Dżizazele ocknęła się pośród ścian jakiejś dziwnej jaskini. Nie wiadomo, dlaczego właśnie teraz, co to spowodowało. Co gorsza jednak nie wiedziała też, co było wcześniej, ani co to za jaskinia. Jedynym, co była w stanie sobie przypomnieć, był odległy zarys jakiegoś wyjazdu, kiedy opuszczała dom i planetę. Nie miała to być jednak długa podróż, na pewno nie, tymczasem coś mówiło jej, że minęło bardzo dużo czasu...
Jedynym, co jej pozostało, to wędrowanie po długich korytarzach ciemnego labiryntu skał. Z jednej strony wydawało jej się, że nigdy tędy nie szła, z drugiej – każda powierzchnia emanowała jakimiś mglistymi wspomnieniami, znajomymi skojarzeniami... Była tutaj, szczęśliwa, widziała zupełnie coś innego... Jedyne oświetlenie, podłużne lampy ciągnące się wzdłuż tej drogi, rozjaśniały nieokreślone obiekty pozawieszane na ścianach, które, za sprawą jakiejś magicznej atmosfery tego miejsca, zdawały się zachęcać do tego, by na nie patrzeć. I... zabrać ze sobą. Niemal namacalnie czuła, jak ogarnia ją zawieszona w powietrzu cudaczność tego wszystkiego. Nie mogła opanować potrzeby szukania w pobliżu jakiejś etykietki, czegoś, co powiedziałyby o tych przedmiotach coś więcej, choć przecież naprawdę w ogóle jej nie obchodziły. Wystające ku niej kamienie zdawały się do niej przemawiać, determinowały ją do myślenia o nich w coraz bardziej groteskowy, fantazyjny sposób. Chciała tylko stąd wyjść, tym bardziej, im bardziej to czuła. Ale mimo to z trudem odwracała wzrok od skalnych rzędów, podświadomie rozglądając się za jakimś pojemnikiem, do którego mogłaby je zapakować. Niespodziewanie zdała sobie sprawę, że otaczają ją ludzie – zapatrzeni w mijane przedmioty bardziej niż ona, doszczętnie, jakby żyli pomiędzy tymi zawiłymi ścianami od lat i nie wyobrażali sobie tego nigdzie indziej. Ledwo udawało się jej utrzymać świadomość, by ponownie w tę hipnozę nie wpaść. I by mieć siłę na powtarzanie wciąż tych samych pytań. Co to za miejsce? Dlaczego odczuwa je jako coś znajomego? Co tutaj robi?
Niekończący się spacer prowadzi ją do nowych, coraz bardziej nieprzyjemnych zakamarków, a jednak... Wciąż powracają migawki tego, co było, pewność, że kiedyś chciała tu przylecieć, że chciała coś tutaj znaleźć, podświadomie wybierane drogi i układ, które świateł sugerują Dżizazele coś, z czym trudno jej się pogodzić, jednak tylko ta myśl zdaje się podsuwać jej jedyne sensowne, choć nieprawdopodobne, wyjaśnienie. To miejsce musiało kiedyś wyglądać inaczej. Było pełne ludzi i przedmiotów, po które wszyscy sięgali. To tysiące lat temu... musiał być sklep.
Handel w całym Wszechświecie wygląda tak samo – dajemy coś, żeby w zamian otrzymać coś innego. Żeby ktoś chciał się wymienić, potrzebujemy reklamy, marketingu, sprytnych zabiegów, żeby nasz towar chciał się wyróżnić i ściągnąć na siebie uwagę. Stosowanie mniej lub bardziej złożonych sztuczek psychologicznych, by uczynić nasze zachowanie mniej racjonalnym, nigdy nie było tajemnicą, czy chodzi o zwykłe porównania, nawiązanie autorytetów czy reklamę podprogową. Ale co, jeśli ktoś posunie się za daleko? Jeśli ktoś wpadnie na tak perfekcyjny sposób wzbudzania potrzeby posiadania danej rzeczy, że potencjalny klient zapomni o potrzebie robienia czegokolwiek innego?
Condżriwa Log sugeruje, że wcale nie jest to takie niemożliwe. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka jego wizja jest jedynie rozwinięciem wydarzenia, które miało miejsce naprawdę na jego planecie, Esarhini – wymknięciem się spod kontroli rzekomo niegroźnego systemu zachęty do oglądania. Przez pewien czas trwały bezskuteczne próby przeciwstawienia się mu i wyciągnięcia z supermarketu kilku setek ludzi, którzy na skutek katastrofy utracili możliwość naturalnego myślenia, świadomość własnego istnienia i tego, że w końcu pasowałoby opuścić sklep. W efekcie ofiarą śmierci z wycieńczenia padli wszyscy rezydenci, włącznie z pracownikami i paroma ratownikami, a świat zalała lawina protestów przeciwko nieludzkiemu wykorzystaniu umiejętności manipulowania psychiką. Zamroczenie jest jednym z nich, jak gdyby przerysowaną relacją, z której autor wyciął śmiertelność, która mogłaby zakończyć szaleństwo. Bohaterka przytomnieje, ale nie wiadomo, kiedy – w tym czasie sklep zmienił się w coś zupełnie niepodobnego, wielkiego, co zdaje się z jej perspektywy mieć rozmiary całego miasta, wymarłego, choć pełnego stworzonego przez siebie niby-życia. Pomimo pod koniec już wie, co jest nie tak, nadal z trudem opiera się pułapkom myślowym, stworzonym dawno temu przez mistrzów marketingu. I starając się nie wrócić do tych, dla których stał się to już ich własny mikro świat, choć również przylecieli do niego tylko na chwilę, o czym już nie pamiętają. Parę razy trafia się jej szansa nawiązania kontaktu, odwrócenia uwagi od towaru na półkach – i zawsze udziela się przy tym jej nadzieja, choć widzimy, jak bardzo ta szansa jest niewielka. Może to dzięki biernej nieugiętości i tych obojętnych, a jednak nieprzerwanych poszukiwaniach Dżizazele jedna książka rozeszła się po świecie bardziej niż setki rzetelniejszych, a przy tym bardziej wstrząsających historii? A może tych marketingowych haczykom, które wypaczały myślenie na wciąż nowy, niespodziewany sposób, budząc w niej pytania, czy właściwie chce, tego czego chce? Trzeba przeczytać i sprawdzić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 listopada 2015
poniedziałek, 12 października 2015
86. „Wrażenie czegoś” (Fligon Bjolhe)
Nie trzeba wcale być dociekliwym detektywem, żeby zauważyć coś nietypowego. Herheo Pifse Nmoh był zaledwie przejazdem na Posztijnie – niższej rozwojowo, patrząc z jego punktu widzenia, planecie, dopiero wchodzącej w erę komputeryzacji, wciąż opartej w większości na ludzkiej pracy umysłowej, hierarchii społecznej i pędzie ku jej wyższym szczeblom. Napotkany przez niego urząd, w którym miał załatwić jakiś szczegół niezbędny do dalszej podróży, oczywiście był pełen nadmiernej liczby urzędników bez pośpiechu wędrujących z dokumentami w tę i z powrotem tylko po to, żeby podać je kolejnemu urzędnikowi, ale... dlaczego wśród nich są dzieci? Dzieci, które w świecie Herheo dopiero odnajdywałyby się w świecie, a które tutaj same z powagą i dumą wyjaśniły mu, że potrzeba szybkiego rozwoju wyklucza marnowanie czasu na zabawę. Im szybciej i im więcej zaczną pracować, tym szybciej nabiorą wprawy i doświadczenia w tym, co jest tutaj najważniejsze i najbardziej potrzebne – umiejętności dokumentowania zdarzeń, przetwarzania i archiwizowania wciąż narastającej ilości informacji. Na Herheo protestującego, że nie tędy droga, że przyszłość leży w automatyzacji i dążeniu do minimalizowania ludzkiej biurokracji, reagują typowym urzędniczym rozdrażnieniem. Na Posztijnie potrzebni są dorośli, nie ma miejsca na jakieś ogólne szkoły, kółka zainteresowań i inne bezproduktywne zabawy. Młody człowiek nic nie osiągnie, jeśli nie zacznie pracować najszybciej, jak to możliwe. Ale, jak później zastanawiał się Herheo, czy osiągnie coś tutaj? Dla kogo?
Zgodnie z jego obawami wizyta w urzędzie przeciągała się. Wraz z kolejnymi okazjami do dyskusji pojawiało się coraz więcej sytuacji, gdy udawało mu się... coś zauważyć. Jakąś prawidłowość w tym, którędy i jak licznie przechodzą urzędnicy? A może w tym, jak często w niektórych okienkach pojawiają się dokumenty? Ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, przecież w każdym urzędzie tak jest. A jednak...
Czytelnik, podobnie jak bohater, nie jest w stanie wyłapać, co właściwie się dzieje. Coś jest nie tak, ale, wyłączając dążenie do zwiększenia liczby pracowników za wszelką cenę, nie wiadomo dlaczego. Problem wydaje się prosty, ale gdzie jest jego przyczyna? Widać, że ludzie nie powinni się tak zachowywać, ale nigdzie nie widać dyktatora, który by ich do tego zmuszał. Podejściu pracowników zaskakuje, ale jednocześnie nie jest nienaturalne, nikt nie wygląda na działającego wbrew własnej woli, niczego nie ukrywa. Jakieś tajemnicze „coś” nie pozwala nam zgodzić się na możliwość, że po prostu mamy do czynienia z gromadą krótkowzrocznych pracoholików bez prawdziwych ambicji.
Nie pozwalało zgodzić się też samemu autorowi, który właśnie dlatego napisał tę książkę. Jemu również trafiło się kiedyś przyglądać pracownikom jednego z wielkich, przerośniętych urzędów Posztijnu i, choć ostatecznie zrezygnował z kontynuacji planów, dla których tu przyszedł, i poświęcił przybytkowi o wiele więcej uwagi niż wymyślony przez niego bohater, również nie odgadł, co takiego jest nie w porządku. Nie wchodząc w zbędne techniczne szczegóły, opisał wszystkie swoje przeżycia, z naciskiem na najbardziej trudne do uchwycenia wrażenia i przebłyski, pozostawiając sprawozdanie jako wyzwanie dla mądrzejszych od siebie. Oczywiście niezwykła historia wewnętrznej walki z wyimaginowanym zagrożeniem przyciągnęła czytelników nie tylko z takimi zamiarami. Opisy zdobyły sobie licznych wielbicieli podobnie jak urzędnicze dialogi, tym bardziej nadzwyczajne, im bardziej zwyczajne.
Wciąż jednak pamiętano, że jest to historia zagadka – w końcu odpowiedzi na nią ciągle brakowało. Dopiero po czasie porównywalnym do naszych dwustu lat i około dziesięciu pokoleniach, neuroinformatyk Ilsintog Brenfwne podjął się zaskakującego zadania – porównania charakteru przepływu informacji posztijniniańskich urzędów ze swoimi pracami. Efekty zaskoczyły wszystkich prócz niego, w tym samych urzędników (niezbyt zadowolonych z eksperymentu) – sposób przetwarzania danych przez pracowników był identyczny jak praca neuroprzekaźników w mózgu istoty żywej! Można było znaleźć zależności na każdym poziomie – spisywanie dokumentów pełniło rolę odbierania bodźców, dalej szła ich interpretacja, reakcje, wreszcie kodowanie w wygodniejszej formie i archiwizacja w pamięci. Oczywiście wszystko działo się o wiele, wiele wolniej, skoro rolę impulsów elektrycznych pełniły papiery wędrujące z rąk do rąk, jednak regularność i jednolitość działań były faktem, tak że nawet nie rozumiejący tematu urzędnicy-neurony i ich petenci nie mieli prawa ich negować. Po prostu robili to, co zawsze, a samo to czyniło ich elementem wielkiej świadomej istoty, której obecności nie mogli wyczuć. Przynajmniej nie świadomie, skoro wiedzieli, że ich urząd potrzebuje chłonąć nowych pracowników, żeby się rozwijać i ewoluować – z czym, jak uważa Ilsintog, istota dobrze sobie radzi, gdyż osobiście odnotował od momentu powstania książki dwa dodatkowe piętra. Nieuzasadnione zachowanie tłumaczono sobie bez zastanowienia potrzebą porządku i rozwoju, troską, dbałością o przyszłość i innych mieszkańców. Teraz dopiero możliwe było zauważenie, że jest to praca nie dla dobra własnego, ale dla czegoś, co nie jest nawet świadome naszego istnienia, samodzielności i o czym nie mamy pojęcia, czego chce. I na który to byt nic nie poradzimy, bo jest częścią naszych zachowań, świata, który sobie zbudowaliśmy i którego mimo wszystko potrzebujemy do normalności.
Nic dziwnego, że większość urzędników nadal nie chce przyjąć prac Ilsintog do wiadomości, wmawiając sobie nadal, że to po prostu jest ich praca. Sam naukowiec natomiast doniósł niedawno o pracach nad pierwszymi próbami nawiązania długofalowego kontaktu się z urzędniczymi istotami. Łatwo nie będzie.
Zgodnie z jego obawami wizyta w urzędzie przeciągała się. Wraz z kolejnymi okazjami do dyskusji pojawiało się coraz więcej sytuacji, gdy udawało mu się... coś zauważyć. Jakąś prawidłowość w tym, którędy i jak licznie przechodzą urzędnicy? A może w tym, jak często w niektórych okienkach pojawiają się dokumenty? Ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, przecież w każdym urzędzie tak jest. A jednak...
Czytelnik, podobnie jak bohater, nie jest w stanie wyłapać, co właściwie się dzieje. Coś jest nie tak, ale, wyłączając dążenie do zwiększenia liczby pracowników za wszelką cenę, nie wiadomo dlaczego. Problem wydaje się prosty, ale gdzie jest jego przyczyna? Widać, że ludzie nie powinni się tak zachowywać, ale nigdzie nie widać dyktatora, który by ich do tego zmuszał. Podejściu pracowników zaskakuje, ale jednocześnie nie jest nienaturalne, nikt nie wygląda na działającego wbrew własnej woli, niczego nie ukrywa. Jakieś tajemnicze „coś” nie pozwala nam zgodzić się na możliwość, że po prostu mamy do czynienia z gromadą krótkowzrocznych pracoholików bez prawdziwych ambicji.
Nie pozwalało zgodzić się też samemu autorowi, który właśnie dlatego napisał tę książkę. Jemu również trafiło się kiedyś przyglądać pracownikom jednego z wielkich, przerośniętych urzędów Posztijnu i, choć ostatecznie zrezygnował z kontynuacji planów, dla których tu przyszedł, i poświęcił przybytkowi o wiele więcej uwagi niż wymyślony przez niego bohater, również nie odgadł, co takiego jest nie w porządku. Nie wchodząc w zbędne techniczne szczegóły, opisał wszystkie swoje przeżycia, z naciskiem na najbardziej trudne do uchwycenia wrażenia i przebłyski, pozostawiając sprawozdanie jako wyzwanie dla mądrzejszych od siebie. Oczywiście niezwykła historia wewnętrznej walki z wyimaginowanym zagrożeniem przyciągnęła czytelników nie tylko z takimi zamiarami. Opisy zdobyły sobie licznych wielbicieli podobnie jak urzędnicze dialogi, tym bardziej nadzwyczajne, im bardziej zwyczajne.
Wciąż jednak pamiętano, że jest to historia zagadka – w końcu odpowiedzi na nią ciągle brakowało. Dopiero po czasie porównywalnym do naszych dwustu lat i około dziesięciu pokoleniach, neuroinformatyk Ilsintog Brenfwne podjął się zaskakującego zadania – porównania charakteru przepływu informacji posztijniniańskich urzędów ze swoimi pracami. Efekty zaskoczyły wszystkich prócz niego, w tym samych urzędników (niezbyt zadowolonych z eksperymentu) – sposób przetwarzania danych przez pracowników był identyczny jak praca neuroprzekaźników w mózgu istoty żywej! Można było znaleźć zależności na każdym poziomie – spisywanie dokumentów pełniło rolę odbierania bodźców, dalej szła ich interpretacja, reakcje, wreszcie kodowanie w wygodniejszej formie i archiwizacja w pamięci. Oczywiście wszystko działo się o wiele, wiele wolniej, skoro rolę impulsów elektrycznych pełniły papiery wędrujące z rąk do rąk, jednak regularność i jednolitość działań były faktem, tak że nawet nie rozumiejący tematu urzędnicy-neurony i ich petenci nie mieli prawa ich negować. Po prostu robili to, co zawsze, a samo to czyniło ich elementem wielkiej świadomej istoty, której obecności nie mogli wyczuć. Przynajmniej nie świadomie, skoro wiedzieli, że ich urząd potrzebuje chłonąć nowych pracowników, żeby się rozwijać i ewoluować – z czym, jak uważa Ilsintog, istota dobrze sobie radzi, gdyż osobiście odnotował od momentu powstania książki dwa dodatkowe piętra. Nieuzasadnione zachowanie tłumaczono sobie bez zastanowienia potrzebą porządku i rozwoju, troską, dbałością o przyszłość i innych mieszkańców. Teraz dopiero możliwe było zauważenie, że jest to praca nie dla dobra własnego, ale dla czegoś, co nie jest nawet świadome naszego istnienia, samodzielności i o czym nie mamy pojęcia, czego chce. I na który to byt nic nie poradzimy, bo jest częścią naszych zachowań, świata, który sobie zbudowaliśmy i którego mimo wszystko potrzebujemy do normalności.
Nic dziwnego, że większość urzędników nadal nie chce przyjąć prac Ilsintog do wiadomości, wmawiając sobie nadal, że to po prostu jest ich praca. Sam naukowiec natomiast doniósł niedawno o pracach nad pierwszymi próbami nawiązania długofalowego kontaktu się z urzędniczymi istotami. Łatwo nie będzie.
poniedziałek, 7 września 2015
81. „Przeszłość, wierność odtwarzania i sens” (Ginioiniilka)
Gdybyście mogli kiedyś zobaczyć miasta kolonii Oneonu, zachwycilibyście się – wielkie, srebrne wieżowce i oplatające je niekończące się sieci szklanych tuneli metra wywindowane aż do rozgwieżdżonego kolorowo nieba, bez jednej nieidealnej rysy. Pierwsze wrażenie nie myliło – świat ten wyprzedzał tysiące innych pod względem umiejętności zdobywania wiedzy, panowania nad planetą, ułatwiania życia i poszerzania możliwości umysłu. Postęp, jaki kolonizatorzy poczynili od nawiązania pierwszego kontaktu z pierwszymi, dość prymitywnymi mieszkańcami, robił wrażenie po dziś dzień. Dopiero głęboko, bardzo głęboko w sercu tego wszystkiego tkwiło coś nieprawdopodobnie bardziej starego i niepozbawionego wad. Było to coś oczywistego, a jednocześnie nadzwyczaj mało znanego, coś, czego nikt nigdy do końca nie miał ochoty wyjaśniać.
Nikt niepowołany nie poznał jednak istoty rzeczy, dopóki pewien rdzenny mieszkaniec planety, która nazywała się Zilz, pewnego dnia nie usłyszał w przepełniającym powietrze motywacyjnym prądzie informacyjnym pogłosu myśli swojego rodzica. Było to coś bardzo delikatnego, niewyraźnego, zaledwie odcień w barwnym szumie opisów, dzienników, map, obliczeń, dyskusji i elaboratów, charakterystyczny sposób myślenia wykrywalny jedynie dla kogoś bliskiego, takiego jak Ohksi, który w dodatku zaraz rozmył się, jakby nigdy go nie było. Nie byłoby to dziwne dla Zilzianian, którzy cudze myśli potrafią odczuwać i odtwarzać jak swoje własne poprzez samą obecność czegokolwiek związanego z daną osobą, nawet jeśli przyczyna tych myśli znajdowała się bardzo daleko. Jak jednak zrozumieć obecność rodzica bohatera, skoro ten ktoś już od dawna nie żyje? Zwłaszcza w prądzie informacji, w którym mogłyby się pojawić najwyżej myśli o nim, nie jego własne? Czy mogło to być tylko złudzenie?
Ohksi zaczyna szukać i z rzeczy zwyczajnych, spotykanych na co dzień, przechodzi stopniowo do takich, o których niemal nikomu nie wolno było wiedzieć i których sam pewnie wolałby nigdy nie poznać. Nagle, paroma sprytnymi oszustwami i niespodziewanymi pytaniami odkrywa, skąd biorą się nieskończone treści, z których wielu autorstwa nikt nie znał i które wydawały się być raczej wyciągnięte z najdawniejszej historii Zilzu, pomimo że wciąż tworzone na bieżąco i na nowo. Oczywiście natychmiast znajdują się ci, którzy nie chcą, by ktokolwiek wiedział tyle, co oni, i którzy zamiast tego postarają się, żeby Ohksi dołączył do swojego cudownie odnalezionego rodzica...
Opiekunowie kultury Oneonu dobrze wiedzieli, kiedy okres w ich historii był czasem największego rozkwitu, dobrobytu i współpracy, oraz wiedzieli, co zrobić, żeby najprostszą drogą do niego powrócić i stan ten utrzymać. Magraoneona sprzed piętnastu tysięcy lat, z której wyruszyli pierwsi podróżnicy, była punktem zwrotnym w swojej historii, w którym pchnięto do przodu więcej niż kiedykolwiek dziedzin nauki, dokonano przełomowych wynalazków, dopracowano system społeczny, zbadano nowe kontynenty i ocalono setki istnień przed kataklizmami. Pojawiło się bezpieczeństwo i nowe możliwości, które sprawiły, że ludziach zaczęła błyskawicznie rozwijać się niespotykana wcześniej ciekawość, zaufanie i pragnienie pomagania sobie nawzajem. Mniej więcej dzięki temu również w tamtym czasie powstał pierwszy układ sygnałowy, który stał się kumulacją całego tego okresu. Dzięki niemu każdy mógł podzielić się swoją refleksją, zaproponować swój nowatorski pomysł i zostać wysłuchanym na równi z każdym. Już sama niezwykła atmosfera tej zbiorowej pracy, otwartości i wpływu na otaczającą rzeczywistość wywarła, przenikając umysły Magraoneonian, mocny optymistyczny wpływ, prowadząc ich do kolejnych kamieni milowych.
Nie trzeba było długo czekać, jak zdolni naukowcy znaleźli sposób na podróże międzyplanetarne i w ciągu jednego stulecia większymi lub mniejszymi grupkami rozproszyli się po Wszechświecie. Niestety, tam jednak zasięg transmisji sygnałowych nie dochodził, czego Magraoneonianom prędko zaczęło brakować. Z pomocą przyszli im tubylcy jednej z odwiedzonych planet, którzy, zafascynowani przybyszami, zaproponowali, że przy pomocy swojej umiejętności odtwarzania cudzych myśli, chętnie wcielą się w największe umysły świata swoich gości, odtwarzając na nowo ich tok rozumowania i bieg historii, a tym samym – pomogą rozkręcić na nowo myślowy prąd motywacyjny.
Tylko że później coś zaczęło iść nie tak. Oneonianie, jak zaczęła mianować się nowa nacja, nie miała aż tyle z charakteru swoich przodków i woleli biernie korzystać z ich osiągnięć w celu dalszych postępów, zamiast je współtworzyć. Początkowo skromna, kilkudziesięcioosobowa pomoc Zilzianian czyniona z uprzejmości przeszła stopniowo w coraz szersze, bardziej zorganizowane grupy pracownicze, w których odtwarzający cudzą osobowość właściwie stawali się naśladowanymi osobami, żyjąc w otoczeniu cudzych przedmiotów i w imitacjach miejsc, w których niegdyś pracowali słynni Magraoneonianie. Kiedy i to dla chciwych Oneonian okazało się nie być wystarczające, a jednocześnie zmęczeni Zilzianianie zaczęli się upominać o prawo do własnego życia, wybuchła wojna domowa, której efektem było to, co znalazł Ohksi – niepamięć i nieświadomość własnej tożsamości. A wszystko to działo się w podziemiach zachwycających miast, prawie na oczach żyjących w pokoju zwyczajnych Oneonian i Zilzianian...
Ginioiniilka, jako jeden z kolonizatorów, bardzo ubolewa nad tym faktem. Oczami głównego bohatera pokazuje nam wszystko – od dobrych konsekwencji pomysłu, których potrzeba wydawała się do pewnego stopnia usprawiedliwiać początki, po rozpacz i krzywdę, której już nie dało się cofnąć.
Nikt niepowołany nie poznał jednak istoty rzeczy, dopóki pewien rdzenny mieszkaniec planety, która nazywała się Zilz, pewnego dnia nie usłyszał w przepełniającym powietrze motywacyjnym prądzie informacyjnym pogłosu myśli swojego rodzica. Było to coś bardzo delikatnego, niewyraźnego, zaledwie odcień w barwnym szumie opisów, dzienników, map, obliczeń, dyskusji i elaboratów, charakterystyczny sposób myślenia wykrywalny jedynie dla kogoś bliskiego, takiego jak Ohksi, który w dodatku zaraz rozmył się, jakby nigdy go nie było. Nie byłoby to dziwne dla Zilzianian, którzy cudze myśli potrafią odczuwać i odtwarzać jak swoje własne poprzez samą obecność czegokolwiek związanego z daną osobą, nawet jeśli przyczyna tych myśli znajdowała się bardzo daleko. Jak jednak zrozumieć obecność rodzica bohatera, skoro ten ktoś już od dawna nie żyje? Zwłaszcza w prądzie informacji, w którym mogłyby się pojawić najwyżej myśli o nim, nie jego własne? Czy mogło to być tylko złudzenie?
Ohksi zaczyna szukać i z rzeczy zwyczajnych, spotykanych na co dzień, przechodzi stopniowo do takich, o których niemal nikomu nie wolno było wiedzieć i których sam pewnie wolałby nigdy nie poznać. Nagle, paroma sprytnymi oszustwami i niespodziewanymi pytaniami odkrywa, skąd biorą się nieskończone treści, z których wielu autorstwa nikt nie znał i które wydawały się być raczej wyciągnięte z najdawniejszej historii Zilzu, pomimo że wciąż tworzone na bieżąco i na nowo. Oczywiście natychmiast znajdują się ci, którzy nie chcą, by ktokolwiek wiedział tyle, co oni, i którzy zamiast tego postarają się, żeby Ohksi dołączył do swojego cudownie odnalezionego rodzica...
Opiekunowie kultury Oneonu dobrze wiedzieli, kiedy okres w ich historii był czasem największego rozkwitu, dobrobytu i współpracy, oraz wiedzieli, co zrobić, żeby najprostszą drogą do niego powrócić i stan ten utrzymać. Magraoneona sprzed piętnastu tysięcy lat, z której wyruszyli pierwsi podróżnicy, była punktem zwrotnym w swojej historii, w którym pchnięto do przodu więcej niż kiedykolwiek dziedzin nauki, dokonano przełomowych wynalazków, dopracowano system społeczny, zbadano nowe kontynenty i ocalono setki istnień przed kataklizmami. Pojawiło się bezpieczeństwo i nowe możliwości, które sprawiły, że ludziach zaczęła błyskawicznie rozwijać się niespotykana wcześniej ciekawość, zaufanie i pragnienie pomagania sobie nawzajem. Mniej więcej dzięki temu również w tamtym czasie powstał pierwszy układ sygnałowy, który stał się kumulacją całego tego okresu. Dzięki niemu każdy mógł podzielić się swoją refleksją, zaproponować swój nowatorski pomysł i zostać wysłuchanym na równi z każdym. Już sama niezwykła atmosfera tej zbiorowej pracy, otwartości i wpływu na otaczającą rzeczywistość wywarła, przenikając umysły Magraoneonian, mocny optymistyczny wpływ, prowadząc ich do kolejnych kamieni milowych.
Nie trzeba było długo czekać, jak zdolni naukowcy znaleźli sposób na podróże międzyplanetarne i w ciągu jednego stulecia większymi lub mniejszymi grupkami rozproszyli się po Wszechświecie. Niestety, tam jednak zasięg transmisji sygnałowych nie dochodził, czego Magraoneonianom prędko zaczęło brakować. Z pomocą przyszli im tubylcy jednej z odwiedzonych planet, którzy, zafascynowani przybyszami, zaproponowali, że przy pomocy swojej umiejętności odtwarzania cudzych myśli, chętnie wcielą się w największe umysły świata swoich gości, odtwarzając na nowo ich tok rozumowania i bieg historii, a tym samym – pomogą rozkręcić na nowo myślowy prąd motywacyjny.
Tylko że później coś zaczęło iść nie tak. Oneonianie, jak zaczęła mianować się nowa nacja, nie miała aż tyle z charakteru swoich przodków i woleli biernie korzystać z ich osiągnięć w celu dalszych postępów, zamiast je współtworzyć. Początkowo skromna, kilkudziesięcioosobowa pomoc Zilzianian czyniona z uprzejmości przeszła stopniowo w coraz szersze, bardziej zorganizowane grupy pracownicze, w których odtwarzający cudzą osobowość właściwie stawali się naśladowanymi osobami, żyjąc w otoczeniu cudzych przedmiotów i w imitacjach miejsc, w których niegdyś pracowali słynni Magraoneonianie. Kiedy i to dla chciwych Oneonian okazało się nie być wystarczające, a jednocześnie zmęczeni Zilzianianie zaczęli się upominać o prawo do własnego życia, wybuchła wojna domowa, której efektem było to, co znalazł Ohksi – niepamięć i nieświadomość własnej tożsamości. A wszystko to działo się w podziemiach zachwycających miast, prawie na oczach żyjących w pokoju zwyczajnych Oneonian i Zilzianian...
Ginioiniilka, jako jeden z kolonizatorów, bardzo ubolewa nad tym faktem. Oczami głównego bohatera pokazuje nam wszystko – od dobrych konsekwencji pomysłu, których potrzeba wydawała się do pewnego stopnia usprawiedliwiać początki, po rozpacz i krzywdę, której już nie dało się cofnąć.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
80. „Kod” (Eene Onmnes Uksi Joikka)
Strefa, nazwana przez odwiedzających ją dwunastą, była pusta, wyczyszczona ze wszystkiego prócz kamieni, przepełniona jedynie echem, dudniącym gdzieś ponad nią. Ahsawianie, uważający samych siebie za kogoś w rodzaju archeologów obcych planet, a w rzeczywistości raczej grupka plądrowników, bogacących się dzięki pozostałościom po wymarłych cywilizacjach, nie znosili tego miejsca. Z technicznego punktu widzenia było lepsze od wielu z tych, które widzieli, bezpieczne, pozbawione dżungli czy drapieżników, a jednak... Co ważniejsze było również pełne skrytek, niezbadanych bunkrów, sejfów poukładanych w opustoszałych budowlach mieszkalnych, a w nich: przedmiotów, o których marzyli bogaci kosmiczni kolekcjonerzy. Niekiedy zamki były podniszczone, możliwe do wyważenia, częściej ukryte za banalnym hasłem, a zdarzały się też takie przypadki, którym czwórka podróżników musiała poświęcić wielokrotnie więcej czasu. Tak właśnie było tym razem – kod nie był nigdzie zapisany, a jedyna, opisowa wskazówka, jaka zdawała się czekać specjalnie na tę okazję, odwoływała się do... gry, w której jedna z odpowiedzi miała być jednocześnie hasłem do zamku. Gry tradycyjnej, „zewnętrznej”, animowanej, przypominającej ziemskie gry komputerowe, w których wirtualnym świecie gracz nie wędruje osobiście, a za pośrednictwem reprezentującej go postaci. Z których formułą rozwinięta kultura Ahsawian nie miała styczności od kilku setek lat i z którą czwórka bohaterów również nie miała teraz ochoty mieć.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.
Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.
Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
79. „Coś tam się stało” (Moih Ge)
Południowa część planety Elzen zawsze była dziwna. Odcięta politycznie i handlowo, milcząca, pozbawiona głośniejszych wydarzeń, konfliktów czy wyróżniających się twarzy. To by jednak nikomu nie przeszkadzało w nadzwyczaj rozwiniętej technologicznie i wspaniale prosperującej grupce krajów, gdyby ci, którzy jechali je odwiedzić, zawsze wracali. Nie zawsze jednak tak było – począwszy od dociekliwych agentów, z pomocą których korporacje próbowały wykraść sekrety tajemniczych państw, przez bardziej ciekawskich turystów, po tych, którzy po prostu próbowali odszukać swoich bliskich, którzy wyjechali wcześniej, wszyscy z mało przekonujących względów decydowali się pozostać w obcym miejscu na stałe. Nie to, że urywał się kontakt – łącza bez przewodowe ani na chwilę nie przestawały pracować ani po owej decyzji, ani przed nią, nie było żadnych porwań, żadnych wymuszeń.
Taber Ta, pasjonat badań procesów myślowych i inspirowanych nimi wynalazków, doskonale wiedział o tych problemach. I na pewno nie zbliżałby się do granicy, gdyby nie opracowane przez niego właśnie urządzenie i uzyskane przez niego wyniki. Działanie, polegające na wyodrębnianiu obszarów, w których skupia się aktywność inteligencji ludzkiej, sprawdzało się wspaniale, ukazując przepływ fal energetycznych, a skany szerszej przestrzeni uzyskane z poziomu satelity zachwyciły Tabera. Dopóki nie dostrzegł obrazu z dolnej półkuli, złożonego nie jak poprzednio z punktów, ale z całych plam, które rozciągały się kilometrowymi pasmami. Co to mogło oznaczać? Taber początkowo stawiał na błędy, spowodowane przez fale gamma, których ogromne ilości produkują elzańskie komputery. Sprawa nie wydawała się jednak być taka prosta, tak więc ostatecznie za namową i w towarzystwie przyjaciela Omiga Se, od dawna zaintrygowanego, co się w tamtej strefie może dziać, postanowił opuścić bezpieczne laboratorium i polecieć do Pelienu.
Początkowo jedyny dowód faktu, że coś jest nie tak, stanowi sam obraz z urządzenia, które pomimo ciągłego zwiększania dokładności, wciąż pokazywało to samo – inteligencję rozmytą między ludzi, ziemię i przedmioty. Oraz zachowanie mieszkańców, którzy niezmiennie sprawiali wrażenie sennych i nieobecnych... Mimo to gościnnych – z radością oprowadzają dwójkę badaczy po kopalniach, rozległych pracowniach komputerowych, w których „mogą myśleć” i hodowlach białej, kalafiorowatej rośliny, która nie rośnie nigdzie poza tymi paroma krajami... Wystarczy jednak, że Omig sam spróbuje dołączyć do informatyków piszących na klawiaturach, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli, powrót już nie był prosty, a opis rzeczywistości, który dał Taberowi jego wynalazek, stał się przerażająco oczywisty...
Literatura Elzen zgodnie klasyfikuje Coś tam się stało jako horror, jednak czy ta książka naprawdę straszy? Teoretycznie tylko zaciekawia – najpierw zachowaniem mieszkańców południowych rejonów, potem tym, co je powoduje, a wreszcie tym, jak się w nim połapać, żeby do nich nie dołączyć i dopiero te dwie ostatnie rzeczy zaczynają być niemiłe, pomimo że... działają na takiej samej zasadzie, co ta pierwsza i pewnie trudno byłoby wydzielić, kiedy prawdziwe obawy się zaczynają. Okazjonalne przykłady tego pierwszego natomiast autor podrzuca nam, zanim jeszcze do akcji dołącza Taber – odbierane z sieci półprzytomne i dziwnie lękliwe tłumaczenia na temat kamieni, komputerów i śniegu trochę śmieszą, trochę zastanawiają, ale nie budzą grozy. Czego innego doświadcza już Taber, który jest świadkiem tego, jak większość tego, co mieszkańcy mówią, nie jest obmyślane w ich ciałach, a gdzieś pod ich stopami. I który im więcej spędza czasu w ich towarzystwie, tym szerszy sens zaczyna wyłapywać z abstrakcyjnych napomknięć o niezbłędnych kalafiorowych roślinach, dokładaniu budulca do kopalni i udoskonalaniu wody. Oraz oczywiście komputerowych maszynach liczących, które znajdują się po zupełnie innej stronie klawiatury niż nam się wydaje.
Najlepsze w tej układance jest to, że nie wiadomo, czy w ogóle można coś z niej ułożyć. Bo, owszem, mieszkańcy nam coś mówią, zwłaszcza Omig, którego główny bohater wciąż ciągnie ze sobą, ale czy to aby na pewno oni sami starają się dać nam podpowiedź, prosząc o pomoc i walcząc ze swoim umysłem, czy mamy do czynienia od początku do końca z bezwzględną sztuczną inteligencją, która chce sobie powiększyć procesor o mózg Tabera? Zainteresowanie czytelnika główny bohater przyciąga mniej – na pierwszym planie jest zderzenie skonfundowanej psychiki bezradnych, nierozumiejących, co się z nimi dzieje, ludzi, z cyfrową mechaniką, która nimi zawładnęła. Niezapomniana jest scena w przerośniętej bibliotece, gdzie Peliency są w stanie mówić niemal wyłącznie za pomocą liczb, a jeden z nich, wywołany kilkakrotnie przez zdesperowanego Tabera, wymawia z bólem powoli każdą z cyfr z osobna, z rozpaczą na twarzy, która zdawała się opisywać całkiem inną treść. Ciarki wywołuje zresztą już sam opis tego, jak pracownicy poruszają palcami na klawiaturze, patrząc przed siebie, albo to z jakim lękiem stoją nieruchomo, kiedy nie są do niczego potrzebni, a wreszcie zbiory dokumentacji technicznych, które okazują się być zbiorami na równi papieru i ludzi. Czy to wszystko może być żartem komputera, który niejednokrotnie tu pokazywał, jak łatwo idzie mu nauka sposobu odczuwania istot żywych i jak dobrze potrafi na grać na emocjach bohatera (i czytelnika)? Finał wskazuje, że tak, ale i że zawsze istnieje też ta jedna ukryta szansa, szczegół, który można wykorzystać – lub nie. Trzeba jednak wreszcie odgadnąć, co jest oszustwem, co nie jest, i jakie to wszystko może mieć znaczenie.
Polecam zarówno tym, co lubią się bać, jak i tym, którzy lubią się zastanawiać. W jednym i drugim przypadku chodzi o nieznane.
Taber Ta, pasjonat badań procesów myślowych i inspirowanych nimi wynalazków, doskonale wiedział o tych problemach. I na pewno nie zbliżałby się do granicy, gdyby nie opracowane przez niego właśnie urządzenie i uzyskane przez niego wyniki. Działanie, polegające na wyodrębnianiu obszarów, w których skupia się aktywność inteligencji ludzkiej, sprawdzało się wspaniale, ukazując przepływ fal energetycznych, a skany szerszej przestrzeni uzyskane z poziomu satelity zachwyciły Tabera. Dopóki nie dostrzegł obrazu z dolnej półkuli, złożonego nie jak poprzednio z punktów, ale z całych plam, które rozciągały się kilometrowymi pasmami. Co to mogło oznaczać? Taber początkowo stawiał na błędy, spowodowane przez fale gamma, których ogromne ilości produkują elzańskie komputery. Sprawa nie wydawała się jednak być taka prosta, tak więc ostatecznie za namową i w towarzystwie przyjaciela Omiga Se, od dawna zaintrygowanego, co się w tamtej strefie może dziać, postanowił opuścić bezpieczne laboratorium i polecieć do Pelienu.
Początkowo jedyny dowód faktu, że coś jest nie tak, stanowi sam obraz z urządzenia, które pomimo ciągłego zwiększania dokładności, wciąż pokazywało to samo – inteligencję rozmytą między ludzi, ziemię i przedmioty. Oraz zachowanie mieszkańców, którzy niezmiennie sprawiali wrażenie sennych i nieobecnych... Mimo to gościnnych – z radością oprowadzają dwójkę badaczy po kopalniach, rozległych pracowniach komputerowych, w których „mogą myśleć” i hodowlach białej, kalafiorowatej rośliny, która nie rośnie nigdzie poza tymi paroma krajami... Wystarczy jednak, że Omig sam spróbuje dołączyć do informatyków piszących na klawiaturach, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli, powrót już nie był prosty, a opis rzeczywistości, który dał Taberowi jego wynalazek, stał się przerażająco oczywisty...
Literatura Elzen zgodnie klasyfikuje Coś tam się stało jako horror, jednak czy ta książka naprawdę straszy? Teoretycznie tylko zaciekawia – najpierw zachowaniem mieszkańców południowych rejonów, potem tym, co je powoduje, a wreszcie tym, jak się w nim połapać, żeby do nich nie dołączyć i dopiero te dwie ostatnie rzeczy zaczynają być niemiłe, pomimo że... działają na takiej samej zasadzie, co ta pierwsza i pewnie trudno byłoby wydzielić, kiedy prawdziwe obawy się zaczynają. Okazjonalne przykłady tego pierwszego natomiast autor podrzuca nam, zanim jeszcze do akcji dołącza Taber – odbierane z sieci półprzytomne i dziwnie lękliwe tłumaczenia na temat kamieni, komputerów i śniegu trochę śmieszą, trochę zastanawiają, ale nie budzą grozy. Czego innego doświadcza już Taber, który jest świadkiem tego, jak większość tego, co mieszkańcy mówią, nie jest obmyślane w ich ciałach, a gdzieś pod ich stopami. I który im więcej spędza czasu w ich towarzystwie, tym szerszy sens zaczyna wyłapywać z abstrakcyjnych napomknięć o niezbłędnych kalafiorowych roślinach, dokładaniu budulca do kopalni i udoskonalaniu wody. Oraz oczywiście komputerowych maszynach liczących, które znajdują się po zupełnie innej stronie klawiatury niż nam się wydaje.
Najlepsze w tej układance jest to, że nie wiadomo, czy w ogóle można coś z niej ułożyć. Bo, owszem, mieszkańcy nam coś mówią, zwłaszcza Omig, którego główny bohater wciąż ciągnie ze sobą, ale czy to aby na pewno oni sami starają się dać nam podpowiedź, prosząc o pomoc i walcząc ze swoim umysłem, czy mamy do czynienia od początku do końca z bezwzględną sztuczną inteligencją, która chce sobie powiększyć procesor o mózg Tabera? Zainteresowanie czytelnika główny bohater przyciąga mniej – na pierwszym planie jest zderzenie skonfundowanej psychiki bezradnych, nierozumiejących, co się z nimi dzieje, ludzi, z cyfrową mechaniką, która nimi zawładnęła. Niezapomniana jest scena w przerośniętej bibliotece, gdzie Peliency są w stanie mówić niemal wyłącznie za pomocą liczb, a jeden z nich, wywołany kilkakrotnie przez zdesperowanego Tabera, wymawia z bólem powoli każdą z cyfr z osobna, z rozpaczą na twarzy, która zdawała się opisywać całkiem inną treść. Ciarki wywołuje zresztą już sam opis tego, jak pracownicy poruszają palcami na klawiaturze, patrząc przed siebie, albo to z jakim lękiem stoją nieruchomo, kiedy nie są do niczego potrzebni, a wreszcie zbiory dokumentacji technicznych, które okazują się być zbiorami na równi papieru i ludzi. Czy to wszystko może być żartem komputera, który niejednokrotnie tu pokazywał, jak łatwo idzie mu nauka sposobu odczuwania istot żywych i jak dobrze potrafi na grać na emocjach bohatera (i czytelnika)? Finał wskazuje, że tak, ale i że zawsze istnieje też ta jedna ukryta szansa, szczegół, który można wykorzystać – lub nie. Trzeba jednak wreszcie odgadnąć, co jest oszustwem, co nie jest, i jakie to wszystko może mieć znaczenie.
Polecam zarówno tym, co lubią się bać, jak i tym, którzy lubią się zastanawiać. W jednym i drugim przypadku chodzi o nieznane.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
78. „Wczorajszy dzień” (Igwaom Songwi Niebieski*)
Czy chcielibyśmy znać swoją przyszłość? Wielu z nas pewnie tak. Pytanie jednak, czy chcielibyśmy znać ją zamiast przeszłości? Czy takie życie w ogóle byłoby możliwe? Nie? W takim razie zapraszam na planetę Igwaoma Songwi Niebieskiego, Teroksei.
Danwewin Dtwen Pomarańczowy odnajduje się na rozprawie sądzącej jego samego za popełnienie zbrodni. Ale jakiej? Uświadamia sobie, że nie wie. To naturalne, że nie jest w stanie ustalić, co się zdarzyło wczoraj. Dziwne jest to, że nie potrafi także wywnioskować tego z najbliższej przyszłości – nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, niczego nie wyjaśnia... Co jeszcze ciekawsze – wyrok wcale nie zapadnie. Danwewin przypomina sobie, że... po upływie najbliższych sekund po prostu ucieknie. Nikt nie jest zaskoczony, gdy nagle zrywa się z miejsca, wybiega z sali i że pomimo prób nie udaje się go zatrzymać. Strażnicy prawa rozpoczynają ponowną analizę tropów oraz jego osobowości, wiedząc od początku, gdzie go ostatecznie znajdą, a sam Danwewin podąża wskazaniami swojej pamięci, by odkryć, co zdarzyło się wcześniej. Wie, że spotka się ze starym znajomym, który przekaże mu pewne zapiski, które z kolei skierują go do szkoły, w której obaj się uczyli i gdzie teraz ledwo wydostanie się z pułapki. Potem znów znajdzie się na miejsce zbrodni, choć zupełnie innej...
Każdy kolejny krok przybliża go do czasu, gdy wszystko stanie się jasne, co jednak nie znaczy, że powinno być dla niego jasne już teraz. Jego umysł najpierw musi przejść przez wszystkie wydarzenia i naprawdę ich doświadczyć, zanim sucha (choć często przydatna) informacja stanie się realną zrozumiałą wiedzą. Co nie jest proste, kiedy pojęcie o tym, co właśnie przeminęło, zanika i pozostaje nam tylko próba rozszyfrowania faktów z chaotycznej przyszłości. Chaotycznej i niebezpiecznej, bo przecież sama wiedza o tym, że coś się uda, nie wydaje się gwarantować nam spokoju, który pozwoliłby tego dokonać. Samo wspomnienie strachu przed skokiem w przepaść i rozpaczy na widok śmierci bliskiego nie jest prawdziwym uczuciem, przez co dla oskarżonego, choć niby wystarczy mu podążać znanymi wydarzeniami, wszystko z czasem staje się coraz trudniejsze... Na szczęście nie tylko dla niego – uczestnicy pościgu wkrótce przypominają sobie, że trafią na ślady jeszcze kogoś. Kogoś mściwego i bezwzględnego, kto choć oczywiście wie, że mu się nie uda i zostanie ukarany, nie zawaha się przed niczym, żeby to osiągnąć. Na razie jednak trzeba zmierzyć się z teraźniejszością i doprowadzić wszystko, co mam w niej miejsce, do końca.
Wiem, że ciężko sobie to wszystko wyobrazić. Po co kogoś ścigać, skoro wiadomo, że jest niewinny; po co czekać z aresztowaniem, skoro wiemy, kto popełni morderstwo; po co się bać, skoro wiadomo, co będzie? Cóż, prawda jest taka, że z psychiką mieszkańców planet ze skraju Wszechświata, takimi jak Teroksei czy też opisywana już kiedyś Enaba, gdzie czas nie zachowuje się tak jak powinien, nigdy nie będziemy mieli łatwo. Czyż w ogóle pierwszym skojarzeniem nie jest, że przeszłość jest niezbędna nam do życia? Że to na niej opieramy swoje plany, że bez wiedzy, co robiliśmy przed chwilą, nie moglibyśmy nic robić dalej? Dopiero, kiedy trochę się zastanowimy, zgodzimy się z Terokseianami, że to raczej bez wiedzy o przyszłości i o tym, jaki nasze działanie będzie miało efekt, powinniśmy się pogubić. Oni nie widzą sensu nawet ułatwienia sobie „odzyskiwania” przeszłości zapisywaniem jej na karteczkach – w końcu, jeśli mają coś do zrobienia, dowiedzą się o tym, widząc efekty tej pracy w przyszłości. Planowanie tego miało miejsce – ale już bez udziału świadomości, lekko przesunięte do przeszłości, która na bieżąco im ucieka.
Podobnie jak podejmowanie decyzji, którego pozorny brak najbardziej szokuje tutaj Ziemianina. We Wczorajszym dniu rzuca się w oczy, że nikomu nawet raz nie przechodzi przez myśl zrobić czegoś wbrew temu, co pamięta z przyszłości, zadziałania wbrew logice, ale w imię sprawiedliwości i to niezależnie, czy mówimy o walczącym o swoje życie Danwewinie, czy oddanych pracy strażnikach. Nawet szajka, która sprytnie nakręciła to wszystko i od początku ma podgląd na swoje błędy, nie ma zamiaru niczego poprawiać, choć, naszym zdaniem, mogłaby. W pierwszej chwili bierność tej aktywności zdumiewa, wprawia w nas w niedowierzanie. Rzecz w tym, że te wydarzenia, choć przyszłe, już się dokonały – w efekcie odwrotnego kierunku czasu, który nierelatywnie zamienia ze sobą miejscami skutek i przyczynę, sprawiając, że w praktyce Terokseianie mają taki wpływ na swoją przyszłość jak my na przeszłość. Oni też nie mogliby zresztą zrozumieć, dlaczego my musimy sztywno trzymać się naszej przeszłości, dlaczego nie reaguje ona na nasze teraźniejsze wnioskowanie. Mamy ją całą przed oczami, a nie wiemy nic o przeszłości – czy nie jest to dla nas ciężarem? Dopiero po jakimś czasie odsłania się przed nami szczególny sens podejścia bohaterów, który często determinuje błyskotliwość i konieczność wyciągania wniosków przewrotniejszą niż wymagałaby jakakolwiek sytuacja w tradycyjnej linii czasu (chociażby stróże prawa muszą, obserwując efekty działania przestępców, odgadywać, jaki jest sens tego, co sami robią). Do tego wciąż towarzyszy nam dziwna tajemnica dnia poprzedniego, której nikt nie zna i która wciąż się oddala... Kiedy wreszcie udaje nam się do tego fantastycznego trybu „auto-działania” przyzwyczaić i zaczynamy sami składać pierwsze wskazówki, naprawdę nie chce się wracać do klasycznego biegu rzeczy na Ziemi.
Świat odwróconego czasu to świat naprawdę o wiele bardziej uporządkowany niż nasz, sprawiedliwy i spokojny. O ile ktoś nagle nie wprowadzi w nim zamieszania w formie pełnej szalonych, kosmicznych pościgów pokręconej, nieprzewidywalnej gra w kotka i myszkę, gdzie nie wiadomo, komu ufać i czy to, co musi się udać, na pewno się uda... Ale to dzieje się już niezależnie od tego, która część linii czasu jest przed nami odsłonięta, czyż nie?
_______________
*Nie jest to przypadkowy układ literowy – trzeci, obowiązkowy element imienia, naprawdę jest kolorem i oznacza coś w rodzaju wskazówki geograficzno-etnicznej. Przydaje się zwłaszcza wiekowym właścicielom nazwiska, którym niewiele już pozostało wydarzeń z przyszłości, by przypomnieć sobie, skąd pochodzą.
Danwewin Dtwen Pomarańczowy odnajduje się na rozprawie sądzącej jego samego za popełnienie zbrodni. Ale jakiej? Uświadamia sobie, że nie wie. To naturalne, że nie jest w stanie ustalić, co się zdarzyło wczoraj. Dziwne jest to, że nie potrafi także wywnioskować tego z najbliższej przyszłości – nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, niczego nie wyjaśnia... Co jeszcze ciekawsze – wyrok wcale nie zapadnie. Danwewin przypomina sobie, że... po upływie najbliższych sekund po prostu ucieknie. Nikt nie jest zaskoczony, gdy nagle zrywa się z miejsca, wybiega z sali i że pomimo prób nie udaje się go zatrzymać. Strażnicy prawa rozpoczynają ponowną analizę tropów oraz jego osobowości, wiedząc od początku, gdzie go ostatecznie znajdą, a sam Danwewin podąża wskazaniami swojej pamięci, by odkryć, co zdarzyło się wcześniej. Wie, że spotka się ze starym znajomym, który przekaże mu pewne zapiski, które z kolei skierują go do szkoły, w której obaj się uczyli i gdzie teraz ledwo wydostanie się z pułapki. Potem znów znajdzie się na miejsce zbrodni, choć zupełnie innej...
Każdy kolejny krok przybliża go do czasu, gdy wszystko stanie się jasne, co jednak nie znaczy, że powinno być dla niego jasne już teraz. Jego umysł najpierw musi przejść przez wszystkie wydarzenia i naprawdę ich doświadczyć, zanim sucha (choć często przydatna) informacja stanie się realną zrozumiałą wiedzą. Co nie jest proste, kiedy pojęcie o tym, co właśnie przeminęło, zanika i pozostaje nam tylko próba rozszyfrowania faktów z chaotycznej przyszłości. Chaotycznej i niebezpiecznej, bo przecież sama wiedza o tym, że coś się uda, nie wydaje się gwarantować nam spokoju, który pozwoliłby tego dokonać. Samo wspomnienie strachu przed skokiem w przepaść i rozpaczy na widok śmierci bliskiego nie jest prawdziwym uczuciem, przez co dla oskarżonego, choć niby wystarczy mu podążać znanymi wydarzeniami, wszystko z czasem staje się coraz trudniejsze... Na szczęście nie tylko dla niego – uczestnicy pościgu wkrótce przypominają sobie, że trafią na ślady jeszcze kogoś. Kogoś mściwego i bezwzględnego, kto choć oczywiście wie, że mu się nie uda i zostanie ukarany, nie zawaha się przed niczym, żeby to osiągnąć. Na razie jednak trzeba zmierzyć się z teraźniejszością i doprowadzić wszystko, co mam w niej miejsce, do końca.
Wiem, że ciężko sobie to wszystko wyobrazić. Po co kogoś ścigać, skoro wiadomo, że jest niewinny; po co czekać z aresztowaniem, skoro wiemy, kto popełni morderstwo; po co się bać, skoro wiadomo, co będzie? Cóż, prawda jest taka, że z psychiką mieszkańców planet ze skraju Wszechświata, takimi jak Teroksei czy też opisywana już kiedyś Enaba, gdzie czas nie zachowuje się tak jak powinien, nigdy nie będziemy mieli łatwo. Czyż w ogóle pierwszym skojarzeniem nie jest, że przeszłość jest niezbędna nam do życia? Że to na niej opieramy swoje plany, że bez wiedzy, co robiliśmy przed chwilą, nie moglibyśmy nic robić dalej? Dopiero, kiedy trochę się zastanowimy, zgodzimy się z Terokseianami, że to raczej bez wiedzy o przyszłości i o tym, jaki nasze działanie będzie miało efekt, powinniśmy się pogubić. Oni nie widzą sensu nawet ułatwienia sobie „odzyskiwania” przeszłości zapisywaniem jej na karteczkach – w końcu, jeśli mają coś do zrobienia, dowiedzą się o tym, widząc efekty tej pracy w przyszłości. Planowanie tego miało miejsce – ale już bez udziału świadomości, lekko przesunięte do przeszłości, która na bieżąco im ucieka.
Podobnie jak podejmowanie decyzji, którego pozorny brak najbardziej szokuje tutaj Ziemianina. We Wczorajszym dniu rzuca się w oczy, że nikomu nawet raz nie przechodzi przez myśl zrobić czegoś wbrew temu, co pamięta z przyszłości, zadziałania wbrew logice, ale w imię sprawiedliwości i to niezależnie, czy mówimy o walczącym o swoje życie Danwewinie, czy oddanych pracy strażnikach. Nawet szajka, która sprytnie nakręciła to wszystko i od początku ma podgląd na swoje błędy, nie ma zamiaru niczego poprawiać, choć, naszym zdaniem, mogłaby. W pierwszej chwili bierność tej aktywności zdumiewa, wprawia w nas w niedowierzanie. Rzecz w tym, że te wydarzenia, choć przyszłe, już się dokonały – w efekcie odwrotnego kierunku czasu, który nierelatywnie zamienia ze sobą miejscami skutek i przyczynę, sprawiając, że w praktyce Terokseianie mają taki wpływ na swoją przyszłość jak my na przeszłość. Oni też nie mogliby zresztą zrozumieć, dlaczego my musimy sztywno trzymać się naszej przeszłości, dlaczego nie reaguje ona na nasze teraźniejsze wnioskowanie. Mamy ją całą przed oczami, a nie wiemy nic o przeszłości – czy nie jest to dla nas ciężarem? Dopiero po jakimś czasie odsłania się przed nami szczególny sens podejścia bohaterów, który często determinuje błyskotliwość i konieczność wyciągania wniosków przewrotniejszą niż wymagałaby jakakolwiek sytuacja w tradycyjnej linii czasu (chociażby stróże prawa muszą, obserwując efekty działania przestępców, odgadywać, jaki jest sens tego, co sami robią). Do tego wciąż towarzyszy nam dziwna tajemnica dnia poprzedniego, której nikt nie zna i która wciąż się oddala... Kiedy wreszcie udaje nam się do tego fantastycznego trybu „auto-działania” przyzwyczaić i zaczynamy sami składać pierwsze wskazówki, naprawdę nie chce się wracać do klasycznego biegu rzeczy na Ziemi.
Świat odwróconego czasu to świat naprawdę o wiele bardziej uporządkowany niż nasz, sprawiedliwy i spokojny. O ile ktoś nagle nie wprowadzi w nim zamieszania w formie pełnej szalonych, kosmicznych pościgów pokręconej, nieprzewidywalnej gra w kotka i myszkę, gdzie nie wiadomo, komu ufać i czy to, co musi się udać, na pewno się uda... Ale to dzieje się już niezależnie od tego, która część linii czasu jest przed nami odsłonięta, czyż nie?
_______________
*Nie jest to przypadkowy układ literowy – trzeci, obowiązkowy element imienia, naprawdę jest kolorem i oznacza coś w rodzaju wskazówki geograficzno-etnicznej. Przydaje się zwłaszcza wiekowym właścicielom nazwiska, którym niewiele już pozostało wydarzeń z przyszłości, by przypomnieć sobie, skąd pochodzą.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
76. „Wszędziość” (Lamior Wapstr Iopriostwi)
Sytuacja, gdy ktoś – w tym przypadku niejaki Luwrwis Datego – grzebie po cudzych kieszeniach w tłumie przechodniów, nie może skończyć się dobrze na żadnej planecie. Niekoniecznie dlatego, że zostanie przyłapany, ale czasem dlatego, że znajdzie za dużo – modem elektromagnetyczny, który ukradł, był w świecie Luwrwisa potężnym, pełnym zastosowań urządzeniem, połączonym telekomunikacyjnie z podniebnymi rzekami energetycznymi otaczającymi planetę o nazwie Weraz. Owe rzeki, szerokie na setki metrów strumienie nieizolowanego niczym prądu elektrycznego, były wytworem atmosferycznym pola magnetycznego, a dopiero z czasem zaczęły okazywać się przydatne do zasilania urządzeń, przesyłania informacji, przechowywania danych, tłumaczenia języków, aż wreszcie – po opracowaniu sposobu konwersji ludzkich komórek na kod – teleportacji. Problem w tym, że to, co znał Luwrwis, było pokaźnych rozmiarów maszynami, z tego każda wykwalifikowana do konkretnego zadania, tymczasem tutaj wszystko mieściło się w kwadracie o boku długości kilku centymetrów. Jak to możliwe? W dodatku jedną z funkcji, z których jeszcze do końca nie rozumiał, był hologram, zgodnie z jego wiedzą dopiero testowany przez naukowców. W kilka minut po kradzieży centrum miasta zostało zdemolowane przez dziwacznego robota, którego nikt wcześniej nie widział, i tylko Luwrwis miał świadomość, że to poprzedni właściciel modemu został ujawniony.
Od tej pory w jego interesie było samemu nie ujawnić się przed owym właścicielem, który na pewno niezwykłe urządzenie będzie chciał odzyskać. Przy okazji, próbując się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, Luwrwis odkrywa, że mechanicznych tworów jest więcej i mają one dość ambitne plany względem świata istot organicznych, dowiaduje się, że nie dla wszystkich ludzi ich obecność była niespodzianką, a niektórzy widzą spory użytek w tym, jak sterowaniu obywatele „układają” świat pozostałym, tak więc też będą próbowali biednego złodzieja dorwać. Wreszcie, nie mając innego wyboru i szans dowiedzenia się, kto tak naprawdę jest po jego stronie, uczy się obsługiwać modem i znikać tak we własnych hologramach i teleportować, jak i rozmywać w energetycznych rzekach. Nie wie jednak, że nie zawsze można wszystko odwrócić i zwłaszcza to ostatnie działanie nie obejdzie się bez wpływu na jego świadomość.
Wygląda na to, że pierwszy raz mam okazję zaprezentować Wam książkę z planety, w której wszystkie, kiedykolwiek i gdziekolwiek napisane utwory fabularne kręcą się wokół jednego tematu. Mieliśmy już pasjonujące naukowców szczeliny w czasie i legendarnomistyczne pociangi, które zaprzątały umysły i dawały natchnienie nadspodziewanie licznym rzeszom twórców, jednak to nic w porównaniu z Werazem, na którym naprawdę nie powstało nic, czy to kryminał, czy romans* czy nawet science fiction, w czym gigantyczne linie energetyczne nie byłyby na co najmniej drugim planie. Porównawczo to trochę tak, jakby wszyscy Ziemianie pisali tylko i wyłącznie o chmurach, bo przecież pomimo że elektryczne wielopiętrowe zjawisko zajmuje całkiem sporą część nieba, to przecież Werazianie (jak zresztą większość narodów) mogą pochwalić się czarującą historią ich cywilizacji, geografią, nauką, relacjami społecznymi i milionem innych innych spraw, o której możnaby napisać coś dobrego, nie wplatając w to motywu prądu, który jedynie we Wszędziości jest fundamentem większości odkryć i sposobów komunikacji. Po bliższym kontakcie z tą rasą nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że to nie nadzwyczajna osobliwość tego zjawiska tak przyciąga do siebie artystów (nie tylko pisarskich zresztą), a raczej jego dominujący wpływ na wszystko, co na tej planecie żyje i myśli. Podobno nawet wielu z tych, którzy powyższe zdanie potwierdzają, po zbyt długim pobycie na Werazie sami mają przemożną ochotę napisania o nim czegokolwiek. Z tego punktu widzenia naprawdę może może budzić niepokój sytuacja, gdy pewne zjawisko atmosferyczne zdaje się manipulować umysłami otaczanych przez nie istot, których układ nerwowy jak nie patrzeć opiera się na impulsach elektrycznych.
Lamior Wapstr wydaje się odczuwać podobne obawy. Historia Luwrwisa Datega, w celu napisania której autor specjalnie odizolował się od planety na parę ziemskich miesięcy na jej najdalszym księżycu, zdaje się być odbiciem jego poglądów na to, jak elektromagnetyczna aura dyskretnie zmienia ludzki sposób widzenia świata, jak manipuluje nimi bez ich świadomości zarówno w sprawach wielkich, jak i w szczegółach, nad którymi się nawet nie zastanawiają, współtworząc na równi z Werazianami politykę i sztukę. Da się to zauważyć zarówno w aferze spiskowej, która zaciska się wokół głównego bohatera od pierwszych stron, po to, co dzieje się od pewnego momentu z jego umysłem, gdy magiczny modem teleportuje go tunelami energetycznymi. O ile na początku sytuacją bez drogi ucieczki wydaje się to pierwsze i kolejni agencji czyhający na jego życie, o tyle szybko o wiele bardziej przygniatające staje się to, co niszczy świadomość Luwrwisa od środka wraz z każdą kolejną wycieczką przez rzeki informacji i innych przesyłanych świadomości. Tym bardziej, że on sam tego nie zauważa. Kolejne rozmycia jego umysłu są łagodne, niezauważalne, tak że pod koniec tylko my widzimy, że ta wiedza całego weraziańskiego „internetu”, świadomość całej wszechosobowości i wszędziości, a jednocześnie nieobecność, ślepota i zagubienie nie powinno się nigdy pojawić naraz w niczyjej głowie.
Nie wiadomo, czy naprawdę Lamior Wapstr miał na myśli napisać książkę ostrzeżenie – w końcu wkrótce wrócił na swoją planetę i stał się tym, kim był wcześniej... Mieszkańcy innych światów jednak, nawet nie wiedząc o tym, co mogło go zainspirować, zawsze odnajdują tu ten obezwładniający nieokreślony dotyk wszechobecnej kontroli.
_______________
*Tak po prawdzie, to weraziańskie romanse przypominają raczej coś w rodzaju książek do biologii, z naciskiem na element genetyczny. I rzecz jasna z podkreśleniem niebagatelnego wpływu podniebnych rzek energetycznych.
Od tej pory w jego interesie było samemu nie ujawnić się przed owym właścicielem, który na pewno niezwykłe urządzenie będzie chciał odzyskać. Przy okazji, próbując się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, Luwrwis odkrywa, że mechanicznych tworów jest więcej i mają one dość ambitne plany względem świata istot organicznych, dowiaduje się, że nie dla wszystkich ludzi ich obecność była niespodzianką, a niektórzy widzą spory użytek w tym, jak sterowaniu obywatele „układają” świat pozostałym, tak więc też będą próbowali biednego złodzieja dorwać. Wreszcie, nie mając innego wyboru i szans dowiedzenia się, kto tak naprawdę jest po jego stronie, uczy się obsługiwać modem i znikać tak we własnych hologramach i teleportować, jak i rozmywać w energetycznych rzekach. Nie wie jednak, że nie zawsze można wszystko odwrócić i zwłaszcza to ostatnie działanie nie obejdzie się bez wpływu na jego świadomość.
Wygląda na to, że pierwszy raz mam okazję zaprezentować Wam książkę z planety, w której wszystkie, kiedykolwiek i gdziekolwiek napisane utwory fabularne kręcą się wokół jednego tematu. Mieliśmy już pasjonujące naukowców szczeliny w czasie i legendarnomistyczne pociangi, które zaprzątały umysły i dawały natchnienie nadspodziewanie licznym rzeszom twórców, jednak to nic w porównaniu z Werazem, na którym naprawdę nie powstało nic, czy to kryminał, czy romans* czy nawet science fiction, w czym gigantyczne linie energetyczne nie byłyby na co najmniej drugim planie. Porównawczo to trochę tak, jakby wszyscy Ziemianie pisali tylko i wyłącznie o chmurach, bo przecież pomimo że elektryczne wielopiętrowe zjawisko zajmuje całkiem sporą część nieba, to przecież Werazianie (jak zresztą większość narodów) mogą pochwalić się czarującą historią ich cywilizacji, geografią, nauką, relacjami społecznymi i milionem innych innych spraw, o której możnaby napisać coś dobrego, nie wplatając w to motywu prądu, który jedynie we Wszędziości jest fundamentem większości odkryć i sposobów komunikacji. Po bliższym kontakcie z tą rasą nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że to nie nadzwyczajna osobliwość tego zjawiska tak przyciąga do siebie artystów (nie tylko pisarskich zresztą), a raczej jego dominujący wpływ na wszystko, co na tej planecie żyje i myśli. Podobno nawet wielu z tych, którzy powyższe zdanie potwierdzają, po zbyt długim pobycie na Werazie sami mają przemożną ochotę napisania o nim czegokolwiek. Z tego punktu widzenia naprawdę może może budzić niepokój sytuacja, gdy pewne zjawisko atmosferyczne zdaje się manipulować umysłami otaczanych przez nie istot, których układ nerwowy jak nie patrzeć opiera się na impulsach elektrycznych.
Lamior Wapstr wydaje się odczuwać podobne obawy. Historia Luwrwisa Datega, w celu napisania której autor specjalnie odizolował się od planety na parę ziemskich miesięcy na jej najdalszym księżycu, zdaje się być odbiciem jego poglądów na to, jak elektromagnetyczna aura dyskretnie zmienia ludzki sposób widzenia świata, jak manipuluje nimi bez ich świadomości zarówno w sprawach wielkich, jak i w szczegółach, nad którymi się nawet nie zastanawiają, współtworząc na równi z Werazianami politykę i sztukę. Da się to zauważyć zarówno w aferze spiskowej, która zaciska się wokół głównego bohatera od pierwszych stron, po to, co dzieje się od pewnego momentu z jego umysłem, gdy magiczny modem teleportuje go tunelami energetycznymi. O ile na początku sytuacją bez drogi ucieczki wydaje się to pierwsze i kolejni agencji czyhający na jego życie, o tyle szybko o wiele bardziej przygniatające staje się to, co niszczy świadomość Luwrwisa od środka wraz z każdą kolejną wycieczką przez rzeki informacji i innych przesyłanych świadomości. Tym bardziej, że on sam tego nie zauważa. Kolejne rozmycia jego umysłu są łagodne, niezauważalne, tak że pod koniec tylko my widzimy, że ta wiedza całego weraziańskiego „internetu”, świadomość całej wszechosobowości i wszędziości, a jednocześnie nieobecność, ślepota i zagubienie nie powinno się nigdy pojawić naraz w niczyjej głowie.
Nie wiadomo, czy naprawdę Lamior Wapstr miał na myśli napisać książkę ostrzeżenie – w końcu wkrótce wrócił na swoją planetę i stał się tym, kim był wcześniej... Mieszkańcy innych światów jednak, nawet nie wiedząc o tym, co mogło go zainspirować, zawsze odnajdują tu ten obezwładniający nieokreślony dotyk wszechobecnej kontroli.
_______________
*Tak po prawdzie, to weraziańskie romanse przypominają raczej coś w rodzaju książek do biologii, z naciskiem na element genetyczny. I rzecz jasna z podkreśleniem niebagatelnego wpływu podniebnych rzek energetycznych.
poniedziałek, 20 lipca 2015
74. „Impreza kwantowa” (Wanweworsyn Egnlo)
Nauka cywilizacji planety Erydanu, skupiona zwłaszcza w położonym na północnej półkuli Hanpsatii, zmaga się właśnie ze sprzecznościami mikroskopowego świata kwantów. Nowe, niemożliwe dotąd techniki obserwacyjne i eksperymenty owocowały zagadkowymi wynikami i zależnościami, jakich nikt się nie spodziewał. Jak to możliwe, że elektron pojawia się w oczekiwanym miejscu tylko z określoną częstotliwością? Jak wyglądają jego relacje z jądrem atomu? Gdzie zaczyna się przewidywalność zwykłej materii? Za obserwacjami szły teorie, którymi próbowano wyjaśnić zjawisko, ale ogólnie przyjęta na Ziemi wersja oparta na falowo-cząsteczkowym zachowaniu materii była tylko jedną z wielu. Niejaki Frekstren bynajmniej nie należał do jego zwolenników. Młody naukowiec miał głowę pełną własnych pomysłów na poznanie natury cząsteczek i nie trzymał się żadnej konkretnej teorii, wierząc, że wielkie odkrycie dopiero przed nami. Tej konkretnej jednak nie lubił szczególnie. Możliwość, że elektrony tak naprawdę nie są czymś materialnym, a zamiast tego każdy z nich istnieje jednocześnie w wielu miejscach w zależności od prawdopodobieństwa, uważał za absurdalną i za tani wykręt do ułatwienia sobie obliczeń. Tymczasem konieczność skutecznego poradzenia sobie z tą niejasnością nie była tylko kwestią naukową - Erydanuanie właśnie wykryli pojawienie się stacji kosmicznej nieznanej cywilizacji na orbicie sąsiedniej planety i podejrzewają przybyszów o niezbyt dobre zamiary. Przy tym sposób poruszania się, przemieszczania, a nawet lokalizacja w przestrzeni pojedynczych osobników wydają się sugerować istnienie u nich jakiegoś zjawiska makrokwantowego...
Początkowo jednak ta jakże poważna sytuacja zdaje się być raczej tłem dla tego, od czego właśnie zaczyna się historia - przed Frekstrenem pojawia się jego własne odbicie, które nakazuje mu pod żadnym pozorem nie zbliżać się do stacji kosmicznej, jak to ochrzczono budzących obawy kosmitów, Doninajów. Pojawia się, a następnie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień rozpływa się w ścianie. Na naukowcu dziwaczna scena pewnie zrobiłaby wrażenie, gdyby nie to, że męczy się już z podobnymi zjawiskami od dłuższego czasu - przyjacielowi opowiada o jego „duchach” pojawiających się w nocy, mówiących na ślepo do ściany, wystających z podłogi, a potem niespodziewanie znikających, jakby ktoś je poganiał. Do tego dochodzą niedorzeczne sny, które jednocześnie coraz trudniej mu odróżnić od rzeczywistości. Spore jest jego zdziwienie, kiedy wreszcie prośba okazuje się mieć swój sens - wojsko decyduje o przeteleportowaniu jednego z najzdolniejszych fizyków, żeby dzięki kamuflażowi wmieszał się w tłum obcych i spróbował czegoś dowiedzieć o ich nieuchwytnej naturze. Na kogo pada wybór? Frekstren początkowo, zgodnie z prośbami zjaw, odmawia. Kiedy jednak mimo to duchy pojawiają się ponownie, znajduje w tym jedyny sposób na uwolnienie się od nich i dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. Trafnie, bo będzie miała ona bezpośredni związek z zachodzącymi tam kwantowymi zjawiskami. Tyle że odpowiedź mu się nie spodoba...
Nieziemskie recenzje rzadko należą do łatwych, ale tutaj problemy zaczęły się już przy tytule. Pomimo że wersja, na którą się zdecydowałam, to w sumie najpopularniejsze podejście do oryginalnego Pristeearwendoninaj, ale jednak jest to tylko płaskie uproszczenie, bo Pristeear oznacza zarówno zabawę, rozrywkę, jak i po prostu chaos, także w znaczeniu naukowym. Zarówno na innych planetach, jak i na samym Erdeenu (z którego pochodzi Wanweworsyn Egnlo) przyjęło się podkreślać niezwykłe znaczenie niewielkiego, zlokalizowanego na stacji punktu tanecznego, do którego Frekstren w pewnym momencie trafia, pomimo że zjawisko kwantyzacji zaczęło oddziaływać na niego już po samym przekroczeniu granicy statku. Tym bardziej świadczy to o piorunującej sile sceny, gdy fizyk decyduje się wejść do ogłuszająco hałaśliwej, pełnej jednocześnie mroku i kolorów sali, gdzie dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że z każdej strony otaczają go jego własne kopie... Żeby było jeszcze ciekawiej, wystarczy przesunąć spację trzy litery dalej, żeby impreza zmieniła się w... inne określenie cząsteczki kwantu (co ładnie świadczy o tym, jaki i w realnym świecie autora był z nimi bałagan), a całość stała się znaczeniowym masłem maślanym, wymieszanym zbitkiem, które nie powinny znajdywać się obok siebie, co z kolei zdaje się nawiązywać do tego, co przytrafiło się Frekstrenowi później. Od panicznego momentu na imprezie w jedno zlał się czas, zlała się przestrzeń, wymieszały się momenty i miejsca, gdzie czy kiedy Frekstren był z tym, gdzie i kiedy nie był. Nawet, kiedy opuścił (dość szybko zresztą) ciemną salę, nadal znajdował się w środku; czuł, jak znajduje się w wielu miejscach i czasach naraz, niezależnie od wszystkiego. Coś, co dla Doninajów było szczytowym dziełem ich cywilizacji, dzięki któremu byli w stanie zwielokrotnić swoją siłę, wiedzę, uniezależnić poruszanie się od czasu i przestrzeni, a nawet oszukiwać śmierć, kogoś, kto tego wynalazku nie pojmuje, mogło doprowadzić do szaleństwa.
Ciężko recenzować coś, co wydaje się składać z kilkunastu różnych (nie żeby kompletnych) ciągów wydarzeń - już samo zarysowanie akcji (w jednej konkretnej kolejności) zdaje się być dużym spoilerem, zwłaszcza że zarysowuje związek między niektórymi z nich. Widzimy z perspektywy „spotkania” na imprezie, że poprzednie wizje naukowca były nim samym z przyszłości, gdy próbował sam siebie (mało umiejętnie) ostrzec przed złą decyzją. Ale co będzie później? Czy to, że przeszłość już się zdarzyła, o czymkolwiek przesądza? A może są jeszcze inne, jeszcze bardziej nienaturalne i przerażające linie czasu, z których wreszcie jedna przyniesie rozwiązanie? Czy znajdzie się sposób na przechytrzenie nieznajomych i uratowanie Erydanuan? Podążając za jednym z duchów wreszcie znajdziemy odpowiedź razem z Frekstrenem.
Początkowo jednak ta jakże poważna sytuacja zdaje się być raczej tłem dla tego, od czego właśnie zaczyna się historia - przed Frekstrenem pojawia się jego własne odbicie, które nakazuje mu pod żadnym pozorem nie zbliżać się do stacji kosmicznej, jak to ochrzczono budzących obawy kosmitów, Doninajów. Pojawia się, a następnie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień rozpływa się w ścianie. Na naukowcu dziwaczna scena pewnie zrobiłaby wrażenie, gdyby nie to, że męczy się już z podobnymi zjawiskami od dłuższego czasu - przyjacielowi opowiada o jego „duchach” pojawiających się w nocy, mówiących na ślepo do ściany, wystających z podłogi, a potem niespodziewanie znikających, jakby ktoś je poganiał. Do tego dochodzą niedorzeczne sny, które jednocześnie coraz trudniej mu odróżnić od rzeczywistości. Spore jest jego zdziwienie, kiedy wreszcie prośba okazuje się mieć swój sens - wojsko decyduje o przeteleportowaniu jednego z najzdolniejszych fizyków, żeby dzięki kamuflażowi wmieszał się w tłum obcych i spróbował czegoś dowiedzieć o ich nieuchwytnej naturze. Na kogo pada wybór? Frekstren początkowo, zgodnie z prośbami zjaw, odmawia. Kiedy jednak mimo to duchy pojawiają się ponownie, znajduje w tym jedyny sposób na uwolnienie się od nich i dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. Trafnie, bo będzie miała ona bezpośredni związek z zachodzącymi tam kwantowymi zjawiskami. Tyle że odpowiedź mu się nie spodoba...
Nieziemskie recenzje rzadko należą do łatwych, ale tutaj problemy zaczęły się już przy tytule. Pomimo że wersja, na którą się zdecydowałam, to w sumie najpopularniejsze podejście do oryginalnego Pristeearwendoninaj, ale jednak jest to tylko płaskie uproszczenie, bo Pristeear oznacza zarówno zabawę, rozrywkę, jak i po prostu chaos, także w znaczeniu naukowym. Zarówno na innych planetach, jak i na samym Erdeenu (z którego pochodzi Wanweworsyn Egnlo) przyjęło się podkreślać niezwykłe znaczenie niewielkiego, zlokalizowanego na stacji punktu tanecznego, do którego Frekstren w pewnym momencie trafia, pomimo że zjawisko kwantyzacji zaczęło oddziaływać na niego już po samym przekroczeniu granicy statku. Tym bardziej świadczy to o piorunującej sile sceny, gdy fizyk decyduje się wejść do ogłuszająco hałaśliwej, pełnej jednocześnie mroku i kolorów sali, gdzie dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że z każdej strony otaczają go jego własne kopie... Żeby było jeszcze ciekawiej, wystarczy przesunąć spację trzy litery dalej, żeby impreza zmieniła się w... inne określenie cząsteczki kwantu (co ładnie świadczy o tym, jaki i w realnym świecie autora był z nimi bałagan), a całość stała się znaczeniowym masłem maślanym, wymieszanym zbitkiem, które nie powinny znajdywać się obok siebie, co z kolei zdaje się nawiązywać do tego, co przytrafiło się Frekstrenowi później. Od panicznego momentu na imprezie w jedno zlał się czas, zlała się przestrzeń, wymieszały się momenty i miejsca, gdzie czy kiedy Frekstren był z tym, gdzie i kiedy nie był. Nawet, kiedy opuścił (dość szybko zresztą) ciemną salę, nadal znajdował się w środku; czuł, jak znajduje się w wielu miejscach i czasach naraz, niezależnie od wszystkiego. Coś, co dla Doninajów było szczytowym dziełem ich cywilizacji, dzięki któremu byli w stanie zwielokrotnić swoją siłę, wiedzę, uniezależnić poruszanie się od czasu i przestrzeni, a nawet oszukiwać śmierć, kogoś, kto tego wynalazku nie pojmuje, mogło doprowadzić do szaleństwa.
Ciężko recenzować coś, co wydaje się składać z kilkunastu różnych (nie żeby kompletnych) ciągów wydarzeń - już samo zarysowanie akcji (w jednej konkretnej kolejności) zdaje się być dużym spoilerem, zwłaszcza że zarysowuje związek między niektórymi z nich. Widzimy z perspektywy „spotkania” na imprezie, że poprzednie wizje naukowca były nim samym z przyszłości, gdy próbował sam siebie (mało umiejętnie) ostrzec przed złą decyzją. Ale co będzie później? Czy to, że przeszłość już się zdarzyła, o czymkolwiek przesądza? A może są jeszcze inne, jeszcze bardziej nienaturalne i przerażające linie czasu, z których wreszcie jedna przyniesie rozwiązanie? Czy znajdzie się sposób na przechytrzenie nieznajomych i uratowanie Erydanuan? Podążając za jednym z duchów wreszcie znajdziemy odpowiedź razem z Frekstrenem.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
71. „Instynkt” (Intrawik aw Łelora)
Tak oto dotarliśmy do ostatniego tomu serii przygód Juno Jowtli, a wraz z nim do ostatniego żywiołu z układanki Intrawika aw Łelory, czyli tak zwanemu instynktowi...
Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...
Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.
Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?
Pomimo, że różnice między roślinami z Ziemi oraz Karwilane występują niezaprzeczalnie, można powiedzieć, że instynkt stanowi w nich dokładnie to samo – to, co Ziemianie, a także bardziej wyedukowani Karwilanianie nazywają ogólnie tropizmem. Nowoczesne nauki tej planety już dawno rozwiązały zagadkę tajemniczej inteligencji liściastych włosów i wypustek, które niezależnie od woli ich właściciela dostosowywały swoje ustawienie do okoliczności, przede wszystkim światła i grawitacji. Dowiedziono, że odpowiadają za to niektóre komórki, posiadające zdolność reakcji na bodźce, dzięki której bez pomocy żadnych mięśni są w stanie szybko zwiększyć swoją objętość i wygiąć w danym miejscu całą roślinę. Co nie zmienia faktu, że przez całe (o wiele krótsze, pamiętajmy) tysiąclecia zjawisko to uważano za nieznaną siłę, łączono z bóstwami i magią, a wielu Karwilanian do dziś zalicza ją do żywiołów i samemu sobie składa ofiary.
Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...
Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.
Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?
poniedziałek, 22 czerwca 2015
70. „Katastrofa” (Intrawik aw Łelora)
Zapraszam Czytelników Literatyki na recenzję piątej części serii Intrawika aw Łelory. Ciekawej nie tylko dlatego, że poświęcona jest żywiołowi najważniejszemu dla roślin, ale także dlatego, że także ku mojemu zdziwieniu, okazała się być ona dopiero pierwszą połową dłuższej historii...
Fradleh Mogac Gonpfi, który w poprzednim odcinku pomagał naszemu detektywowi, w przeciwieństwie o tego ostatniego nie był tak przyzwyczajony do pozaziemskich przygód, przez co bardzo ciężko zniósł podniebną podróż i wizytę w metalowej, „martwej” maszynie. Postanawia natychmiast wrócić do rodzimej Garrifanzy, w czym Juno postanawia mu towarzyszyć (licząc po cichu, że także i jemu uda się wreszcie ruszyć w podróż do domu). Podejrzane wydarzenia zaczynają się jednak jeszcze długo zanim docierają do odległego miasta – w którejś z przypadkowo odwiedzonych wiosek ma miejsce dyskusja nad karą dla jednego z mieszkańców, Rarda Grwodrs, który wedle powszechnej opinii, postradał rozum. Juno nie może przejść wobec takiej sytuacji obojętnie, tak więc czując poczucie obowiązku (jako znawca kryminologii) oraz okazję do pofilozofowania, oferuje swoją pomoc. Pomimo że bezsens okrzyków obwinionego o tajemniczym osuszonym kawałku ziemi parę kilometrów dalej nie budzi wątpliwości Juno (ani nikogo innego), jest on pierwszą osobą, która faktycznie interesuje się ich prawdziwością, zabiera małą eskortę i idzie sprawdzić miejsce, która tamten wskazuje. Oględziny potwierdzają jedyną możliwą wersję wydarzeń – woda... jest tam, tak samo jak i wszędzie indziej. Kiedy wydaje się, że nic już nie uratuje Rarda przed linczem, Juno doznaje olśnienia i zdaje sobie sprawę z paru faktów. Jak Rard może mówić o rozległych suchych wydmach, jeśli nigdy ich nie widział? I dlaczego kałuże, na które tam trafili, były takie płytkie? Kiedy niewiele przed ostatnim procesem idzie tam ponownie, odkrywa nie tylko, że wody jest jeszcze mniej, ale i że zanurzone w niej małe korzenie są bardzo wysuszone, a piasek pod cienką warstwą wilgoci – suchy. Choć ciężko było to sobie wyobrazić, wszystko wskazywało na to, że ktoś naprawdę odpompował stąd wodę na dłuży czas, a potem wlał jej trochę z powrotem, żeby zaszkodzić jedynej osobie, która się o tym dowiedziała. Ale kto? Jak wkrótce się okaże, Juno będzie miał do pomocy w rozwiązywaniu tej kwestii samego Rarda, który wydostał się z zamknięcia, widząc w podążaniu za detektywem jedyną drogę na uratowanie. Tym samym oczywiście wpędzając go w kłopoty, zarówno ze strony sędziów, jak i kogoś, kto postanowił zabrać ludziom to, co mają najcenniejsze.
Katastrofa w krótkim czasie po wydaniu wywołała, zgodnie z nazwą, prawdziwą burzę i ogromny wstrząs, szokując miliony Karwilanian pomysłem, że ziemię naprawdę da się osuszyć. Książka zapoczątkowała lawinę rozpraw i dyskusji na temat tego, czy jest to wykonalne, a wielu do dziś podaje tę informację w wątpliwość, w tym paru wydawców, którzy pierwszy raz przeklasyfikowali dzieło aw Łelory z działu obyczajowego do science fiction. Po raz kolejny autor, przedstawiając nam wspaniałą, wciągającą akcję, przemyca w niej coś, co wśród jego pobratymców było nie do pomyślenia. Podobnie jak z kradzieżą kamieni, które na Karwilane są obiektem uwielbienia i symbolem stałości, będącym nieoderwalnym elementem przyrody, tak teraz z brakiem wody, esencji, bez której wszystko miało się rozlecieć. Długo trwały debaty na temat tego, czy zmiana ilości cząsteczek w glebie i powietrzu, nie wpłynie na stabilność powierzchni i siłę grawitacji, zanim Karwilanianie zdołali odsunąć na bok przesądy i otworzyć się na fakt, że prawa fizyki nie działają u nich inaczej, w zależności od tego w co wierzą. Ciekawa jest właśnie ta (nie pierwsza już u aw Łelory) zabawa z Czytelnikiem, który najpierw stawiany jest przed jasną oczywistością, która dopiero potem, wymuszając logikę wbrew logice, staje się zagadką do rozwiązania. Trudno powiedzieć, czy pisarz zakłada u niego pewne postępy poznawcze, bo choć u samego Juno Jowtli ujawnia się bardzo już rozwinięta otwartość i sceptycyzm wobec tego, co niemożliwe, to narratorowi wciąż dopisuje sympatyczny i pełen wdzięku humor w kwestii dziwaczności niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Już samo osądzanie czyjejś winy czy stopnia normalności bez sprawdzenia tego, jak rzecz się przedstawia naprawdę, jest dobrym przykładem na to, jak rzecz bez wątpienia dziwaczna i niesprawiedliwa dla Ziemianina XXI, dla Karwilanianina okazuje się taka dopiero po zestawieniu z późniejszymi wydarzeniami, a to dopiero początek, gdy dochodzimy do kwestii wody, nauki i „tego, co być powinno”.
Walka z uprzedzeniami to jednak jedynie tło dla upartego jak nigdy przedtem Juno, który wyłapując kolejne szczegóły i odkrywając wciąż nowe połacie suchej ziemi, ma przeczucie co do nadciągającej katastrofy. I przede wszystkim pytanie: dlaczego? Na co komu przyda się jałowa ziemia, z której żadna roślina nie będzie w stanie czerpać wody? Rozwiązanie, na które trafi na ostatnich stronach tej części, a od którego zaczniemy kolejną recenzję, wytrąci go z równowagi na dłuższy czas niż zazwyczaj...
Miła odmiana po najeżonych niebezpieczeństwami poprzednich częściach. Katastrofa czaruje najbardziej typowym dla aw Łelory zachwytem nad przyrodą, po cichu jedynie przemycając obawę wobec tego, jak łatwo jest ją zniszczyć.
Jak już wiadomo, na Karwilane nie buduje się z kamieni. Pomimo że w Złodzieju kamieni mówi się o wioskach, tak naprawdę nie stawia się tam ani miast, ani domów w żadnym z ziemskich znaczeń tego słowa. Tego rodzaju określenia opierają się raczej na skupiskach leśnych, między którymi zamieszkuje myśląca część mieszkańców planety. Co nie dziwi przy fakcie, że na Karwilane nie ma skrawka suchej powierzchni, bo 99% z niej zalane jest płytkimi jeziorami, natomiast gęste powietrze - nasycone parą wodną, co upodabnia ją do szklarni.
Ogólnodostępny kontakt z wodą czyni z niej nie tylko pożywienie, ale i naturalne dla Karwilanian medium komunikacji. Stałe trzymanie korzeni w wodzie umożliwia roślinoludziom nie tylko zwykła rozmowę, ale także, bez działu żadnych technologii, wymianę informacji między społeczeństwem a jego rządem. Popularne we Wszechświecie zmysły wzroku i słuchu praktycznie u nich nie istnieją, przez co dobrze znany poza planetą aw Łelora nie mógł doświadczyć większości z ekranizacji swoich dzieł.
Ogólnodostępny kontakt z wodą czyni z niej nie tylko pożywienie, ale i naturalne dla Karwilanian medium komunikacji. Stałe trzymanie korzeni w wodzie umożliwia roślinoludziom nie tylko zwykła rozmowę, ale także, bez działu żadnych technologii, wymianę informacji między społeczeństwem a jego rządem. Popularne we Wszechświecie zmysły wzroku i słuchu praktycznie u nich nie istnieją, przez co dobrze znany poza planetą aw Łelora nie mógł doświadczyć większości z ekranizacji swoich dzieł.
Fradleh Mogac Gonpfi, który w poprzednim odcinku pomagał naszemu detektywowi, w przeciwieństwie o tego ostatniego nie był tak przyzwyczajony do pozaziemskich przygód, przez co bardzo ciężko zniósł podniebną podróż i wizytę w metalowej, „martwej” maszynie. Postanawia natychmiast wrócić do rodzimej Garrifanzy, w czym Juno postanawia mu towarzyszyć (licząc po cichu, że także i jemu uda się wreszcie ruszyć w podróż do domu). Podejrzane wydarzenia zaczynają się jednak jeszcze długo zanim docierają do odległego miasta – w którejś z przypadkowo odwiedzonych wiosek ma miejsce dyskusja nad karą dla jednego z mieszkańców, Rarda Grwodrs, który wedle powszechnej opinii, postradał rozum. Juno nie może przejść wobec takiej sytuacji obojętnie, tak więc czując poczucie obowiązku (jako znawca kryminologii) oraz okazję do pofilozofowania, oferuje swoją pomoc. Pomimo że bezsens okrzyków obwinionego o tajemniczym osuszonym kawałku ziemi parę kilometrów dalej nie budzi wątpliwości Juno (ani nikogo innego), jest on pierwszą osobą, która faktycznie interesuje się ich prawdziwością, zabiera małą eskortę i idzie sprawdzić miejsce, która tamten wskazuje. Oględziny potwierdzają jedyną możliwą wersję wydarzeń – woda... jest tam, tak samo jak i wszędzie indziej. Kiedy wydaje się, że nic już nie uratuje Rarda przed linczem, Juno doznaje olśnienia i zdaje sobie sprawę z paru faktów. Jak Rard może mówić o rozległych suchych wydmach, jeśli nigdy ich nie widział? I dlaczego kałuże, na które tam trafili, były takie płytkie? Kiedy niewiele przed ostatnim procesem idzie tam ponownie, odkrywa nie tylko, że wody jest jeszcze mniej, ale i że zanurzone w niej małe korzenie są bardzo wysuszone, a piasek pod cienką warstwą wilgoci – suchy. Choć ciężko było to sobie wyobrazić, wszystko wskazywało na to, że ktoś naprawdę odpompował stąd wodę na dłuży czas, a potem wlał jej trochę z powrotem, żeby zaszkodzić jedynej osobie, która się o tym dowiedziała. Ale kto? Jak wkrótce się okaże, Juno będzie miał do pomocy w rozwiązywaniu tej kwestii samego Rarda, który wydostał się z zamknięcia, widząc w podążaniu za detektywem jedyną drogę na uratowanie. Tym samym oczywiście wpędzając go w kłopoty, zarówno ze strony sędziów, jak i kogoś, kto postanowił zabrać ludziom to, co mają najcenniejsze.
Katastrofa w krótkim czasie po wydaniu wywołała, zgodnie z nazwą, prawdziwą burzę i ogromny wstrząs, szokując miliony Karwilanian pomysłem, że ziemię naprawdę da się osuszyć. Książka zapoczątkowała lawinę rozpraw i dyskusji na temat tego, czy jest to wykonalne, a wielu do dziś podaje tę informację w wątpliwość, w tym paru wydawców, którzy pierwszy raz przeklasyfikowali dzieło aw Łelory z działu obyczajowego do science fiction. Po raz kolejny autor, przedstawiając nam wspaniałą, wciągającą akcję, przemyca w niej coś, co wśród jego pobratymców było nie do pomyślenia. Podobnie jak z kradzieżą kamieni, które na Karwilane są obiektem uwielbienia i symbolem stałości, będącym nieoderwalnym elementem przyrody, tak teraz z brakiem wody, esencji, bez której wszystko miało się rozlecieć. Długo trwały debaty na temat tego, czy zmiana ilości cząsteczek w glebie i powietrzu, nie wpłynie na stabilność powierzchni i siłę grawitacji, zanim Karwilanianie zdołali odsunąć na bok przesądy i otworzyć się na fakt, że prawa fizyki nie działają u nich inaczej, w zależności od tego w co wierzą. Ciekawa jest właśnie ta (nie pierwsza już u aw Łelory) zabawa z Czytelnikiem, który najpierw stawiany jest przed jasną oczywistością, która dopiero potem, wymuszając logikę wbrew logice, staje się zagadką do rozwiązania. Trudno powiedzieć, czy pisarz zakłada u niego pewne postępy poznawcze, bo choć u samego Juno Jowtli ujawnia się bardzo już rozwinięta otwartość i sceptycyzm wobec tego, co niemożliwe, to narratorowi wciąż dopisuje sympatyczny i pełen wdzięku humor w kwestii dziwaczności niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Już samo osądzanie czyjejś winy czy stopnia normalności bez sprawdzenia tego, jak rzecz się przedstawia naprawdę, jest dobrym przykładem na to, jak rzecz bez wątpienia dziwaczna i niesprawiedliwa dla Ziemianina XXI, dla Karwilanianina okazuje się taka dopiero po zestawieniu z późniejszymi wydarzeniami, a to dopiero początek, gdy dochodzimy do kwestii wody, nauki i „tego, co być powinno”.
Walka z uprzedzeniami to jednak jedynie tło dla upartego jak nigdy przedtem Juno, który wyłapując kolejne szczegóły i odkrywając wciąż nowe połacie suchej ziemi, ma przeczucie co do nadciągającej katastrofy. I przede wszystkim pytanie: dlaczego? Na co komu przyda się jałowa ziemia, z której żadna roślina nie będzie w stanie czerpać wody? Rozwiązanie, na które trafi na ostatnich stronach tej części, a od którego zaczniemy kolejną recenzję, wytrąci go z równowagi na dłuższy czas niż zazwyczaj...
Miła odmiana po najeżonych niebezpieczeństwami poprzednich częściach. Katastrofa czaruje najbardziej typowym dla aw Łelory zachwytem nad przyrodą, po cichu jedynie przemycając obawę wobec tego, jak łatwo jest ją zniszczyć.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
69. „Nieprawdziwy deszcz” (Intrawik aw Łelora)
Przed nami kolejny, czwarty już odcinek serii karwilańskiego autora, aw Łelory. Wbrew tytułowi żywiołem, który odegra w nim główną rolę, wcale nie będzie woda...
Skutkiem wydarzeń, kończących Dolną część nieba Juno i Liść Prsiksa musieli gwałtownie zerwać ze sobą kontakt. Co nie znaczy, że ten detektyw nie będzie tęsknił za swoją ukochaną – jego plany co do dzieł filozoficznych powiększyły się o traktat „Zakochanie: wpływ na lokalną i globalną ekonomię oraz wertykalny ruch jopanloigów”, a nostalgiczne rozmowy z samym sobą, mające na celu zrozumienie uczucia, które w sobie odkrył, przerywane westchnieniami pochłaniają mu całe dnie. Jego znajomi rozumieją z tego stanu jeszcze mniej, martwią się o niego i, z różnym skutkiem, próbują przywrócić do rzeczywistości.
Co nie udaje się do momentu, gdy nie zaczyna dziać się coś naprawdę strasznego. Z nieba spada deszcz, jednak nie taki jak zazwyczaj, wodnożelowy, ale deszcz gorącej substancji, która wypala sobie drogę w gąszczu liści, doprowadzając do pożarów i pokrywając gołą ziemię metalową skorupą. Tajemniczy kataklizm nie trwał długo, wystarczył jednak, żeby zniszczyć setki kilometrów lasów i wprowadzić chaos, uniemożliwiający komukolwiek dojście, co się właściwie stało. Planetę opanowują straszne teorie o rozpadających się księżycach i niebie, które po setkach lat postanowiło spaść Karwilanianom na głowy. Dopiero niejaki Fradleh Mogac Gonpfi, specjalista w meteorologii, konstruktor oraz piekarz, jest pierwszym, kto próbuje zapobiec panice, przypominając, że nic nie bierze się z niczego i wszystkiego można się dowiedzieć. Widząc wrogie nastawienie mieszkańców, Juno własnego mimo strachu i wewnętrznych rozterek zgadza się mu pomoc i razem, przy użyciu balonopodobnego kwiatu Lawosksji, ruszają w podróż do najwyższych warstw atmosfery. Tam szybko odkrywają, że źródłem nieszczęścia nie jest rozpadający się księżyc czy niebo, tylko skomplikowana, przypominająca małe miasto machina, zawieszona w chmurach. Sytuacja nie zapowiada się dobrze, a staje się jeszcze gorsza, gdy Juno i Fradleha zaskakuje kolejny deszcz, z powodu którego ledwo udaje im się dolecieć do konstrukcji na rozpadającej się roślinie. Teraz pozostali sami z ciągnącym się po horyzont tworem, sterowanym, jak wkrótce się dowiedzą, przez samego Uwoskammu. Nikt nie musi im przypominać, że losy świata zależą od nich, zwłaszcza Juno, który nie zapomina, że zbudowanemu pod gołym niebem Królestwu Liści grozi największe niebezpieczeństwo.
Niezwykłe jak na różnych planetach może różnić się podejście do ognia – podczas gdy na Ziemi był on pierwszym krokiem ku rozwojowi, w roślinnych światach takich jak Karwilane kojarzy się zawsze ze zniszczeniem i tragedią. Tutaj w dodatku symbolizowany jest on nie tylko przez sam palący, metalowy deszcz, ale także przez osobę Fradleha, który jako kucharz, przygotowujący na co dzień jedzenie w niebezpiecznych i kontrowersyjnych warunkach wysokich temperatur, z miejsca wzbudza niechęć i podejrzenia. Juno prawdopodobnie również nie powierzyłby mu swojego życia, gdyby nie kierowała nim silniejsza niż zwykle chęć natychmiastowego działania. Widać po nim wiele lęków i odruchów podobnych do tych, gdy zmuszony był jechać kolejką do siedziby swojego wroga, jednocześnie daje się odczuć też to, jak wiele detektyw się już nauczył, jak bardzo stara się walczyć z tym, co go przeraża, i nie ulegać uprzedzeniom. Jeszcze przed dotarciem do podniebnego urządzenia wytwarzającej dziwną ciecz, stara się nawiązać kontakt z nowym kolegą, wyciągnąć wnioski i podpowiedzi z jego doświadczeń. I bardzo dobrze, bo kiedy rozbijają się na miejscu, jest już zdany tylko na niego.
Dzieło Uwoskammu przeraża tutaj jak nigdy wcześniej. O ile w poprzedniej książce większość wydarzeń działo się w bajecznej scenerii chmur i białych pałaców, z „gościnną” obecnością niszczących tę harmonię robotów, o tyle teraz ponura, przygniatająca sceneria metalu, betonu i ognia jest podstawą rozwijającej się akcji. Bohaterów (ani nas) ani na chwilę nie opuszcza poczucie kończącego się czasu – zarówno z powodu świadomości, że od nich zależy życie tysięcy roślinoludzi pod nimi, jak i z tego powodu, że brak słońca i wody w głębi mrocznych budowli może się dla nich samych źle skończyć. Poszukiwania nie są przy tym wcale łatwiejsze - Juno musi wykorzystać wszystkie swoje obserwacyjne i filozoficzne talenty, a także techniczną wiedzę Fradleha, żeby odnaleźć się w nowej nieprzyjaznej rzeczywistości. W końcu samo dotarcie do maszynerii nie oznacza wyłączenia jej, ani nie daje żadnej podpowiedzi co do tego, jak to zrobić czy kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Juno musi sam jak zwykle poskładać odpowiedzi na swoje pytania z tego, co znajdzie po drodze, a w świecie pozbawionym czegokolwiek, co byłoby dla niego znajome, nie będzie to wcale łatwe, zwłaszcza gdy do akcji wejdą mechaniczne twory gotowe rozerwać każdą formę życia na strzępy. Jedyną nadzieją jest Fradleh, który uparcie twierdzi, że każda maszyna musi mieć część zarządzającą i gdzieś pośród tego metalowego chaosu musi znajdować się ich cel...
Pełna grozy i prawdziwego kryminalnego kombinowania historia, trzymająca w napięciu bardziej niż można by oczekiwać po którejkolwiek książce aw Łelory, pierwsza, która jak żadna inna zasługuje na tag akcja.
n
Kolejną, obok pierściania planety i różnobarwnych księżyców, atrakcją astronomiczną jest jasna mgławica emisyjna, która otula większość planet tego zespołu układów planetarnych, w tym połowę tego, do którego należy Karwilane. Tak więc w nocy widać nie granatową sferę pokrytą maleńkimi punkcikami, a tęczę rozlaną po całym nieboskłonie, która jest zaledwie nieznacznie ciemniejsza od słońca. Czy raczej: byłoby widać, gdyby nie przysłaniały wszystkiego liście gigantycznych białych drzew, których korony splatają się ze sobą i ciągną kilometry od pnia, z którego wyrastają.
Skutkiem wydarzeń, kończących Dolną część nieba Juno i Liść Prsiksa musieli gwałtownie zerwać ze sobą kontakt. Co nie znaczy, że ten detektyw nie będzie tęsknił za swoją ukochaną – jego plany co do dzieł filozoficznych powiększyły się o traktat „Zakochanie: wpływ na lokalną i globalną ekonomię oraz wertykalny ruch jopanloigów”, a nostalgiczne rozmowy z samym sobą, mające na celu zrozumienie uczucia, które w sobie odkrył, przerywane westchnieniami pochłaniają mu całe dnie. Jego znajomi rozumieją z tego stanu jeszcze mniej, martwią się o niego i, z różnym skutkiem, próbują przywrócić do rzeczywistości.
Co nie udaje się do momentu, gdy nie zaczyna dziać się coś naprawdę strasznego. Z nieba spada deszcz, jednak nie taki jak zazwyczaj, wodnożelowy, ale deszcz gorącej substancji, która wypala sobie drogę w gąszczu liści, doprowadzając do pożarów i pokrywając gołą ziemię metalową skorupą. Tajemniczy kataklizm nie trwał długo, wystarczył jednak, żeby zniszczyć setki kilometrów lasów i wprowadzić chaos, uniemożliwiający komukolwiek dojście, co się właściwie stało. Planetę opanowują straszne teorie o rozpadających się księżycach i niebie, które po setkach lat postanowiło spaść Karwilanianom na głowy. Dopiero niejaki Fradleh Mogac Gonpfi, specjalista w meteorologii, konstruktor oraz piekarz, jest pierwszym, kto próbuje zapobiec panice, przypominając, że nic nie bierze się z niczego i wszystkiego można się dowiedzieć. Widząc wrogie nastawienie mieszkańców, Juno własnego mimo strachu i wewnętrznych rozterek zgadza się mu pomoc i razem, przy użyciu balonopodobnego kwiatu Lawosksji, ruszają w podróż do najwyższych warstw atmosfery. Tam szybko odkrywają, że źródłem nieszczęścia nie jest rozpadający się księżyc czy niebo, tylko skomplikowana, przypominająca małe miasto machina, zawieszona w chmurach. Sytuacja nie zapowiada się dobrze, a staje się jeszcze gorsza, gdy Juno i Fradleha zaskakuje kolejny deszcz, z powodu którego ledwo udaje im się dolecieć do konstrukcji na rozpadającej się roślinie. Teraz pozostali sami z ciągnącym się po horyzont tworem, sterowanym, jak wkrótce się dowiedzą, przez samego Uwoskammu. Nikt nie musi im przypominać, że losy świata zależą od nich, zwłaszcza Juno, który nie zapomina, że zbudowanemu pod gołym niebem Królestwu Liści grozi największe niebezpieczeństwo.
Niezwykłe jak na różnych planetach może różnić się podejście do ognia – podczas gdy na Ziemi był on pierwszym krokiem ku rozwojowi, w roślinnych światach takich jak Karwilane kojarzy się zawsze ze zniszczeniem i tragedią. Tutaj w dodatku symbolizowany jest on nie tylko przez sam palący, metalowy deszcz, ale także przez osobę Fradleha, który jako kucharz, przygotowujący na co dzień jedzenie w niebezpiecznych i kontrowersyjnych warunkach wysokich temperatur, z miejsca wzbudza niechęć i podejrzenia. Juno prawdopodobnie również nie powierzyłby mu swojego życia, gdyby nie kierowała nim silniejsza niż zwykle chęć natychmiastowego działania. Widać po nim wiele lęków i odruchów podobnych do tych, gdy zmuszony był jechać kolejką do siedziby swojego wroga, jednocześnie daje się odczuć też to, jak wiele detektyw się już nauczył, jak bardzo stara się walczyć z tym, co go przeraża, i nie ulegać uprzedzeniom. Jeszcze przed dotarciem do podniebnego urządzenia wytwarzającej dziwną ciecz, stara się nawiązać kontakt z nowym kolegą, wyciągnąć wnioski i podpowiedzi z jego doświadczeń. I bardzo dobrze, bo kiedy rozbijają się na miejscu, jest już zdany tylko na niego.
Dzieło Uwoskammu przeraża tutaj jak nigdy wcześniej. O ile w poprzedniej książce większość wydarzeń działo się w bajecznej scenerii chmur i białych pałaców, z „gościnną” obecnością niszczących tę harmonię robotów, o tyle teraz ponura, przygniatająca sceneria metalu, betonu i ognia jest podstawą rozwijającej się akcji. Bohaterów (ani nas) ani na chwilę nie opuszcza poczucie kończącego się czasu – zarówno z powodu świadomości, że od nich zależy życie tysięcy roślinoludzi pod nimi, jak i z tego powodu, że brak słońca i wody w głębi mrocznych budowli może się dla nich samych źle skończyć. Poszukiwania nie są przy tym wcale łatwiejsze - Juno musi wykorzystać wszystkie swoje obserwacyjne i filozoficzne talenty, a także techniczną wiedzę Fradleha, żeby odnaleźć się w nowej nieprzyjaznej rzeczywistości. W końcu samo dotarcie do maszynerii nie oznacza wyłączenia jej, ani nie daje żadnej podpowiedzi co do tego, jak to zrobić czy kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Juno musi sam jak zwykle poskładać odpowiedzi na swoje pytania z tego, co znajdzie po drodze, a w świecie pozbawionym czegokolwiek, co byłoby dla niego znajome, nie będzie to wcale łatwe, zwłaszcza gdy do akcji wejdą mechaniczne twory gotowe rozerwać każdą formę życia na strzępy. Jedyną nadzieją jest Fradleh, który uparcie twierdzi, że każda maszyna musi mieć część zarządzającą i gdzieś pośród tego metalowego chaosu musi znajdować się ich cel...
Pełna grozy i prawdziwego kryminalnego kombinowania historia, trzymająca w napięciu bardziej niż można by oczekiwać po którejkolwiek książce aw Łelory, pierwsza, która jak żadna inna zasługuje na tag akcja.
n
poniedziałek, 8 czerwca 2015
68. „Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)
Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
67. „Mechaniczność” (Intrawik aw Łelora)
Po pierwsze: życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka, po drugie: witam wszystkich w pierwszym odcinku Miesiąca z Intrawikiem aw Łelorą :) Jednakże, pomimo iż od Mechaniczności zaczynamy, to nie ona otwiera serię Intrawika, której pierwszą częścią był wspomniany ostatnio Złodziej Kamieni. To właśnie ten ostatni, a wraz z nim niespodziewany sukces czarującego detektywa Juno Jowtli sprawił, że autor postanowił porzucić głębokie powieści dokumentalno-kulturowe i zmienił epizodyczne opowiadanie w całą serię. Jak prędko będzie można zauważyć, każdy tom nawiązuje do jednego z sześciu znanych tam żywiołów. Ten miesiąc tematyczny będzie wspaniałą okazją do szerszego przybliżenia Czytelnikom postaci głównego bohatera i roślinnej kultury Karwilanian.
Historia ta zaczyna się niewiele po zakończeniu poprzednich wydarzeń – Juno, zadowolony z przywrócenia porządku w stolicy, planuje opuszczenie Inrafuno i powrót do rodzinnej wioski na obrzeżach, gdzie ma zamiar kontynuować prace nad traktatem o filozofii algebraicznej. Nie zdąży jednak tego zrobić, gdy na niebie otaczających go puszczy dostrzeże jedną z najdziwniejszych i najstraszniejszych rzeczy, jakie (nie licząc budowli z finału poprzedniego tomu) w życiu zdarzyło mu się ujrzeć – coś, nazywane przez włodarzy miasta komunikacją miejską...
Nieuzasadnione wprowadzenie dziwnych konstrukcji z przewodzącego tworzywa, napędzanego nieokiełznaną dotąd energią grzmotów, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń dociekliwego detektywa. Jak udało się to wszystko wprawić w ruch? W dodatku dotychczas miejski trafik opierał się na jopanloigach, podobnych do małp stworzeniach wędrujących powoli po lianach rozwieszonych w koronach gigantycznych drzew. Taki sposób i tempo poruszania się zdawał się od zawsze odpowiadać flegmatycznym Karwilanianom, tymczasem teraz miał być doraźnie zastąpiony przez pędzące po wiszących szynach kolejki, które Juno z miejsca uznał za głupi i niebezpieczny eksces, który szkodził zarówno pasażerom, jak i wystraszonym jopanloigom. Podczas gdy mieszkańcom Inrafuno nowy, szybki i wygodny sposób podróżowania od razu przypadł do gustu i prędko znikły wątpliwości, Juno po cichu nadal drążył temat, a przy tym zdecydował się nigdy nie wsiąść do szatańskiego urządzenia.
Nici jednak wyszły z postanowienia, gdy wychodzi na jaw, że bezwzględny złodziej kamieni wrócił. Sieć komunikacyjna, która okazuje się być jego dziełem, to tylko mały kroczek, służący odwróceniu uwagi i zdobyciu zaufania. A przy okazji sposobem na wykorzystanie nadmiarów energii elektromagnetycznej z gigantycznej, sztucznie wygenerowanej burzy, którą według swojego wielkiego planu już wkrótce miał zawładnąć dzięki zdobytej potajemnie pozakarwilańskiej technologi. Jeśli Juno ma zdążyć na czas i powstrzymać jego imperialistyczno-apokaliptyczne zapędy, które były na najlepszej drodze do realizacji, musiał porzucić naturalne środki transportu. Ale co, jeśli łotrowi o to właśnie chodzi?
Intrawik aw Łelora po raz kolejny robi zamach na własną tradycję i uświęcone zamiłowanie do spokoju. Tym razem robi to w sposób o tyle wyjątkowy, że niejednoznaczny. Karwilanian od zawsze przerażało wszystko, co nie pochodzi bezpośrednio z natury. Jest ona postrzegana jako część ich samych bez żadnego dystansui każdy pomysł, choćby drewnianych maszyn uprawnych czy liczydeł, spotyka się z paniką i sprzeciwem. Autor, jako człowiek nowoczesny, odważnie patrzy w przyszłość i w niebo, będąc na bieżąco z kosmicznymi nowinkami, widząc w wykorzystywanej z umiarem nowoczesności wiele zalet, wstydząc się z lekka tego światowego lęku, przez który jak ma świadomość, jego naród bardzo traci. Zwłaszcza że, jak parę razy delikatnie sugeruje „ustami” wielu postaci, elektryczność jest ostatecznie jednym z żywiołów, pochodzi z natury. Zamiast jednak słodzić, wychodzi z punktu widzenia i myślenia przeciętnego mieszkańca swojej planety, który natychmiast przyjmuje mechaniczne wagoniki jako synonim zła i drży na myśl, że mogłyby one opanować jego miasto, zastępując milutkie jopanloigi. Po czym – zmusza swojego bohatera, będącego tradycyjnie i ciałem i duszą symbolem przeciętnego Karwilanianin, żeby zrobił ten wielki krok dla ludzkości i samotnie ruszył kolejką do serca szalonych burz magnetycznych... Wydaje się to niebezpieczne tym bardziej, że przecież to właśnie wróg Juno (który w tej części zyskuje własne imię, Uwoskammu) dostarcza prąd do tych pojazdów, którym to uczuciem zagrożenia Intrawik fantastycznie manipuluje. Zresztą cała psychologia postaci zasługuje na oklaski, przebijając już to, jak pisał on poprzednio – to, w jaki sposób Juno przechodzi od zachowawczego lęku i poczucia osaczenia podczas szukania dowodów, przez bezradną panikę już w wagoniku, aż do momentu, pod koniec podróży, gdy próbuje się z maszyną zaprzyjaźnić, każdemu zapada w pamięci. Kiedy wreszcie dociera na miejsce, jest gotowy ponownie walczyć z cwanym Uwoskammu o pozakarwilańską cywilizację. Oraz jej dobro, które nie wyklucza już mechanicznej komunikacji jako przydatnego urządzenia i ciekawego przeżycia, pod warunkiem oczywiście, że włada nimi maniak pałający rządzą krwi, który chce za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych.
Szybkie, trzymające w napięciu, lekko szalone, a jednocześnie nadal pełne bliskiej autorowi (i bohaterowi) kwiatowej filozofii i delikatności.
Stosownym będzie chyba zacząć od paru ciekawostek, na które wcześniej nie było okazji. Planeta Intrawika aw Łelory potrzebuje 20 dni ziemskich na jeden pełny obrót wokół własnej osi. Nie ma to jednak tak wielkiego znaczenia jak u nas, ponieważ obrót wokół jej gwiazdy trwa tylko drugie tyle, przez co w praktyce czas pomiędzy zachodem a wschodem słońca również rozciąga się do prawie 40 ziemskich dni. Ową gwiazdą, wokół której Karwilane rotuje, jest Konpralacja, znana u nas jako 1 Cancri i słabo widoczna w grudniu. Dwie pozostałe planety tego układu to Krawi i Peltoni – obie niezamieszkałe, a także nie wykryte przez nasze teleskopy.
Historia ta zaczyna się niewiele po zakończeniu poprzednich wydarzeń – Juno, zadowolony z przywrócenia porządku w stolicy, planuje opuszczenie Inrafuno i powrót do rodzinnej wioski na obrzeżach, gdzie ma zamiar kontynuować prace nad traktatem o filozofii algebraicznej. Nie zdąży jednak tego zrobić, gdy na niebie otaczających go puszczy dostrzeże jedną z najdziwniejszych i najstraszniejszych rzeczy, jakie (nie licząc budowli z finału poprzedniego tomu) w życiu zdarzyło mu się ujrzeć – coś, nazywane przez włodarzy miasta komunikacją miejską...
Nieuzasadnione wprowadzenie dziwnych konstrukcji z przewodzącego tworzywa, napędzanego nieokiełznaną dotąd energią grzmotów, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń dociekliwego detektywa. Jak udało się to wszystko wprawić w ruch? W dodatku dotychczas miejski trafik opierał się na jopanloigach, podobnych do małp stworzeniach wędrujących powoli po lianach rozwieszonych w koronach gigantycznych drzew. Taki sposób i tempo poruszania się zdawał się od zawsze odpowiadać flegmatycznym Karwilanianom, tymczasem teraz miał być doraźnie zastąpiony przez pędzące po wiszących szynach kolejki, które Juno z miejsca uznał za głupi i niebezpieczny eksces, który szkodził zarówno pasażerom, jak i wystraszonym jopanloigom. Podczas gdy mieszkańcom Inrafuno nowy, szybki i wygodny sposób podróżowania od razu przypadł do gustu i prędko znikły wątpliwości, Juno po cichu nadal drążył temat, a przy tym zdecydował się nigdy nie wsiąść do szatańskiego urządzenia.
Nici jednak wyszły z postanowienia, gdy wychodzi na jaw, że bezwzględny złodziej kamieni wrócił. Sieć komunikacyjna, która okazuje się być jego dziełem, to tylko mały kroczek, służący odwróceniu uwagi i zdobyciu zaufania. A przy okazji sposobem na wykorzystanie nadmiarów energii elektromagnetycznej z gigantycznej, sztucznie wygenerowanej burzy, którą według swojego wielkiego planu już wkrótce miał zawładnąć dzięki zdobytej potajemnie pozakarwilańskiej technologi. Jeśli Juno ma zdążyć na czas i powstrzymać jego imperialistyczno-apokaliptyczne zapędy, które były na najlepszej drodze do realizacji, musiał porzucić naturalne środki transportu. Ale co, jeśli łotrowi o to właśnie chodzi?
Intrawik aw Łelora po raz kolejny robi zamach na własną tradycję i uświęcone zamiłowanie do spokoju. Tym razem robi to w sposób o tyle wyjątkowy, że niejednoznaczny. Karwilanian od zawsze przerażało wszystko, co nie pochodzi bezpośrednio z natury. Jest ona postrzegana jako część ich samych bez żadnego dystansui każdy pomysł, choćby drewnianych maszyn uprawnych czy liczydeł, spotyka się z paniką i sprzeciwem. Autor, jako człowiek nowoczesny, odważnie patrzy w przyszłość i w niebo, będąc na bieżąco z kosmicznymi nowinkami, widząc w wykorzystywanej z umiarem nowoczesności wiele zalet, wstydząc się z lekka tego światowego lęku, przez który jak ma świadomość, jego naród bardzo traci. Zwłaszcza że, jak parę razy delikatnie sugeruje „ustami” wielu postaci, elektryczność jest ostatecznie jednym z żywiołów, pochodzi z natury. Zamiast jednak słodzić, wychodzi z punktu widzenia i myślenia przeciętnego mieszkańca swojej planety, który natychmiast przyjmuje mechaniczne wagoniki jako synonim zła i drży na myśl, że mogłyby one opanować jego miasto, zastępując milutkie jopanloigi. Po czym – zmusza swojego bohatera, będącego tradycyjnie i ciałem i duszą symbolem przeciętnego Karwilanianin, żeby zrobił ten wielki krok dla ludzkości i samotnie ruszył kolejką do serca szalonych burz magnetycznych... Wydaje się to niebezpieczne tym bardziej, że przecież to właśnie wróg Juno (który w tej części zyskuje własne imię, Uwoskammu) dostarcza prąd do tych pojazdów, którym to uczuciem zagrożenia Intrawik fantastycznie manipuluje. Zresztą cała psychologia postaci zasługuje na oklaski, przebijając już to, jak pisał on poprzednio – to, w jaki sposób Juno przechodzi od zachowawczego lęku i poczucia osaczenia podczas szukania dowodów, przez bezradną panikę już w wagoniku, aż do momentu, pod koniec podróży, gdy próbuje się z maszyną zaprzyjaźnić, każdemu zapada w pamięci. Kiedy wreszcie dociera na miejsce, jest gotowy ponownie walczyć z cwanym Uwoskammu o pozakarwilańską cywilizację. Oraz jej dobro, które nie wyklucza już mechanicznej komunikacji jako przydatnego urządzenia i ciekawego przeżycia, pod warunkiem oczywiście, że włada nimi maniak pałający rządzą krwi, który chce za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych.
Szybkie, trzymające w napięciu, lekko szalone, a jednocześnie nadal pełne bliskiej autorowi (i bohaterowi) kwiatowej filozofii i delikatności.
poniedziałek, 18 maja 2015
65. „Nie!...*” (Erpwo P1 Agea)
Dziękuję drogim Czytelnikom za życzenia szybkiego dochodzenia do zdrowia - już jest lepiej :)
Historia ta wydaje się mieć coś z baśni - oto w króleskim zamku, który wydaje się wolny od wszelkich klątw i nieszczęść, mieszka chłopiec, przyszły książę, Ator, wraz ze swoim opiekunem, Morinem. Mały poważnie traktuje swoje powołanie i dzielnie wykonuje zadania przydzielone mu przez Morina, co nie zmienia faktu, że jest tylko dzieckiem i nie wszystkim pokusom jest w stanie się oprzeć. Tak właśnie dzieje się, gdy podczas samotnego zwiedzania opuszczonych górnych pięter wież Ator znajduje starą, interaktywną grę. Nie uważając konieczne powiadamiać opiekuna o tak banalnym odkryciu, bez wahania przechodzi do pierwszej zagadki - pomóc komuś odnaleźć zagubionego przyjaciela...
Po wielu godzinach zaniepokojony Morin znajduje małego księcia całkowicie zatopionego w dziwnej zabawie i prawie niekontaktującego z rzeczywistością. I od razu wie, czyja to sprawka. Otóż w odległej przeszłości dwójka potężnych magów toczyła ze sobą walkę na śmierć, życie oraz dobro całej krainy. Jednym z nich był Morin, który pokonał wroga tylko szczęśliwym przypadkiem i, nie będąc w stanie zrobić nic więcej, uwięził go w podziemiach, na których wkrótce postawił fundamenty wież królewskiego pałacu. Nikt więcej nie poznał dawnych wydarzeń, jednak Morin nie miał wątpliwości, że zły czarnoksiężnik, podobnie jak on chroniony przed upływem czasu, wciąż cierpliwie wyczekuje okazji na zemstę i na zdobycie tego, na czym mu zależy. I najwyraźniej teraz znalazł na to sposób. W dodatku wydaje się, że skuteczny, bo Morin nie może zrozumieć ukrytego sensu i celu metaforycznych zagadek, ani też powstrzymać przed rozwiązywaniem ich Atora, który jedynie częściowo ma świadomość tego, co robi. Niebezpieczeństwo staje się coraz bardziej widoczne, gdy do królestwa przybywają narzeczeni z sąsiedniego miasta, a wraz z nimi święty pierścionek, który jest im niezbędny do zaślubin. Jednocześnie Ator otrzymuje od gry zadanie... zwrócenia pierścionka narzeczonym. Morin wie, że jeśli jest jakakolwiek szansa na powstrzymanie przeciwnika, to właśnie teraz...
Możnaby się zastanawiać, które konkretnie zaprzeczenie spośród wielu pojawiających się w na kartach książki, jest tym konkretnym, które pełni rolę tytułu historii. Czy chodzi o słowa, które niekiedy słyszał Ator, prosząc o coś, co było dla niego zakazane, czy raczej o kłótnie magów, gdy Morin odwiedzał więźnia, gdy żaden z nich nie chciał w niczym ustąpić drugiemu? Wystarczy jednak zagłębić się w nią, by zauważyć, że pełne żalu i desperacji Nie stanowi coś w rodzaju motta przewodniego wszystkiego, co się tu dzieje, każdego wydarzenia, które za sprawą rozwijającego się zła, zmierza ku tragedii. Nikt tego słowa nie wypowiedział w sposób, w jaki jest przedstawione w tytule, nikt nie okazywał wprost takiego smutku i rezygnacji, jednak bardzo często taki nastrój budowały myśli bohaterów, zwłaszcza później.
Spory wpływ mają na to pełne beznadziei rozmowy Morina z czarnoksiężnikiem, co od pewnego momentu uważał on już za jedyny sposób, żeby cokolwiek zrozumieć. Mamy tu do czynienia z wyjątkowo odrażającą kreaturą, ucieleśnieniem wszystkiego, co złe, ale jednocześnie sprytną i nieprzewidywalną. Choćby zwykłe zwrócenie pierścionka nie jest jasne, pomimo że Morin wie, że ten chce go po prostu dostać w swoje ręce. Ator nawet nie zbliża się do narzeczonych, skupiając na nieskończonych, zagnieżdżonych drzwiach w ukrytej komnacie, do których gra go odesłała i do których otwierania go zmusza. W zasadzie nic, co robi, nie ma niczego wspólnego z żadną z zagadek, w ogóle nie ma większego sensu - a zły czarnoksiężnik wie, że tego, co się nie rozumie, nie można powstrzymać. Przy nim związki przyczynowo-skutkowe załamują się, oddziałują na siebie rzeczy, które nigdy się ze sobą nie spotkały, przez co Morin podejrzewa jakiś rodzaj zagięcia czasoprzestrzeni, coś, co jedynie w naszym świecie objawia się tak absurdalnie. Coś, co mimo łańcuchów pozwoliłoby mu być w każdym zakamarku zamku jednocześnie i ostatecznie znaleźć się w świętym pierścionku... Ale co? Dopiero, gdy królewski opiekun zyska pewność, będzie mógł zacząć działać.
Pełne niejednoznaczności i metafor z głębi umysłu, ścierających się ze wciąż stawiającą im oprór normalności, w atmosferze nieposkromionego, pochłaniającego rzeczywistość zła. Prawie nie do odgadnięcia, a jednak.
_______________
*Z braku lepszych alternatyw wstawiłam tu wykrzyknik i dwukropek, jednak Arnilianie, do której to rasy zalicza się autor, mają o wiele bogatszą interpunkcję i często uzupełniają nią sens tytułów. Tutaj zdanie kończyło się tzw. zimnym sześciokątem - znakiem świadczącym o dużym natężeniu rozpaczy i rezygnacji, często kojarzonym z wyciem dusz po śmierci.
Historia ta wydaje się mieć coś z baśni - oto w króleskim zamku, który wydaje się wolny od wszelkich klątw i nieszczęść, mieszka chłopiec, przyszły książę, Ator, wraz ze swoim opiekunem, Morinem. Mały poważnie traktuje swoje powołanie i dzielnie wykonuje zadania przydzielone mu przez Morina, co nie zmienia faktu, że jest tylko dzieckiem i nie wszystkim pokusom jest w stanie się oprzeć. Tak właśnie dzieje się, gdy podczas samotnego zwiedzania opuszczonych górnych pięter wież Ator znajduje starą, interaktywną grę. Nie uważając konieczne powiadamiać opiekuna o tak banalnym odkryciu, bez wahania przechodzi do pierwszej zagadki - pomóc komuś odnaleźć zagubionego przyjaciela...
Po wielu godzinach zaniepokojony Morin znajduje małego księcia całkowicie zatopionego w dziwnej zabawie i prawie niekontaktującego z rzeczywistością. I od razu wie, czyja to sprawka. Otóż w odległej przeszłości dwójka potężnych magów toczyła ze sobą walkę na śmierć, życie oraz dobro całej krainy. Jednym z nich był Morin, który pokonał wroga tylko szczęśliwym przypadkiem i, nie będąc w stanie zrobić nic więcej, uwięził go w podziemiach, na których wkrótce postawił fundamenty wież królewskiego pałacu. Nikt więcej nie poznał dawnych wydarzeń, jednak Morin nie miał wątpliwości, że zły czarnoksiężnik, podobnie jak on chroniony przed upływem czasu, wciąż cierpliwie wyczekuje okazji na zemstę i na zdobycie tego, na czym mu zależy. I najwyraźniej teraz znalazł na to sposób. W dodatku wydaje się, że skuteczny, bo Morin nie może zrozumieć ukrytego sensu i celu metaforycznych zagadek, ani też powstrzymać przed rozwiązywaniem ich Atora, który jedynie częściowo ma świadomość tego, co robi. Niebezpieczeństwo staje się coraz bardziej widoczne, gdy do królestwa przybywają narzeczeni z sąsiedniego miasta, a wraz z nimi święty pierścionek, który jest im niezbędny do zaślubin. Jednocześnie Ator otrzymuje od gry zadanie... zwrócenia pierścionka narzeczonym. Morin wie, że jeśli jest jakakolwiek szansa na powstrzymanie przeciwnika, to właśnie teraz...
Możnaby się zastanawiać, które konkretnie zaprzeczenie spośród wielu pojawiających się w na kartach książki, jest tym konkretnym, które pełni rolę tytułu historii. Czy chodzi o słowa, które niekiedy słyszał Ator, prosząc o coś, co było dla niego zakazane, czy raczej o kłótnie magów, gdy Morin odwiedzał więźnia, gdy żaden z nich nie chciał w niczym ustąpić drugiemu? Wystarczy jednak zagłębić się w nią, by zauważyć, że pełne żalu i desperacji Nie stanowi coś w rodzaju motta przewodniego wszystkiego, co się tu dzieje, każdego wydarzenia, które za sprawą rozwijającego się zła, zmierza ku tragedii. Nikt tego słowa nie wypowiedział w sposób, w jaki jest przedstawione w tytule, nikt nie okazywał wprost takiego smutku i rezygnacji, jednak bardzo często taki nastrój budowały myśli bohaterów, zwłaszcza później.
Spory wpływ mają na to pełne beznadziei rozmowy Morina z czarnoksiężnikiem, co od pewnego momentu uważał on już za jedyny sposób, żeby cokolwiek zrozumieć. Mamy tu do czynienia z wyjątkowo odrażającą kreaturą, ucieleśnieniem wszystkiego, co złe, ale jednocześnie sprytną i nieprzewidywalną. Choćby zwykłe zwrócenie pierścionka nie jest jasne, pomimo że Morin wie, że ten chce go po prostu dostać w swoje ręce. Ator nawet nie zbliża się do narzeczonych, skupiając na nieskończonych, zagnieżdżonych drzwiach w ukrytej komnacie, do których gra go odesłała i do których otwierania go zmusza. W zasadzie nic, co robi, nie ma niczego wspólnego z żadną z zagadek, w ogóle nie ma większego sensu - a zły czarnoksiężnik wie, że tego, co się nie rozumie, nie można powstrzymać. Przy nim związki przyczynowo-skutkowe załamują się, oddziałują na siebie rzeczy, które nigdy się ze sobą nie spotkały, przez co Morin podejrzewa jakiś rodzaj zagięcia czasoprzestrzeni, coś, co jedynie w naszym świecie objawia się tak absurdalnie. Coś, co mimo łańcuchów pozwoliłoby mu być w każdym zakamarku zamku jednocześnie i ostatecznie znaleźć się w świętym pierścionku... Ale co? Dopiero, gdy królewski opiekun zyska pewność, będzie mógł zacząć działać.
Pełne niejednoznaczności i metafor z głębi umysłu, ścierających się ze wciąż stawiającą im oprór normalności, w atmosferze nieposkromionego, pochłaniającego rzeczywistość zła. Prawie nie do odgadnięcia, a jednak.
_______________
*Z braku lepszych alternatyw wstawiłam tu wykrzyknik i dwukropek, jednak Arnilianie, do której to rasy zalicza się autor, mają o wiele bogatszą interpunkcję i często uzupełniają nią sens tytułów. Tutaj zdanie kończyło się tzw. zimnym sześciokątem - znakiem świadczącym o dużym natężeniu rozpaczy i rezygnacji, często kojarzonym z wyciem dusz po śmierci.
poniedziałek, 4 maja 2015
63. „Pusty przystanek” (Numar Warsawio)
Mówi się, że kilka paradoksów nie jest w stanie zniszczyć Wszechświata; że pojawiające się epizodycznie sprzeczności wydarzeń, będące wynikami podróży w czasie, czy niespójności występujące przy okazji zetknięcia się nie pasujących do siebie wymiarów to maleńkie skaleczenia wpisane w jego naturę, które nie mogą zaburzyć jego stabilności. W jakiś jednak sposób Wszechświat musi sobie z nimi radzić. Musiało istnieć w nim miejsce, do którego spływają i gromadzą się zniekształcenia prawdopodobieństwa, punkt nieskończoności, który byłby czarną dziurą, gdyby opierał się na grawitacji i materii. Wonanonianie wiedzieli, gdzie się ono znajduje i jak działa. I trudno powiedzieć, skąd, skoro wcale nie przypominało ono mrocznego obiektu kosmicznego – z jakiegoś powodu prawa fizyki wędrujące po zakrzywionych torach nieprawdopodobieństwa uformowały się w najzwyklejszy przystanek. Przystanek, z którego – zapewne po każdej większej burzy paradoksów i kosmicznych zawirowań czasu – okazjonalnie, co parę dziesiątek ziemskich lat, losowo i nigdy nie wiadomo, kiedy, odjeżdżał autobus. Nikt nie wiedział, dokąd...
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
60. „Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)
Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.
Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.
Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
59. „Lodowa” (Sejfen Sezoni Czirofru)
Czyżbyśmy znów mieli Wielkanoc? ;) Ziemia rotuje tak szybko. Wygląda na to, że będziemy się spotykać regularnie w drugi dzień świąt i że co roku będę mogła życzyć Wam spokojnych chwil z rodziną, wesołego jajka i pięknej pogody. A tymczasem... Każdy z nas słyszał o nierównościach klasowych – o tym, jak bardzo ludzie mogą się od siebie różnić, jak mogą z tego powodu cierpieć i jak wielki oporem potrafi reagować świat, gdy osobom pochodzącym z różnych warstw społecznych mimo wszystko uda się zbudować nić porozumienia. A co, gdyby same te różnice sprawiałyby, że nie powinni się do siebie zbliżyć?
Dżosidiu przyciągała uwagę tym, że zawsze trzymała się w odosobnieniu. Nie było to co prawda całkowicie możliwe na Trzecim Uniwersytecie, jednym z dwudziestu dwóch na Nowronie, gdzie główny bohater, Alefi, ją spotkał, dało się jednak zauważyć, że unika dłuższych rozmów, uśmiechów, jakby bała się zaprzyjaźnić. Było to dla chłopaka coś zupełnie nowego – jako wychowanek Chmurnych Domów, z których pochodzili w zasadzie wszyscy uczniowie, żył wśród ludzi, dla których codziennością była radość, otwartość, okazywane każdemu sympatia i zaufanie. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro tam, gdzie się wychowywał, niczego nie brakowało, niekończące się ciepło i światło słoneczne sprawiało, że naniebne owoce szybko dojrzewały, a z powietrznej piany kwitły wspaniałe budowle. Nie było powodów do smutku czy walki o cokolwiek. Na tle tego wszystkiego Dżosidiu niezwykle się wyróżniała, odbierał ją jako tajemniczą i niezrozumiałą, choć wcześniej nie było rzeczy, do której pasowałyby mu te słowa. Na jego próby poznania jej bliżej, reagowała nieśmiałością i wycofywała się, i to tym bardziej im więcej uprzejmości i ciepła jej okazywał. Tym też jednak bardziej on nie ustępował w swoich staraniach i niedługo trwało, nim całe zainteresowanie, poświęcone dotąd nauce, przeniósł na nieznajomą koleżankę, która jednocześnie, bez swojej wiedzy, stała się najbliższą mu osobą.
Dopiero niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Dżosidiu spojrzała na niego inaczej, otworzyła się nieco, a Alefi jej odtąd niezmiennie towarzyszył, pomagając i poprawiając humor każdego dnia. Pomimo ciągłej zachowawczości, ich spotkania przestały dotyczyć szkoły i obowiązków. Dziewczyna widziała, jak bardzo Alefi zależy na tym, by ją rozbawić, jak bardzo się o nią troszczy i jak wielką przyjemność sprawia mu jej uśmiech, który teraz coraz częściej się pojawiał i była przy nim szczęśliwa. Czuła, że przy nim staje się kimś lepszym, takim jak on, pełnym optymizmu i ciepła. Wiedziała jednak też, że jako wychowanka Domów Lodu nikim innym stać się nie może i że wkrótce musi powiedzieć mu prawdę. Od tego zależy jej życie.
Przez większość lektury, podobnie jak Alefi, nie wiemy wiele o Dżosidiu, choć czytelnicy bardziej zorientowani w układzie społecznym na Nowronie dość szybko mogą się domyślić, o co chodzi. Już zresztą sam romantyczny charakter historii sugeruje tragiczność sytuacji i to, że Dżosidiu jest ostatnią osobą, której Alefi powinien okazywać miłość. Podczas gdy on pochodził ze świata jasności, tacy ludzie jak Dżosidiu, mieszkający setki kilometrów pod nim, musieli żyć bez styczności ze słońcem, w wiecznym mroku i zimnie. Nie brakowało oczywiście społeczności, które znalazły sobie miejsce pośrodku, na tyle silnych, żeby nie spaść niżej, a przy tym na tyle słabych, że nie byliby w stanie utrzymać się bliżej nieba. Natomiast im dalej od ciepłych chmur, tym bardziej potrzebne było przyzwyczajenie się do ciemności i mrozu, które Nowronom zapewniał składnik lodu w ich komórkach. To była najskuteczniejsza strategia – mieszkańcy nizin nie odczuwali zimna, bo było ono ich częścią, podobnie nie odczuwali bólu, głodu i samotności. Co za tym idzie niestety, nie odczuwali też niczego innego, co lód w nich rozwijał i w czym byli pogrążeni – smutku, rozpaczy i zagubienia. Lód sprawiał, że pozytywne uczucia, tak typowe dla szczęśliwców na górze, jak optymizm i radość, stawały obojętne, obce, a im niżej, tym trudniej ludziom było je w sobie znaleźć.
Domy Lodu były położone najniżej, tak że ciało Dżosidiu w całości rozwinęło się w czystą bryłę lodu. Sejfen Sezoni nie odpowiada nam na pytanie, jak ktoś wychowanemu w takim marazmie i braku wiary w siebie znalazł się na Uniwersytecie (przez co jest to dość fantastyczne zjawisko), w zupełności poświęcając się ciężarowi konsekwencji lodowej budowy, który już ani na chwilę nie budzi wątpliwości. Dżosidiu chciała po prostu się uczyć, nie spodziewając się, że wśród ludzi może spotkać ją jeszcze coś innego (ani że od ludzi można oczekiwać czegokolwiek) i, wbrew pozorom, jest wtedy bezpieczna – pomimo że, choć sama jeszcze tego nie wie, nieszczęśliwa. Trzymając się z dala od ciepła i zaufania może być w pełni sobą, niezmiennym zimnym lodem, któremu nie grozi rozgrzanie i stopienie. Pojawienie się beztroskiego Alefi w zachwycający i przerażający zarazem sposób burzy porządek jej świata, pokazuje, że życiu można nadać sens i uczynić każdy dzień wyjątkowym. Nowe uczucia czynią ją szczęśliwą, musi jednak walczyć ze świadomością, że mogą ją zniszczyć. Każda chwila i kolejne krople rozmarzającej wody zdają się przybliżać nas do katastrofy, gdy w końcu Dżosidiu traci poczucie, co tak naprawdę będzie dla niej śmiercią – rozstanie się z życiem czy z ukochanym. Wszystko zależy od niej i od Alefi, który nigdy, nawet na odległość, nie zostawi jej samej.
O miłości, która bardziej niż uczuciem jest walką z samym sobą. Polecam nie tylko romantykom.
Dżosidiu przyciągała uwagę tym, że zawsze trzymała się w odosobnieniu. Nie było to co prawda całkowicie możliwe na Trzecim Uniwersytecie, jednym z dwudziestu dwóch na Nowronie, gdzie główny bohater, Alefi, ją spotkał, dało się jednak zauważyć, że unika dłuższych rozmów, uśmiechów, jakby bała się zaprzyjaźnić. Było to dla chłopaka coś zupełnie nowego – jako wychowanek Chmurnych Domów, z których pochodzili w zasadzie wszyscy uczniowie, żył wśród ludzi, dla których codziennością była radość, otwartość, okazywane każdemu sympatia i zaufanie. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro tam, gdzie się wychowywał, niczego nie brakowało, niekończące się ciepło i światło słoneczne sprawiało, że naniebne owoce szybko dojrzewały, a z powietrznej piany kwitły wspaniałe budowle. Nie było powodów do smutku czy walki o cokolwiek. Na tle tego wszystkiego Dżosidiu niezwykle się wyróżniała, odbierał ją jako tajemniczą i niezrozumiałą, choć wcześniej nie było rzeczy, do której pasowałyby mu te słowa. Na jego próby poznania jej bliżej, reagowała nieśmiałością i wycofywała się, i to tym bardziej im więcej uprzejmości i ciepła jej okazywał. Tym też jednak bardziej on nie ustępował w swoich staraniach i niedługo trwało, nim całe zainteresowanie, poświęcone dotąd nauce, przeniósł na nieznajomą koleżankę, która jednocześnie, bez swojej wiedzy, stała się najbliższą mu osobą.
Dopiero niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Dżosidiu spojrzała na niego inaczej, otworzyła się nieco, a Alefi jej odtąd niezmiennie towarzyszył, pomagając i poprawiając humor każdego dnia. Pomimo ciągłej zachowawczości, ich spotkania przestały dotyczyć szkoły i obowiązków. Dziewczyna widziała, jak bardzo Alefi zależy na tym, by ją rozbawić, jak bardzo się o nią troszczy i jak wielką przyjemność sprawia mu jej uśmiech, który teraz coraz częściej się pojawiał i była przy nim szczęśliwa. Czuła, że przy nim staje się kimś lepszym, takim jak on, pełnym optymizmu i ciepła. Wiedziała jednak też, że jako wychowanka Domów Lodu nikim innym stać się nie może i że wkrótce musi powiedzieć mu prawdę. Od tego zależy jej życie.
Przez większość lektury, podobnie jak Alefi, nie wiemy wiele o Dżosidiu, choć czytelnicy bardziej zorientowani w układzie społecznym na Nowronie dość szybko mogą się domyślić, o co chodzi. Już zresztą sam romantyczny charakter historii sugeruje tragiczność sytuacji i to, że Dżosidiu jest ostatnią osobą, której Alefi powinien okazywać miłość. Podczas gdy on pochodził ze świata jasności, tacy ludzie jak Dżosidiu, mieszkający setki kilometrów pod nim, musieli żyć bez styczności ze słońcem, w wiecznym mroku i zimnie. Nie brakowało oczywiście społeczności, które znalazły sobie miejsce pośrodku, na tyle silnych, żeby nie spaść niżej, a przy tym na tyle słabych, że nie byliby w stanie utrzymać się bliżej nieba. Natomiast im dalej od ciepłych chmur, tym bardziej potrzebne było przyzwyczajenie się do ciemności i mrozu, które Nowronom zapewniał składnik lodu w ich komórkach. To była najskuteczniejsza strategia – mieszkańcy nizin nie odczuwali zimna, bo było ono ich częścią, podobnie nie odczuwali bólu, głodu i samotności. Co za tym idzie niestety, nie odczuwali też niczego innego, co lód w nich rozwijał i w czym byli pogrążeni – smutku, rozpaczy i zagubienia. Lód sprawiał, że pozytywne uczucia, tak typowe dla szczęśliwców na górze, jak optymizm i radość, stawały obojętne, obce, a im niżej, tym trudniej ludziom było je w sobie znaleźć.
Domy Lodu były położone najniżej, tak że ciało Dżosidiu w całości rozwinęło się w czystą bryłę lodu. Sejfen Sezoni nie odpowiada nam na pytanie, jak ktoś wychowanemu w takim marazmie i braku wiary w siebie znalazł się na Uniwersytecie (przez co jest to dość fantastyczne zjawisko), w zupełności poświęcając się ciężarowi konsekwencji lodowej budowy, który już ani na chwilę nie budzi wątpliwości. Dżosidiu chciała po prostu się uczyć, nie spodziewając się, że wśród ludzi może spotkać ją jeszcze coś innego (ani że od ludzi można oczekiwać czegokolwiek) i, wbrew pozorom, jest wtedy bezpieczna – pomimo że, choć sama jeszcze tego nie wie, nieszczęśliwa. Trzymając się z dala od ciepła i zaufania może być w pełni sobą, niezmiennym zimnym lodem, któremu nie grozi rozgrzanie i stopienie. Pojawienie się beztroskiego Alefi w zachwycający i przerażający zarazem sposób burzy porządek jej świata, pokazuje, że życiu można nadać sens i uczynić każdy dzień wyjątkowym. Nowe uczucia czynią ją szczęśliwą, musi jednak walczyć ze świadomością, że mogą ją zniszczyć. Każda chwila i kolejne krople rozmarzającej wody zdają się przybliżać nas do katastrofy, gdy w końcu Dżosidiu traci poczucie, co tak naprawdę będzie dla niej śmiercią – rozstanie się z życiem czy z ukochanym. Wszystko zależy od niej i od Alefi, który nigdy, nawet na odległość, nie zostawi jej samej.
O miłości, która bardziej niż uczuciem jest walką z samym sobą. Polecam nie tylko romantykom.
poniedziałek, 9 lutego 2015
51. „Nieosiągalny” (Kriwo Ig Gwpt Ig)
Nie ma świata, w którym zbrodnia nie istnieje. Na niektórych planetach zło i przmoc mogą być mniej zauważalne, bardziej dyskusyjne, jednak nie istnieje miejsce, gdzie choć od czasu do czasu trzeba znaleźć i ukarać winnego. Nawet, jak wierzył Siiz Zergd Im, na planecie takiej jak Omnirgniwa, dlatego właśnie został detektywem - bodajże jedynym na tej planecie. Omnirgniwianom zawód detektywa był obcy. Nie rozumieli idei badania śladów, analiz znalezionych przedmiotów i przesłuchań świadków, a dokładniej - nie rozumieli jej sensu, skoro przecież nie było możliwości zatajenia tego, co się zrobiło. Oczywistością była tu telepatyczna wiedza o wszystkich wokół, każdym czynie i planach - cokolwiek pomyślał ktokolwiek z mieszkańców planety, słyszeli to inni, a każdy, kto choćby spróbowałby kogoś skrzywdzić, sam prędko zostałby zlinczowany. Wiedza niedostępna dla Siiza - zmysł telepatii nie rozwinął się u niego, co wymusiło u niego całkiem inny sposób myślenia. Czy jednak jest sens tracić czas na coś, co nie może się wydarzyć?
W pewnym momencie jednak szczęście uśmiecha się do Siiza, a jednoczeście - odwraca od niedowiarków, bo omnirgniwiańskimi Pływającymi Miastami wstrząsa seria morderstw i, ku ogólnemu niedowierzaniu, zabójca jest niewykrywalny. W odizolowanym zespole Miast nie pojawiła się żadna myśl, sugerująca coś na sumieniu, nie wyczuwało się żadnej anomalii - jak to możliwe? Tylko nietelepatyczny detektyw mógł rozwiązać tę zagadkę. I wyglądało na to, że ma naprawdę spore szanse, ponieważ miejsca zbrodni pełne są zdumiewających wskazówek, jakby przestępca wiedział, z kim ma do czynienia... Czy w takim razie można im ufać? To jednak dopiero początek.
Już pierwsze z nich naprowadzają go na przedstawicieli najwyżej postawionej sfery społecznej - Inteligentnych. Cieszący się niezwykłym szacunkiem i zaufaniem wybrańcy o intelekcie widocznym od urodzenia w kolorze skóry, są jednocześnie najbardziej nieznaną i hermetyczną grupą. Pomimo że Siiz otrzymuje od nich zezwolenie na przeprowadzenie śledztwa z ich udziałem, nie może oprzeć się wrażeniu, że to raczej ci inteligentni telepaci śledzą jego, przez cały czas grają, znając jego myśli na wylot, bez przerwy grając i manipulując... Dowody zdają się wskazywać na jednego z nich, stojącego z boku Alwrigra, którego wygląd sugeruje poziom inteligencji, jakiego nikt z Inteligentnych dotąd jeszcze nie miał. Czy jednak to nie złudzenie? Ile w tym prawdy, a ile celowego sterowania nim? Jaki jest cel nieznanego manipulatora, do którego detektyw nie może się dostać, choć bez przerwy czuje jego obecność? Siiz ma świadomość niebezpieczeństwa, ale pomimo że jest tak blisko, jedyne, co może zrobić, to brnąć w nie dalej, bezsilnie starając się cokolwiek zrozumieć oraz znaleźć ślad, co do którego wreszcie nie będzie miał wątpliwości.
Nie ma jednak wiele czasu do namysłu, kiedy giną kolejne ofiary, a niewinni mieszkańcy Miast, nie mogąc opanować ponurych rozmyślań, ściągają uwagę na siebie samych uwagę wyczulonych władz.
Gdy ktoś spoza Omnirgniwy czyta tę książkę, od razu zauważa rozstrzał pomiędzy sposobem opowiadania o telepatycznych zdolnościach mieszkańców a niezwykłej grupie, jaką stanowią Inteligentni. Nie bez powodu - podczas gdy ten pierwszy element stanowi dla Kriwo Ig zwykłą codzienność, o tyle wyróżniający się geniusze to czyste science fiction, efekt fantazyjnej zabawy autora. Trudno powiedzieć, na czym właściwie polega różnica w stylu - wszystkie relacje są pełne szczegółów i naturalności, z łatwością wchodzimy w sytuację zarówno słuchając nierealnych, lekko przerysowanych Inteligentnych, jak i „rozmawiając” z Siizem, który był „głuchy” podobnie jak sam pisarz na starość. Pomimo niezaprzeczalnego talentu Gwpt Ig do czarowania każdym aspektem historii, słynne jest już zabawne wrażenie, że tekst pisały na przemian dwie osoby - co wcale nie jest wadą.
Na Nieosiągalny składa się mnóstwo elementów - od rozwijającej się szybko zagadki kryminalnej, przez odrobinę polityki, po popisy psychologicznych sztuczek - jednak jak zwykle nie pozostaje też w tyle to, na czym Kriwo Ig oparł całą serię o Siizie Zergdie Imie, czyli to, jak trudny do pojęcia i odnalezienia się w nim jest świat dla człowieka tak niekompletnego i odstającego jak główny bohater. Nie jest on typem postaci, która rozpaczałaby nad swoim losem, często nawet widzi swoją przewagę w tym, że inni nie wiedzą, jak go traktować. Kiedy dochodzi jednak do spotkania z superinteligentnymi podejrzanymi, w miejscu ich myśli pojawia się pustka i uczucie, że każdy poradziłby sobie w tym zadaniu lepiej, a później wręcz lęk przed sytuacją, w której się znalazł i tym, czym może się ona skończyć. Przypomina się tu często początkowy motyw kulki telepatycznej, do której Siiz nie ma dostępu, a zawartości której nikt inny nie jest w stanie mu opisać - nie wiedząc, co inni w niej słyszą Siiz wiecznymi domysłami może znaleźć w niej o wiele więcej. Właśnie z powodu tej słabości nikt inny nie dotarłby tak daleko i nie wymyślił nielogiczności, za pomocą której morderca dał się zaskoczyć.
Książka pełna akcji i przewrotnych zaskoczeń, a jednocześnie ukrytej wszędzie głębi, która na długo pozostaje w pamięci.
W pewnym momencie jednak szczęście uśmiecha się do Siiza, a jednoczeście - odwraca od niedowiarków, bo omnirgniwiańskimi Pływającymi Miastami wstrząsa seria morderstw i, ku ogólnemu niedowierzaniu, zabójca jest niewykrywalny. W odizolowanym zespole Miast nie pojawiła się żadna myśl, sugerująca coś na sumieniu, nie wyczuwało się żadnej anomalii - jak to możliwe? Tylko nietelepatyczny detektyw mógł rozwiązać tę zagadkę. I wyglądało na to, że ma naprawdę spore szanse, ponieważ miejsca zbrodni pełne są zdumiewających wskazówek, jakby przestępca wiedział, z kim ma do czynienia... Czy w takim razie można im ufać? To jednak dopiero początek.
Już pierwsze z nich naprowadzają go na przedstawicieli najwyżej postawionej sfery społecznej - Inteligentnych. Cieszący się niezwykłym szacunkiem i zaufaniem wybrańcy o intelekcie widocznym od urodzenia w kolorze skóry, są jednocześnie najbardziej nieznaną i hermetyczną grupą. Pomimo że Siiz otrzymuje od nich zezwolenie na przeprowadzenie śledztwa z ich udziałem, nie może oprzeć się wrażeniu, że to raczej ci inteligentni telepaci śledzą jego, przez cały czas grają, znając jego myśli na wylot, bez przerwy grając i manipulując... Dowody zdają się wskazywać na jednego z nich, stojącego z boku Alwrigra, którego wygląd sugeruje poziom inteligencji, jakiego nikt z Inteligentnych dotąd jeszcze nie miał. Czy jednak to nie złudzenie? Ile w tym prawdy, a ile celowego sterowania nim? Jaki jest cel nieznanego manipulatora, do którego detektyw nie może się dostać, choć bez przerwy czuje jego obecność? Siiz ma świadomość niebezpieczeństwa, ale pomimo że jest tak blisko, jedyne, co może zrobić, to brnąć w nie dalej, bezsilnie starając się cokolwiek zrozumieć oraz znaleźć ślad, co do którego wreszcie nie będzie miał wątpliwości.
Nie ma jednak wiele czasu do namysłu, kiedy giną kolejne ofiary, a niewinni mieszkańcy Miast, nie mogąc opanować ponurych rozmyślań, ściągają uwagę na siebie samych uwagę wyczulonych władz.
Gdy ktoś spoza Omnirgniwy czyta tę książkę, od razu zauważa rozstrzał pomiędzy sposobem opowiadania o telepatycznych zdolnościach mieszkańców a niezwykłej grupie, jaką stanowią Inteligentni. Nie bez powodu - podczas gdy ten pierwszy element stanowi dla Kriwo Ig zwykłą codzienność, o tyle wyróżniający się geniusze to czyste science fiction, efekt fantazyjnej zabawy autora. Trudno powiedzieć, na czym właściwie polega różnica w stylu - wszystkie relacje są pełne szczegółów i naturalności, z łatwością wchodzimy w sytuację zarówno słuchając nierealnych, lekko przerysowanych Inteligentnych, jak i „rozmawiając” z Siizem, który był „głuchy” podobnie jak sam pisarz na starość. Pomimo niezaprzeczalnego talentu Gwpt Ig do czarowania każdym aspektem historii, słynne jest już zabawne wrażenie, że tekst pisały na przemian dwie osoby - co wcale nie jest wadą.
Na Nieosiągalny składa się mnóstwo elementów - od rozwijającej się szybko zagadki kryminalnej, przez odrobinę polityki, po popisy psychologicznych sztuczek - jednak jak zwykle nie pozostaje też w tyle to, na czym Kriwo Ig oparł całą serię o Siizie Zergdie Imie, czyli to, jak trudny do pojęcia i odnalezienia się w nim jest świat dla człowieka tak niekompletnego i odstającego jak główny bohater. Nie jest on typem postaci, która rozpaczałaby nad swoim losem, często nawet widzi swoją przewagę w tym, że inni nie wiedzą, jak go traktować. Kiedy dochodzi jednak do spotkania z superinteligentnymi podejrzanymi, w miejscu ich myśli pojawia się pustka i uczucie, że każdy poradziłby sobie w tym zadaniu lepiej, a później wręcz lęk przed sytuacją, w której się znalazł i tym, czym może się ona skończyć. Przypomina się tu często początkowy motyw kulki telepatycznej, do której Siiz nie ma dostępu, a zawartości której nikt inny nie jest w stanie mu opisać - nie wiedząc, co inni w niej słyszą Siiz wiecznymi domysłami może znaleźć w niej o wiele więcej. Właśnie z powodu tej słabości nikt inny nie dotarłby tak daleko i nie wymyślił nielogiczności, za pomocą której morderca dał się zaskoczyć.
Książka pełna akcji i przewrotnych zaskoczeń, a jednocześnie ukrytej wszędzie głębi, która na długo pozostaje w pamięci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)