Co to jest książka? Wydaje się, że już kiedyś sama odpowiedziałam sobie wyczerpująco na to pytanie – że jest to rodzaj zapisu, wykluczający multimedia, unikając wieloznaczności i niejednorodności treści. Ale co z „celowością” zapisu? Czy jeżeli powstał on samorzutnie, bez żadnego zamiaru stworzenia znaczenia, to nadal jest zapis? Czy wystarczające jest samo to, że da się go przeczytać?
Największa biblioteka Saufghinu, Alganka, w przeciwieństwie do innych tego typu instytucji na tej planecie, nie zawiera żadnej książki, którą ktoś świadomie zaplanowałby na fabułę, postacie i cokolwiek sensownego. Tym, co je pisze, a właściwie – tworzy czytelne wzory na papierze, są Rulieiny, płaskie stworzenia wielkości interpunkcji, słynące z tendencji do układania się na kontrastującym z nimi kolorystycznie materiale. Oczywiście same Rulieiny nie robią tego z zamiarem stworzenia czegokolwiek – odwrotnie, to Saufghinianie nauczyli się przypisywać wartość znaczeniową temu, co znajdywali niegdyś na liściach i kamieniach, a co potem składali w kartki nietypowych książek. Zmiana środowiska Rulieinom bynajmniej nie przeszkadzała, a nawet przeciwnie – chętnie rozprzestrzeniały się na inne, pozostawione dla nich w pobliżu czyste kartki, które potem saufghiniańscy czytelnicy mogli czytać jak hieroglify, rozkoszując się tajemniczością i głębią tekstu. Jego jednoznaczność jest niezaprzeczalna – na całym Saufghinie obowiązuje jeden standard interpretacji znaków, jeden język obrazkowy i jedna szkoła czytania, co sprawia, że każdy na wstępie dostaje to samo. Złożoność i nieuchwytność tekstu bierze się z kontekstu poszczególnych znaków, które oczywiście nieczęsto układają się z sensem, przez co, podobnie jak w poezji czy bardzo nowoczesnej ziemskiej prozie, trzeba się go trochę naszukać. Albo też założyć, że w ogóle nie jest potrzebny i potraktować dziwną historię jako metafizyczną wizję, zabawę dla podświadomości. Nic dziwnego, że książki faktycznie napisane przez autora, zaplanowane, przemyślane, choć niezmiennie powstawały, nie cieszyły się aż takim szacunkiem jako banalne i niepodatne na interpretację.
Pewnego dnia jednak zaczęły się problemy, które także Saufghinian zmusiły do zastanowienia się, czym jest książka, czy istnieje granica, za jaką utwór nie nadaje się już do czytania i jak wiele swobody można zostawić Rulieinom. Owe problemy objęły całą Algankę i trwają do teraz, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do tego, jak uratować teksty przed drastycznymi przemianami zachodzących dzień po dniu w każdym z nich. Niektórzy, co bardziej spostrzegawczy, nazwali proces Wojną Przecinków z Kropkami.
Zaskakujące, jak niewiele okazali się wiedzieć Saufghinianie o kwiecie własnej literatury. Oczywiście – mieli wspaniały podział na rulieinowe dziedziny, zabiegi stylistyczne, udało im się stworzyć nawet encyklopedię herosów „wymyślonych” przez płaskie robaczki, wraz z opisem osobowości i genealogią. Ale kiedy pojawiła się konieczność działania, zapobieżenia realnej katastrofie grożącej wymazaniem większości z tego, co cenili, okazuje się, że o samych „piszących” nie wiadomo niemal nic. Wyłączając nielicznych biologów fascynatów, którzy dość szybko zrozumieli, że ruch na kartkach wziął się z konfliktu i żądzy władzy dwóch podgatunków, przeciętny Saufghinian nie zdawał sobie sprawy, że patrząc na zadrukowaną kartkę, ma do czynienia z całym mikroświatem. Mało kto zdawał sobie sprawę z losowości zmian – popularne stało się podejście, według którego książki same tworzą swój ciąg dalszy i rozwinięcia, otwierają się nowe, a nawet samodzielne, interpretacje. Zmieniająca się treść sprawiała wrażenie bardziej agresywnej, chaotycznej, co fascynowało zwolenników, zwracających uwagę na jej energię wewnętrzną i lepszy kontakt z podświadomością. Powodowało to niewiedzę, co robić dalej z książkowym zjawiskiem i straszny dualizm pomiędzy tymi, którzy nawoływali, żeby go nie powstrzymywać, a zamiast tego korzystać z aktywności zapisu i czytać za każdym razem od nowa, oraz tymi, którzy zmienionych utworów najchętniej od razu by się pozbyli. Argumentami nadal były jednak tylko kwestie interpretacyjne, metafizyczne.
Flajijwomistroh był pierwszą osobą, która spojrzała na to, co się dzieje, pod kątem zachowań Rulieinów, a nie książek, traktując te ostatnie zdecydowanie jako skutek uboczny. Jako jeden z biologów, badających robaczki także przed Wojną, był w stanie przedstawić mniej zorientowanym (a teraz bardzo zorientowania potrzebującym) kolegom, na czym proces rozkładania się na czystych kartkach właściwie polega, dlaczego wzory są tak równe i regularne, i wreszcie jaki jest jego cel z punktu widzenia Rulieinów. Po serii ciekawostek przybliżających zespoły gatunkowe, rozwój gromady i porządek społeczny w jej obrębie czytelnik zostaje wprowadzony w prawdziwą historię i przyczyny Wojny Przecinków z Kropkami. Trudno sobie wyobrazić, że można z taką pasją opowiadać o przejawach agresji żywych plamek na przestrzeni kilkunastu centymetrów kwadratowych – a jednak można, bo zachowanie to zaczyna interesować, zaskakiwać, bawić, wzbudzać pytania i każe w napięciu wyczekiwać na zakończenie starcia, choć wiemy przecież, że ono i tak na razie niestety nie nastąpi. Dopiero na tle tego opisu jesteśmy w stanie zrozumieć, jak bardzo niepoważne są kłótnie fascynatów literatury, perorujących z dumą o interpretacji i rozwoju, zamiast po prostu jak najszybciej kopiować to, co jeszcze się do tego nadaje. W końcu to my, mówi Flajijwomistroh, jesteśmy tymi, którzy chcieliby przekazać tę wartość dla potomnych, nie bezmyślne Rulieiny, stanowiące jedynie czcionkę, a same nie przejmujące się tym, czy cokolwiek dla kogokolwiek znaczą. Zjawiskowość ich zachowania jest unikatowa na skalę międzyplanetarną i teraz właśnie jest okazja naprawdę to docenić – ratując te nieświadome dzieła przed ich własną destrukcją.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 października 2015
poniedziałek, 13 lipca 2015
73. „Inwazja” (Donna Werwo)
Czasami o całym naszym życiu i przyszłości decydują sekundy, których nikt nie byłby w stanie przewidzieć – oto pewnej nocy, na pewnej przypadkowej planecie zwanej Zerminą, rozbija się statek kosmiczny. Świadkami zdarzenia oraz śmierci jego jedynego pasażera jest trójka młodych Zerminian. Zanim jednak podróżnik, jak się okazało z rasy Awrilonów, traci przytomność, przekazuje nieznajomym ostrzeżenie o apokaliptycznej inwazji, nieuchronnie czekającej ich planetę. Oraz niezwykłą umiejętność, dzięki której być może uda im się ją uratować. Dotknięcie dłoni przybysza i przejęcie jego mocy było ostatnim, o co Awrilon poprosił. W ten niecodzienny sposób, czy im się to podobało czy nie, Rdine, Ssowi i Garoi nabyli zdolność stawania się niewidzialnym, a wraz z nią – wielką odpowiedzialność i niełatwy cel pokrzyżowania planów złych Jeronów, największych wrogów Awrilonów, którzy mogli dotrzeć na Zerminę w każdej chwili. W wykryciu ich obecności miał trójce wybrańców pomóc nowy zmysł, ponieważ już samo to było wyzwaniem – Jeronowie byli czymś w rodzaju zespołów nanorobotów, które przejmowały umysły swoich ofiar, od tej pory działając za ich pomocą. Nikt nie mógł zauważyć przybycia kosmitów, może nawet byli na planecie już teraz...
Rdine, Ssowi i Garoi bardzo się od siebie różnili, podobnie też było ze wprawą w wykorzystywaniu nowych możliwości, ale żadne z nich nie zwlekało z użyciem jej do walki z obcymi – w końcu losy świata zależało tylko od nich. Nikt inny nie znał prawdy i nikomu też nie mogli ufać. Inwazja naprawdę miała miejsce – pierwsze sygnały charakterystycznego podobnego do hipnozy mechanicznego zakażenia znaleźli już w kilka dni po spotkaniu z Awrilonem. Ofiarą okazał się pracownik wysokiego szczebla korporacji ogólnoświatowej, zajmującej się najnowszymi technologiami, które jak młodzi Zerminianie się dowiedzieli, w rzeczy samej mogłyby się bardzo przydać Jeronom... Kosmiczna zdolność pozwoliła im dotrzeć do niego natychmiast, a potem już tylko jeden dotyk wystarczył, żeby wypędzić obcych i przywrócić zakażonemu władzę nad umysłem. Uratowany sam przyznał, że pracował dla Jeronów i własnoręcznie spalił wszystkie swoje prace, które mogłyby zagrozić światu.
Wybrańcy nabierali pewności siebie i coraz lepiej wykrywali otaczające niebezpieczeństwa. Nie tylko współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, ale i odkrywali w sobie wciąż nowe umiejętności potajemnie przekazane im przez Awrilona. Oprócz niewidzialności i intuicji pojawiła się siła i szybkość, a dzięki skrzydłom, które niegdyś widzieli u przybysza, powoli uczyli się latać. Czuli, że to właśnie do nich należy dar i przekleństwo kierowania losami świata, opiekowania się nim i poprawiania go, cokolwiek miałoby się z nim stać. Mimo to cicha wojna wyraźnie się zaostrzała i z każdym dniem przerażająco przybywało ludzi, których zachowanie niepokoiło Rdine, Ssowi i Garoi. Coraz częściej wydawały się to być osoby zupełnie zwyczajne, u których jedynie maleńki element osobowości zdawał się wskazywać na to kosmiczne zniekształcenie, które miało doprowadzić do inwazji. Nie minęło więcej niż kilkaset dni jak z wysoko postawionych i silnych ofiarami Jeronów zaczęli padać Zerminianie coraz bardziej niepozorni, w różnym wieku i w różnych częściach świata... Czyżby jedynym wyjściem było uzdrowić wszystkich mieszkańców planety? A może odpowiedź leży zupełnie gdzie indziej?
Zerminianie, która to rasa istnieje naprawdę i do której właśnie należy autor, bardzo lubią szczęśliwe zakończenia i wynoszenie głównych bohaterów na piedestał, nic więc dziwnego, że Inwazja wywołała ogólne niezadowolenie. Historia, która początkowo wydaje się zmierzać w jednoznacznym kierunku, w pewnym momencie wywraca się do góry nogami i stawia czytelnika w punkcie, w którym nic nie jest tym, czym miało być. Postacie, którym cały czas bezkrytycznie towarzyszyliśmy, okazują się nagle być już kimś zupełnie innym niż na początku. Tajemniczy osobnik z nieba, któremu z miejsca przypisaliśmy wszystkie cnoty i wielką dobroć, którego podziwialiśmy za zaufanie, którym obdarza nieznajomych, w jednej chwili staje się potworem, przed którymi sam zdawał się ostrzegać. Jedynym człowiekiem, któremu możemy zaufać, staje się jeden z tych, któremu przez cały czas jakimś sposobem udaje się umknąć przed dotykiem Rdine, Ssowi i Garoi i który przez długi czas zdawał się naszym największym wrogiem. Donna niezwykle delikatnie i błyskotliwe opisuje fabularną przemianę, której początkowo nie zauważamy, której przez pewnej czas wręcz nie chcemy zauważać, ale którą w końcu ów człowiek stawia nam przed oczami i już nie można przed tym miażdżącym faktem uciec. Jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z inwazji – prawdziwej, nie tej przyniesionej przez zapowiadanych Jeronów, którzy tak naprawdę nigdy nie nadlecieli. Rdine, Ssowi i Garoi nie zdawali sobie sprawy z obronnej postawy, jaką w międzyczasie przyjął świat. Przeciwko nim – niszczycielskim, bezwzględnym, niepowstrzymanym i cały czas rosnącym w siłę. Bezmyślnie realizującym rolę przypisaną im przez kogoś, o kim nic nie wiedzieli i nie zastawiający się nad tym, czym sami się stają. W ten sposób oczekiwana chwila, gdy trójka bohaterów stanie twarzą w twarz z dowódcą najeźdźców swojej rodzimej planety, zmienia się w pojedynek, w którym ktoś inny, ktoś kto naprawdę chce ją ratować, musi przeciwstawić się im. Pytanie brzmi, czy Rdine, Ssowi i Garoi mu na to pozwolą.
Szokująca, pełna zaskoczeń i wzruszeń historia, w której pragnienie czynienia dobra zmienia się w zaślepienie, siła w przekleństwo, a dopiero słabość i desperacja – w jedyną nadzieję i bohaterstwo. Niesamowite.
Rdine, Ssowi i Garoi bardzo się od siebie różnili, podobnie też było ze wprawą w wykorzystywaniu nowych możliwości, ale żadne z nich nie zwlekało z użyciem jej do walki z obcymi – w końcu losy świata zależało tylko od nich. Nikt inny nie znał prawdy i nikomu też nie mogli ufać. Inwazja naprawdę miała miejsce – pierwsze sygnały charakterystycznego podobnego do hipnozy mechanicznego zakażenia znaleźli już w kilka dni po spotkaniu z Awrilonem. Ofiarą okazał się pracownik wysokiego szczebla korporacji ogólnoświatowej, zajmującej się najnowszymi technologiami, które jak młodzi Zerminianie się dowiedzieli, w rzeczy samej mogłyby się bardzo przydać Jeronom... Kosmiczna zdolność pozwoliła im dotrzeć do niego natychmiast, a potem już tylko jeden dotyk wystarczył, żeby wypędzić obcych i przywrócić zakażonemu władzę nad umysłem. Uratowany sam przyznał, że pracował dla Jeronów i własnoręcznie spalił wszystkie swoje prace, które mogłyby zagrozić światu.
Wybrańcy nabierali pewności siebie i coraz lepiej wykrywali otaczające niebezpieczeństwa. Nie tylko współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, ale i odkrywali w sobie wciąż nowe umiejętności potajemnie przekazane im przez Awrilona. Oprócz niewidzialności i intuicji pojawiła się siła i szybkość, a dzięki skrzydłom, które niegdyś widzieli u przybysza, powoli uczyli się latać. Czuli, że to właśnie do nich należy dar i przekleństwo kierowania losami świata, opiekowania się nim i poprawiania go, cokolwiek miałoby się z nim stać. Mimo to cicha wojna wyraźnie się zaostrzała i z każdym dniem przerażająco przybywało ludzi, których zachowanie niepokoiło Rdine, Ssowi i Garoi. Coraz częściej wydawały się to być osoby zupełnie zwyczajne, u których jedynie maleńki element osobowości zdawał się wskazywać na to kosmiczne zniekształcenie, które miało doprowadzić do inwazji. Nie minęło więcej niż kilkaset dni jak z wysoko postawionych i silnych ofiarami Jeronów zaczęli padać Zerminianie coraz bardziej niepozorni, w różnym wieku i w różnych częściach świata... Czyżby jedynym wyjściem było uzdrowić wszystkich mieszkańców planety? A może odpowiedź leży zupełnie gdzie indziej?
Zerminianie, która to rasa istnieje naprawdę i do której właśnie należy autor, bardzo lubią szczęśliwe zakończenia i wynoszenie głównych bohaterów na piedestał, nic więc dziwnego, że Inwazja wywołała ogólne niezadowolenie. Historia, która początkowo wydaje się zmierzać w jednoznacznym kierunku, w pewnym momencie wywraca się do góry nogami i stawia czytelnika w punkcie, w którym nic nie jest tym, czym miało być. Postacie, którym cały czas bezkrytycznie towarzyszyliśmy, okazują się nagle być już kimś zupełnie innym niż na początku. Tajemniczy osobnik z nieba, któremu z miejsca przypisaliśmy wszystkie cnoty i wielką dobroć, którego podziwialiśmy za zaufanie, którym obdarza nieznajomych, w jednej chwili staje się potworem, przed którymi sam zdawał się ostrzegać. Jedynym człowiekiem, któremu możemy zaufać, staje się jeden z tych, któremu przez cały czas jakimś sposobem udaje się umknąć przed dotykiem Rdine, Ssowi i Garoi i który przez długi czas zdawał się naszym największym wrogiem. Donna niezwykle delikatnie i błyskotliwe opisuje fabularną przemianę, której początkowo nie zauważamy, której przez pewnej czas wręcz nie chcemy zauważać, ale którą w końcu ów człowiek stawia nam przed oczami i już nie można przed tym miażdżącym faktem uciec. Jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z inwazji – prawdziwej, nie tej przyniesionej przez zapowiadanych Jeronów, którzy tak naprawdę nigdy nie nadlecieli. Rdine, Ssowi i Garoi nie zdawali sobie sprawy z obronnej postawy, jaką w międzyczasie przyjął świat. Przeciwko nim – niszczycielskim, bezwzględnym, niepowstrzymanym i cały czas rosnącym w siłę. Bezmyślnie realizującym rolę przypisaną im przez kogoś, o kim nic nie wiedzieli i nie zastawiający się nad tym, czym sami się stają. W ten sposób oczekiwana chwila, gdy trójka bohaterów stanie twarzą w twarz z dowódcą najeźdźców swojej rodzimej planety, zmienia się w pojedynek, w którym ktoś inny, ktoś kto naprawdę chce ją ratować, musi przeciwstawić się im. Pytanie brzmi, czy Rdine, Ssowi i Garoi mu na to pozwolą.
Szokująca, pełna zaskoczeń i wzruszeń historia, w której pragnienie czynienia dobra zmienia się w zaślepienie, siła w przekleństwo, a dopiero słabość i desperacja – w jedyną nadzieję i bohaterstwo. Niesamowite.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
68. „Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)
Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
poniedziałek, 11 maja 2015
64. „Ukrywanie i szukanie” (Kwaćin Oprera)
Odkąd Cawil Plangnić opuścił swoją rodzimą planetę, Luzję, pogrążoną w wojnie domowej o ostatnie nadające się do życia tereny, i zadomowił się na oddalonym o jeden układ planetarny spokojnym, rozwiniętym Ranglonie, wydawało się, że los wreszcie się do niego uśmiechnął. Wielu Luzjan podjęło się ucieczki – nie tylko z powodu obawy o własne życie, ale także przez wzgląd na swoją naturalną zdolność odczuwania historii przedmiotów i emocji ludzi, którzy się z nimi zetknęli, która sprawiała, że w chwili obecnej egzystować na zniszczonej planecie byli już w stanie tylko nieczuli na nic szaleńcy. Ranglonianie nie byli ślepi na to, co działo się u ich sąsiadów, dlatego przerażeni ich destrukcyjną chciwością ustanowili dla nich zakaz osiedlania się na swojej planecie. Wyprowadzka właśnie w te strony wydawała się więc ryzykowna, mimo to Cawil nie miał dużego wyboru. W praktyce jednak prędko okazało się, że Ranglonianie nie znają Luzjan na tyle, żeby rozróżnić ich od setek innych ras, które ich odwiedzają – poza ową szczególną umiejętnością odczuwania. Tak oto groźba natychmiastowego wyrzucenia pozostawała na papierze, dopóki tylko Plangnić nie ujawniał się z tym, co czasami udaje mu się zobaczyć...
Jego sytuacja komplikuje się w chwili znalezienia porzuconego noża. Jeden dotyk kamiennego ostrza wystraczy, by Luzjanin stał się świadkiem okrutnego morderstwa, odbierając emocje ofiary i widząc twarz zabójcy. Nie mogąc pozostać obojętnym wobec tego, co zobaczył, a jednocześnie będąc zmuszonym do ukrywania swojej tajemnicy, nawiązuje współpracę z detektywem Soawruemem Deltem Swi, pracującym nad tą sprawą. Od tej pory, wciąż nie zdradzając, kim jest, Cawil pomaga mu w szukaniu śladów oraz, niepostrzeżenie, nakierowuje go podpowiedziami na właściwe rozwiązania. Jednocześnie wciąż nie rozstaje się z okruchem kamiennego narzędzia, który pozostał w jego kieszeni – początkowo z powodu potrzeby poznania niezauważonych wcześniej szczegółów, ale potem także z powodu zamordowanej dziewczyny, której osobowość zaczęła go coraz bardziej oczarowywać. Nie tylko jednak punkt widzenia jest ważny – doskonale udający naiwnego Soawruem coraz wyraźniej dostrzega, że jego kolega wie więcej niż powinien i z coraz większym trudem zmaga się z dwoma, równie nieprzyjemnymi, podejrzeniami wobec niego. Jednocześnie cały czas w tle towarzyszy nam niewyraźny plan samego mordercy, w którym, jak się prędko okaże, parę zabójstw jest dopiero sposobem na cel, nie samym celem.
Kłopot mają to obaj bohaterowie i trudno ocenić, kto większy. Cawil już wystarczająco napatrzył się na śmierć i cierpienie jeszcze na Luzji i teraz wielokrotnie staje o krok przed decyzją powiedzenia Soawruemowi prawdy, jeśli tylko mógłby w swojej ostatniej woli po prostu wskazać winnego. Sam Delt Swi, jak na detektywa przystało, szybko dostrzega, że ma u swojego boku oszusta, jednak nie jest pewien, jakiego rodzaju. Czy raczej: nie chce mieć pewności. Wsparcie bardzo mu się przydaje (przed tajemniczym pojawieniem się Luzjanina nie był w stanie ustalić prawie nic) i natychmiast polubił Plangnića z jego troskliwym zaangażowaniem i nerwowymi talentami dedukcyjnymi. Dlatego tym trudniejsza jest dla niego świadomość, że jeśli naprawdę jest on Luzjanem albo, co gorsza, jest w morderstwo w jakiś sposób zamieszany, on, jako przedstawiciel prawa, będzie musiał go ukarać albo sam narazi się na niebezpieczeństwo.
Te dwa przejawy wewnętrznej walki są tym, co rzuca się nam w oczy jako pierwsze, jednak z rozwojem akcji zauważamy i w samym śledztwie coś charakterystycznego – że wskazówki zdają się być poukładane tak, żeby tylko Luzjanin był je w stanie znaleźć. I żeby każda kolejna z nich coraz bardziej narażała go i zmuszała do przyznania się. Albo wycofania się, czego (jak pewnie przewidywał plan) zakochany w nieżyjącej dziewczynie Cawil nie jest w stanie zrobić... Co rusz zastanawiamy się, co lub kto naprawdę jest zamiarem przestępcy – złamanie tych, którzy chcą go schwytać, zniszczenie ich, czy może jakaś własna wizja skuteczniejszej sprawiedliwości, która ściągnie nieszczęście na wszystkich Luzjan mieszkających kątem na planecie. Dlatego właśnie nadciągający koniec jest tak emocjonujący – nie z powodu mordercy, którego znamy od początku (no, prawie, ale bez spoilerów), ale z powodu tej walki o własne (i nie tylko) życie i bezpieczeństwo, którą Plangnić i Soawruem muszą podejmować coraz bardziej świadomie i z większym ryzykiem, oszukując wzajemne zaufanie i samych siebie, ale z myślą o czymś o wiele ważniejszym.
Gdyby nie sprawna ręka autora (właśnie Ranglonianin którego to rasa właśnie zmagała się z podobnego rodzaju imigrantami), nigdy nie wątpiącego w mądrość sprawiedliwości i to, jak wiele nam może dać szczere poświęcenie, ciężko byłoby wierzyć w dobre, a jednocześnie prawdopodobne i naprawdę błyskotliwe zakończenie.
Jego sytuacja komplikuje się w chwili znalezienia porzuconego noża. Jeden dotyk kamiennego ostrza wystraczy, by Luzjanin stał się świadkiem okrutnego morderstwa, odbierając emocje ofiary i widząc twarz zabójcy. Nie mogąc pozostać obojętnym wobec tego, co zobaczył, a jednocześnie będąc zmuszonym do ukrywania swojej tajemnicy, nawiązuje współpracę z detektywem Soawruemem Deltem Swi, pracującym nad tą sprawą. Od tej pory, wciąż nie zdradzając, kim jest, Cawil pomaga mu w szukaniu śladów oraz, niepostrzeżenie, nakierowuje go podpowiedziami na właściwe rozwiązania. Jednocześnie wciąż nie rozstaje się z okruchem kamiennego narzędzia, który pozostał w jego kieszeni – początkowo z powodu potrzeby poznania niezauważonych wcześniej szczegółów, ale potem także z powodu zamordowanej dziewczyny, której osobowość zaczęła go coraz bardziej oczarowywać. Nie tylko jednak punkt widzenia jest ważny – doskonale udający naiwnego Soawruem coraz wyraźniej dostrzega, że jego kolega wie więcej niż powinien i z coraz większym trudem zmaga się z dwoma, równie nieprzyjemnymi, podejrzeniami wobec niego. Jednocześnie cały czas w tle towarzyszy nam niewyraźny plan samego mordercy, w którym, jak się prędko okaże, parę zabójstw jest dopiero sposobem na cel, nie samym celem.
Kłopot mają to obaj bohaterowie i trudno ocenić, kto większy. Cawil już wystarczająco napatrzył się na śmierć i cierpienie jeszcze na Luzji i teraz wielokrotnie staje o krok przed decyzją powiedzenia Soawruemowi prawdy, jeśli tylko mógłby w swojej ostatniej woli po prostu wskazać winnego. Sam Delt Swi, jak na detektywa przystało, szybko dostrzega, że ma u swojego boku oszusta, jednak nie jest pewien, jakiego rodzaju. Czy raczej: nie chce mieć pewności. Wsparcie bardzo mu się przydaje (przed tajemniczym pojawieniem się Luzjanina nie był w stanie ustalić prawie nic) i natychmiast polubił Plangnića z jego troskliwym zaangażowaniem i nerwowymi talentami dedukcyjnymi. Dlatego tym trudniejsza jest dla niego świadomość, że jeśli naprawdę jest on Luzjanem albo, co gorsza, jest w morderstwo w jakiś sposób zamieszany, on, jako przedstawiciel prawa, będzie musiał go ukarać albo sam narazi się na niebezpieczeństwo.
Te dwa przejawy wewnętrznej walki są tym, co rzuca się nam w oczy jako pierwsze, jednak z rozwojem akcji zauważamy i w samym śledztwie coś charakterystycznego – że wskazówki zdają się być poukładane tak, żeby tylko Luzjanin był je w stanie znaleźć. I żeby każda kolejna z nich coraz bardziej narażała go i zmuszała do przyznania się. Albo wycofania się, czego (jak pewnie przewidywał plan) zakochany w nieżyjącej dziewczynie Cawil nie jest w stanie zrobić... Co rusz zastanawiamy się, co lub kto naprawdę jest zamiarem przestępcy – złamanie tych, którzy chcą go schwytać, zniszczenie ich, czy może jakaś własna wizja skuteczniejszej sprawiedliwości, która ściągnie nieszczęście na wszystkich Luzjan mieszkających kątem na planecie. Dlatego właśnie nadciągający koniec jest tak emocjonujący – nie z powodu mordercy, którego znamy od początku (no, prawie, ale bez spoilerów), ale z powodu tej walki o własne (i nie tylko) życie i bezpieczeństwo, którą Plangnić i Soawruem muszą podejmować coraz bardziej świadomie i z większym ryzykiem, oszukując wzajemne zaufanie i samych siebie, ale z myślą o czymś o wiele ważniejszym.
Gdyby nie sprawna ręka autora (właśnie Ranglonianin którego to rasa właśnie zmagała się z podobnego rodzaju imigrantami), nigdy nie wątpiącego w mądrość sprawiedliwości i to, jak wiele nam może dać szczere poświęcenie, ciężko byłoby wierzyć w dobre, a jednocześnie prawdopodobne i naprawdę błyskotliwe zakończenie.
poniedziałek, 16 lutego 2015
52. „Drugi punkt widzenia” (Esla Gleprrifrormasla Geni)
Z radością przyjęłam propozycję czytelniczki Meg, zawartej pod poprzednim wpisem, dotyczącej wcale niebłahej kwestii porządkowania uprawnień robotów. W poszukiwania utworu zgodnego z opisem zaangażowała się cała redakcja i choć nadal nikt nie ma pewności, czy to na pewno ten, cieszę się, że taka perełka jak Drugi punkt widzenia (zwany też czasem Definicją życia) nie będzie musiała czekać na samym końcu kolejki i podejrzewam, że nie tylko Meg znajdzie tu coś dla siebie.
Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.
Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.
Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.
Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.
poniedziałek, 24 listopada 2014
40. „Podboje Wielkiego Imperatora Inwata: część 27” (Nojn iho Kwsang)
Planeta Enkalips była jasnym, bogatym w azot i złoża naturalne światem - idealnym, żeby na nią napaść. Wkrótce po jej odkryciu i pobieżnym zbadaniu imperator Inwat zebrał flotę i wydał rozkaz zajęcia nowego globu. To, czy obecnie zamieszkiwały go jakieś istoty inteligentne (czy też jakiekolwiek), zawsze było dla niego sprawą drugorzędną bez wpływu na decyzje, jednak nigdy nie odrzucał ewentualności, że tubylcy mogą stawić opór. Nic dziwnego - przez lata zdobywania nowych terytoriów napotykał na najniezwyklejsze stworzenia, które w mniej lub bardziej agresywny sposób okazywały mu brak sympatii dla obcych. Nie było jednak nic, co mogłoby powstrzymać Wielkiego Inwata i ów nie wyobrażał sobie, żeby tym razem coś mogło pokrzyżować jego plany dołączenia pięknej Enkalips do kolekcji dwudziestu sześciu planet Imperium Zyngwozian.
Na miejscu nie napotkał żadnych zwierząt, a przynajmniej nie takie, które byłyby oderwane od gleby - aż po horyzont, z każdej strony planety ląd spowijała mieniąca się wszystkimi kolorami dżungla, pełna rozłożystych drzew o wielkich liściach oraz traw sięgającym im aż do korony. Pozorna bezludność planety mogła okazać się zwodniczą pułapką, mimo to na razie nawet kwaśne początkowo powietrze po paru minutach zdawało się dostosowywać do organizmów wysłanych na powierzchnię żołnierzy. Wszystko zdawało się zachęcać gości do siebie. - zamiast wystraszonych rezydentów ujawniały się wciąż nowe osobliwości i cuda, niewidziane z góry. Schodząc niżej, do tuneli labiryntów pod lasem, oświetlanych jasnością paproci i bielą pni drzew, odkryli wreszcie gaik drzew, obwieszonych ogromnymi bańkami powietrza, których przezroczyste błonki lśniły najróżniejszymi jaskrawymi barwami. Zyngwozianie uświadomili sobie wtedy, że setki takich błyszczących baloników widzieli unoszące się wysoko nad swoimi głowami gdziekolwiek się tu udawali. Zjawisko było tak absorbujące, iż prędko zdecydowali, że nie znajdą tu już nic bardziej interesującego, i postanowili wrócić na statek, by zameldować o bezpiecznej sytuacji i braku wrogów. Nie wiedzieli jednak, że pierwszy raz w życiu to nie wrogów muszą się obawiać...
Kronikarz Nojn iho Kwsang towarzyszył Inwatowi, swojemu władcy i natchnieniu, podczas wszystkich jego inwazji, jednak ta z numerem dwudziestym siódmym należała do jednych z najdziwaczniejszych i najbardziej szokujących jednocześnie. Można spokojnie powiedzieć, że zmieniła jego sposób patrzenia na świat, dlatego właśnie z pompatycznych, sławiących przemoc relacji zmieniła się w nieprzewidywalną historię pełną jego refleksji i negujących się ze strony na stronę wniosków.
Dotąd Kwsang, choć wykształcony, podzielał poglądy swojego pana oraz większości Zyngwozian, że ten, kto ma siłę, ma wszystko. Inwat był zdecydowanie wzorem takich idei - odważny, bezwzględny, obdarzony talentem dowódczym, a przy tym pozbawiony innych zbytecznych walorów emocjonalnych czy umysłowych podporządkowywał sobie kolejne zaskoczone kraje przewyższające go rozwojem czy zdobyczami naukowymi. Co jednak gdy nie ma nikogo, z kim można walczyć? Gdy tym, co staje na drodze, nie są stworzenie odbierające agresywne wtargnięcie jako to samo, nie reagujące na nieznane w znany sposób, nie okazujące przemocy, którą możnaby odeprzeć?
W starciu z przerażającym zachowaniem enkalipsiańskich roślin, które w swojej gościnności potrafią przekształcać odwiedzające je stworzenia tak, żeby były w stanie swobodnie żyć i oddychać w ich środowisku, toporny i odarty z umiejętności wnioskowania rozum Inwat okazał się bezradny. Kwsang staje się świadkiem, jak jego idol przegrywa ze schematycznością własnego myślenia, nie mogąc pojąć, że jedynym ratunkiem przed trucizną, zmieniającą kolejnych wojowników w kolorowe bańki, jest ucieczka, nie pełne poświęcenia stawianie czoła niebezpieczeństwu i wypatrywanie wroga, którego możnaby pokonać. Nie pomagają usprawiedliwienia i typowe dla autora wróżenie sukcesu - w końcu, nawet wbrew własnej woli, Kwsang zaczyna rozumieć, że tutaj siła i zdecydowanie są jedynie głupotą, którą sami się zniszczą. Rozumieją to także kolorowi pół-ludzie, którzy stają na drodze imperatorowi i stają się dla niego pierwszymi wrogami, z którymi może walczyć i wreszcie wrócić do swojego ulubionego jedynego słusznego działania... Czy uda się to zatrzymać?
Wielu naukowców zachwycało się Enkalips, badając niezwykłą reakcję i uczuciowość porastających ją roślin, podziwiając je, ucząc dzięki nim i pamiętając, że mają do czynienia jedynie z formą otwartości na inne żywe stworzenia i pragnieniem „pomocy” im. Ostatecznie nawet Inwat coś wyniósł z tych wydarzeń i nauczył się myśleć, nawet jeśli efektem tego była, jak na ironię, jedynie koncepcja nowych i uniwersalniejszych narzędzi zniszczenia.
Dla wielbicieli dziwnych i absurdalnych (przynajmniej z naszego punktu widzenia) zjawisk i historii poznawania innych planet.
Na miejscu nie napotkał żadnych zwierząt, a przynajmniej nie takie, które byłyby oderwane od gleby - aż po horyzont, z każdej strony planety ląd spowijała mieniąca się wszystkimi kolorami dżungla, pełna rozłożystych drzew o wielkich liściach oraz traw sięgającym im aż do korony. Pozorna bezludność planety mogła okazać się zwodniczą pułapką, mimo to na razie nawet kwaśne początkowo powietrze po paru minutach zdawało się dostosowywać do organizmów wysłanych na powierzchnię żołnierzy. Wszystko zdawało się zachęcać gości do siebie. - zamiast wystraszonych rezydentów ujawniały się wciąż nowe osobliwości i cuda, niewidziane z góry. Schodząc niżej, do tuneli labiryntów pod lasem, oświetlanych jasnością paproci i bielą pni drzew, odkryli wreszcie gaik drzew, obwieszonych ogromnymi bańkami powietrza, których przezroczyste błonki lśniły najróżniejszymi jaskrawymi barwami. Zyngwozianie uświadomili sobie wtedy, że setki takich błyszczących baloników widzieli unoszące się wysoko nad swoimi głowami gdziekolwiek się tu udawali. Zjawisko było tak absorbujące, iż prędko zdecydowali, że nie znajdą tu już nic bardziej interesującego, i postanowili wrócić na statek, by zameldować o bezpiecznej sytuacji i braku wrogów. Nie wiedzieli jednak, że pierwszy raz w życiu to nie wrogów muszą się obawiać...
Kronikarz Nojn iho Kwsang towarzyszył Inwatowi, swojemu władcy i natchnieniu, podczas wszystkich jego inwazji, jednak ta z numerem dwudziestym siódmym należała do jednych z najdziwaczniejszych i najbardziej szokujących jednocześnie. Można spokojnie powiedzieć, że zmieniła jego sposób patrzenia na świat, dlatego właśnie z pompatycznych, sławiących przemoc relacji zmieniła się w nieprzewidywalną historię pełną jego refleksji i negujących się ze strony na stronę wniosków.
Dotąd Kwsang, choć wykształcony, podzielał poglądy swojego pana oraz większości Zyngwozian, że ten, kto ma siłę, ma wszystko. Inwat był zdecydowanie wzorem takich idei - odważny, bezwzględny, obdarzony talentem dowódczym, a przy tym pozbawiony innych zbytecznych walorów emocjonalnych czy umysłowych podporządkowywał sobie kolejne zaskoczone kraje przewyższające go rozwojem czy zdobyczami naukowymi. Co jednak gdy nie ma nikogo, z kim można walczyć? Gdy tym, co staje na drodze, nie są stworzenie odbierające agresywne wtargnięcie jako to samo, nie reagujące na nieznane w znany sposób, nie okazujące przemocy, którą możnaby odeprzeć?
W starciu z przerażającym zachowaniem enkalipsiańskich roślin, które w swojej gościnności potrafią przekształcać odwiedzające je stworzenia tak, żeby były w stanie swobodnie żyć i oddychać w ich środowisku, toporny i odarty z umiejętności wnioskowania rozum Inwat okazał się bezradny. Kwsang staje się świadkiem, jak jego idol przegrywa ze schematycznością własnego myślenia, nie mogąc pojąć, że jedynym ratunkiem przed trucizną, zmieniającą kolejnych wojowników w kolorowe bańki, jest ucieczka, nie pełne poświęcenia stawianie czoła niebezpieczeństwu i wypatrywanie wroga, którego możnaby pokonać. Nie pomagają usprawiedliwienia i typowe dla autora wróżenie sukcesu - w końcu, nawet wbrew własnej woli, Kwsang zaczyna rozumieć, że tutaj siła i zdecydowanie są jedynie głupotą, którą sami się zniszczą. Rozumieją to także kolorowi pół-ludzie, którzy stają na drodze imperatorowi i stają się dla niego pierwszymi wrogami, z którymi może walczyć i wreszcie wrócić do swojego ulubionego jedynego słusznego działania... Czy uda się to zatrzymać?
Wielu naukowców zachwycało się Enkalips, badając niezwykłą reakcję i uczuciowość porastających ją roślin, podziwiając je, ucząc dzięki nim i pamiętając, że mają do czynienia jedynie z formą otwartości na inne żywe stworzenia i pragnieniem „pomocy” im. Ostatecznie nawet Inwat coś wyniósł z tych wydarzeń i nauczył się myśleć, nawet jeśli efektem tego była, jak na ironię, jedynie koncepcja nowych i uniwersalniejszych narzędzi zniszczenia.
Dla wielbicieli dziwnych i absurdalnych (przynajmniej z naszego punktu widzenia) zjawisk i historii poznawania innych planet.
poniedziałek, 6 października 2014
33. „Miejsce szczęśliwe” (Wireni Wirkros)
Ostatnia wojna w Narucji zakończyła się bardzo wiele lat temu i niewielu, poza starym Szarwonem Oanynem, ją pamiętało. Trwała nie dłużej niż krótki rok czy dwa, a nieznany wróg szybko dał się przepędzić, jednak wstrząsające obrazy rozpadających się na jego oczach szkieł wzniosłych metropolii i ludzi ginących pod zrzucanymi z nieba ostrzami nieusuwalnie zapisały się w jego wspomnieniach. Myślom o wojnie niezmiennie towarzyszył ból i smutek, jednakże uczucia, wywoływane przez zapoczątkowane przez nią powojenne czasy odbudowy kraju, nie dawały się Szarwonowi już tak łatwo sprecyzować. Z jednej strony musiał każdego dnia walczyć z widokiem ruiny, przypominającej mu o latach tak bardzo niedawnej świetności, z drugiej jednak... Miał wrażenie, że nigdy przedtem nie spotkało go tyle życzliwości, poświęcenia i zaufania od nawet zupełnie obcych ludzi, że otaczający go Naruci nigdy dotąd nie mieli tyle siły, wiary i tak jasnego celu, który dawał im nadzieję na każdy kolejny ciężki dzień. Nigdy nie czuł się samotny, niepotrzebny, nigdy nie dotykały go wątpliwości co do wartości, o które trzeba walczyć. Pomimo że z upływem lat miasto zostało odbudowane, a duma ze wspólnego dzieła z czasem przeminęła na korzyść wielu, wydawałoby się, o wiele spektakularniejszych wydarzeń, dla Szarwona były to najwspanialsze i najważniejsze chwile w życiu.
Dramatyczne przeżycia sprawiły, że Szarwon prawie zapomniał, że istniały jakieś czasy przed wojną. Wydawały mu się blade i nic nie znaczące. Zdał sobie z tego sprawę pewnego dnia, obserwując zachowanie ludzi dookoła. Rodzina, sąsiedzi, to jak wzajemnie się traktują i o sobie mówią, władze, wydarzenia polityczne, to co dzieje się w szkołach, mediach, na rynku pracy... Nagle zaczęły wracać do niego wspomnienia czasów przedwojennych, coraz wyraźniejsze, choć nic nie było w stanie ich przywołać przez tak długi szmat czasu. Zupełnie jak wtedy ze światem i z ludźmi działo się coś dziwnego. Słyszało się o coraz częstszych rozpadach międzypokoleniowych, zamykano wspólne wytwórnie, policja podnosiła podatki, nikt nie chciał zasiedlać nowych lasów. Zagubieni i samotni Naruci, podobnie jak sam Szarwon, nie potrafili radzić sobie ze zwykłą, pozornie bezpieczną i oswojoną codziennością, rozmawiać ze sobą, znajdywać w sobie odwagi do działania, żyjąc w ciągłym lęku przed oszustwami i odrzuceniem. Skąd to de javu? Czy jakieś podobieństwo naprawdę istnieje czy to tylko niejasna pamięć płata Szarwonowi figle? Nie zdołał powstrzymać skojarzenia, że wszystko by się zmieniło, stało znów lepsze, gdyby kraj nawiedziła kolejna wojna, równie bolesna i tragiczna w skutkach, ale przecież...
Niewinne początkowo spostrzeżenia z każdym dniem zmieniało się w prawdziwą obawę o to, co wydarzy się wkrótce. Wspomnienia wracały i nadawały szczegółom sens, który zaczynał przerażać mężczyznę, który wreszcie kazał mu spotkać się osobiście z samym prezydentem. Prawda, którą wtedy poznał, objawiła przed nim dylemat, od którego zależało wszystko, czyli życie i szczęście Narucjan.
Mówi się, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, i prawda ta dotyczy nie tylko Ziemian. Zwłaszcza w znaczeniu: czego chcą do szczęścia, które przez wieki pozostawało jedną z największych zagadek psychologii. Jako jeden z najmniej wdzięcznych materiałów badawczych, posiada zależność występowania od innych czynników praktycznie pozbawioną logiki. Osoby, po których możnaby oczekiwać uczucia szczęścia patrząc na ich zamożność, urodę czy popularność (czyli czynników, wydawałoby się, mających na nie największy wpływ), nigdy szczęśliwe nie są. Podobnie jak z miłością nic nie da gonienie za nim, choć jednocześnie nie jest możliwe wykrycie go od strony chemicznej.
Pionierami w skutecznym wywoływaniu szczęścia, sensu życia i wiary w siebie byli dopiero mieszkańcy Norfeli, którym po latach obserwacji i analiz udało się z sukcesem wykorzystać wyniki między innymi właśnie w Narucji. Podobnie jak głównemu bohaterowi Norfelianom udało się złożyć w całość pozornie wykluczające się elementy i odkryć, że do szczęścia nie doprowadzi nas porządek i dostępność wszystkiego. Podczas gdy większość nacji upatrywała jako pożądany rozkwit cywilizacji i zapewnienie dobrobytu swoim obywatelom, Norfelianie zrozumieli, że muszą im to wszystko odebrać i zmusić do walki o nie. Rozwijające się spokojnie państwo, w którym każde dobro jest już zapewnione, prowokuje ludzką naturę do szukania czego innego - pieniędzy, pozycji, każde im się wywyższać i oddalać od siebie, wyszukiwać luk w prawie i wyzyskiwać słabszych od siebie. Wireni Wirkros rewelacyjnie ukazuje logikę tego rozumowania, choć jednocześnie mówi, jak bardzo niebezpieczna jest tu logika. Otóż wystarczy jedna wojna, by znów zacząć od początku, wskazać, że najważniejsza jest współpraca, otwartość, pragnienie pomocy, zależymy od innych i tylko dając innym wszystko, co mamy, dajemy wszystko samemu sobie. Czy jednak chcielibyśmy, żeby te parę banalnych prawd zostało odkrytych? Być szczęśliwym za cenę życia, jak w niszczonej raz po raz Narucji?
Historia, która miesza wzruszenie z przerażeniem i radość ze smutkiem w sposób, wobec którego nie da się przejść obojętnie.
Dramatyczne przeżycia sprawiły, że Szarwon prawie zapomniał, że istniały jakieś czasy przed wojną. Wydawały mu się blade i nic nie znaczące. Zdał sobie z tego sprawę pewnego dnia, obserwując zachowanie ludzi dookoła. Rodzina, sąsiedzi, to jak wzajemnie się traktują i o sobie mówią, władze, wydarzenia polityczne, to co dzieje się w szkołach, mediach, na rynku pracy... Nagle zaczęły wracać do niego wspomnienia czasów przedwojennych, coraz wyraźniejsze, choć nic nie było w stanie ich przywołać przez tak długi szmat czasu. Zupełnie jak wtedy ze światem i z ludźmi działo się coś dziwnego. Słyszało się o coraz częstszych rozpadach międzypokoleniowych, zamykano wspólne wytwórnie, policja podnosiła podatki, nikt nie chciał zasiedlać nowych lasów. Zagubieni i samotni Naruci, podobnie jak sam Szarwon, nie potrafili radzić sobie ze zwykłą, pozornie bezpieczną i oswojoną codziennością, rozmawiać ze sobą, znajdywać w sobie odwagi do działania, żyjąc w ciągłym lęku przed oszustwami i odrzuceniem. Skąd to de javu? Czy jakieś podobieństwo naprawdę istnieje czy to tylko niejasna pamięć płata Szarwonowi figle? Nie zdołał powstrzymać skojarzenia, że wszystko by się zmieniło, stało znów lepsze, gdyby kraj nawiedziła kolejna wojna, równie bolesna i tragiczna w skutkach, ale przecież...
Niewinne początkowo spostrzeżenia z każdym dniem zmieniało się w prawdziwą obawę o to, co wydarzy się wkrótce. Wspomnienia wracały i nadawały szczegółom sens, który zaczynał przerażać mężczyznę, który wreszcie kazał mu spotkać się osobiście z samym prezydentem. Prawda, którą wtedy poznał, objawiła przed nim dylemat, od którego zależało wszystko, czyli życie i szczęście Narucjan.
Mówi się, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, i prawda ta dotyczy nie tylko Ziemian. Zwłaszcza w znaczeniu: czego chcą do szczęścia, które przez wieki pozostawało jedną z największych zagadek psychologii. Jako jeden z najmniej wdzięcznych materiałów badawczych, posiada zależność występowania od innych czynników praktycznie pozbawioną logiki. Osoby, po których możnaby oczekiwać uczucia szczęścia patrząc na ich zamożność, urodę czy popularność (czyli czynników, wydawałoby się, mających na nie największy wpływ), nigdy szczęśliwe nie są. Podobnie jak z miłością nic nie da gonienie za nim, choć jednocześnie nie jest możliwe wykrycie go od strony chemicznej.
Pionierami w skutecznym wywoływaniu szczęścia, sensu życia i wiary w siebie byli dopiero mieszkańcy Norfeli, którym po latach obserwacji i analiz udało się z sukcesem wykorzystać wyniki między innymi właśnie w Narucji. Podobnie jak głównemu bohaterowi Norfelianom udało się złożyć w całość pozornie wykluczające się elementy i odkryć, że do szczęścia nie doprowadzi nas porządek i dostępność wszystkiego. Podczas gdy większość nacji upatrywała jako pożądany rozkwit cywilizacji i zapewnienie dobrobytu swoim obywatelom, Norfelianie zrozumieli, że muszą im to wszystko odebrać i zmusić do walki o nie. Rozwijające się spokojnie państwo, w którym każde dobro jest już zapewnione, prowokuje ludzką naturę do szukania czego innego - pieniędzy, pozycji, każde im się wywyższać i oddalać od siebie, wyszukiwać luk w prawie i wyzyskiwać słabszych od siebie. Wireni Wirkros rewelacyjnie ukazuje logikę tego rozumowania, choć jednocześnie mówi, jak bardzo niebezpieczna jest tu logika. Otóż wystarczy jedna wojna, by znów zacząć od początku, wskazać, że najważniejsza jest współpraca, otwartość, pragnienie pomocy, zależymy od innych i tylko dając innym wszystko, co mamy, dajemy wszystko samemu sobie. Czy jednak chcielibyśmy, żeby te parę banalnych prawd zostało odkrytych? Być szczęśliwym za cenę życia, jak w niszczonej raz po raz Narucji?
Historia, która miesza wzruszenie z przerażeniem i radość ze smutkiem w sposób, wobec którego nie da się przejść obojętnie.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
15. „Błyk Przeczywitości” (Mick Bunnix*)
Nieczęsto zdarza się, że ja zgłaszam propozycję dzieła do recenzji. Co do tego nic nie było pewne - jego stylowi czy przekazowi, choć godnym uwagi, daleko było do mistrzów pióra takich jak Dżitta U Nula Ka F , Epi Potrik czy Sehsan Kottek Lalj O. Po dogłębnych poszukiwaniach okazało się, że także w kwestii ilości fanów i wpływowi na lokalne społeczności mogłoby być o wiele lepiej - ale może to kwestia konspiracji, która jest wpisana w naturę historii takich jak ta? Sprawy potoczyły się jednak tyleż niespodziewanie, co szczęśliwie. Niewiarygodne bogactwo gadżetów, plakatów, figurek, autografów i dodatkowych gier, które oprócz książki przyjechały do mnie routerem od koleżanki Kociary, okazały się być idealnymi prezentami dla pracowników Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego, z których sceptyczny dotąd dyrektor bardzo upodobał sobie ruchomą, czterowymiarową figurkę głównego bohatera. Tak więc...
W świecie niekończących się bojów między rasą zaawansowanych technologicznie Zajęcy z Carrotous a kosmicznymi Żółwiami, dowodzonymi przez okrutnego Devana Shella, żył młody Zając o imieniu Blackzz Jack. Jak wielu innych Carrotousian był skromnym hakerem, co nie przeszkadzało mu aktywnie uczestniczyć w ruchu oporu przeciw złemu królowi, który z każdym atakiem potwierdzał swoją przewagę i poszerzał granice zajmowanych terenów. Walka z okupantem była dla Blackzza całym jego życiem, całymi dniami pracował nad ulepszaniem strategii i w imieniu wolności byłby w stanie poświęcić wszystko. Nic dziwnego więc, że gdy wydawało się już, że wszystko jest na najlepszej drodze do przejęcia kontroli nad kilkoma wrogimi myśliwcami, to właśnie Blackzz odkrywa, że jeden z zajęczych spiskowców jest zdrajcą. Zanim jednak udaje mu się wszcząć alarm, oszust uruchamia opracowane przez nich niedawno urządzenie wirtualizacyjne i przesyła go do wnętrza jednego z dziesiątek komputerów skradzionych wrogom. Zając szybko przekonuje się, że jest to pułapka bez wyjścia i został zamieniony w program być może już na zawsze, bez żadnej nadziei na powrót czy choćby kontakt ze światem zewnętrznym. Świat zewnętrzny to jednak nie wszystko - teraz czeka Blackzza trwająca sześć tomów przygoda w świecie cybernetycznym, nierzeczywistym. Minie wiele czasu, nim zdobędzie akceptację, zaufanie i zrozumienie zamieszkujących go istot i wreszcie wspólny wysiłek otworzy mu drogę powrotną do ukochanej ojczyzny oraz do zemsty...
Pierwsze, co rzuca się czytelnikowi w oczy, to tytuł – jego dziwna niepoprawność jest efektem przekształceń gwarowych komputerowych istot, które obserwując rzeczywistość realną starają się podchwycić jej znaczenie, choć tak bardzo zaprzecza ona ich rozumowaniu. Nie da się już dokładnie ustalić, co dokładnie znaczą te słowa, jednak najczęściej określano nimi to, co z owej rzeczywistości przekazywał w swojej dobroci Użytkownik. Wiele mówi to o złożonej z anarchii i chaosu Kulturze Daru, która ustala obcy porządek w cyberświecie, o beztrosce oraz pewnej naiwności jego mieszkańców. Tym trudniej jest dogadać się z nimi Blackzzowi, który początkowo ignoruje ich, skupiając wyłącznie na sobie i swoim problemie. Długo nie może otrząsnąć się z szoku, że tak ważne dla niego wydarzenia będą się teraz działy bez jego udziału, że zniknął niewytłumaczalnie, podczas gdy tak wiele jeszcze chciał osiągnąć. W podobnie trudnej sytuacji są sami mieszkańcy – tym razem to Blackzz jest dla nich błykiem przeczywistości, prezentem od Użytkownika, jednak tym razem nie są w stanie zrozumieć sensu jego woli i przyjąć nieznajomego do swojego społeczeństwa. Z czasem obie strony otwierają się na siebie – obcy komputer przestaje być dla Blackzza tylko więzieniem. Pomimo kolejnych niespodzianek uczy się w nim poruszać, hakować, pokonywać kolejne wyzwania i odblokowywać dostęp do kolejnych środków na obserwację rzeczywistości zewnętrznej. Największe jednak uznanie mieszkańców zdobywa tym, że odzyskał pogodę ducha oraz widzi już różnicę pomiędzy tymi dwoma światami i że nie koniecznie jest to różnica na korzyść tego, z którego przyszedł.
Pomimo pierwszego wrażenia zdecydowanie nie jest to patriotyczna, zachęcająca do walki opowiastka, z jakiej słynie carrotousiańska literatura. Tak naprawdę mówi ona o czymś zupełnie przeciwnym – to nie wojna nie jest najważniejsza. Nie możemy pozostawać wobec niej obojętni, niekiedy musimy poświęcić jej bardzo wiele, jednak to nie ona jest celem naszego życia, nie ją będziemy pamiętać. Blackzz nieraz sam wyśmiewał wady swojej rasy, jej dumę i zamiłowanie w patosie, jednak w towarzystwie cybernetycznych przyjaciół zrozumiał, że sam się wiele od nich nie różni, że walczył z nienawiści, nie dla wolności, której przecież tak naprawdę nie znał. Dopiero kiedy pod koniec piątego (ostatniego napisanego dotąd) tomu Zając zaczyna się szykować do ucieczki i powstania z udziałem nowych gotowych do dewirtualizacji przyjaciół, rozumie już, po co i o co tak naprawdę walczy.
_______________
*Pomimo że książka miała być w całości w języku nilbulańskim, imiona wyraźnie inspirowane były ziemskim angielskim jako najpopularniejszym tutaj językiem. Widocznie do autorów tłumaczeń doszła informacja, dla jakich czytelników przeznaczona będzie recenzja, bo fakt ten jest wyraźnie zaznaczony w przedmowie, tak więc wyjątkowo pisownię należy traktować tutaj jak angielską.
W świecie niekończących się bojów między rasą zaawansowanych technologicznie Zajęcy z Carrotous a kosmicznymi Żółwiami, dowodzonymi przez okrutnego Devana Shella, żył młody Zając o imieniu Blackzz Jack. Jak wielu innych Carrotousian był skromnym hakerem, co nie przeszkadzało mu aktywnie uczestniczyć w ruchu oporu przeciw złemu królowi, który z każdym atakiem potwierdzał swoją przewagę i poszerzał granice zajmowanych terenów. Walka z okupantem była dla Blackzza całym jego życiem, całymi dniami pracował nad ulepszaniem strategii i w imieniu wolności byłby w stanie poświęcić wszystko. Nic dziwnego więc, że gdy wydawało się już, że wszystko jest na najlepszej drodze do przejęcia kontroli nad kilkoma wrogimi myśliwcami, to właśnie Blackzz odkrywa, że jeden z zajęczych spiskowców jest zdrajcą. Zanim jednak udaje mu się wszcząć alarm, oszust uruchamia opracowane przez nich niedawno urządzenie wirtualizacyjne i przesyła go do wnętrza jednego z dziesiątek komputerów skradzionych wrogom. Zając szybko przekonuje się, że jest to pułapka bez wyjścia i został zamieniony w program być może już na zawsze, bez żadnej nadziei na powrót czy choćby kontakt ze światem zewnętrznym. Świat zewnętrzny to jednak nie wszystko - teraz czeka Blackzza trwająca sześć tomów przygoda w świecie cybernetycznym, nierzeczywistym. Minie wiele czasu, nim zdobędzie akceptację, zaufanie i zrozumienie zamieszkujących go istot i wreszcie wspólny wysiłek otworzy mu drogę powrotną do ukochanej ojczyzny oraz do zemsty...
Pierwsze, co rzuca się czytelnikowi w oczy, to tytuł – jego dziwna niepoprawność jest efektem przekształceń gwarowych komputerowych istot, które obserwując rzeczywistość realną starają się podchwycić jej znaczenie, choć tak bardzo zaprzecza ona ich rozumowaniu. Nie da się już dokładnie ustalić, co dokładnie znaczą te słowa, jednak najczęściej określano nimi to, co z owej rzeczywistości przekazywał w swojej dobroci Użytkownik. Wiele mówi to o złożonej z anarchii i chaosu Kulturze Daru, która ustala obcy porządek w cyberświecie, o beztrosce oraz pewnej naiwności jego mieszkańców. Tym trudniej jest dogadać się z nimi Blackzzowi, który początkowo ignoruje ich, skupiając wyłącznie na sobie i swoim problemie. Długo nie może otrząsnąć się z szoku, że tak ważne dla niego wydarzenia będą się teraz działy bez jego udziału, że zniknął niewytłumaczalnie, podczas gdy tak wiele jeszcze chciał osiągnąć. W podobnie trudnej sytuacji są sami mieszkańcy – tym razem to Blackzz jest dla nich błykiem przeczywistości, prezentem od Użytkownika, jednak tym razem nie są w stanie zrozumieć sensu jego woli i przyjąć nieznajomego do swojego społeczeństwa. Z czasem obie strony otwierają się na siebie – obcy komputer przestaje być dla Blackzza tylko więzieniem. Pomimo kolejnych niespodzianek uczy się w nim poruszać, hakować, pokonywać kolejne wyzwania i odblokowywać dostęp do kolejnych środków na obserwację rzeczywistości zewnętrznej. Największe jednak uznanie mieszkańców zdobywa tym, że odzyskał pogodę ducha oraz widzi już różnicę pomiędzy tymi dwoma światami i że nie koniecznie jest to różnica na korzyść tego, z którego przyszedł.
Pomimo pierwszego wrażenia zdecydowanie nie jest to patriotyczna, zachęcająca do walki opowiastka, z jakiej słynie carrotousiańska literatura. Tak naprawdę mówi ona o czymś zupełnie przeciwnym – to nie wojna nie jest najważniejsza. Nie możemy pozostawać wobec niej obojętni, niekiedy musimy poświęcić jej bardzo wiele, jednak to nie ona jest celem naszego życia, nie ją będziemy pamiętać. Blackzz nieraz sam wyśmiewał wady swojej rasy, jej dumę i zamiłowanie w patosie, jednak w towarzystwie cybernetycznych przyjaciół zrozumiał, że sam się wiele od nich nie różni, że walczył z nienawiści, nie dla wolności, której przecież tak naprawdę nie znał. Dopiero kiedy pod koniec piątego (ostatniego napisanego dotąd) tomu Zając zaczyna się szykować do ucieczki i powstania z udziałem nowych gotowych do dewirtualizacji przyjaciół, rozumie już, po co i o co tak naprawdę walczy.
_______________
*Pomimo że książka miała być w całości w języku nilbulańskim, imiona wyraźnie inspirowane były ziemskim angielskim jako najpopularniejszym tutaj językiem. Widocznie do autorów tłumaczeń doszła informacja, dla jakich czytelników przeznaczona będzie recenzja, bo fakt ten jest wyraźnie zaznaczony w przedmowie, tak więc wyjątkowo pisownię należy traktować tutaj jak angielską.
poniedziałek, 12 maja 2014
12. „Pleśń i trociny*” (Iekwar Losumk Worra)
W roku 12704 Po Pierwszej Wielkiej Bitwie miała miejsce Kolejna Wielka Bitwa nieporównywalna z Drugą Wielką Bitwą ani nawet Czwartą i Piątą Wielką Bitwą i sławiona aż do Następnej Wielkiej Bitwy i następującej po niej O Wiele Późniejszej Wielkiej Bitwy. Wtedy to na płomiennych polach Wwnero spotkały się dwie gigantyczne armie walczące o honor, dwie armie walczące o nową przestrzeń do życia i jeszcze trzy walczące o niepodległość. Rozgorzały boje i wojenne pieśni, a na horyzoncie pojawił się Urallaos - nikt nie wiedział, kim jest, skąd pochodzi i co tam w ogóle robi, ale od pierwszej chwili wszyscy wiedzieli i wiedzą po dziś dzień, że to właśnie on był tym, który niesie im zwycięstwo lub porażkę.
Druga część powieści poświęcona jest postaci Haotrisa. Wychowany w niewiedzy o swoich dziedzictwie, pośród skromnych hodowców orzechów północnych i recytatorów poezji kowalskiej, dopiero w dorosłości wyruszył na spotkanie ze sławiennym i niepokonanym Urallaosem. Odtąd jego losy nie są znane. Krążą podania o tym, jak Haotris spotkał się z Urallaosem na skraju wulkanu i tam rozegrał z nim najniebezpieczniejszą i najbardziej skomplikowaną partię warcabów, o jakiej słyszał Wszechświat. Spotyka się też pieśni mówiące o tym, jak zboczył z drogi w poszukiwaniu dręczącego całe kraje potwora, o tym, jak zginął w drodze oddając życie w obronie pięknej niewiasty, o jego duchu, który odszedł w zaświaty, by wrócić za milion lat wraz z najpotężniejszym orężem, z pomocą którego będzie mu dane pokonać Urallaosa czy też o tym, jak zabłądził w przepastnym i nawiedzonym polu kukurydzy i poświęcił się pasji konstruowania sztućców z papieru. Ostatni rozdział rozprawia się z najmniej wiarygodnymi i wartościowymi wersjami, analizuje i wyklucza różne możliwości, wyróżnia najbardziej cenioną z nich, a na koniec tłumaczy, na czym polega wyższość sztućców papierowych nad glinianymi i cukrowymi.
Rasa planety Waskodonty uczyniła znaczne postępy, odkąd najbystrzejsze z należących do niej plemion tysiące lat temu pojęły, że rzucanie przejrzałymi bananami nie jest dobrym sposobem na odparcie wroga. Od tego czasu banany poczęto przeznaczać do dużo ciekawszych i trafniejszych celów, a epopeje narodowe stały się najważniejszą i najliczniejszą literaturą w ich bibliotekach. Ponadczasową sławą okryły się dzieła takie jak Słoma i pestki, Liście i kamienie, Zupa i pomarańcze oraz setki innych tytułów ze spójnikiem i w środku, które są właśnie poświęcone epopejom (podobnie zresztą jak z zależnością pomiędzy długością nazwiska autora oraz ilością występujących w nim samogłosek). Tytuły te podkreślają znaczenie rzeczy zwyczajnych i niepozornych, które dodają sensu i barw naszej codzienności, wyznaczają cel naszemu życiu i budują naszą tożsamość. Dziesiątki waskodontańskich uczonych nie mają wątpliwości, że któraś z nich musiała mieć wpływ na pojawienie się Urallaosa właśnie w tamtym, jakże decydującym momencie słynnej bitwy, że gdyby nie opatrzność mógłby wkroczyć do akcji pięć minut wcześniej albo później. Nie da się nie wspomnieć tu o setkach pomników wzniesionych na cześć grabi, szczoteczek do zębów i wieszaków na odzież, bez udziału których z całą pewnością historia nie wydarzyłaby się w takim kształcie, jakim ją znamy.
Podobnej zgodności nie ma natomiast w kwestii odniesień do tytułowej pleśni i trocin, aczkolwiek wielcy interpretatorzy twierdzą, że one istnieją. Najczęściej cytowanym tłumaczeniem tajemnicy jest praca największego specjalisty w dziedzinie ksiąg i kartonu, Anikodiusa Whadośhisa, który twierdzi, że trociny symbolizują przeszłość bohaterów tak samo, jak są przeszłością dla tworzyw papierowych, a pleśń - przyszłość, jako że z dużą dozą prawdopodobieństwa taki los czeka konstruowane przez Haotrisa sztućce. Odwróconą kolejność tych symboli w tytule tłumaczy natomiast jeszcze większą epickością i ponadczasowością dzieła, które mówi nam, iż nasze życie, przeznaczenie, cywilizacja oraz cały Wszechświat są w rzeczywistości pozbawione wewnętrznej kolejności, logiki, prawdy i mierzalności. Teoria ta, pomimo licznych sceptyków, odnalazła swoje zastosowanie w prognozach pogody, hodowli dzikich ziemniakostanów (niezależnie od tego pierwszego), przy szacowaniu zachowań polityków (zależnie od pierwszego, drugiego i od rozmiaru słoików, w jakich się ich przechowuje) oraz określaniu właściwej ilości kremu Nutelli, nakładanej na kanapkę (niezależnie od czegokolwiek).
Jeśli jesteś pasjonatem pleśni, trocin albo chociaż kukurydzy i/lub Nutelli, ta epopeja z pewnością cię nie zawiedzie.
_______________
*Obie wymienione tu nazwy, a także wiele innych z tej recenzji, które ściśle kojarzą się z florą, fauną i resztą specyfiki planety Ziemi, są jedynie ich przybliżeniami na podstawie wyglądu lub funkcjonalności, co ma ułatwić Czytelnikowi czytanie, rozumienie i właściwy odbiór dzieła. Autorem międzygalaktycznych uproszczeń zamiennikowych jest Anwol Jeha Ommagha, w ziemskich realiach przekładający swoje nazwisko na Jan Kaszanka.
Druga część powieści poświęcona jest postaci Haotrisa. Wychowany w niewiedzy o swoich dziedzictwie, pośród skromnych hodowców orzechów północnych i recytatorów poezji kowalskiej, dopiero w dorosłości wyruszył na spotkanie ze sławiennym i niepokonanym Urallaosem. Odtąd jego losy nie są znane. Krążą podania o tym, jak Haotris spotkał się z Urallaosem na skraju wulkanu i tam rozegrał z nim najniebezpieczniejszą i najbardziej skomplikowaną partię warcabów, o jakiej słyszał Wszechświat. Spotyka się też pieśni mówiące o tym, jak zboczył z drogi w poszukiwaniu dręczącego całe kraje potwora, o tym, jak zginął w drodze oddając życie w obronie pięknej niewiasty, o jego duchu, który odszedł w zaświaty, by wrócić za milion lat wraz z najpotężniejszym orężem, z pomocą którego będzie mu dane pokonać Urallaosa czy też o tym, jak zabłądził w przepastnym i nawiedzonym polu kukurydzy i poświęcił się pasji konstruowania sztućców z papieru. Ostatni rozdział rozprawia się z najmniej wiarygodnymi i wartościowymi wersjami, analizuje i wyklucza różne możliwości, wyróżnia najbardziej cenioną z nich, a na koniec tłumaczy, na czym polega wyższość sztućców papierowych nad glinianymi i cukrowymi.
Rasa planety Waskodonty uczyniła znaczne postępy, odkąd najbystrzejsze z należących do niej plemion tysiące lat temu pojęły, że rzucanie przejrzałymi bananami nie jest dobrym sposobem na odparcie wroga. Od tego czasu banany poczęto przeznaczać do dużo ciekawszych i trafniejszych celów, a epopeje narodowe stały się najważniejszą i najliczniejszą literaturą w ich bibliotekach. Ponadczasową sławą okryły się dzieła takie jak Słoma i pestki, Liście i kamienie, Zupa i pomarańcze oraz setki innych tytułów ze spójnikiem i w środku, które są właśnie poświęcone epopejom (podobnie zresztą jak z zależnością pomiędzy długością nazwiska autora oraz ilością występujących w nim samogłosek). Tytuły te podkreślają znaczenie rzeczy zwyczajnych i niepozornych, które dodają sensu i barw naszej codzienności, wyznaczają cel naszemu życiu i budują naszą tożsamość. Dziesiątki waskodontańskich uczonych nie mają wątpliwości, że któraś z nich musiała mieć wpływ na pojawienie się Urallaosa właśnie w tamtym, jakże decydującym momencie słynnej bitwy, że gdyby nie opatrzność mógłby wkroczyć do akcji pięć minut wcześniej albo później. Nie da się nie wspomnieć tu o setkach pomników wzniesionych na cześć grabi, szczoteczek do zębów i wieszaków na odzież, bez udziału których z całą pewnością historia nie wydarzyłaby się w takim kształcie, jakim ją znamy.
Podobnej zgodności nie ma natomiast w kwestii odniesień do tytułowej pleśni i trocin, aczkolwiek wielcy interpretatorzy twierdzą, że one istnieją. Najczęściej cytowanym tłumaczeniem tajemnicy jest praca największego specjalisty w dziedzinie ksiąg i kartonu, Anikodiusa Whadośhisa, który twierdzi, że trociny symbolizują przeszłość bohaterów tak samo, jak są przeszłością dla tworzyw papierowych, a pleśń - przyszłość, jako że z dużą dozą prawdopodobieństwa taki los czeka konstruowane przez Haotrisa sztućce. Odwróconą kolejność tych symboli w tytule tłumaczy natomiast jeszcze większą epickością i ponadczasowością dzieła, które mówi nam, iż nasze życie, przeznaczenie, cywilizacja oraz cały Wszechświat są w rzeczywistości pozbawione wewnętrznej kolejności, logiki, prawdy i mierzalności. Teoria ta, pomimo licznych sceptyków, odnalazła swoje zastosowanie w prognozach pogody, hodowli dzikich ziemniakostanów (niezależnie od tego pierwszego), przy szacowaniu zachowań polityków (zależnie od pierwszego, drugiego i od rozmiaru słoików, w jakich się ich przechowuje) oraz określaniu właściwej ilości kremu Nutelli, nakładanej na kanapkę (niezależnie od czegokolwiek).
Jeśli jesteś pasjonatem pleśni, trocin albo chociaż kukurydzy i/lub Nutelli, ta epopeja z pewnością cię nie zawiedzie.
_______________
*Obie wymienione tu nazwy, a także wiele innych z tej recenzji, które ściśle kojarzą się z florą, fauną i resztą specyfiki planety Ziemi, są jedynie ich przybliżeniami na podstawie wyglądu lub funkcjonalności, co ma ułatwić Czytelnikowi czytanie, rozumienie i właściwy odbiór dzieła. Autorem międzygalaktycznych uproszczeń zamiennikowych jest Anwol Jeha Ommagha, w ziemskich realiach przekładający swoje nazwisko na Jan Kaszanka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)