektrycznego, były wytworem atmosferycznym pola magnetycznego, a dopiero z czasem zaczęły okazywać się przydatne do zasilania urządzeń, przesyłania informacji, przechowywania danych, tłumaczenia języków, aż wreszcie – po opracowaniu sposobu konwersji ludzkich komórek na kod – teleportacji. Problem w tym, że to, co znał Luwrwis, było pokaźnych rozmiarów maszynami, z tego każda wykwalifikowana do konkretnego zadania, tymczasem tutaj wszystko mieściło się w kwadracie o boku długości kilku centymetrów. Jak to możliwe? W dodatku jedną z funkcji, z których jeszcze do końca nie rozumiał, był hologram, zgodnie z jego wiedzą dopiero testowany przez naukowców. W kilka minut po kradzieży centrum miasta zostało zdemolowane przez dziwacznego robota, którego nikt wcześniej nie widział, i tylko Luwrwis miał świadomość, że to poprzedni właściciel modemu został ujawniony.
Od tej pory w jego interesie było samemu nie ujawnić się przed owym właścicielem, który na pewno niezwykłe urządzenie będzie chciał odzyskać. Przy okazji, próbując się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, Luwrwis odkrywa, że mechanicznych tworów jest więcej i mają one dość ambitne plany względem świata istot organicznych, dowiaduje się, że nie dla wszystkich ludzi ich obecność była niespodzianką, a niektórzy widzą spory użytek w tym, jak sterowaniu obywatele „układają” świat pozostałym, tak więc też będą próbowali biednego złodzieja dorwać. Wreszcie, nie mając innego wyboru i szans dowiedzenia się, kto tak naprawdę jest po jego stronie, uczy się obsługiwać modem i znikać tak we własnych hologramach i teleportować, jak i rozmywać w energetycznych rzekach. Nie wie jednak, że nie zawsze można wszystko odwrócić i zwłaszcza to ostatnie działanie nie obejdzie się bez wpływu na jego świadomość.

Wygląda na to, że pierwszy raz mam okazję zaprezentować Wam książkę z planety, w której wszystkie, kiedykolwiek i gdziekolwiek napisane utwory fabularne kręcą się wokół jednego tematu. Mieliśmy już pasjonujące naukowców szczeliny w czasie i legendarnomistyczne pociangi, które zaprzątały umysły i dawały natchnienie nadspodziewanie licznym rzeszom twórców, jednak to nic w porównaniu z Werazem, na którym naprawdę nie powstało nic, czy to kryminał, czy romans* czy nawet science fiction, w czym gigantyczne linie energetyczne nie byłyby na co najmniej drugim planie. Porównawczo to trochę tak, jakby wszyscy Ziemianie pisali tylko i wyłącznie o chmurach, bo przecież pomimo że elektryczne wielopiętrowe zjawisko zajmuje całkiem sporą część nieba, to przecież Werazianie (jak zresztą większość narodów) mogą pochwalić się czarującą historią ich cywilizacji, geografią, nauką, relacjami społecznymi i milionem innych innych spraw, o której możnaby napisać coś dobrego, nie wplatając w to motywu prądu, który jedynie we Wszędziości jest fundamentem większości odkryć i sposobów komunikacji. Po bliższym kontakcie z tą rasą nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że to nie nadzwyczajna osobliwość tego zjawiska tak przyciąga do siebie artystów (nie tylko pisarskich zresztą), a raczej jego dominujący wpływ na wszystko, co na tej planecie żyje i myśli. Podobno nawet wielu z tych, którzy powyższe zdanie potwierdzają, po zbyt długim pobycie na Werazie sami mają przemożną ochotę napisania o nim czegokolwiek. Z tego punktu widzenia naprawdę może może budzić niepokój sytuacja, gdy pewne zjawisko atmosferyczne zdaje się manipulować umysłami otaczanych przez nie istot, których układ nerwowy jak nie patrzeć opiera się na impulsach elektrycznych.
Lamior Wapstr wydaje się odczuwać podobne obawy. Historia Luwrwisa Datega, w celu napisania której autor specjalnie odizolował się od planety na parę ziemskich miesięcy na jej najdalszym księżycu, zdaje się być odbiciem jego poglądów na to, jak elektromagnetyczna aura dyskretnie zmienia ludzki sposób widzenia świata, jak manipuluje nimi bez ich świadomości zarówno w sprawach wielkich, jak i w szczegółach, nad którymi się nawet nie zastanawiają, współtworząc na równi z Werazianami politykę i sztukę. Da się to zauważyć zarówno w aferze spiskowej, która zaciska się wokół głównego bohatera od pierwszych stron, po to, co dzieje się od pewnego momentu z jego umysłem, gdy magiczny modem teleportuje go tunelami energetycznymi. O ile na początku sytuacją bez drogi ucieczki wydaje się to pierwsze i kolejni agencji czyhający na jego życie, o tyle szybko o wiele bardziej przygniatające staje się to, co niszczy świadomość Luwrwisa od środka wraz z każdą kolejną wycieczką przez rzeki informacji i innych przesyłanych świadomości. Tym bardziej, że on sam tego nie zauważa. Kolejne rozmycia jego umysłu są łagodne, niezauważalne, tak że pod koniec tylko my widzimy, że ta wiedza całego weraziańskiego „internetu”, świadomość całej wszechosobowości i wszędziości, a jednocześnie nieobecność, ślepota i zagubienie nie powinno się nigdy pojawić naraz w niczyjej głowie.
Nie wiadomo, czy naprawdę Lamior Wapstr miał na myśli napisać książkę ostrzeżenie – w końcu wkrótce wrócił na swoją planetę i stał się tym, kim był wcześniej... Mieszkańcy innych światów jednak, nawet nie wiedząc o tym, co mogło go zainspirować, zawsze odnajdują tu ten obezwładniający nieokreślony dotyk wszechobecnej kontroli.


_______________
*Tak po prawdzie, to weraziańskie romanse przypominają raczej coś w rodzaju książek do biologii, z naciskiem na element genetyczny. I rzecz jasna z podkreśleniem niebagatelnego wpływu podniebnych rzek energetycznych.

poniedziałek, 27 lipca 2015

75.Słowo smoka” (autor nieznany)

Twoo Promef Roo odkrywa w głębi jaskiń stworzenie, które my z pewnością nazwalibyśmy smokiem. Dwie pary skrzydeł, łuski i wielkie błoniaste uszy wzbudziły w mężczyźnie lęk i zdziwienie, ale potworek zdawał się być jeszcze mały i nieporadny, jakby niewiele minęło od jego przyjścia na świat. Skąd się wzięło? Nie wiadomo, jednak po ogłoszeniu znaleziska natychmiast stało się dla wszystkich jasne, dlaczego się pojawiło. Prorocy i liczbowi wróżbici natychmiast znaleźli jego miejsce w przepowiedniach i legendach, obiecujących odrodzenie krainy. Gawskoogo od wielu lat już dręczyły głód i bieda, a obce wojska coraz częściej pustoszyły okolice, jednak zagubieni oligarchowie pomimo starań nie potrafili zatrzymać postępującej katastrofy. Mieszkańcy ze smutkiem wspominali odległe czasy, gdy ich kraj słynęła z zielonych pól, dostatku oraz mądrości, dzięki której panował tu spokój i szczęście. Teraz wszystko to znów miało powrócić - za sprawą magicznego stworzenia, które obroni swoich opiekunów przed złem i na nowo nauczy rządzić państwem.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...

Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

60.Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)

Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.

Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.

poniedziałek, 16 marca 2015

56.A-fe Cafe*” (Dondżo Orino)

Czy mogą mieć coś wspólnego ze sobą nierealny wyścig dusz, ludzkie marzenia o zostaniu cyborgiem, odłamki komputerów porozrzucane w ciemnym lesie i najobrzydliwsza kawa świata? Tak, jeśli za sterami siedzi Dondżo Orino.

W świecie którym każdą część swojego ciała, włącznie z mózgiem, sercem i oczami, możesz zamienić na jej nieśmiertelny odpowiednik elektroniczny, podział na żywych i martwych przestaje być taki jednoznaczny. Niełatwo jest więc określić, czym są niematerialne byty, wędrujące po przypominającym rzekę niebie i ponad wszystko skoncentrowane na pogoni za tajemniczym celem, być może tak samo efemerycznym jak one same. Wydają się myśleć, wiedzieć, czego dlaczego to robią i czym jest ów punkt, jednak tak naprawdę tylko do czasu, gdy wróci im pamięć co do tego, jak się to robi naprawdę - oraz wielu innych rzeczy. Wszystko za sprawą tytułowej kawiarni, do której z powodu pływowego zbiegu okoliczności dwa z nich dosłownie wpadają. Nie są zachwycone zdarzeniem i za wszelką cenę próbują się wydostać z przyziemnego świata pełnego ludzi, by kontynuować swój nierealny wyścig. Tylko początkowo jednak, bo obserwacja żywych szybko okazuje się o wiele ciekawsza, niż to, co pochłaniało ich dotychczas - zaskakuje ludzkim niezdecydowaniem, strachem, oczekiwaniami, z których lwia większość kręci się wokół kontrowersyjnej korporacji bioelektronicznej o nazwie Atlanwo, zajmującej się "ulepszaniem" istot żywych, która sukcesywnie zagarnia rynek. Absorbujące są nie tylko te obserwacje, ale przede wszystkim coraz dziwniejsze wspomnienia na temat ich własnego życia przed wyścigiem, które one przywołują, a które zdają się sugerować, że dwoje obserwatorów miało już z Atlanwo do czynienia. Zanim jeszcze sytuacja na dobre się rozjaśnia, dusze spotykają w restauracji... swoje dawne ciała. materialne, już półrobotyczne twory, choć pozbawione już dusz, o których wiedzą tylko one same, wydają się być idealnym narzędziem, by pomóc właścicielowi A-fe Cafe. Lunu Loż Fi, bo tak się on nazywa, zajmuje się mianowicie nie tylko kawą, której okropny smak ma przypominać zrobotyzowanym klientom niedostępne dziś dla nich pozbawione przyjemności elementy dawnego życia, ale także prowadzi jednoosobową batalię z Atlanwo, o której dotąd nie wiedział nikt prócz niego. Pierwszą wskazówką może być wyludniony las zaśmiecony elektroniką, która niegdyś pełniła rolę mechanicznych zastępników. Zapisane w nich wspomnienia i wiedza wciąż są dostępne dla pomagających Lunu dusz, dzięki czemu wyjdzie na jaw prawda o totalitarnych planach Atlanwo i tym, co firma jest w stanie zrobić, żeby wprowadzić je w życie.

Nie da się ukryć, że tak niespotykaną mozaikę wydarzeń, porównywalną tylko z Pleśnią i trocinami, ciężko jest ogarnąć, a na pewno nie uprości sprawy fakt, że wszystko opowiadane jest z perspektywy dwóch oderwanych od rzeczywistości dusz, początkowo w ogóle nie przejmujących się ziemskim otoczeniem i oceniającym je przez pryzmat podniebnej logiki, jeśli w ogóle. Lunu Fi nie doświadcza wprost ich obecności (poza zaskakującym zachowaniem dwojga gości, którzy, jak dotąd sądził, nie darzą go sympatią), mamy tu więc coś w rodzaju narratora trzecioosobowego. Do tego wszystko wiedzącego, bo choć ezoteryczni przybysze nie są w stanie niczego dotknąć, to mogą swobodnie czytać myśli ludzi w pobliżu, a także w pewnych granicach wpływać na to, co myślą - na czym zresztą opiera się sztuczka z manipulowaniem ich ziemskich odpowiedników. Brzmi groźnie? Niesłusznie, Orino dobrze wie, co robi. Każdy szczegół tego, w jaki sposób "ustawił" narrację, wykorzystuje do tego, żeby nas oczarować albo zaintrygować, nie skonfundować. Telepatyczne zdolności zagubionych duszyczek nie są tylko praktycznym sposobem na posuwanie akcji do przodu - choć sprawdzają się w tej roli rewelacyjnie, choćby w samym finale, gdy podczas rozmowy z szefem Atlanwo Lunu (który już wiedział, jak niezwykłych sprzymierzeńców się dorobił) wykorzystał tę ich zdolność przeciwko niemu. Częściej zestawianie podświadomej niejasności z realną dosłownością skutkuje nieuzyskiwaną nigdy takimi środkami abstrakcyjną komicznością. Niezapomniane są na przykład pierwsze komentarze i zdziwienie duszków na temat prawdziwych wrażeń klientów względem kawiarnianego menu albo też... wrażeń samej kawy względem klientów. Druga, bardziej poważna strona książki nie zawodzi - motyw walki z rosnącym w siłę bezwzględnym tyranem ciała i umysłu naprawdę budzi grozę, zachwyca prosty a przekonujący szkic planety Kripsti z czarującą (na swój sposób...) kawiarenką, a filozoficzne podejście do życia i śmierci zastanawia, ale od pierwszych linijek czuje się, że nie to będzie głównym punktem programu. A-fe Cafe, śladem innych książek Orino, nie chce nas pouczać, jak bardzo paskudne jest katowanie się nieśmiertelnością, czyniące z nas automaty goniące za czymś nieosiągalnym nawet po śmierci, bo już to wiemy - woli nam opowiedzieć jak wielu rzeczy, do których sami doprowadzamy, nigdy nie zauważymy, a jak bardzo mogą być one zabawne i rozbrajająco głupkowate. Wystarczy jednak, że te rzeczy zauważył autor, bo nikt nie opowiedziałby o nich tak jak on. Nawet jeśli naprawdę okradzione z organicznego ciała dusze zachowywałyby się nieco inaczej, a paskudna kawa nie miałaby tak mocnego wpływu na losy planety, ja uważam właśnie tę wersję za najlepszą z możliwych.


_______________
*Czy zaskoczę Was, jeśli powiem, że tytułowy przybytek nie miał nic wspólnego z ziemską kawą ani kawiarnią, nie nazywał się A-fe Cafe i w ogóle wszystko to robota niezrównanego Jana Kaszanki?

poniedziałek, 2 marca 2015

54.Działa – nie działa” (Lonion Orewi)

Kiedy jakaś maszyna nie działa, wydaje się logiczne, że ktoś zaraz ją naprawi. Zaraz może być różnie rozumiane i wahać się od kilku minut do wielu dni, a nawet miesięcy. Jednak nie na planecie Uhitaln. Gdy ambitny król rodu Wspaniałych Mechaników, Pawrosteao zbudował pewnego razu system, którym chciał połączyć wszystkie elektroniczne urządzenia na świecie, i po wprowadzeniu go do miejskich sieci pojawiła się usterka, nikt nie podejrzewał, jak wiele czasu minie, gdy w końcu zostanie usunięta, oraz później, co owa naprawa za sobą pociągnie.
Początkowo, ma się rozumieć, nikogo nie cieszyło coś, z czego nie było żadnego pożytku, co marnowało czas, mieszało w danych, a co potrafiło wyświetlać jedynie dziwne błędy i przeprosiny na każdym publicznym ekranie. Niepoprawności nie udało się znaleźć, podobnie jak sposobu na łatwe i pozbawione konsekwencji usunięcie wadliwego systemu, dlatego ród Wspaniałych Mechaników odszedł do historii w niezasłużonej niesławie. Z czasem jednak blade, pełne pstrokatych napisów wyświetlacze stały się częścią miejskiego krajobrazu. Programy witały każdy nowy dzień próbą uruchomienia się i paroma restartami, nieporadnie pobierały aktualizacje ze wybrakowanych adresów, aż wreszcie, regularnie co osiemdziesiąt uhitalniańskich minut wyświetlały smutny komunikat o niemożności ukończenia operacji, stając się metodą pomiaru czasu i znacznikiem położenia geograficznego do późnej nocy, gdy cała sieć zawieszała się na amen. Z czasem awarie systemu stały się oczywistością i twórcy domowych urządzeń, nie zastanawiając się już nad abstrakcyjnym pojęciem ich naprawy, zaczęli dostosowywać swoje programy do nowych warunków. Co prawda aplikacje użytkowe wykonywały o wiele więcej funkcji niż wyświetlanie jednej informacji, jednakże chętnie korzystały z częstotliwości, z jaką pokazywał je program nadrzędny, z doskonale zaszumionych liczb losowych, powstających w miejscach, w których próbował coś zapisać, z list okolicznych tele-urządzeń, gromadzących się bezwiednie w jego pamięci... Pojawili się fascynaci niedziałającego systemu, dopatrujący się w jego przypadkowości objawów samodzielności, subiektywności, poszukiwań swej własnej drogi interpretacji świata. Kiedy wreszcie pojawia się ktoś gotowy do przywróceniu, czy raczej: nadaniu mu stanu używalności, na jego drodze staje praca niezliczonych ilości urządzeń i maszyn, których programy, dzięki jego niedeterministyczności i oderwaniu od sztywnych wymagań, wytworzyły własny wirtualny świat, bliski sieci sztucznej inteligencji, która może być zdolna do zrozumienia istot żywych i przywrócenia porządku na świecie. W końcu od czasów rodu Wspaniałych Mechaników minęło ponad dwadzieścia milionów ziemskich lat.

W pierwszej chwili, gdy poznajemy Kirlira Aniwasa Somsę - bo to właśnie on ma być tym śmiałkiem - nie widzi on w komputerach nic poza samą specyfikacją. Jeśli coś zachowuje się tak, jak to pomyślał autor - jest w porządku i urządzenie działa, w przeciwnym wypadku - nie działa i trzeba je naprawić. Nie interesował go kontekst i środowisko, w jakim jego "pacjent" się obraca, to, co go otacza, i jak według tego otoczenia jest odbierany. Jasnym celem był tylko bajeczny rozkwit techniczny, do którego prostą drogą miał prowadzić niedokończony projekt Pawrosteao. Bezgraniczne porozumienie komputerów na całej planecie, pozwalające na tak idealne rozporządzanie jej zasobami i efektywne spełnianie potrzeb mieszkańców, jakie nie było możliwe nigdy wcześniej. Tylko dlaczego nikt się nie cieszy?
Otoczenie stanowiły nie tylko programy, ale także ludzie - na zamiar ingerencji w ich codzienność patrzyli nieprzychylnie nie tylko sentymentalni filozofowie, ale i ci, którzy się nad nią nigdy dotąd nie zastanawiali. To z myślą o tych ostatnich Kirlir podjął się zadania i właśnie w zetknięciu z ich obawami zaczął się wahać. Wizja naprawienia miejskiej sieci już dawno straciła dla nich realne, nieidealistyczne znaczenie i dziś dbali tylko o to, by nie zachwiać stabilnością tego, co już jest. Bo jeśli zniknie program, nadający porządek (jakże nieuporządkowany!) ich rzeczywistości, to co zostanie? Przed Uhitalninem staje niezwykła decyzja, która nie zależy od jego umiejętności (które niewątpliwie miał), ale od woli zmieniania świata. Czy to, co jest lepsze, naprawdę jest lepsze? Czy dla tej subiektywnej poprawy warto poświęcić to, co nie jest doskonałe? Czy wolno mu decydować w imieniu całej ludzkości, co będzie dla niej właściwe? A co, jeśli zmiana decyzji nie jest już możliwa?
Dla ciekawych niespodzianek, jakie mogą się rozwinąć w źle działającym komputerze, i tego, jak bardzo mogą od nich zależeć losy świata.

poniedziałek, 16 lutego 2015

52.Drugi punkt widzenia” (Esla Gleprrifrormasla Geni)

Z radością przyjęłam propozycję czytelniczki Meg, zawartej pod poprzednim wpisem, dotyczącej wcale niebłahej kwestii porządkowania uprawnień robotów. W poszukiwania utworu zgodnego z opisem zaangażowała się cała redakcja i choć nadal nikt nie ma pewności, czy to na pewno ten, cieszę się, że taka perełka jak Drugi punkt widzenia (zwany też czasem Definicją życia) nie będzie musiała czekać na samym końcu kolejki i podejrzewam, że nie tylko Meg znajdzie tu coś dla siebie.

Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.

Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

47.Człowiek, Który Wyłączał” (Walwanitr Oni Krupsjiktonwilha)

Trudno powiedzieć, kim tak dokładnie był Niejwih Loargit i po co robił to, co robił. Poszukiwacz przygód? Pogromca zła? A może zwykły elektryk, który lubi swoją pracę? Pewne jest natomiast to, że Dżinoni, podobnie jak wielu innych, nigdy nie dowiedziałby się o jego istnieniu, gdyby nie potrzebował jego pomocy. O wszystkim zadecydowała chwila nieuwagi podczas prac w ogródku i zwarcie, które zmieniło niepozorny przycinak do trawy w siejącą postrach maszynę, pragnącą rozszarpać swojego właściciela. Dżinoni nigdy nie zapomni jak z nieba nagle spadł statek kosmiczny, z jego wnętrza wybiegła obca istota i w ostatniej chwili po prostu... wyłączyła kosiarkę. Uratowanego zafascynowała niezwykła misja Niejwiha i wtedy właśnie obiecał sobie i jemu, że będzie towarzyszył mu w nierównych zmaganiach z szalonymi urządzeniami, które ktoś musi wyłączyć, powstrzymując je przed zniszczeniem świata.
Podróżnik bardzo chętnie przystał na propozycję i tak zyskał towarzysza, pomocnika, a także obserwatora i swego rodzaju ucznia. To właśnie z perspektywy Dżinoniego podziwiamy budowę pozbawionego automatyki (a jakże!) maleńkiego statku, niesionego wiatrem słonecznym, który jest jednakże na tyle duży, żeby pomieścić pokaźną bibliotekę wszelakich instrukcji obsługi i encyklopedii elektroniczno-informatycznych. Z czasem poznajemy również historię tytułowego bohatera, który z każdym dniem coraz bardziej się otwiera i coraz więcej ma ochotę wyjaśniać. Ale najważniejsze są oczywiście niezwykłe przygody tajemniczego Człowieka, Który Wyłączał. Wciąż nowe urządzenia i wciąż nowe światy, do których kieruje go magiczny Kompas Zakłóceniowy - od małych złośliwych inteligentnych igieł przez sztuczne drzewa po zarządzające całymi planetami samodzielne komputery. A jednak ich postępowanie zawsze wygląda tak samo - Niejwih Loargit wyłącza maszynę i prawie bez wyjaśnień znika znów w swoim pojeździe i nie dalej jak za minutę znów prowadzi ich do kolejnego celu. Czy jednak nigdy się to nie zmieni? Niestety - wszystko zmieni się, gdy jeden z wyłączonych, nadzwyczaj inteligentnych komputerów postanowi się zemścić, a role odwrócą się. Dobrze, że Dżinoni przy tym będzie, bo pomoc jeszcze nigdy nie była Niejwihowi tak potrzebna...

Krupsjiktonwilha bardzo lubi wymyślać nietuzinkowe postacie, tak też uznał, że wizja człowieka, którego życiowym powołaniem jest unieszkodliwianie niebezpiecznych automatów, może zainteresować. Zwróciło uwagę, że wielu z jego znajomych przytrafiła się historia, gdy mieli problem z jakimś urządzeniem i wtem ktoś, ku ich radości, wyłączył je - potem długo darzyli ją wdzięcznością i wiązali miłe wspomnienia. A gdyby autorem wszystkich tych dokonań była zawsze ta sama osoba? Pisarza niebywale zaintrygowała taka wizja i, zdaje się, cała książka jest odpowiedzią na jego własne pytania. Jak wyglądałoby życie takiej postaci? Dlaczego właśnie wyłączanie różnych rzeczy uważałby za najlepszą dla siebie formę naprawiania świata? Co byłoby motorem napędowym jego działań, myślą nadającą sens tym bezinteresownym działaniom? I, najważniejsze, co musiałoby się wydarzyć w jego przeszłości, żeby pchnąć jego życie właśnie w tę stronę? Książka jest jednak nie odpowiedzią, a poszukiwaniem odpowiedzi właśnie - pomiędzy kolejnymi starciami z nieokiełznanymi maszynami dostajemy wskazówki i półsłówka, w dodatku często niebezpośrednio - w zachowaniu Niejwiha, jego obawach i reakcjach na niektóre zjawiska i ludzi. Kim dla niego są? Za kogo uważa siebie? Ciężko pojąć jego przeżycia emocjonalne, gdy ratuje rodzinę przed wciągnięciem do sokowirówki czy całe miasto przed wyposażonym w miażdżące pole magnetyczne pociągiem, jednak zdaje się to nie być ani duma, ani ambicja.
Druga część, gwałtownie zmieniająca opowieść, nie dostarcza rozwiązań, a jeszcze komplikuje sprawę. Niejwih Loargit okazuje się być kimś o wiele więcej niż tylko amatorem, który nienawidzi maszyn i przed którymi stara się uciec. Nawet wierzący w niego Dżinoni nie spodziewa się, że mógłby być w stanie zmierzyć się ze wściekłą sztuczną inteligencją jak równy z równym i być w posiadaniu wiedzy, która jeśli chce, pozwoli mu zmanipulować i przechytrzyć genialny automat, co może doprowadzić do odmiany losu i świata ludzi, i maszyn. Jak to możliwe? Im bliżej końca, tym bardziej daje się nam we znaki Wielka Tajemnica wyjaśniająca ideę pogoni za popsutym sprzętem, jednak do końca pozostaje ona odgadniona jedynie połowicznie.
Całkowicie nieprawdopodobna (i z każdą chwilą jeszcze nieprawdopodobniejsza) książka, która ani na chwilę nie przestaje ciekawić.

poniedziałek, 10 listopada 2014

38.Dopóki słońce nie zgaśnie” (Śti Ćesti Eiś)

Po pierwsze: dziękuję wszystkim za udział w ankiecie, za pomocą której sprawdzić, jak roznosi się wieść o blogu Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i skąd znają mnie czytelnicy. Głosujących nie było wielu, jednak wynik i tak mnie zaskoczył - nie spodziewałam się, że tak wielu z Was znalazło mnie w miejscach, których nie znam.
Podobnie cieszę się pozytywnym przyjęciem nowej metody aranżacji postów, w postaci dodatku z tagami na belce - myślę, podobnie jak Meg, że odrobina porządku bardzo się nam przyda. W planie miałam zapowiedzieć obie ciekawostki, jednak roztargnienie tamtego dnia sprawiło, że nie pamiętałam o niczym prócz głównego punktu programu. Tym bardziej cieszy mnie bardzo pozytywne przyjęcie. Jesteście czytelnikami, na których zawsze można liczyć.
Czas na recenzję dzieła, które w odróżnieniu od poprzedniego, nie będzie optymistyczną lekturą.

Historia zaczyna się od niecodziennego zdarzenia - oto na planecie Źfaija ląduje coś, co po bliższych oględzinach doświadczonych filozofów techniki słusznie zostaje uznane za sondę kosmiczną. Kilka rzędów rur-czułek, wysuwających się ze znacznych rozmiarów kadłuba i filtrujących żelowaty grunt, jednoznacznie świadczyło o badawczych zamiarach urządzenia. Początkowe wątpliwości wzbudził jedynie kształt i tworzywo dziwnego obiektu - kształt kulisty nie wydawał się Źfaijanom odpowiedni dla urządzeń poruszających się w przestrzeni międzyplanetarnej, natomiast kamień i piaskowiec, z którego sonda była zbudowana, zalicza się u nich do materii organicznej. Nie zmieniło to jednak zachwytów i zainteresowania wobec przybysza, który zapowiadał wiele wspaniałych, wyjątkowych i doniosłych wydarzeń.
Stało się jednak inaczej. Z obserwacji, którym Źfaijanie od pierwszych chwil na bieżąco poddawali zachowanie sondy, wynikło, że niezależnie od miejsca, które analizowała, nie znalazła niczego, co wprowadziłoby zmiany w jej monotonnym, standardowym działaniu. Nie znalazła na planecie życia, choć przecież w azotowej mazi pod nią nie brakowało organicznych drobin piasku i żwiru - co bardzo rozczarowało tubylców. Filozofowie prędko wyciągnęli wniosek - to nie takiego rodzaju życia poszukuje to urządzenie. Tutejsza biologia wychodzi daleko za zakres tolerancji tego, czego budowniczy tej sondy znali, przez co Źfaijanie nie różnili się dla niej od naturalnej nieożywionej przyrody, a ich planeta - od innych kosmicznych skałek.
Pozostało więc pogodzić się z porażką i pozwolić odlecieć kończącej pracę maszynie. Jednego z naukowców, niejakiego Eće Źaksi tknęło jednak złe przeczucie - wyglądało na to, że nie ma ona wystarczającej ilości energii, żeby oprzeć się grawitacji, panującej na planecie. Skąd ją więc weźmie? Zanim zdał sobie sprawę z możliwych konsekwencji tego faktu, niepozorna sonda zaczęła się przeformowywać. Kulista powłoka rozłożyła się w kwarcowy panel słoneczny, a z wnętrza wyszło szereg mniejszych urządzeń wyposażonych w płozy i szczypce. Eće prędko zorientował się, że i wraz z tą energią statek nie wystartuje - po co więc marnuje ją na ładowanie robotów? Dopiero gdy ruszyły one w stronę najbliższych zamieszkałych osad, zrozumiał, co naprawdę się dzieje - sonda została zaprogramowana na dobudowanie sobie niezbędnej ilości paneli słonecznych, czego nie zrobi bez użycia organicznego kamiennego budulca zawartego w istotach żywych... Sprawa była tym dramatyczniejsza, że światło niewielkiego, blisko położonego słońca było tak słabe, że sonda nie będzie mogła zebrać niezbędnej energii inaczej niż otaczając je kosmiczną, kwarcową tarczą w całości, co wkrótce zaczęło się sprawdzać.


Pragnienie nawiązania kontaktu z mieszkańcami innych planet nie jest obce żadnej cywilizacji. Podobnie jak niewiedza na temat tego, jak ci mieszkańcy mogliby wyglądać. Często, z powodu oczywistej niemożliwości zbadania każdej kombinacji, która mogłaby prowadzić do syntezy życia, podejmowano się uproszczeń i ograniczeń. Co miało skutki tym gorsze, że obiekty badawcze, wysyłane przez pierwszych zdobywców kosmosu, prędko były wyrywane spod kontroli przez odległość. Z tego powodu, niezależnie od wiedzy, która rozwijała się na ich matczynej planecie, oderwane od niej sondy, działające według starych zasad, potrafiły jeszcze całe wieki siać postrach na napotkanych planetach. Zwłaszcza w przypadku wystąpienia usterek, każących im się replikować w niekontrolowany sposób lub dziobać wszystko wokół bez opamiętania, w celu zbierania próbek. Dziś, dzięki kosmicznej policji wychwytującej mechaniczne wybryki, przypadki takie są o wiele rzadsze niż dawniej, w czasach, gdy nie było jeszcze nas na Ziemi. Wtedy niemal każda cywilizacja położona w bardziej zaludnionym skupisku gwiazd, musiała być gotowa walczyć o swoją planetę z czymś, co nawet nie miało świadomości, co naprawdę robi. Oczywiście (i na szczęście) żaden z tych incydentów nie był aż tak wstrząsająca, jak to, przez co musieli przejść Źfaijanie. Programy automatu, który stworzył Śti Ćesti Eiś, daleko przewyższała sondy, które kiedykolwiek „napadły” planetę naprawdę; sztuczna inteligencja żadnej z nich nie była sprytna i zapobiegliwa, by uczynić je tak bezwzględnymi i odpornymi na ludzkie działania. Podczas gdy w rzeczywistości nawet większych rozmiarów urządzenie badawcze dało się w jakichś sposób rozmontować w ciągu naszego tygodnia, tutaj konfrontacja trwała wiele miesięcy i Eće naprawdę musiał się namęczyć, zanim znalazł na nie sposób, a także sprzymierzeńców, w tym konstruktora Ćri Ikśczi. W międzyczasie jednocześnie, podobnie jak i wszyscy wokół, przechodzi przemianę od pokojowo nastawionego naukowca, widzącego jedyną szansę w ucieczce, do szalonego buntownika, który pod wpływem odwagi jest w stanie zrobić wszystko. Niektórym nie podoba się przerysowanie problemu porzuconych sond, więcej jest jednak tych, którzy nie mogą wyjść z zachwytu nad niesamowitą atmosferą grozy, która pochłonęła planetę, ze straszącymi na niebie kłami paneli słonecznych, które niczym gigantyczny zegar odliczają czas do końca świata.
Ta książka to nie tylko strach, niesiony przez kosmiczne automaty, ale i odwaga i błyski geniuszu, dzięki którym udało się z nimi wygrać.

poniedziałek, 3 listopada 2014

37.Mechanizm nieba” (Iwres Jej Renwolwist)

Wśród tych, którzy go znali, Abronzeon słynął ze swoich ambicji, pomysłowości i talentów konstrukcyjnych. Nie miał wątpliwości, że jego wynalazki mogłyby odmienić cały świat, każdemu pomóc i każdemu ułatwić życie. Niestety, nie do niego należało decydowanie, jak świat będzie wyglądał i kto wywrze na niego wpływ - na Skiawli wszystko zależy od świętych pieśni, modlitw. Jednakże znaczenie miały modlitwy przychodzące nie od takich ludzi jak Abronzeon, żyjących w bliskich słońca eterycznych miastach chmur. Skiawlanie wierzyli, że daleko pod nimi, gdzieś w głębi ciemnej i zimnej warstwie nieprzeniknionej atmosfery planety Dumtrii żyją ich potomkowie, pośród których dawno temu sami żyli, i którzy dziś z troski i szacunku wznoszą modlitwy ku ich pamięci. Każde słowo świętej pieśni wypowiedzianej z myślą o danej osobie jest dla niej źródłem energii, która daje szczęście i natchnienie, siłę do działania i tworzenia. Ci, o których pamiętano i często obsypywano modlitwami, cieszyli się zdrowiem, dostatkiem i optymizmem, podczas gdy zaniedbywane dusze snuły się bez życia, mając siłę jedynie na oczekiwanie kolejnej okazji, gdy ktoś o nich wspomni.
Nieszczęście Abronzeona polegało na tym, że z jakiegoś powodu jego imię było jednym z najrzadziej wywoływanych na dole. Podobnie jak inni przedstawiciele najbardziej pogardzanych warstw społecznych, większość czasu wędrował po mieście półświadomie niczym cień, pochłonięty nowatorskimi myślami, na których realizację mógł wykorzystać tylko nieliczne, krótkie chwile. Przy okazji jednego z takich ożywień doznał olśnienia - a co, gdyby poddać analizie modlitewne fale dźwiękowe, ich ton i głośność, i spróbować odtworzyć wszystkie produkowane przez nich częstotliwości? Dzięki sporym osiągnięciom Skiawlan w zakresie muzyki, pomocy zaintrygowanych przyjaciół oraz odrobinie sprzyjającej passy, krótkie badania pozwalają mężczyźnie opracować sztuczny generator świętych pieśni. W jednej chwili możliwe staje się uniezależnienie od nieinteresującymi się ich losem Dumtrian i uczynienie wszystkich mieszkańców podniebnego świata równymi, jednakowo zdolnymi do życia, szczęścia i rozwoju. Wynalazek działa, jednak... czy naprawdę uda się go wykorzystać w skali światowej? Jak na wieść o nim zareagują inni Skiawlanie, zwłaszcza ci wysoko postawieni, opływający w szczęście, oraz ci najbardziej konserwatywni, widzący w oczekiwaniu modlitwy sens swojego istnienia?

Niewiele jest ras, które pod względem modlitw znajdują się po stronie biernej, będąc stworzonymi do wychwytywania jedynej energii życiowej z czystych, pozytywnych uczuć. Skiawlanie posiadają swego rodzaju więź ze spokrewnionymi mieszkańcami niższych partii planety, która pozwala im żywić się brzmieniem i energią wyzwalanymi i przenoszonymi przez pieśni, czego modlący się nawet nie są w stanie zauważyć.
Dla Iwresa Jeja Renwolwista, Skiawlanin właśnie, nie jest to jednak tylko ciekawostka teologiczna, ale realny problem. Istoty, mające moc modlenia się, rzadko są świadome wagi swoich działań, nie rozumiejąc ich lub ignorując. Naiwnie nie wierząc w istnienia kogoś, kto by na owe działania czekał, prowadzą do smutnych nierówności i cierpień w uzależnionych od nich światach. Renwolwist sam znajdował się w dobrej sytuacji, ciesząc się troską i pamięcią ludzi na dole, wykorzystywał więc dany mu czas na podnoszenie kwestii niesprawiedliwości, przez którą cudze życie zależało od łaski zupełnie innych stworzeń. Mechanizm nieba oprócz tradycyjnej już tu roli szerzenia wiedzy, był eksperymentem, mającym zachęcić do działania i zbadać reakcje na zdumiewający w pierwszej chwili pomysł zmechanizowania modlitewnej energetyki. Jak na razie pomysł ten nawet wydaje się mało realny do wykonania w rzeczywistości po paru pokoleniach od wydania powieści i będzie trzeba włożyć w badania na ten temat o wiele więcej wysiłku, niż to zrobił Abronzeon, jednak Renwolwist wierzy, że wspólnymi siłami wreszcie uda się znaleźć rozwiązanie i uzdrowić świat Skiawlan. W końcu, jak to mówimy na Ziemi, wiara czyni cuda.
Naprawdę warto przeczytać - zarówno po to, żeby móc kibicować pełnemu inwencji Abronzeon, jak też żeby zachwycić się podniebnym światem, zbudowanym z chmur.

poniedziałek, 13 października 2014

34.Umysł kota” (H Flona Inkrefanźi)

Życiową pasją Daksa Zi Łidakzerta było poznawanie i analizowanie możliwości psychicznych żywych stworzeń. Miał znaczne osiągnięcia w dziedzinie neurochirurgii swojej planety, Tamtoru, leczeniu chorób narządów myślących i przedłużaniu życia poprzez przeszczepianie świadomości do nowego ciała. Dzięki swemu talentowi i wytrwałości własnoręcznie odkrył, a następnie rozszyfrował kod psychonetyczny odpowiadający za dziedziczenie osobowości i emocji, za co został wyróżniony nagrodą Ekrina - odznaczeniem na skalę całego układu planetarnego. Po latach badań i zbierania doświadczeń naukowiec zdał sobie jednak sprawę, że nie znajdzie na swojej planecie już żadnego umysłu, który go zaskoczy, i nowych wyzwań musi szukać poza nią, w kosmosie. Wierzył, że parę eksperymentów na zupełnie nowym organiźmie doprowadzi go do odkrycia czegoś absolutnie nowego i w efekcie przybliży mi wspólną tajemnicę życia we Wszechświecie.
Nie mając jednoznacznej koncepcji, od czego zacząć, Tamtorianin idzie za sugestią swojego wiernego asystenta, Irofa, który przedstawia mu swoje nabytki z ostatnio odwiedzonej planety, Ziemi. Są to dwa żywe stworzenia, zwane kotami, oraz jedno urządzenie nieożywione, służące do zapisu i odtwarzania dźwięku - magnetofon - wraz z nośnikiem. Zaintrygowany Daks niezwłocznie przystępuje do badań. W pierwszej chwili najważniejsze wydają mu się podobieństwa i różnice, jakimi oznaczają się nieznane zwierzęta w stosunku do jego rodzimej fauny. Prędko jednak jego ciekawość przyciąga niespotykany dotąd rejestrator danych i ewentualna kompatybilność kostek psychonetycznych z czułością taśmy magnetycznej. Czy żywy umysł nadawałby się do tak statycznej formy przechowywania? Czy po odczycie nadal byłby tym samą świadomością? Wątpliwości ma rozwiać pierwszy eksperyment, w którym umysł jednego kota ma zostać nagrany na taśmę, a następnie przeniesiony do mózgu drugiego. Pozornie prosty i początkowo nie wzbudzający najmniejszych zastrzeżeń test wymyka się po pierwszym etapie spod kontroli. Taśma magnetofonowa wyposażona w kocią jaźń wydostaje się z laboratorium wprost do serca tamtorańskiej cywilizacji, siejąc postrach i zniszczenie...

Na wstępie śpieszę donieść, że podczas pisania książki nie ucierpiał żaden kot, ani też żaden magnetofon. Wbrew śmiałości, z jaką autor prezentuje nam stopień rozwoju naukowego, przy udziale którego dzieje się akcja, Tamtor nie wychodzi daleko poza to, co osiągnięto na Ziemi. Mała jest też w świecie autora wiedza o naszej planecie, poza faktem, że występują tam koty oraz magnetofony. Zapewne z tego powodu ziemskie przedmioty codziennego użytku często są przedmiotem lęków i uprzedzeń*, w szczególności nasze niezrozumiałe i niezbyt efektywne metody magnetycznego zapisu na taśmie nylonowej. Nic więc dziwnego, że nie brak ekscentryków (w tym i pisarzy), którzy widzą w nich materiał na motyw przewodni szalonych horrorów, kryminałów i kralegsów (historii o pożerających ludzi tosterach). Dopiero H Flona Inkrefanźi jako jeden z pierwszych i wciąż nielicznych podszedł do zadania z powagą i starannością, nie poprzestając na soczystych opisach zrównywanych z ziemią budynków, ale ostrożnie i starannie kreśląc neurotechniczne szczegóły eksperymentu i tworu, który z niego wyniknął. Doskonale uwidocznia się tutaj wieloletnie medyczne doświadczenie H Flony oraz jego pasja do poszukiwania informacji na temat obcych technologii, które to cechy rzadko można spotkać u twórców powieści grozy na Tamtorze. O ile więc jako zorientowani w temacie możemy poczuć się zaskoczeni powierzchownością wizji kota, o tyle warto przymknąć na nią oko dla absolutnie zapierających dech wyobrażeń co do tego, jakie rzeczy mogłyby wyniknąć z połączenia go z magnetofonem.
Nie bez znaczenia jest też jednak główny bohater, po którym moglibyśmy się spodziewać - zgodnie z tamtoriańskim podejściem - że zniknie z pierwszego planu, jak tylko jego diabelskie dzieło przystąpi do realizacji własnych ambicji. H Flona Inkrefanźi nie ignoruje potencjału Daksa, a wręcz przeciwnie - rozwija go i zaskakuje pomysłowością naukowca podczas piętrzących się przeciwności. W końcu nikt nie zna niezwykłej taśmy magnetofonowej tak dogłębnie jak on. No i jest jeszcze drugi kot, który pomoże mu nieco zrozumieć zawiłości ziemskiej natury, która kieruje niebezpiecznym urządzeniem.
Horror tamtoriański niepodobny do żadnego innego - pełen niespodzianek, zwrotów akcji i odważnych (i niekiedy zabawnych) wizji technicznych - jednak wciąż wstrząsający i mrożący krew w żyłach horror. No i oczywiście mnóstwo nawiązań do naszej planety, w tym jedna z najważniejszych ról „głównego złego”. Zdecydowanie nie można przegapić.


_______________
*Był to jeden z powodów, dla którego Międzyplanetarny Przegląd Literacki otworzył swoją filię także na Tamtorze i od paru tamtoriańskich miesięcy pracuje nad zmianą stereotypowego podejścia i propagowaniem wiedzy na temat ziemskiej charakterystyki. W dotychczasowych recenzjach naszym kosmicznym kolegom został przybliżony Pan Tadeusz A. Mickiewicza, Dzielny ołowiany żołnierz H. C. Andersena i DOS dla opornych D. Gookina.

poniedziałek, 21 lipca 2014

22.Dlaczego?” (Trenefil Switk)

Od samego początku, gdy Juunil Dasko stworzył i spersonifikował swój własny Wewnątrzświat, Tonareo, była to kraina spokojna, szczęśliwa i bezpieczna. Każda cząstka jego umysłu - cecha charakteru, nowe zainteresowanie, myśl - mogła powoli rozwijać się, nabywać doświadczeń, tworzyć, poznawać innych rezydentów samowystarczalnie nieskończonej symulacji miasta i, z czasem, odnajdywać cel swojego istnienia i miejsce w życiu i świadomości Juunila.
Pewnego dnia jednak zaczyna dziać się coś niepokojącego. Mieszkańcy Tonareo zaczynają się zachowywać inaczej niż zwykle, stają się zagubieni i chaotyczni, a samo miejsce z każdym dniem staje się do siebie coraz mniej podobne. Sam twórca nie może pojąć, co się dzieje z jego Wewnątrzświatem, przestaje rozumieć własne myśli, rządzącą nimi logikę. Wreszcie wysyła do Tonareo personifikację detektywa - Prawdziwe Odzwierciedlenie, które w jego imieniu zapozna się z mieszkańcami, ich punktem widzenia, obawami i zachodzącymi wszędzie zmianami. Tylko tak może dowiedzieć się, dlaczego przestaje być sobą. Pierwszym, co detektyw napotyka na miejscu, są wędrujące plamy pustki, które zniekształcają pochłaniany przez siebie świat. Czy uda się zapobiec katastrofie? Czym ona właściwie jest?

Jak widać Zferynianie, której to rasy przedstawicielem jest Juunil Dasko, opracowali bardzo niezwykły sposób na dogłębne poznanie i rozwój swojej osobowości, nie tylko dla nas zachwycający i szokujący jednocześnie. Coraz popularniejsze na Zferynie jest techniczno-medytacyjne izolowanie się od własnego umysłu, zwiększające jego potencjał zdystansowanie, które upodabnia mózg do wielkiego komputera, który choć nadal pozostaje odbiciem swojego twórcy, odrywa się od jego świadomej kontroli. Rozbicie procesów myślowych na autonomiczne niemal, działające jednostki, posiadające kilka definiujących je, wyodrębnionych charakterystyk, umiejętności, obowiązków, determinuje ich własną osobowość, przemyślenia, sposób bycia. Podobnie więc jak w innych, ogólnie naśladujących rzeczywistość, światach wewnętrznych, w Tonareo mają miejsce spory, antypatie i konieczność podejmowania trudnych decyzji - podobnie jak u każdej istoty myślącej w chwilach rozterek i wątpliwości. Można powiedzieć, że każdy z nas jest zbiorem sprzeczności - skupiają się w nas osobowości w różnym wieku, o różnych doświadczeniach, pełne pomysłów, nieufne lub entuzjastyczne, których nie da się ze sobą pogodzić. Choć wydaje się nam, że z upływem czasu wypieramy inne, młodsze lub nie tak mądre wersje siebie, prowadzimy z nimi niekończący się dialog. Tutaj jednak problemy same poszukują rozwiązania, umysł myśli za pomocą samego siebie.
Zjawisko, z którym musiał zmierzyć się Juunil, nie miało tak naprawdę nigdy miejsca, jednak Trenefil Switk, nigdy do końca nieprzekonany do działania Wewnątrzświat, wierzy, że kiedyś może mieć. Podczas gdy technika jego rodaków jest teraz w kwiecie świetności, nie trudno dostrzec niejasności, które są kompletnie ignorowane. Pomiędzy niezwykle zakręconą, nieprzewidywalną i, rzecz jasna, nie zawsze trzymającą się logiki akcję, autor wplata swoje refleksje - możliwe rozwiązania. Czyżby w transmisji personifikującej mogłyby pojawiać się błędy? A może to pogłębiająca się choroba neurologiczna? A gdyby coś obcego włamało się do jego wnętrza? Czy aby Tonareo na pewno nadal należy do Juunila? Każde kolejne spotkanie z personifikacją jego własnych myśli jest jak spotkanie z obcą osobą, która wie coś, czego on jeszcze (lub już) nie wie, daje wskazówkę i powoduje pytanie. Wskazówką i pytaniem jest jednocześnie cały Wewnątrzświat Juunila, z niewychwytywalną już granicą, co jest częścią jego własnej osobowości, a co wrogą obcością, z którą walczy.
Genialna i zdumiewająca historia kryminalna, która na każdym kroku przypomina nam, że jest czymś o wiele więcej.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

15.Błyk Przeczywitości” (Mick Bunnix*)

Nieczęsto zdarza się, że ja zgłaszam propozycję dzieła do recenzji. Co do tego nic nie było pewne - jego stylowi czy przekazowi, choć godnym uwagi, daleko było do mistrzów pióra takich jak Dżitta U Nula Ka F , Epi Potrik czy Sehsan Kottek Lalj O. Po dogłębnych poszukiwaniach okazało się, że także w kwestii ilości fanów i wpływowi na lokalne społeczności mogłoby być o wiele lepiej - ale może to kwestia konspiracji, która jest wpisana w naturę historii takich jak ta? Sprawy potoczyły się jednak tyleż niespodziewanie, co szczęśliwie. Niewiarygodne bogactwo gadżetów, plakatów, figurek, autografów i dodatkowych gier, które oprócz książki przyjechały do mnie routerem od koleżanki Kociary, okazały się być idealnymi prezentami dla pracowników Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego, z których sceptyczny dotąd dyrektor bardzo upodobał sobie ruchomą, czterowymiarową figurkę głównego bohatera. Tak więc...

W świecie niekończących się bojów między rasą zaawansowanych technologicznie Zajęcy z Carrotous a kosmicznymi Żółwiami, dowodzonymi przez okrutnego Devana Shella, żył młody Zając o imieniu Blackzz Jack. Jak wielu innych Carrotousian był skromnym hakerem, co nie przeszkadzało mu aktywnie uczestniczyć w ruchu oporu przeciw złemu królowi, który z każdym atakiem potwierdzał swoją przewagę i poszerzał granice zajmowanych terenów. Walka z okupantem była dla Blackzza całym jego życiem, całymi dniami pracował nad ulepszaniem strategii i w imieniu wolności byłby w stanie poświęcić wszystko. Nic dziwnego więc, że gdy wydawało się już, że wszystko jest na najlepszej drodze do przejęcia kontroli nad kilkoma wrogimi myśliwcami, to właśnie Blackzz odkrywa, że jeden z zajęczych spiskowców jest zdrajcą. Zanim jednak udaje mu się wszcząć alarm, oszust uruchamia opracowane przez nich niedawno urządzenie wirtualizacyjne i przesyła go do wnętrza jednego z dziesiątek komputerów skradzionych wrogom. Zając szybko przekonuje się, że jest to pułapka bez wyjścia i został zamieniony w program być może już na zawsze, bez żadnej nadziei na powrót czy choćby kontakt ze światem zewnętrznym. Świat zewnętrzny to jednak nie wszystko - teraz czeka Blackzza trwająca sześć tomów przygoda w świecie cybernetycznym, nierzeczywistym. Minie wiele czasu, nim zdobędzie akceptację, zaufanie i zrozumienie zamieszkujących go istot i wreszcie wspólny wysiłek otworzy mu drogę powrotną do ukochanej ojczyzny oraz do zemsty...

Pierwsze, co rzuca się czytelnikowi w oczy, to tytuł – jego dziwna niepoprawność jest efektem przekształceń gwarowych komputerowych istot, które obserwując rzeczywistość realną starają się podchwycić jej znaczenie, choć tak bardzo zaprzecza ona ich rozumowaniu. Nie da się już dokładnie ustalić, co dokładnie znaczą te słowa, jednak najczęściej określano nimi to, co z owej rzeczywistości przekazywał w swojej dobroci Użytkownik. Wiele mówi to o złożonej z anarchii i chaosu Kulturze Daru, która ustala obcy porządek w cyberświecie, o beztrosce oraz pewnej naiwności jego mieszkańców. Tym trudniej jest dogadać się z nimi Blackzzowi, który początkowo ignoruje ich, skupiając wyłącznie na sobie i swoim problemie. Długo nie może otrząsnąć się z szoku, że tak ważne dla niego wydarzenia będą się teraz działy bez jego udziału, że zniknął niewytłumaczalnie, podczas gdy tak wiele jeszcze chciał osiągnąć. W podobnie trudnej sytuacji są sami mieszkańcy – tym razem to Blackzz jest dla nich błykiem przeczywistości, prezentem od Użytkownika, jednak tym razem nie są w stanie zrozumieć sensu jego woli i przyjąć nieznajomego do swojego społeczeństwa. Z czasem obie strony otwierają się na siebie – obcy komputer przestaje być dla Blackzza tylko więzieniem. Pomimo kolejnych niespodzianek uczy się w nim poruszać, hakować, pokonywać kolejne wyzwania i odblokowywać dostęp do kolejnych środków na obserwację rzeczywistości zewnętrznej. Największe jednak uznanie mieszkańców zdobywa tym, że odzyskał pogodę ducha oraz widzi już różnicę pomiędzy tymi dwoma światami i że nie koniecznie jest to różnica na korzyść tego, z którego przyszedł.
Pomimo pierwszego wrażenia zdecydowanie nie jest to patriotyczna, zachęcająca do walki opowiastka, z jakiej słynie carrotousiańska literatura. Tak naprawdę mówi ona o czymś zupełnie przeciwnym – to nie wojna nie jest najważniejsza. Nie możemy pozostawać wobec niej obojętni, niekiedy musimy poświęcić jej bardzo wiele, jednak to nie ona jest celem naszego życia, nie ją będziemy pamiętać. Blackzz nieraz sam wyśmiewał wady swojej rasy, jej dumę i zamiłowanie w patosie, jednak w towarzystwie cybernetycznych przyjaciół zrozumiał, że sam się wiele od nich nie różni, że walczył z nienawiści, nie dla wolności, której przecież tak naprawdę nie znał. Dopiero kiedy pod koniec piątego (ostatniego napisanego dotąd) tomu Zając zaczyna się szykować do ucieczki i powstania z udziałem nowych gotowych do dewirtualizacji przyjaciół, rozumie już, po co i o co tak naprawdę walczy.


_______________
*Pomimo że książka miała być w całości w języku nilbulańskim, imiona wyraźnie inspirowane były ziemskim angielskim jako najpopularniejszym tutaj językiem. Widocznie do autorów tłumaczeń doszła informacja, dla jakich czytelników przeznaczona będzie recenzja, bo fakt ten jest wyraźnie zaznaczony w przedmowie, tak więc wyjątkowo pisownię należy traktować tutaj jak angielską.

poniedziałek, 31 marca 2014

06.Sztuczni ludzie” (Ossa ny Urahtla)

Spokojne życie Mikona del Ele, wypełnione dotąd pracą oraz troską o żony i potomków, zmienia się gwałtownie z powodu pewnej popołudniowej transmisji wiadomości kręconej na żywo w okolicy jego jaskini. Mianowicie dostrzega w ich tle wypadek motokołowy i poszkodowanego strącanego z urwiska. Wypadek o tyle dziwny, że całkowicie niezauważony przez relacjonujących inne wydarzenia dziennikarzy i kilkunastu gapiów oraz totalnie zignorowany przez samego sprawcę. Kiedy jednak zdenerwowany Mikon w ciągu minuty lub dwóch dobiega na miejsce, nie ma tam już najmniejszego śladu ani po rannym, ani po ekipie telewizyjnej. Nic nie zauważyli także przechodzący tamtędy akurat spacerowicze, oczywiście za wyjątkiem tych, którzy dopiero co odeszli od telewizorów i nie mieli wątpliwości, że autorzy programu najwyraźniej zdążyli już się spakować...
Wspomnienie nieznajomej postaci nie daje głównemu bohaterowi spokoju. Swoje początkowe dążenia do znalezienia poszkodowanego lub też kierowcy szybko jednak zamienia na podejrzliwość wobec redaktorów telewizyjnych, których nigdy dotąd nie udało mu się spotkać, nawet gdy ich transmisje, wywiady czy zdjęcia dotyczyły jego najbliższego sąsiedztwa. Obserwacje i pytania Mikona przenoszą się z okolicznych relacji na seriale telewizyjne, ogólnonarodowe imprezy sportowe i relacje z siedziby prezydenta. Zastanawia się, co właściwie widzi na wydrukach i słyszy w rozgłośniach dźwiękowych. Dopiero wyjątkowy zbieg okoliczności sprawia, że zostaje uznany za jednego z pracowników telewizyjnych i wprowadzony w świat, o którego istnieniu nawet nie miał pojęcia, ponadto dowiadując się tam o nieistnieniu mnóstwa rzeczy, o których pojęcie miał.

Można myśleć, że jest to kryminał, jednak wątek tajemniczego wypadku szybko się wyjaśnia i na długo urywa, a uwaga powieści przekierowuje się zupełnie w inną stronę. Wraz z Mikonem del Ele trafiamy do miejsca, które umożliwia mu obserwację pozornie dobrze sobie znanej prostej i jasnej rzeczywistości planety Ksaksji z całkiem innej perspektywy - z perspektywy mediów, które nie manipulują faktami i prawdą, ale powołują je do istnienia, projektują najkorzystniejsze i najbardziej chwytliwe wydarzenia, kreują nazwiska. Mikon już przy pierwszej lepszej okazji dowiaduje się, że nie miał miejsca żaden wypadek, ale też nie było wizyty dziennikarzy w jego mieście, ani też motokołowcy, dziennikarzy i gapiów, którzy zostali stworzeni specjalnie dla tej audycji. A to dopiero początek. Z czasem, gdy Mikon przypomina sobie o zagadce wypadku na nagraniu i postanawia odnaleźć grafika, który (celowo?) zaprogramował jego treść, trafia na schemat budowy kandydata na idealnego prezydenta...
Co ciekawe, jednym z najciekawszych i najbardziej wciągających elementów historii jest, tuż obok zakręconej fabuły, sam Mikon. Pomimo narastającej ciekawości, a wraz z nią i szoku, raz po raz wytrącającego go z równowagi, bardzo zgrabnie idzie mu udawanie naiwnego scenarzysty-nowicjusza (zapewne dlatego, że na co dzień zajmuje się wydobywaniem węgla, co w jego stronach wymaga nie lada sprytu). W ten sposób zagłębia się coraz bardziej w sens tego, co uważał dotąd za prawdę. Zabawne jest, jak i o co zagaduje mijanych pracowników, jak wykorzystuje przeciwko nim ich własną gadatliwość, co stanowi dobry kontrast do niekiedy przerażającej powagi sytuacji, o której słyszy. Szczególne wrażenie robi jego popisowa obojętność, gdy zostaje wciągnięty w cyniczną naradę na temat następnego odcinka popularnego reality show i projektów nowych kłótni pomiędzy parą jego idoli. Potrafi on jednak nie tylko ukrywać się i robić uniki - prawda o zbliżających się wyborach sprawia, że pojawia się w nim poczucie obowiązku i odwaga. Do tego po wielu godzinach wędrowania po siedzibie mediów w jego plany wtrąca się tęsknota za rodziną.
Trudno powiedzieć, co w tej książce bardziej zdumiewa - fantazja niewidzialnych władców Ksaksji, pomysłowość Mikona (który niekiedy okazuje się niegorszym manipulatorem niż jego wrogowie) czy może ignorancja i bezkrytyczny sposób myślenia większości Ksaksjan (fragment, gdy cała rodzina, zamiast wyjrzeć przez okno, ogląda w telewizji pochód, odbywający się rzekomo na sąsiadującej z ich jaskinią ulicy, niezapomniany). Nie mówiąc już o samych pomysłach tych pierwszych, które raz są śmieszne, innym razem bezczelne, ale w osłupienie wprawiają niezmiennie. Szkoda jedynie, że melodii piosenek, które jako jedyne musiały naprawdę zostać przez kogoś napisane i wyłamywały się z tego systemu, nie udało się zapisać "na tekście" tak jak w oryginale. Ale, podążając za myślą autora, być może wcale nie trudno byłoby nam sobie samym wmówić, że ta melodia jest.

poniedziałek, 24 marca 2014

05.Pierwszy albo ostatni” (Wrata Noun 314)

Jak Czytelnicy mieli okazję zauważyć, przed paroma dniami po prawej stronie bloga pojawiła się ankieta - wielość historii jednocześnie domagających się mojej uwagi sprawiła, że zadałam sobie pytanie: co Wy właściwie chcielibyście przeczytać? Z powodu nieprzystawalności pozaziemskiej literatury do ziemskich standardów katalogowania zdecydowałam się uprościć problem do trzech typów - książek opartych na uczuciach, akcji oraz innych sprawach. I oto mam odpowiedź! W dodatku trafną, bo w rzeczy samej od czasu Złodzieja kamieni nic typowo sensacyjnego nie opisywałam. Dziękuję więc całej szóstce za głosowanie i zgodnie z prawem większości zapraszam na recenzję kryminału...

Wydarzenie, które rozpoczyna tę historię, nie tylko u nas mogłoby się niesłusznie wydawać zupełnie zwyczajne - oto Sabba R81 wydaje książkę. Zwyczajnym wydarzeniem jednak nie jest, ponieważ Świat drugiego nieba nie relacjonuje prawdziwych wydarzeń czy biografi, a opowiada całkowicie wymyśloną, oderwaną od faktów fikcję fabularną, której jak dotąd nikt na planecie Akarila od początku istnienia cywilizacji nigdy nie pisał. Niewiarygodny szum medialny spowodowany oczywistym zachwytem i radością z nowej, przełomowej umiejętności Akarilian przerywają dopiero coraz głośniejsze wątpliwości krytyków - powieść roi się od opisów sprzecznych z wiedzą posiadaną przez Sabbę R81. Pomimo początkowych prób usprawiedliwienia błędów fantazyjności książki niedoszły bohater dość szybko przyznaje się, że autorem jest ktoś inny. Niestety, sam nie ma pojęcia, kto nim jest. Po prostu parę dni temu znalazł kartki wypadające z drukarki, z której audioźródło zostało już usunięte.
Po pewnym czasie, gdy minęło pierwsze rozczarowanie i oburzenie, przypomniano sobie o niezmiennym fakcie - książka istnieje. Ktokolwiek by jej nie napisał, musiał być Akarilianinem, tak więc wciąż stanowi ona dowód na twórcze zdolności tej rasy. Ale czy na pewno? Trójka zajmujących się nią recenzentów niezależnie od siebie postanawia poznać prawdę. Analizując co bardziej niejasne słowa dzieła i poznając bliżej współmieszkańców Sabby R81, prędzej czy później dochodzą do wniosku, że autorem może być dosłownie każdy - nie tylko uczniowie Sabby R81 i jego pochodny, kilkudniowy Sabba R82, ale nawet wspomagające go biologiczne humanoidy. A może i to nie jest prawdą? Może to tylko manipulacja, mająca wywołać międzygatunkową wojnę?

Wiekopomna chwila publikacji książki przez Akarilianina, Bassę U280, naprawdę miała miejsce - odtąd wszyscy mieszkańcy tej cywilizacji wiedzieli, że ich komputerowe, czysto logiczne umysły są zdolne do posługiwania się wyobraźnią, tworzenia, nie tylko przetwarzania. Jednakże - zadaje sobie pytanie Wrata Noun 314 - co by było, gdybyśmy nie my byli pierwsi, gdyby wyprzedziły nas podrzędne istoty ludzkie? Oczywistą odpowiedź daje nam już w tytule. Kiedy powieść napisał prawdziwy mieszkaniec Akarili, otworzyła się złota era cywilizacji, z każdym rokiem owocująca coraz większą ilością coraz odważniejszych utworów. Gdyby natomiast porządkować swoje myśli i wnioskować nauczyli się biologiczni ludzie, których hoduje się tylko po to, żeby ich niedeterministyczne, pełne zbędnych myśli umysły wspomagały budowanie nowych grup podgatunkowych Akarilian, niewątpliwie skończyłoby się to anulowaniem istnienia kilku tysięcy osobników i wprowadzeniem radykalnych zmian w kodzie genetycznym hodowli - w tym przypadku książka byłaby niewątpliwie ostatnią. Czy jednak rozwinięta do tego stopnia istota (pomimo że biologiczna) pozwoliłaby jeszcze się kontrolować?
Umysł komputerowy jest zbyt uporządkowany, by tworzyć; umysł biologiczny jest zbyt twórczy, by się uporządkować. Na dobrą sprawę ani my, ani oni nie powinniśmy się nadawać do pisania książek - stwierdza w pewnym momencie Onometoijan ZB, jeden z dociekliwych krytyków. Nietrudno zauważyć, że każdy z owej trójki odzwierciedla jeden z trzech, sprzecznych punktów widzenia, pomiędzy którymi Wrata Noun jakby nie mógł się zdecydować. Najmłodszy, Dżaltako 504, dla którego Świat drugiego nieba był jednym z pierwszych ocenianych utworów w karierze, stosunkowo szybko przestaje wykluczać karkołomny pomysł, że napisać go mógł jeden z dwunastu humanoidów Sabby R81. Jest zafascynowany ideą, wierzy w szansę wspólnego rozwoju i wzajemnego uzupełniania się. Inknat Rokt 11 bardziej skłania się ku opcji, że to chaotyczny jeszcze sposób myślenia młodziutkiego Sabby R82 zdołał przekroczyć nieosiągalną dotąd granicę, choć jemu samemu trudno przed sobą ukryć, że jest to raczej ucieczka przed przerażającą wizją buntu stworzeń biologicznych, które dotąd wykorzystywali. Z nich wszystkich Onometoijan ZB w największym stopniu stanowi alter ego Wraty Nouna - doświadczony, nieco ospały oraz nieufny wobec czego tylko się da, ma największe problemy ze znalezieniem "winnego", jednak w głębi życzyłby sobie, żeby okazało się, że Sabba R81 kłamał wyrzekając się książki. To on przeżyje największy szok odnajdując autonotujące audioźródło u jednego z humanoidów Sabby R81 i on jako jedyny będzie mimo to szukał dalej, odnajdując to, czego ani on, ani nikt inny się nie spodziewa...
Nie wątpię, że każdy Ziemianin będzie stronniczy wobec wydarzeń i faktów mających miejsce w tej książce. Ale czy to aby na pewno wada, gdy znaczenie i kontekst jednego i drugiego co chwilę wywraca się tu do góry nogami? Wrata Noun 314 to mistrz w zaskakiwaniu, między innymi dlatego, że każdą kolejną wskazówką stara się zaskoczyć sam siebie.