Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2015

89.Zamroczenie” (Condżriwa Log)

Dżizazele ocknęła się pośród ścian jakiejś dziwnej jaskini. Nie wiadomo, dlaczego właśnie teraz, co to spowodowało. Co gorsza jednak nie wiedziała też, co było wcześniej, ani co to za jaskinia. Jedynym, co była w stanie sobie przypomnieć, był odległy zarys jakiegoś wyjazdu, kiedy opuszczała dom i planetę. Nie miała to być jednak długa podróż, na pewno nie, tymczasem coś mówiło jej, że minęło bardzo dużo czasu...
Jedynym, co jej pozostało, to wędrowanie po długich korytarzach ciemnego labiryntu skał. Z jednej strony wydawało jej się, że nigdy tędy nie szła, z drugiej – każda powierzchnia emanowała jakimiś mglistymi wspomnieniami, znajomymi skojarzeniami... Była tutaj, szczęśliwa, widziała zupełnie coś innego... Jedyne oświetlenie, podłużne lampy ciągnące się wzdłuż tej drogi, rozjaśniały nieokreślone obiekty pozawieszane na ścianach, które, za sprawą jakiejś magicznej atmosfery tego miejsca, zdawały się zachęcać do tego, by na nie patrzeć. I... zabrać ze sobą. Niemal namacalnie czuła, jak ogarnia ją zawieszona w powietrzu cudaczność tego wszystkiego. Nie mogła opanować potrzeby szukania w pobliżu jakiejś etykietki, czegoś, co powiedziałyby o tych przedmiotach coś więcej, choć przecież naprawdę w ogóle jej nie obchodziły. Wystające ku niej kamienie zdawały się do niej przemawiać, determinowały ją do myślenia o nich w coraz bardziej groteskowy, fantazyjny sposób. Chciała tylko stąd wyjść, tym bardziej, im bardziej to czuła. Ale mimo to z trudem odwracała wzrok od skalnych rzędów, podświadomie rozglądając się za jakimś pojemnikiem, do którego mogłaby je zapakować. Niespodziewanie zdała sobie sprawę, że otaczają ją ludzie – zapatrzeni w mijane przedmioty bardziej niż ona, doszczętnie, jakby żyli pomiędzy tymi zawiłymi ścianami od lat i nie wyobrażali sobie tego nigdzie indziej. Ledwo udawało się jej utrzymać świadomość, by ponownie w tę hipnozę nie wpaść. I by mieć siłę na powtarzanie wciąż tych samych pytań. Co to za miejsce? Dlaczego odczuwa je jako coś znajomego? Co tutaj robi?
Niekończący się spacer prowadzi ją do nowych, coraz bardziej nieprzyjemnych zakamarków, a jednak... Wciąż powracają migawki tego, co było, pewność, że kiedyś chciała tu przylecieć, że chciała coś tutaj znaleźć, podświadomie wybierane drogi i układ, które świateł sugerują Dżizazele coś, z czym trudno jej się pogodzić, jednak tylko ta myśl zdaje się podsuwać jej jedyne sensowne, choć nieprawdopodobne, wyjaśnienie. To miejsce musiało kiedyś wyglądać inaczej. Było pełne ludzi i przedmiotów, po które wszyscy sięgali. To tysiące lat temu... musiał być sklep.

Handel w całym Wszechświecie wygląda tak samo – dajemy coś, żeby w zamian otrzymać coś innego. Żeby ktoś chciał się wymienić, potrzebujemy reklamy, marketingu, sprytnych zabiegów, żeby nasz towar chciał się wyróżnić i ściągnąć na siebie uwagę. Stosowanie mniej lub bardziej złożonych sztuczek psychologicznych, by uczynić nasze zachowanie mniej racjonalnym, nigdy nie było tajemnicą, czy chodzi o zwykłe porównania, nawiązanie autorytetów czy reklamę podprogową. Ale co, jeśli ktoś posunie się za daleko? Jeśli ktoś wpadnie na tak perfekcyjny sposób wzbudzania potrzeby posiadania danej rzeczy, że potencjalny klient zapomni o potrzebie robienia czegokolwiek innego?
Condżriwa Log sugeruje, że wcale nie jest to takie niemożliwe. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka jego wizja jest jedynie rozwinięciem wydarzenia, które miało miejsce naprawdę na jego planecie, Esarhini – wymknięciem się spod kontroli rzekomo niegroźnego systemu zachęty do oglądania. Przez pewien czas trwały bezskuteczne próby przeciwstawienia się mu i wyciągnięcia z supermarketu kilku setek ludzi, którzy na skutek katastrofy utracili możliwość naturalnego myślenia, świadomość własnego istnienia i tego, że w końcu pasowałoby opuścić sklep. W efekcie ofiarą śmierci z wycieńczenia padli wszyscy rezydenci, włącznie z pracownikami i paroma ratownikami, a świat zalała lawina protestów przeciwko nieludzkiemu wykorzystaniu umiejętności manipulowania psychiką. Zamroczenie jest jednym z nich, jak gdyby przerysowaną relacją, z której autor wyciął śmiertelność, która mogłaby zakończyć szaleństwo. Bohaterka przytomnieje, ale nie wiadomo, kiedy – w tym czasie sklep zmienił się w coś zupełnie niepodobnego, wielkiego, co zdaje się z jej perspektywy mieć rozmiary całego miasta, wymarłego, choć pełnego stworzonego przez siebie niby-życia. Pomimo pod koniec już wie, co jest nie tak, nadal z trudem opiera się pułapkom myślowym, stworzonym dawno temu przez mistrzów marketingu. I starając się nie wrócić do tych, dla których stał się to już ich własny mikro świat, choć również przylecieli do niego tylko na chwilę, o czym już nie pamiętają. Parę razy trafia się jej szansa nawiązania kontaktu, odwrócenia uwagi od towaru na półkach – i zawsze udziela się przy tym jej nadzieja, choć widzimy, jak bardzo ta szansa jest niewielka. Może to dzięki biernej nieugiętości i tych obojętnych, a jednak nieprzerwanych poszukiwaniach Dżizazele jedna książka rozeszła się po świecie bardziej niż setki rzetelniejszych, a przy tym bardziej wstrząsających historii? A może tych marketingowych haczykom, które wypaczały myślenie na wciąż nowy, niespodziewany sposób, budząc w niej pytania, czy właściwie chce, tego czego chce? Trzeba przeczytać i sprawdzić.

poniedziałek, 19 października 2015

87.1386940335” (7689498301)

Roboty przydają się ludziom do wielu rzeczy. A do czego mogliby przydać się ludzie robotom? Tytułowy bohater tej historii jeszcze na jej początku powiedziałby, że – nie licząc ożywienia mechanicznego projektu – do niczego. Roboty na planecie Gargra (przez nich zwanej po prostu jako 1) już od dawna doskonale radziły sobie same. Czego sam 1386940335 codziennie był świadkiem, ponieważ pracował w szpitalu – nowoczesnym laboratorium, gdzie starsze i mniej sprawne roboty mogły poprosić o naprawę i dodatkowe funkcje, które na bieżąco rozwijano, ale też popracować nad strukturą swojego charakteru, przeprogramować upodobania lub nawyki. Człowiek, pomimo że sam był twórcą tych urządzeń, nie byłby w stanie wprowadzać podobnych zmian w obwodach, jego precyzja i zwinność były za małe, wiedza ograniczona. Szybko zaczął wyręczać się mechaniką, nie zauważając, jak jej uniwersalność powoli spycha go na margines społeczny. Nie minęło wiele czasu, jak miasta przystosowały się stopniowo do nowych obywateli, zmienił się transport, ekonomia i prawo. 1386940335 należał już do tego pokolenia, które nigdy nie miało styczności z istotą organiczną, wątpił też, że kiedykolwiek mu się to przydarzy.
A jednak – pewnego dnia w szpitalu zaczęli się pojawiać pacjenci z dziwną, nie spotykaną dotąd, dziwną dysfunkcyjnością. Dziwną, bo nie można było dojść, skąd się brała. Wyglądało to jakby cały układ impulsowy został nie uszkodzony, a porażony jakimś nieznanym zjawiskiem od wewnątrz, co powodowało zaburzenia w całym systemie przekazowym od chaotycznych drgawek po nieciągłość mówienia i myślenia. Co gorsza, jak szybko się okazało, nie były to odosobnione przypadki, bo robotów potrzebujących pomocy było coraz więcej. Było to coś zupełnie nowego – dotąd mechaniczny system uważany był za niezawodny za wyjątkiem przypadkowych urazów z zewnątrz, gdy wystarczyło jedynie zastąpić niedziałającą część lub nastroić do stanu początkowego. To mechaniczni lekarze umieli najlepiej, tego nauczyli się od ludzi i teraz zdali sobie sprawę, że pomimo czynionych od lat postępów w badaniach nad samymi sobą, nie wyszli poza zastępowanie starego nowym, uzupełnianie i manipulowanie ustawieniami w tym, co zawsze było. Ale co jeśli to nie wystarczy, jeśli testy każdego elementu z osobna nie sugerują nawet najmniejszego błędu, a słabość zdaje się tkwić w samej istocie systemu? Statyczne umysły elektroniczne okazały się bezradne wobec rozpędzającej się epidemii, dopóki ktoś wreszcie nie odważył się przyznać, że konieczne będzie odnalezienie ludzkiego programisty. Tylko czy opuszczonej przez cywilizację dziczy, w ostatnim miejscu, w którym oddychanie nie jest zakazane, uda się znaleźć kogokolwiek, kto wie coś o komputerach? A jeśli tak, czy będzie chciał pomóc?

Źle jest odcinać się od własnych korzeni i wmawiać sobie, że możemy poradzić sobie bez nich, ale jeszcze trudniej potem do nich wrócić i połączyć na nowo dwie drogi, z których każda rozwinęła się w inną stronę. 1386940335 wyobrażał to sobie o wiele za prosto. Oczekiwał gromadki pogrążonych w marazmie i stagnacji, choć sprawnych intelektualnie, pustelników, marzących o szansie na powrót do cywilizacji, którą on, istota wyższa i doskonalsza, będzie mógł ich uszczęśliwić. Tymczasem zastał samodzielny, całkiem uniezależniony od cywilizacji dziki-naukowy mikroświat, w którym ludzie, choć już nie pamiętają czasów sprzed podziału, starają się pomimo ograniczonej przestrzeni żyć po swojemu, z pracy na roli i handlu, wznosząc skomplikowane budowle i produkując energię z piasku. Roboty, choć nie są obiektem nienawiści, wzbudzają raczej niechęć i jeśli już trafią się jakieś z zewnątrz, są przymusowo przystosowywane do usługiwania człowiekowi i ciężkich prac fizycznych, z dala od tych wymagających inteligencji. Co zresztą bardzo pomaga 1386940335 szybko znaleźć kogoś znającego się na urządzeniach, choć zdecydowanie nie w okolicznościach, jakie by mu się podobały. Nie da się ukryć, że jako wyjątkowo uzdolniony przedstawiciel swojego „gatunku”, musiał ściągnąć na siebie kłopoty. A to dopiero ich początek, kiedy wychodzą na jaw dalsze informacje o tajemniczej chorobie i niektórych z naukowców.
Wydaje się, że w ludzkim mieście nie ma niczego wyjątkowego, ale tętniące życiem, głośne, pełne zamętu skupisko to dla uporządkowanej, spokojnej sztucznej inteligencji o wiele za dużo. Ludzie zarazem zachwycają i przerażają 1386940335 swoją nieprzewidywalnością, impulsywnością, bezmyślnością, a jednocześnie tym, jak często tego rodzaju reakcja okazuje się najskuteczniejsza. Co prawda losy powolnego, wiecznie zamyślonego mechanicznego introwertyka takiego jak byłyby tutaj szybko przesądzone, zanim zdążyłby on to wszystko zaobserwować, na szczęście znalazł się pewien ciekawski informatyk, który, pomimo własnych niejasnych „planów”, dostrzegł w nim potencjał na coś więcej niż pożyteczny automat. Dzięki temu udaje się jemu i nam poznać trochę ten dziwny, sprzeczny wewnętrznie świat współpracy z nieskażoną naturą, w którego nieskończonych podziemiach wciąż rozwijają się obce większości śmiertelników niewiarygodne technologie, a mroczne plany zemsty czekają na realizację. Nie wystarczy jednak tylko się przyglądać – żeby coś zdziałać, sprzeciwić się, a do tego znaleźć pomoc, trzeba wejść w ten świat głębiej, a im głębiej wchodzi w ludzki świat 1386940335, tym wyraźniej widzi, że za jego paskudne wypaczenie odpowiedzialni są nie naukowcy, ale właśnie... tacy jak on.
Mroczna, przejmująca wizja przyszłości, w której nie wiadomo, kogo obwiniać, komu kibicować, bo jedyne działanie, które można podjąć, to tylko obrona przed przyszłym albo minionym złem.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

79.Coś tam się stało” (Moih Ge)

Południowa część planety Elzen zawsze była dziwna. Odcięta politycznie i handlowo, milcząca, pozbawiona głośniejszych wydarzeń, konfliktów czy wyróżniających się twarzy. To by jednak nikomu nie przeszkadzało w nadzwyczaj rozwiniętej technologicznie i wspaniale prosperującej grupce krajów, gdyby ci, którzy jechali je odwiedzić, zawsze wracali. Nie zawsze jednak tak było – począwszy od dociekliwych agentów, z pomocą których korporacje próbowały wykraść sekrety tajemniczych państw, przez bardziej ciekawskich turystów, po tych, którzy po prostu próbowali odszukać swoich bliskich, którzy wyjechali wcześniej, wszyscy z mało przekonujących względów decydowali się pozostać w obcym miejscu na stałe. Nie to, że urywał się kontakt – łącza bez przewodowe ani na chwilę nie przestawały pracować ani po owej decyzji, ani przed nią, nie było żadnych porwań, żadnych wymuszeń.
Taber Ta, pasjonat badań procesów myślowych i inspirowanych nimi wynalazków, doskonale wiedział o tych problemach. I na pewno nie zbliżałby się do granicy, gdyby nie opracowane przez niego właśnie urządzenie i uzyskane przez niego wyniki. Działanie, polegające na wyodrębnianiu obszarów, w których skupia się aktywność inteligencji ludzkiej, sprawdzało się wspaniale, ukazując przepływ fal energetycznych, a skany szerszej przestrzeni uzyskane z poziomu satelity zachwyciły Tabera. Dopóki nie dostrzegł obrazu z dolnej półkuli, złożonego nie jak poprzednio z punktów, ale z całych plam, które rozciągały się kilometrowymi pasmami. Co to mogło oznaczać? Taber początkowo stawiał na błędy, spowodowane przez fale gamma, których ogromne ilości produkują elzańskie komputery. Sprawa nie wydawała się jednak być taka prosta, tak więc ostatecznie za namową i w towarzystwie przyjaciela Omiga Se, od dawna zaintrygowanego, co się w tamtej strefie może dziać, postanowił opuścić bezpieczne laboratorium i polecieć do Pelienu.
Początkowo jedyny dowód faktu, że coś jest nie tak, stanowi sam obraz z urządzenia, które pomimo ciągłego zwiększania dokładności, wciąż pokazywało to samo – inteligencję rozmytą między ludzi, ziemię i przedmioty. Oraz zachowanie mieszkańców, którzy niezmiennie sprawiali wrażenie sennych i nieobecnych... Mimo to gościnnych – z radością oprowadzają dwójkę badaczy po kopalniach, rozległych pracowniach komputerowych, w których „mogą myśleć” i hodowlach białej, kalafiorowatej rośliny, która nie rośnie nigdzie poza tymi paroma krajami... Wystarczy jednak, że Omig sam spróbuje dołączyć do informatyków piszących na klawiaturach, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli, powrót już nie był prosty, a opis rzeczywistości, który dał Taberowi jego wynalazek, stał się przerażająco oczywisty...

Literatura Elzen zgodnie klasyfikuje Coś tam się stało jako horror, jednak czy ta książka naprawdę straszy? Teoretycznie tylko zaciekawia – najpierw zachowaniem mieszkańców południowych rejonów, potem tym, co je powoduje, a wreszcie tym, jak się w nim połapać, żeby do nich nie dołączyć i dopiero te dwie ostatnie rzeczy zaczynają być niemiłe, pomimo że... działają na takiej samej zasadzie, co ta pierwsza i pewnie trudno byłoby wydzielić, kiedy prawdziwe obawy się zaczynają. Okazjonalne przykłady tego pierwszego natomiast autor podrzuca nam, zanim jeszcze do akcji dołącza Taber – odbierane z sieci półprzytomne i dziwnie lękliwe tłumaczenia na temat kamieni, komputerów i śniegu trochę śmieszą, trochę zastanawiają, ale nie budzą grozy. Czego innego doświadcza już Taber, który jest świadkiem tego, jak większość tego, co mieszkańcy mówią, nie jest obmyślane w ich ciałach, a gdzieś pod ich stopami. I który im więcej spędza czasu w ich towarzystwie, tym szerszy sens zaczyna wyłapywać z abstrakcyjnych napomknięć o niezbłędnych kalafiorowych roślinach, dokładaniu budulca do kopalni i udoskonalaniu wody. Oraz oczywiście komputerowych maszynach liczących, które znajdują się po zupełnie innej stronie klawiatury niż nam się wydaje.
Najlepsze w tej układance jest to, że nie wiadomo, czy w ogóle można coś z niej ułożyć. Bo, owszem, mieszkańcy nam coś mówią, zwłaszcza Omig, którego główny bohater wciąż ciągnie ze sobą, ale czy to aby na pewno oni sami starają się dać nam podpowiedź, prosząc o pomoc i walcząc ze swoim umysłem, czy mamy do czynienia od początku do końca z bezwzględną sztuczną inteligencją, która chce sobie powiększyć procesor o mózg Tabera? Zainteresowanie czytelnika główny bohater przyciąga mniej – na pierwszym planie jest zderzenie skonfundowanej psychiki bezradnych, nierozumiejących, co się z nimi dzieje, ludzi, z cyfrową mechaniką, która nimi zawładnęła. Niezapomniana jest scena w przerośniętej bibliotece, gdzie Peliency są w stanie mówić niemal wyłącznie za pomocą liczb, a jeden z nich, wywołany kilkakrotnie przez zdesperowanego Tabera, wymawia z bólem powoli każdą z cyfr z osobna, z rozpaczą na twarzy, która zdawała się opisywać całkiem inną treść. Ciarki wywołuje zresztą już sam opis tego, jak pracownicy poruszają palcami na klawiaturze, patrząc przed siebie, albo to z jakim lękiem stoją nieruchomo, kiedy nie są do niczego potrzebni, a wreszcie zbiory dokumentacji technicznych, które okazują się być zbiorami na równi papieru i ludzi. Czy to wszystko może być żartem komputera, który niejednokrotnie tu pokazywał, jak łatwo idzie mu nauka sposobu odczuwania istot żywych i jak dobrze potrafi na grać na emocjach bohatera (i czytelnika)? Finał wskazuje, że tak, ale i że zawsze istnieje też ta jedna ukryta szansa, szczegół, który można wykorzystać – lub nie. Trzeba jednak wreszcie odgadnąć, co jest oszustwem, co nie jest, i jakie to wszystko może mieć znaczenie.
Polecam zarówno tym, co lubią się bać, jak i tym, którzy lubią się zastanawiać. W jednym i drugim przypadku chodzi o nieznane.

poniedziałek, 27 lipca 2015

75.Słowo smoka” (autor nieznany)

Twoo Promef Roo odkrywa w głębi jaskiń stworzenie, które my z pewnością nazwalibyśmy smokiem. Dwie pary skrzydeł, łuski i wielkie błoniaste uszy wzbudziły w mężczyźnie lęk i zdziwienie, ale potworek zdawał się być jeszcze mały i nieporadny, jakby niewiele minęło od jego przyjścia na świat. Skąd się wzięło? Nie wiadomo, jednak po ogłoszeniu znaleziska natychmiast stało się dla wszystkich jasne, dlaczego się pojawiło. Prorocy i liczbowi wróżbici natychmiast znaleźli jego miejsce w przepowiedniach i legendach, obiecujących odrodzenie krainy. Gawskoogo od wielu lat już dręczyły głód i bieda, a obce wojska coraz częściej pustoszyły okolice, jednak zagubieni oligarchowie pomimo starań nie potrafili zatrzymać postępującej katastrofy. Mieszkańcy ze smutkiem wspominali odległe czasy, gdy ich kraj słynęła z zielonych pól, dostatku oraz mądrości, dzięki której panował tu spokój i szczęście. Teraz wszystko to znów miało powrócić - za sprawą magicznego stworzenia, które obroni swoich opiekunów przed złem i na nowo nauczy rządzić państwem.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...

Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.

poniedziałek, 20 lipca 2015

74.Impreza kwantowa” (Wanweworsyn Egnlo)

Nauka cywilizacji planety Erydanu, skupiona zwłaszcza w położonym na północnej półkuli Hanpsatii, zmaga się właśnie ze sprzecznościami mikroskopowego świata kwantów. Nowe, niemożliwe dotąd techniki obserwacyjne i eksperymenty owocowały zagadkowymi wynikami i zależnościami, jakich nikt się nie spodziewał. Jak to możliwe, że elektron pojawia się w oczekiwanym miejscu tylko z określoną częstotliwością? Jak wyglądają jego relacje z jądrem atomu? Gdzie zaczyna się przewidywalność zwykłej materii? Za obserwacjami szły teorie, którymi próbowano wyjaśnić zjawisko, ale ogólnie przyjęta na Ziemi wersja oparta na falowo-cząsteczkowym zachowaniu materii była tylko jedną z wielu. Niejaki Frekstren bynajmniej nie należał do jego zwolenników. Młody naukowiec miał głowę pełną własnych pomysłów na poznanie natury cząsteczek i nie trzymał się żadnej konkretnej teorii, wierząc, że wielkie odkrycie dopiero przed nami. Tej konkretnej jednak nie lubił szczególnie. Możliwość, że elektrony tak naprawdę nie są czymś materialnym, a zamiast tego każdy z nich istnieje jednocześnie w wielu miejscach w zależności od prawdopodobieństwa, uważał za absurdalną i za tani wykręt do ułatwienia sobie obliczeń. Tymczasem konieczność skutecznego poradzenia sobie z tą niejasnością nie była tylko kwestią naukową - Erydanuanie właśnie wykryli pojawienie się stacji kosmicznej nieznanej cywilizacji na orbicie sąsiedniej planety i podejrzewają przybyszów o niezbyt dobre zamiary. Przy tym sposób poruszania się, przemieszczania, a nawet lokalizacja w przestrzeni pojedynczych osobników wydają się sugerować istnienie u nich jakiegoś zjawiska makrokwantowego...
Początkowo jednak ta jakże poważna sytuacja zdaje się być raczej tłem dla tego, od czego właśnie zaczyna się historia - przed Frekstrenem pojawia się jego własne odbicie, które nakazuje mu pod żadnym pozorem nie zbliżać się do stacji kosmicznej, jak to ochrzczono budzących obawy kosmitów, Doninajów. Pojawia się, a następnie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień rozpływa się w ścianie. Na naukowcu dziwaczna scena pewnie zrobiłaby wrażenie, gdyby nie to, że męczy się już z podobnymi zjawiskami od dłuższego czasu - przyjacielowi opowiada o jego „duchach” pojawiających się w nocy, mówiących na ślepo do ściany, wystających z podłogi, a potem niespodziewanie znikających, jakby ktoś je poganiał. Do tego dochodzą niedorzeczne sny, które jednocześnie coraz trudniej mu odróżnić od rzeczywistości. Spore jest jego zdziwienie, kiedy wreszcie prośba okazuje się mieć swój sens - wojsko decyduje o przeteleportowaniu jednego z najzdolniejszych fizyków, żeby dzięki kamuflażowi wmieszał się w tłum obcych i spróbował czegoś dowiedzieć o ich nieuchwytnej naturze. Na kogo pada wybór? Frekstren początkowo, zgodnie z prośbami zjaw, odmawia. Kiedy jednak mimo to duchy pojawiają się ponownie, znajduje w tym jedyny sposób na uwolnienie się od nich i dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. Trafnie, bo będzie miała ona bezpośredni związek z zachodzącymi tam kwantowymi zjawiskami. Tyle że odpowiedź mu się nie spodoba...

Nieziemskie recenzje rzadko należą do łatwych, ale tutaj problemy zaczęły się już przy tytule. Pomimo że wersja, na którą się zdecydowałam, to w sumie najpopularniejsze podejście do oryginalnego Pristeearwendoninaj, ale jednak jest to tylko płaskie uproszczenie, bo Pristeear oznacza zarówno zabawę, rozrywkę, jak i po prostu chaos, także w znaczeniu naukowym. Zarówno na innych planetach, jak i na samym Erdeenu (z którego pochodzi Wanweworsyn Egnlo) przyjęło się podkreślać niezwykłe znaczenie niewielkiego, zlokalizowanego na stacji punktu tanecznego, do którego Frekstren w pewnym momencie trafia, pomimo że zjawisko kwantyzacji zaczęło oddziaływać na niego już po samym przekroczeniu granicy statku. Tym bardziej świadczy to o piorunującej sile sceny, gdy fizyk decyduje się wejść do ogłuszająco hałaśliwej, pełnej jednocześnie mroku i kolorów sali, gdzie dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że z każdej strony otaczają go jego własne kopie... Żeby było jeszcze ciekawiej, wystarczy przesunąć spację trzy litery dalej, żeby impreza zmieniła się w... inne określenie cząsteczki kwantu (co ładnie świadczy o tym, jaki i w realnym świecie autora był z nimi bałagan), a całość stała się znaczeniowym masłem maślanym, wymieszanym zbitkiem, które nie powinny znajdywać się obok siebie, co z kolei zdaje się nawiązywać do tego, co przytrafiło się Frekstrenowi później. Od panicznego momentu na imprezie w jedno zlał się czas, zlała się przestrzeń, wymieszały się momenty i miejsca, gdzie czy kiedy Frekstren był z tym, gdzie i kiedy nie był. Nawet, kiedy opuścił (dość szybko zresztą) ciemną salę, nadal znajdował się w środku; czuł, jak znajduje się w wielu miejscach i czasach naraz, niezależnie od wszystkiego. Coś, co dla Doninajów było szczytowym dziełem ich cywilizacji, dzięki któremu byli w stanie zwielokrotnić swoją siłę, wiedzę, uniezależnić poruszanie się od czasu i przestrzeni, a nawet oszukiwać śmierć, kogoś, kto tego wynalazku nie pojmuje, mogło doprowadzić do szaleństwa.
Ciężko recenzować coś, co wydaje się składać z kilkunastu różnych (nie żeby kompletnych) ciągów wydarzeń - już samo zarysowanie akcji (w jednej konkretnej kolejności) zdaje się być dużym spoilerem, zwłaszcza że zarysowuje związek między niektórymi z nich. Widzimy z perspektywy „spotkania” na imprezie, że poprzednie wizje naukowca były nim samym z przyszłości, gdy próbował sam siebie (mało umiejętnie) ostrzec przed złą decyzją. Ale co będzie później? Czy to, że przeszłość już się zdarzyła, o czymkolwiek przesądza? A może są jeszcze inne, jeszcze bardziej nienaturalne i przerażające linie czasu, z których wreszcie jedna przyniesie rozwiązanie? Czy znajdzie się sposób na przechytrzenie nieznajomych i uratowanie Erydanuan? Podążając za jednym z duchów wreszcie znajdziemy odpowiedź razem z Frekstrenem.

poniedziałek, 13 lipca 2015

73.Inwazja” (Donna Werwo)

Czasami o całym naszym życiu i przyszłości decydują sekundy, których nikt nie byłby w stanie przewidzieć – oto pewnej nocy, na pewnej przypadkowej planecie zwanej Zerminą, rozbija się statek kosmiczny. Świadkami zdarzenia oraz śmierci jego jedynego pasażera jest trójka młodych Zerminian. Zanim jednak podróżnik, jak się okazało z rasy Awrilonów, traci przytomność, przekazuje nieznajomym ostrzeżenie o apokaliptycznej inwazji, nieuchronnie czekającej ich planetę. Oraz niezwykłą umiejętność, dzięki której być może uda im się ją uratować. Dotknięcie dłoni przybysza i przejęcie jego mocy było ostatnim, o co Awrilon poprosił. W ten niecodzienny sposób, czy im się to podobało czy nie, Rdine, Ssowi i Garoi nabyli zdolność stawania się niewidzialnym, a wraz z nią – wielką odpowiedzialność i niełatwy cel pokrzyżowania planów złych Jeronów, największych wrogów Awrilonów, którzy mogli dotrzeć na Zerminę w każdej chwili. W wykryciu ich obecności miał trójce wybrańców pomóc nowy zmysł, ponieważ już samo to było wyzwaniem – Jeronowie byli czymś w rodzaju zespołów nanorobotów, które przejmowały umysły swoich ofiar, od tej pory działając za ich pomocą. Nikt nie mógł zauważyć przybycia kosmitów, może nawet byli na planecie już teraz...
Rdine, Ssowi i Garoi bardzo się od siebie różnili, podobnie też było ze wprawą w wykorzystywaniu nowych możliwości, ale żadne z nich nie zwlekało z użyciem jej do walki z obcymi – w końcu losy świata zależało tylko od nich. Nikt inny nie znał prawdy i nikomu też nie mogli ufać. Inwazja naprawdę miała miejsce – pierwsze sygnały charakterystycznego podobnego do hipnozy mechanicznego zakażenia znaleźli już w kilka dni po spotkaniu z Awrilonem. Ofiarą okazał się pracownik wysokiego szczebla korporacji ogólnoświatowej, zajmującej się najnowszymi technologiami, które jak młodzi Zerminianie się dowiedzieli, w rzeczy samej mogłyby się bardzo przydać Jeronom... Kosmiczna zdolność pozwoliła im dotrzeć do niego natychmiast, a potem już tylko jeden dotyk wystarczył, żeby wypędzić obcych i przywrócić zakażonemu władzę nad umysłem. Uratowany sam przyznał, że pracował dla Jeronów i własnoręcznie spalił wszystkie swoje prace, które mogłyby zagrozić światu.
Wybrańcy nabierali pewności siebie i coraz lepiej wykrywali otaczające niebezpieczeństwa. Nie tylko współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, ale i odkrywali w sobie wciąż nowe umiejętności potajemnie przekazane im przez Awrilona. Oprócz niewidzialności i intuicji pojawiła się siła i szybkość, a dzięki skrzydłom, które niegdyś widzieli u przybysza, powoli uczyli się latać. Czuli, że to właśnie do nich należy dar i przekleństwo kierowania losami świata, opiekowania się nim i poprawiania go, cokolwiek miałoby się z nim stać. Mimo to cicha wojna wyraźnie się zaostrzała i z każdym dniem przerażająco przybywało ludzi, których zachowanie niepokoiło Rdine, Ssowi i Garoi. Coraz częściej wydawały się to być osoby zupełnie zwyczajne, u których jedynie maleńki element osobowości zdawał się wskazywać na to kosmiczne zniekształcenie, które miało doprowadzić do inwazji. Nie minęło więcej niż kilkaset dni jak z wysoko postawionych i silnych ofiarami Jeronów zaczęli padać Zerminianie coraz bardziej niepozorni, w różnym wieku i w różnych częściach świata... Czyżby jedynym wyjściem było uzdrowić wszystkich mieszkańców planety? A może odpowiedź leży zupełnie gdzie indziej?

Zerminianie, która to rasa istnieje naprawdę i do której właśnie należy autor, bardzo lubią szczęśliwe zakończenia i wynoszenie głównych bohaterów na piedestał, nic więc dziwnego, że Inwazja wywołała ogólne niezadowolenie. Historia, która początkowo wydaje się zmierzać w jednoznacznym kierunku, w pewnym momencie wywraca się do góry nogami i stawia czytelnika w punkcie, w którym nic nie jest tym, czym miało być. Postacie, którym cały czas bezkrytycznie towarzyszyliśmy, okazują się nagle być już kimś zupełnie innym niż na początku. Tajemniczy osobnik z nieba, któremu z miejsca przypisaliśmy wszystkie cnoty i wielką dobroć, którego podziwialiśmy za zaufanie, którym obdarza nieznajomych, w jednej chwili staje się potworem, przed którymi sam zdawał się ostrzegać. Jedynym człowiekiem, któremu możemy zaufać, staje się jeden z tych, któremu przez cały czas jakimś sposobem udaje się umknąć przed dotykiem Rdine, Ssowi i Garoi i który przez długi czas zdawał się naszym największym wrogiem. Donna niezwykle delikatnie i błyskotliwe opisuje fabularną przemianę, której początkowo nie zauważamy, której przez pewnej czas wręcz nie chcemy zauważać, ale którą w końcu ów człowiek stawia nam przed oczami i już nie można przed tym miażdżącym faktem uciec. Jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z inwazji – prawdziwej, nie tej przyniesionej przez zapowiadanych Jeronów, którzy tak naprawdę nigdy nie nadlecieli. Rdine, Ssowi i Garoi nie zdawali sobie sprawy z obronnej postawy, jaką w międzyczasie przyjął świat. Przeciwko nim – niszczycielskim, bezwzględnym, niepowstrzymanym i cały czas rosnącym w siłę. Bezmyślnie realizującym rolę przypisaną im przez kogoś, o kim nic nie wiedzieli i nie zastawiający się nad tym, czym sami się stają. W ten sposób oczekiwana chwila, gdy trójka bohaterów stanie twarzą w twarz z dowódcą najeźdźców swojej rodzimej planety, zmienia się w pojedynek, w którym ktoś inny, ktoś kto naprawdę chce ją ratować, musi przeciwstawić się im. Pytanie brzmi, czy Rdine, Ssowi i Garoi mu na to pozwolą.
Szokująca, pełna zaskoczeń i wzruszeń historia, w której pragnienie czynienia dobra zmienia się w zaślepienie, siła w przekleństwo, a dopiero słabość i desperacja – w jedyną nadzieję i bohaterstwo. Niesamowite.

poniedziałek, 6 lipca 2015

72.Najstraszniejszy” (Kwasg Wonfo Wonfo)

Ponieważ przez cały miesiąc towarzyszył nam bohater pozytywny, poświęcający się niesieniu pomocy i walki o sprawiedliwość, postanowiłam, że dziś opowiem o postaci, na myśl o której drżą mieszkańcy wszystkich planet układu Gawronisu (włącznie z takimi małymi robaczkami o pięciu nóżkach, którym przecież powinno być wszystko jedno)...

O Happa Goedoe słyszeli wszyscy w okolicach centrum Drogi Mlecznej, a nikt nie zapominał, w szczególności, jeśli miał nieprzyjemność stanąć z nim twarzą w twarz. My nazwalibyśmy go zapewne piratem, ponieważ żeglował po morzach i oceanach, choć być może z lekka wybiłby nas z rytmu fakt, że wody te były kompletnie zastygłymi taflami lawy, tak więc nasz bohater poruszał się po nich na zasilanym własnymi mięśniami trójkołowców. Mięśniami własnych płuc, bo jednak mowa jest o żeglowaniu. A że ów żaglowiec był duży, płuca Happy również musiały być imponujące. To jednak bez związku - w końcu to nie jego płuca* sprawiały, że każdy czuł przestrach na jego widok**. Tym, co to powodowało, było jego okrutne i pełne pogardy napawanie się widokiem ludzi, którzy tracili pewność siebie i chęć do życia, niekiedy popadali w panikę lub szaleństwo. By osiągnąć swój cel, wchodził do małych sklepików na obrzeżach metropolii, wybierał najtańszy produkt z oferty, po czym zmuszał pracowników do wydawania mu reszty z gigantycznych nominałów. Niektóre martety usiłowały uchronić się przed katastrofą instalując nowoczesny system płatniczy oparty na odczycie tożsamości z kształtu nosa, niestety, na próżno, bo Happa Goedoe odpowiadał wtedy, że nie posiada nosa (co zresztą było prawdą) i cała tragedia zaczynała się od początku. Czasami też, wychodząc, nie zamykał za sobą wejścia do łazienki, co obdarzone głęboką osobowością drzwi bardzo ciężko znosiły.
Nie można jednak zapomnieć o innym bohaterze, Udżi Lowi Piu, narratorze tej opowieści, który nie może patrzeć jak niecne rzeczy wyprawia Happa. Udżi jest niewidzialnym, acz superinteligentnym i wszechwiedzącym stworzeniem, które dostało się na trójkołowy pokład, myląc je z lodziarnią***, i odtąd towarzyszy piratowi we wszystkich jego podbojach i atakach, starając się jednocześnie uchronić niewinnych od nieszczęścia. Zawsze dzielnie i niestrudzenie podrzuca niezbędne drobne pieniądze oraz domyka drzwi do łazienki, ratując nie widzących go nieznajomych przed rozpaczą i frustracją. Tym bardziej ubolewa, że sam również nie posiada nosa, który pozwoliłby mu pomóc jeszcze większej ilości istnień. Warto też pewnie dodać, że Udżi Lowi Piu jest hipopopopotamem. Białym. A przynajmniej byłby biały, gdyby nie był przezroczysty. Nad czym zresztą też ubolewa.

Wielowymiarowa powieść psychologiczna, odsłaniająca nam dyskusyjną głębię i bogactwo zależnych od perspektywy kontestów jest tym, czym na pewno Najstraszniejszego nazwać nie można. Był to raczej swego rodzaju punkt wyjściowy dla Wonfo Wonfo, który zobaczył coś fascynującego w relacjach między pełnym nienawiści do sklepików piratem, a niewidzialnym białym hipopopopotamem o niezwykłym intelekcie. Ambitne plany zostały jednak przekreślone, gdy autor zdał sobie sprawę, że przecież pierwszy nie widzi drugiego, więc musiał nakreślić historię odrobinę inaczej. Stworzył więc pełen ciężkiego napięcia i ostrych zwrotów akcji horror, w którym nigdy nie wiemy, co się wydarzy, poza tym, że pewnie Goedoe znów wkroczy do jakiegoś małego sklepiku z niepomiernie dużym banknotem i przyprawi tym kogoś o palpitacje. Nigdy nie wiadomo, czy Udżi będzie w stanie pokrzyżować mu szyki, czy bilon znajdzie się, gdzie trzeba na czas, czy może tym razem hipopopopotam pogrąży się w zadumie nad tym, jak bardzo głupio by wyglądał, gdyby wyglądał.
Fani, jak to fani, odnajdują w Najstraszniejszym liczne odniesienia do kultury i mitologii planet Gawronisu, a szkice charakterologiczne zdają się być przestrogą rzucaną w stronę aktualnych rozmów wojenno-kolejowych. Chociażby sam Happa dla wielu symbolizuje przedwiecznego boga ognia, Egrawossadesa, który co prawda miał nieskazitelny charakter, nie posiadał pojazdu ani niewidzialnego towarzysza, ale za to miał płuca (choć niekoniecznie imponujące). Udżi natomiast chętniej jest kojarzony ze stworzeniami latającymi, futrzanymi, zwłaszcza niedużych rozmiarów i w ciemnych barwach, do których według czytelnicy zgodnie zaliczają białe hipopopopotamy.
Nie brakuje też jednak bardziej ekstrawaganckich odbiorców, którzy przy obcowaniu ze sztuką pisaną ograniczają się do podziwiania świata przedstawionego i podążania za akcją, które jednakże również nie zawodzą. Obaj podróżnicy co rusz zaskakują nas przeciwnościami losu, które im się przytrafiają - w jednym z rozdziałów Happa blokuje się w długiej kolejce, w której doświadcza frustracji, wzbudzając lęk nie dość skutecznie; w innym dokonuje zakupu gumowej sprężynki i zastanawia się, co z nią zrobić. Niewiele później natomiast doprowadza do paradoksu poprzez wzbudzanie lęku i frustracji w samym sobie, gdy nie jest w stanie zaparkować jak należy. My natomiast staramy się bezsilnie nadążyć za tokiem myślenia bezlitosnego maniaka, zawsze pozostając w tyle i zawsze mając ochotę na więcej.
Porywające, wyrafinowane i przerażające, w szczególności dla młodych marketingowców i doświadczonych pracowniczek ziemskiej sieci Biedronka****.


_______________
*Dokładniej: mowa tu o organie ssąco-dmuchająco-pochrupującym. Ale to naprawdę bez związku.
** A przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani.
*** Pomimo że lodziarnie z jego rodzimej Gagontii nie mają ani pokładów, ani kół. Tak, też tego nie rozumiem.
**** Biedronka istnieje jeszcze choćby na najbardziej gorącym z księżyców Jowisza, Io. Sprzedawane są tam najgorętsze torty lodowe w całym Układzie Słonecznym.

poniedziałek, 25 maja 2015

66.Zielone” (Inineniige Igsi Iwelii)

W domu Ingii Enwiinifi żyje sobie pewne stworzenie. Przypomina trochę ziemską roślinę, trochę grzyba, trochę bakterię, ale tak naprawdę nawet sam Ingii Enwiinifi nie ma pojęcia, czym to jest. Stworzenie przypomina korzeń ziemskiego drzewa, który zamiast włazić bardziej w ziemię, wypełza na zewnątrz, jednakże mocniej przylega do podłoża i ma kolor zielony. Ingii nie wie nawet, kiedy się pojawiło – było w jego domu od zawsze, ulokowane na styku kamiennej ściany z metalową, przez cały, porównywalny do naszych trzystu lat okres dwudziestu iliiwiniańskich miesięcy, stanowiący połowę życia Ingii. Nie żeby mu się to podobało – nie raz próbował pozbyć się gada, szorując ostrymi kamieniami, wypalając ogniem, próbując odcinać po kawałku czy starając się wykopać. Nic nie było w stanie w jakikolwiek sposób naruszyć struktury dziwacznej struktury, choćby zadrapać jego powierzchni. Oczywiście niby Ingii mógł się wyprowadzić, ale... w zasadzie nic go z domu nie wyganiało. Stworzenie po prostu tam było, siedząc jak wyjątkowo osobliwa ozdoba pokoju, nieruchomo, zawsze w tym samym rogu. Jednak Iliiwinianin, pomimo tego, że się nie wyprowadzał, martwi się, bo dziw nieco się zmieniał. Z ciekawości co jakiś czas bardziej się nim interesował i dzięki temu udało mu się zmierzyć, że przez pierwsze sześć miesięcy „ramiona” żyjątka wydłużyły się o jeden igsiil, równy mniej niż milimetrowi. Przez następne sześć natomiast o dwa igsille. Przez następne o cztery...
Jednym z największych cudów techniki Iliiwi jest dostępne dla każdego urządzenie stanowiące połączenie przepowiadacza przyszłości z wehikułem czasu – coś, co pozwala nam przelecieć kilka alternatyw przyszłości i powołać do istnienia tylko tę, która nam się podoba. Ingii Enwiinifi często jest pytany, dlaczego nie wykorzysta czaso-mysłu do usunięcia dziwactwa ze swojego domu, ale uparcie pozostaje przy swoim – nie zrobi tego i nie powie, dlaczego. Ale to nie jest prawda – Ingii już dawno wykorzystał możliwości dawane mu przez urządzenie, zarówno próbując zniszczyć zielone stworzenie za wszelką cenę, włącznie ze swoim domem, jak i sprawdzając opcję powiedzenia komukolwiek o swoich przemyśleniach oraz przenosząc się w najodleglejszą przyszłość w celu ich sprawdzenia. Niestety przewidywania potwierdziły się – jego zielony współlokator działał zgodnie z matematyką, nieosłabiony przez czas ani odległość. Po około siedemdziesięciu miesiącach, których już Ingii nie doczeka, wpływ dziwadła stanie się odczuwalny dla jego domu i naprawdę widoczny, natomiast po kolejnych siedemdziesięciu... Nie było jednak żadnego rozwiązania, ani jedna wersja wydarzeń nie dawała szans na ocalenie świata, tajemnicze paskudztwo zawsze przeżywało, niezależnie od tego, jak wiele nacji jednoczyło się, by je stąd wygryźć i jak wielu ludzi było gotowych zginąć razem z nim. Tym, co Ingii wybrał jako najrozsądniejsze, to zachowanie wiedzy na temat tego, co zobaczył, dla siebie, i wiara, że mieszkańcy Iliiwi wykorzystają pozostałe im kilka setek miesięcy na szczytne cele, szerzenie dobroci wobec siebie i zdobywanie doświadczeń, zamiast marnować je na wieczną walkę z czymś, czego nie można pokonać.

Trudno powiedzieć, dlaczego Inineniige napisał tę książkę, tym samym zdania krytyków są podzielone i bardzo różnorodne. Według niektórych jego zamiarem był horror psychologiczny oparty na wewnętrznej tragedii głównego bohatera i jego wizjach, w których miesza się to, co widział podczas swoich samotnych podróży, z tym, co po prostu przychodzi mu do głowy. Inni twierdzą, że to właśnie te abstrakcyjne, nierealne wizje były głównym celem artystycznym, a motyw niezwykłego stworzenia (które czasem też jest tu zaliczane do urojeń) jest tylko pretekstem do snucia cudacznych rozważań. Są też tacy (w większości pochodzący z konstelacji planet Imperium Zyngwozian), którzy twierdzą, że najmocniejszy nacisk został tu położony na motywy bitewne, całkiem często w tych wizjach się pojawiające, i że książka stanowi zachętę i pochwałę prób walki o własne życie, nawet jeśli nie ma to wpływu na nasze przeznaczenie. Nie chciałabym oczywiście sugerować wyższości którejkolwiek*, jednak do mnie najbardziej przemawia ta, zgodnie z którą zielone coś jest metaforą nieuchronnego końca, który w mniejszej czy większej skali stoi na drodze wszystkiego co robimy lub czym jesteśmy, i którego świadomość nigdy nas nie odstępuje. Mam wrażenie, że można bardzo dosłownie potraktować ostatnie wnioski głównego bohatera, który postanawia nie obarczać współrodaków wiedzą o zbliżającej się apokalipsie, pozwalając im się cieszyć życiem i wszystkim, co mają, i nie tracić sił na próbę zapobiegnięcia czemuś, do czego i tak musi dojść. Świadomość końca nie powinna nas zatrzymywać, ograniczać, bo myśląc o nim i bojąc się nie zyskamy czasu ani niczego innego. Autor zdaje się pochwalać beztroskie zapomnienie, w którym możemy się poczuć szczęśliwi oraz dawać szczęście innym, choć pozornie wydaje się to niezbyt mądre. Obawy i zastanowienie budzi jedynie Ingii Enwiinifi właśnie, który wie i już się tej wiedzy nie pozbędzie. Ukrywając ją przed innymi, a nawet niekiedy walcząc o to, by ktoś inny nie wykorzystał czaso-mysłu do poszukiwań, czyni się nieszczęśliwym i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ma się wrażenie, że dręczy go odpowiedzialność za los całej planety, jak gdyby to on swoją decyzją wybrał dla niej zakończenie.
Coś bardzo frapującego, zastanawiającego i zyskującego dziwną iskierkę nadziei dokładnie wtedy, gdy przepadają ostatnie szanse na dobre zakończenie.


A na zakończenie – niespodzianka! Następna recenzja otworzy nam miesiąc czerwiec i tym samym będzie pierwszą z tematycznej serii Czerwiec z Intrawikiem aw Łelorą, który ponad rok temu podbił serca Czytelników książką Złodziej kamieni. Wierzę, że sprostam wyzwaniu i się Wam spodoba ;)


_______________
*Sam Inineniige Igsi Iwelii odżegnuje się jednakowo od każdej teorii, powtarzając uparcie, że nic nie pamięta. Co to idei i zamiarów tego zachowania interpretatorzy również nie są zgodni.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

60.Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)

Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.

Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.

poniedziałek, 30 marca 2015

58.Ostrze dźwięku” (Sestro 17 Wawha)

Bohater tej historii, Fou 4 Egwniroln, poświęcił życie pracy nad tajemniczym zjawiskiem rezonansu dźwiękowego i jego niekorzystnym wpływem na organizmy żywe zamieszkujące jego rodzimą planetę, Onię 1 Gdis. Początkowo zajmował się nim jako detektw-fizyk, którego zadaniem było wykrywanie niebezpiecznych sytuacji i ratowanie ludzi przed paraliżem, potem przeszedł do pracy naukowej, poszukiwań przyczyny i przede wszystkim badań, jak pomóc tym, którzy w melodyczną pułapkę już wpadli. Oniański umysł jest specyficzny, jeśli chodzi o reakcję na regularne dźwięki. Na ich podstawie opiera się cały proces przesyłania informacji myślowych w ciele, przez co już pojedynczy powtarzany sygnał zewnętrzny prowadzi do zamroczenia i utraty kontroli nad sobą. Kiedy współgrających dźwięków jest więcej, umysł wchodzi w stan półprzytomnego oderwania od świadomości, z którego nie jest w stanie się wydostać nawet po ustaniu melodii. Uwięziony w częstotliwości dźwięku umysł traci zdolność myślenia inaczej niż według danej piosenki i zostaje wyczyszczony z własnej świadomości. Nic dziwnego, że każdy rodzaj muzyki w świecie Fou 4 jest zabroniony - wystarczy kilka minut melodii w eterze, żeby sparaliżować wszystko w zasięgu jej głośności. Nie wszyscy jednak podporządkowują się prawu...
Fou 4 Egwniroln jest bliski opracowania rozstrajającego antydźwięku, gdy dochodzi do serii przestępstw, których celem padają kolejne urzędy bankowe. Prędko wychodzi na jaw, że bronią złodziei jest właśnie dźwięk, którego krótkimi seriami hipnotyzują, kogo zechcą. Dlaczego jednak dźwięk nie oddziałuje na ich samych? I dlaczego większość z potencjalnych ofiar zostaje oszczędzona? Nie trudno się domyślić, że do rozwiązania zagadki zostanie wyznaczony, jako zasłużony naukowiec i doświadczony detektyw, oczywiście Fou 4. Pomimo obaw zgodził się on, choć niechętnie, głównie z poczucia obowiązku oraz możliwości poszerzenia wiedzy o nowe „obiekty badawcze”. Wkrótce okazało się, że otrzyma aż nadto zarówno od strony naukowej, jak i śledczej - z jakiegoś powodu omamieni dźwiękiem ludzie budzą się z niewybudzalnego rezonansu, nie zachowują się już jednak tak jak dotychczas. Jednocześnie Fou 4 odkrywa, że za wszystkim stoi Dealir 10 Rofnoeh - król złodziei, który dawniej wielokrotnie stawał mu na drodze. Kariera Dealira 10 skończyła się jednak wraz ze wpadnięciem w pułapkę melodyczną wiele lat temu. Więc...?

Zabawne, że ze zwykłej awersji do muzyki powstał na Onii 1 cały, i to bardzo efektowny, gatunek literacki. Tak naprawdę „uwięzienie w piosence” nigdy Onianom nie groziło - po prostu mieli wrodzony antytalent do tworzenia dobrej muzyki. Kolejne pokolenia, bardziej już kosmopolityczne, którym nikt nie miał ochoty wyjaśnić, dlaczego na ulicach jest tak cicho, znalazły na to własne wyjaśnienie, które pchnęło do przodu kryminalno-sensacyjną część twórczości ich świata. Razem z owym pokoleniem na planecie niedługo pojawiły się oczywiście międzyplanetarne utwory muzyczne, co przyczyniło się do znacznego złagodzenia pełnej mroku i tajemniczości sławy akustyki, jednak dzieła takie jak Ostrze dźwięku pozostały i do dziś wzbudzają podziw.
Sestro 17 Wawha działa tu na bardzo wielu płaszczyznach. Z jednej strony nie wiadomo, czy eksperymentalny lek Fou 4 zadziała, a nie jest łatwo się tego dowiedzieć nie tylko dlatego, że pacjenci mu pouciekali - do oderwanego od rzeczywistości człowieka dźwięk już nie dociera. Z drugiej - dlaczego „styl” włamań, miejscówki i uczestnicy kojarzą się z kimś, kto, z praktycznego punktu widzenia, przestał żyć? Z tego ostatniego można trafnie wnioskować o wątku naukowym, który nam nieco objaśni - okaże się, że Fou 4 ma w tej dziedzinie konkurenta do nagrody Saspresa (odpowiadającej naszej nagrodzie Nobla), który co prawda uśpionego umysłu nie potrafi uwolnić, ale potrafi zrobić z nim coś o wiele ambitniejszego i paskudnego, co pozwoli zmusić „nastrojonych” wybrańców z banku do kontynuowania planów bandy w najdrobniejszych szczegółach. Nie zabraknie też paru słów o tym, dlaczego właściwie każdy (nie tylko główny) bohater jest tutaj tak zdeterminowany na osiągnięcie celu. Czy zawsze chodzi tylko o dobro świata albo tylko o pieniądze?
Pomimo że groźne zjawisko tak naprawdę nie istnieje, czytając tę książkę ciężko o tym pamiętać - autor fantastycznie orientuje się nie tylko w tym, jak mogłoby wyglądać wnętrze umysłu opętanej osoby, ale przede wszystkim w tym, jak na rozpętaną muzyczną psychozę reagowałyby pojedyncze (mniej lub bardziej charakterystyczne) jednostki i całe społeczeństwa. Nie będzie pewnie zaskoczeniem fakt, że jest to kolejny z elementów gry, w jaką wciąga nas Sestro 17 rękami genialnych przestępców.
Warto przeczytać choćby dla jednego z tych aspektów i przerazić się, co by mogło się zdarzyć, gdyby coś tak wspaniałego jak muzyka, mogło mieć na nas tak destrukcyjne oddziaływanie.

poniedziałek, 16 marca 2015

56.A-fe Cafe*” (Dondżo Orino)

Czy mogą mieć coś wspólnego ze sobą nierealny wyścig dusz, ludzkie marzenia o zostaniu cyborgiem, odłamki komputerów porozrzucane w ciemnym lesie i najobrzydliwsza kawa świata? Tak, jeśli za sterami siedzi Dondżo Orino.

W świecie którym każdą część swojego ciała, włącznie z mózgiem, sercem i oczami, możesz zamienić na jej nieśmiertelny odpowiednik elektroniczny, podział na żywych i martwych przestaje być taki jednoznaczny. Niełatwo jest więc określić, czym są niematerialne byty, wędrujące po przypominającym rzekę niebie i ponad wszystko skoncentrowane na pogoni za tajemniczym celem, być może tak samo efemerycznym jak one same. Wydają się myśleć, wiedzieć, czego dlaczego to robią i czym jest ów punkt, jednak tak naprawdę tylko do czasu, gdy wróci im pamięć co do tego, jak się to robi naprawdę - oraz wielu innych rzeczy. Wszystko za sprawą tytułowej kawiarni, do której z powodu pływowego zbiegu okoliczności dwa z nich dosłownie wpadają. Nie są zachwycone zdarzeniem i za wszelką cenę próbują się wydostać z przyziemnego świata pełnego ludzi, by kontynuować swój nierealny wyścig. Tylko początkowo jednak, bo obserwacja żywych szybko okazuje się o wiele ciekawsza, niż to, co pochłaniało ich dotychczas - zaskakuje ludzkim niezdecydowaniem, strachem, oczekiwaniami, z których lwia większość kręci się wokół kontrowersyjnej korporacji bioelektronicznej o nazwie Atlanwo, zajmującej się "ulepszaniem" istot żywych, która sukcesywnie zagarnia rynek. Absorbujące są nie tylko te obserwacje, ale przede wszystkim coraz dziwniejsze wspomnienia na temat ich własnego życia przed wyścigiem, które one przywołują, a które zdają się sugerować, że dwoje obserwatorów miało już z Atlanwo do czynienia. Zanim jeszcze sytuacja na dobre się rozjaśnia, dusze spotykają w restauracji... swoje dawne ciała. materialne, już półrobotyczne twory, choć pozbawione już dusz, o których wiedzą tylko one same, wydają się być idealnym narzędziem, by pomóc właścicielowi A-fe Cafe. Lunu Loż Fi, bo tak się on nazywa, zajmuje się mianowicie nie tylko kawą, której okropny smak ma przypominać zrobotyzowanym klientom niedostępne dziś dla nich pozbawione przyjemności elementy dawnego życia, ale także prowadzi jednoosobową batalię z Atlanwo, o której dotąd nie wiedział nikt prócz niego. Pierwszą wskazówką może być wyludniony las zaśmiecony elektroniką, która niegdyś pełniła rolę mechanicznych zastępników. Zapisane w nich wspomnienia i wiedza wciąż są dostępne dla pomagających Lunu dusz, dzięki czemu wyjdzie na jaw prawda o totalitarnych planach Atlanwo i tym, co firma jest w stanie zrobić, żeby wprowadzić je w życie.

Nie da się ukryć, że tak niespotykaną mozaikę wydarzeń, porównywalną tylko z Pleśnią i trocinami, ciężko jest ogarnąć, a na pewno nie uprości sprawy fakt, że wszystko opowiadane jest z perspektywy dwóch oderwanych od rzeczywistości dusz, początkowo w ogóle nie przejmujących się ziemskim otoczeniem i oceniającym je przez pryzmat podniebnej logiki, jeśli w ogóle. Lunu Fi nie doświadcza wprost ich obecności (poza zaskakującym zachowaniem dwojga gości, którzy, jak dotąd sądził, nie darzą go sympatią), mamy tu więc coś w rodzaju narratora trzecioosobowego. Do tego wszystko wiedzącego, bo choć ezoteryczni przybysze nie są w stanie niczego dotknąć, to mogą swobodnie czytać myśli ludzi w pobliżu, a także w pewnych granicach wpływać na to, co myślą - na czym zresztą opiera się sztuczka z manipulowaniem ich ziemskich odpowiedników. Brzmi groźnie? Niesłusznie, Orino dobrze wie, co robi. Każdy szczegół tego, w jaki sposób "ustawił" narrację, wykorzystuje do tego, żeby nas oczarować albo zaintrygować, nie skonfundować. Telepatyczne zdolności zagubionych duszyczek nie są tylko praktycznym sposobem na posuwanie akcji do przodu - choć sprawdzają się w tej roli rewelacyjnie, choćby w samym finale, gdy podczas rozmowy z szefem Atlanwo Lunu (który już wiedział, jak niezwykłych sprzymierzeńców się dorobił) wykorzystał tę ich zdolność przeciwko niemu. Częściej zestawianie podświadomej niejasności z realną dosłownością skutkuje nieuzyskiwaną nigdy takimi środkami abstrakcyjną komicznością. Niezapomniane są na przykład pierwsze komentarze i zdziwienie duszków na temat prawdziwych wrażeń klientów względem kawiarnianego menu albo też... wrażeń samej kawy względem klientów. Druga, bardziej poważna strona książki nie zawodzi - motyw walki z rosnącym w siłę bezwzględnym tyranem ciała i umysłu naprawdę budzi grozę, zachwyca prosty a przekonujący szkic planety Kripsti z czarującą (na swój sposób...) kawiarenką, a filozoficzne podejście do życia i śmierci zastanawia, ale od pierwszych linijek czuje się, że nie to będzie głównym punktem programu. A-fe Cafe, śladem innych książek Orino, nie chce nas pouczać, jak bardzo paskudne jest katowanie się nieśmiertelnością, czyniące z nas automaty goniące za czymś nieosiągalnym nawet po śmierci, bo już to wiemy - woli nam opowiedzieć jak wielu rzeczy, do których sami doprowadzamy, nigdy nie zauważymy, a jak bardzo mogą być one zabawne i rozbrajająco głupkowate. Wystarczy jednak, że te rzeczy zauważył autor, bo nikt nie opowiedziałby o nich tak jak on. Nawet jeśli naprawdę okradzione z organicznego ciała dusze zachowywałyby się nieco inaczej, a paskudna kawa nie miałaby tak mocnego wpływu na losy planety, ja uważam właśnie tę wersję za najlepszą z możliwych.


_______________
*Czy zaskoczę Was, jeśli powiem, że tytułowy przybytek nie miał nic wspólnego z ziemską kawą ani kawiarnią, nie nazywał się A-fe Cafe i w ogóle wszystko to robota niezrównanego Jana Kaszanki?

poniedziałek, 24 listopada 2014

40.Podboje Wielkiego Imperatora Inwata: część 27” (Nojn iho Kwsang)

Planeta Enkalips była jasnym, bogatym w azot i złoża naturalne światem - idealnym, żeby na nią napaść. Wkrótce po jej odkryciu i pobieżnym zbadaniu imperator Inwat zebrał flotę i wydał rozkaz zajęcia nowego globu. To, czy obecnie zamieszkiwały go jakieś istoty inteligentne (czy też jakiekolwiek), zawsze było dla niego sprawą drugorzędną bez wpływu na decyzje, jednak nigdy nie odrzucał ewentualności, że tubylcy mogą stawić opór. Nic dziwnego - przez lata zdobywania nowych terytoriów napotykał na najniezwyklejsze stworzenia, które w mniej lub bardziej agresywny sposób okazywały mu brak sympatii dla obcych. Nie było jednak nic, co mogłoby powstrzymać Wielkiego Inwata i ów nie wyobrażał sobie, żeby tym razem coś mogło pokrzyżować jego plany dołączenia pięknej Enkalips do kolekcji dwudziestu sześciu planet Imperium Zyngwozian.
Na miejscu nie napotkał żadnych zwierząt, a przynajmniej nie takie, które byłyby oderwane od gleby - aż po horyzont, z każdej strony planety ląd spowijała mieniąca się wszystkimi kolorami dżungla, pełna rozłożystych drzew o wielkich liściach oraz traw sięgającym im aż do korony. Pozorna bezludność planety mogła okazać się zwodniczą pułapką, mimo to na razie nawet kwaśne początkowo powietrze po paru minutach zdawało się dostosowywać do organizmów wysłanych na powierzchnię żołnierzy. Wszystko zdawało się zachęcać gości do siebie. - zamiast wystraszonych rezydentów ujawniały się wciąż nowe osobliwości i cuda, niewidziane z góry. Schodząc niżej, do tuneli labiryntów pod lasem, oświetlanych jasnością paproci i bielą pni drzew, odkryli wreszcie gaik drzew, obwieszonych ogromnymi bańkami powietrza, których przezroczyste błonki lśniły najróżniejszymi jaskrawymi barwami. Zyngwozianie uświadomili sobie wtedy, że setki takich błyszczących baloników widzieli unoszące się wysoko nad swoimi głowami gdziekolwiek się tu udawali. Zjawisko było tak absorbujące, iż prędko zdecydowali, że nie znajdą tu już nic bardziej interesującego, i postanowili wrócić na statek, by zameldować o bezpiecznej sytuacji i braku wrogów. Nie wiedzieli jednak, że pierwszy raz w życiu to nie wrogów muszą się obawiać...

Kronikarz Nojn iho Kwsang towarzyszył Inwatowi, swojemu władcy i natchnieniu, podczas wszystkich jego inwazji, jednak ta z numerem dwudziestym siódmym należała do jednych z najdziwaczniejszych i najbardziej szokujących jednocześnie. Można spokojnie powiedzieć, że zmieniła jego sposób patrzenia na świat, dlatego właśnie z pompatycznych, sławiących przemoc relacji zmieniła się w nieprzewidywalną historię pełną jego refleksji i negujących się ze strony na stronę wniosków.
Dotąd Kwsang, choć wykształcony, podzielał poglądy swojego pana oraz większości Zyngwozian, że ten, kto ma siłę, ma wszystko. Inwat był zdecydowanie wzorem takich idei - odważny, bezwzględny, obdarzony talentem dowódczym, a przy tym pozbawiony innych zbytecznych walorów emocjonalnych czy umysłowych podporządkowywał sobie kolejne zaskoczone kraje przewyższające go rozwojem czy zdobyczami naukowymi. Co jednak gdy nie ma nikogo, z kim można walczyć? Gdy tym, co staje na drodze, nie są stworzenie odbierające agresywne wtargnięcie jako to samo, nie reagujące na nieznane w znany sposób, nie okazujące przemocy, którą możnaby odeprzeć?
W starciu z przerażającym zachowaniem enkalipsiańskich roślin, które w swojej gościnności potrafią przekształcać odwiedzające je stworzenia tak, żeby były w stanie swobodnie żyć i oddychać w ich środowisku, toporny i odarty z umiejętności wnioskowania rozum Inwat okazał się bezradny. Kwsang staje się świadkiem, jak jego idol przegrywa ze schematycznością własnego myślenia, nie mogąc pojąć, że jedynym ratunkiem przed trucizną, zmieniającą kolejnych wojowników w kolorowe bańki, jest ucieczka, nie pełne poświęcenia stawianie czoła niebezpieczeństwu i wypatrywanie wroga, którego możnaby pokonać. Nie pomagają usprawiedliwienia i typowe dla autora wróżenie sukcesu - w końcu, nawet wbrew własnej woli, Kwsang zaczyna rozumieć, że tutaj siła i zdecydowanie są jedynie głupotą, którą sami się zniszczą. Rozumieją to także kolorowi pół-ludzie, którzy stają na drodze imperatorowi i stają się dla niego pierwszymi wrogami, z którymi może walczyć i wreszcie wrócić do swojego ulubionego jedynego słusznego działania... Czy uda się to zatrzymać?
Wielu naukowców zachwycało się Enkalips, badając niezwykłą reakcję i uczuciowość porastających ją roślin, podziwiając je, ucząc dzięki nim i pamiętając, że mają do czynienia jedynie z formą otwartości na inne żywe stworzenia i pragnieniem „pomocy” im. Ostatecznie nawet Inwat coś wyniósł z tych wydarzeń i nauczył się myśleć, nawet jeśli efektem tego była, jak na ironię, jedynie koncepcja nowych i uniwersalniejszych narzędzi zniszczenia.
Dla wielbicieli dziwnych i absurdalnych (przynajmniej z naszego punktu widzenia) zjawisk i historii poznawania innych planet.

poniedziałek, 10 listopada 2014

38.Dopóki słońce nie zgaśnie” (Śti Ćesti Eiś)

Po pierwsze: dziękuję wszystkim za udział w ankiecie, za pomocą której sprawdzić, jak roznosi się wieść o blogu Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i skąd znają mnie czytelnicy. Głosujących nie było wielu, jednak wynik i tak mnie zaskoczył - nie spodziewałam się, że tak wielu z Was znalazło mnie w miejscach, których nie znam.
Podobnie cieszę się pozytywnym przyjęciem nowej metody aranżacji postów, w postaci dodatku z tagami na belce - myślę, podobnie jak Meg, że odrobina porządku bardzo się nam przyda. W planie miałam zapowiedzieć obie ciekawostki, jednak roztargnienie tamtego dnia sprawiło, że nie pamiętałam o niczym prócz głównego punktu programu. Tym bardziej cieszy mnie bardzo pozytywne przyjęcie. Jesteście czytelnikami, na których zawsze można liczyć.
Czas na recenzję dzieła, które w odróżnieniu od poprzedniego, nie będzie optymistyczną lekturą.

Historia zaczyna się od niecodziennego zdarzenia - oto na planecie Źfaija ląduje coś, co po bliższych oględzinach doświadczonych filozofów techniki słusznie zostaje uznane za sondę kosmiczną. Kilka rzędów rur-czułek, wysuwających się ze znacznych rozmiarów kadłuba i filtrujących żelowaty grunt, jednoznacznie świadczyło o badawczych zamiarach urządzenia. Początkowe wątpliwości wzbudził jedynie kształt i tworzywo dziwnego obiektu - kształt kulisty nie wydawał się Źfaijanom odpowiedni dla urządzeń poruszających się w przestrzeni międzyplanetarnej, natomiast kamień i piaskowiec, z którego sonda była zbudowana, zalicza się u nich do materii organicznej. Nie zmieniło to jednak zachwytów i zainteresowania wobec przybysza, który zapowiadał wiele wspaniałych, wyjątkowych i doniosłych wydarzeń.
Stało się jednak inaczej. Z obserwacji, którym Źfaijanie od pierwszych chwil na bieżąco poddawali zachowanie sondy, wynikło, że niezależnie od miejsca, które analizowała, nie znalazła niczego, co wprowadziłoby zmiany w jej monotonnym, standardowym działaniu. Nie znalazła na planecie życia, choć przecież w azotowej mazi pod nią nie brakowało organicznych drobin piasku i żwiru - co bardzo rozczarowało tubylców. Filozofowie prędko wyciągnęli wniosek - to nie takiego rodzaju życia poszukuje to urządzenie. Tutejsza biologia wychodzi daleko za zakres tolerancji tego, czego budowniczy tej sondy znali, przez co Źfaijanie nie różnili się dla niej od naturalnej nieożywionej przyrody, a ich planeta - od innych kosmicznych skałek.
Pozostało więc pogodzić się z porażką i pozwolić odlecieć kończącej pracę maszynie. Jednego z naukowców, niejakiego Eće Źaksi tknęło jednak złe przeczucie - wyglądało na to, że nie ma ona wystarczającej ilości energii, żeby oprzeć się grawitacji, panującej na planecie. Skąd ją więc weźmie? Zanim zdał sobie sprawę z możliwych konsekwencji tego faktu, niepozorna sonda zaczęła się przeformowywać. Kulista powłoka rozłożyła się w kwarcowy panel słoneczny, a z wnętrza wyszło szereg mniejszych urządzeń wyposażonych w płozy i szczypce. Eće prędko zorientował się, że i wraz z tą energią statek nie wystartuje - po co więc marnuje ją na ładowanie robotów? Dopiero gdy ruszyły one w stronę najbliższych zamieszkałych osad, zrozumiał, co naprawdę się dzieje - sonda została zaprogramowana na dobudowanie sobie niezbędnej ilości paneli słonecznych, czego nie zrobi bez użycia organicznego kamiennego budulca zawartego w istotach żywych... Sprawa była tym dramatyczniejsza, że światło niewielkiego, blisko położonego słońca było tak słabe, że sonda nie będzie mogła zebrać niezbędnej energii inaczej niż otaczając je kosmiczną, kwarcową tarczą w całości, co wkrótce zaczęło się sprawdzać.


Pragnienie nawiązania kontaktu z mieszkańcami innych planet nie jest obce żadnej cywilizacji. Podobnie jak niewiedza na temat tego, jak ci mieszkańcy mogliby wyglądać. Często, z powodu oczywistej niemożliwości zbadania każdej kombinacji, która mogłaby prowadzić do syntezy życia, podejmowano się uproszczeń i ograniczeń. Co miało skutki tym gorsze, że obiekty badawcze, wysyłane przez pierwszych zdobywców kosmosu, prędko były wyrywane spod kontroli przez odległość. Z tego powodu, niezależnie od wiedzy, która rozwijała się na ich matczynej planecie, oderwane od niej sondy, działające według starych zasad, potrafiły jeszcze całe wieki siać postrach na napotkanych planetach. Zwłaszcza w przypadku wystąpienia usterek, każących im się replikować w niekontrolowany sposób lub dziobać wszystko wokół bez opamiętania, w celu zbierania próbek. Dziś, dzięki kosmicznej policji wychwytującej mechaniczne wybryki, przypadki takie są o wiele rzadsze niż dawniej, w czasach, gdy nie było jeszcze nas na Ziemi. Wtedy niemal każda cywilizacja położona w bardziej zaludnionym skupisku gwiazd, musiała być gotowa walczyć o swoją planetę z czymś, co nawet nie miało świadomości, co naprawdę robi. Oczywiście (i na szczęście) żaden z tych incydentów nie był aż tak wstrząsająca, jak to, przez co musieli przejść Źfaijanie. Programy automatu, który stworzył Śti Ćesti Eiś, daleko przewyższała sondy, które kiedykolwiek „napadły” planetę naprawdę; sztuczna inteligencja żadnej z nich nie była sprytna i zapobiegliwa, by uczynić je tak bezwzględnymi i odpornymi na ludzkie działania. Podczas gdy w rzeczywistości nawet większych rozmiarów urządzenie badawcze dało się w jakichś sposób rozmontować w ciągu naszego tygodnia, tutaj konfrontacja trwała wiele miesięcy i Eće naprawdę musiał się namęczyć, zanim znalazł na nie sposób, a także sprzymierzeńców, w tym konstruktora Ćri Ikśczi. W międzyczasie jednocześnie, podobnie jak i wszyscy wokół, przechodzi przemianę od pokojowo nastawionego naukowca, widzącego jedyną szansę w ucieczce, do szalonego buntownika, który pod wpływem odwagi jest w stanie zrobić wszystko. Niektórym nie podoba się przerysowanie problemu porzuconych sond, więcej jest jednak tych, którzy nie mogą wyjść z zachwytu nad niesamowitą atmosferą grozy, która pochłonęła planetę, ze straszącymi na niebie kłami paneli słonecznych, które niczym gigantyczny zegar odliczają czas do końca świata.
Ta książka to nie tylko strach, niesiony przez kosmiczne automaty, ale i odwaga i błyski geniuszu, dzięki którym udało się z nimi wygrać.

poniedziałek, 13 października 2014

34.Umysł kota” (H Flona Inkrefanźi)

Życiową pasją Daksa Zi Łidakzerta było poznawanie i analizowanie możliwości psychicznych żywych stworzeń. Miał znaczne osiągnięcia w dziedzinie neurochirurgii swojej planety, Tamtoru, leczeniu chorób narządów myślących i przedłużaniu życia poprzez przeszczepianie świadomości do nowego ciała. Dzięki swemu talentowi i wytrwałości własnoręcznie odkrył, a następnie rozszyfrował kod psychonetyczny odpowiadający za dziedziczenie osobowości i emocji, za co został wyróżniony nagrodą Ekrina - odznaczeniem na skalę całego układu planetarnego. Po latach badań i zbierania doświadczeń naukowiec zdał sobie jednak sprawę, że nie znajdzie na swojej planecie już żadnego umysłu, który go zaskoczy, i nowych wyzwań musi szukać poza nią, w kosmosie. Wierzył, że parę eksperymentów na zupełnie nowym organiźmie doprowadzi go do odkrycia czegoś absolutnie nowego i w efekcie przybliży mi wspólną tajemnicę życia we Wszechświecie.
Nie mając jednoznacznej koncepcji, od czego zacząć, Tamtorianin idzie za sugestią swojego wiernego asystenta, Irofa, który przedstawia mu swoje nabytki z ostatnio odwiedzonej planety, Ziemi. Są to dwa żywe stworzenia, zwane kotami, oraz jedno urządzenie nieożywione, służące do zapisu i odtwarzania dźwięku - magnetofon - wraz z nośnikiem. Zaintrygowany Daks niezwłocznie przystępuje do badań. W pierwszej chwili najważniejsze wydają mu się podobieństwa i różnice, jakimi oznaczają się nieznane zwierzęta w stosunku do jego rodzimej fauny. Prędko jednak jego ciekawość przyciąga niespotykany dotąd rejestrator danych i ewentualna kompatybilność kostek psychonetycznych z czułością taśmy magnetycznej. Czy żywy umysł nadawałby się do tak statycznej formy przechowywania? Czy po odczycie nadal byłby tym samą świadomością? Wątpliwości ma rozwiać pierwszy eksperyment, w którym umysł jednego kota ma zostać nagrany na taśmę, a następnie przeniesiony do mózgu drugiego. Pozornie prosty i początkowo nie wzbudzający najmniejszych zastrzeżeń test wymyka się po pierwszym etapie spod kontroli. Taśma magnetofonowa wyposażona w kocią jaźń wydostaje się z laboratorium wprost do serca tamtorańskiej cywilizacji, siejąc postrach i zniszczenie...

Na wstępie śpieszę donieść, że podczas pisania książki nie ucierpiał żaden kot, ani też żaden magnetofon. Wbrew śmiałości, z jaką autor prezentuje nam stopień rozwoju naukowego, przy udziale którego dzieje się akcja, Tamtor nie wychodzi daleko poza to, co osiągnięto na Ziemi. Mała jest też w świecie autora wiedza o naszej planecie, poza faktem, że występują tam koty oraz magnetofony. Zapewne z tego powodu ziemskie przedmioty codziennego użytku często są przedmiotem lęków i uprzedzeń*, w szczególności nasze niezrozumiałe i niezbyt efektywne metody magnetycznego zapisu na taśmie nylonowej. Nic więc dziwnego, że nie brak ekscentryków (w tym i pisarzy), którzy widzą w nich materiał na motyw przewodni szalonych horrorów, kryminałów i kralegsów (historii o pożerających ludzi tosterach). Dopiero H Flona Inkrefanźi jako jeden z pierwszych i wciąż nielicznych podszedł do zadania z powagą i starannością, nie poprzestając na soczystych opisach zrównywanych z ziemią budynków, ale ostrożnie i starannie kreśląc neurotechniczne szczegóły eksperymentu i tworu, który z niego wyniknął. Doskonale uwidocznia się tutaj wieloletnie medyczne doświadczenie H Flony oraz jego pasja do poszukiwania informacji na temat obcych technologii, które to cechy rzadko można spotkać u twórców powieści grozy na Tamtorze. O ile więc jako zorientowani w temacie możemy poczuć się zaskoczeni powierzchownością wizji kota, o tyle warto przymknąć na nią oko dla absolutnie zapierających dech wyobrażeń co do tego, jakie rzeczy mogłyby wyniknąć z połączenia go z magnetofonem.
Nie bez znaczenia jest też jednak główny bohater, po którym moglibyśmy się spodziewać - zgodnie z tamtoriańskim podejściem - że zniknie z pierwszego planu, jak tylko jego diabelskie dzieło przystąpi do realizacji własnych ambicji. H Flona Inkrefanźi nie ignoruje potencjału Daksa, a wręcz przeciwnie - rozwija go i zaskakuje pomysłowością naukowca podczas piętrzących się przeciwności. W końcu nikt nie zna niezwykłej taśmy magnetofonowej tak dogłębnie jak on. No i jest jeszcze drugi kot, który pomoże mu nieco zrozumieć zawiłości ziemskiej natury, która kieruje niebezpiecznym urządzeniem.
Horror tamtoriański niepodobny do żadnego innego - pełen niespodzianek, zwrotów akcji i odważnych (i niekiedy zabawnych) wizji technicznych - jednak wciąż wstrząsający i mrożący krew w żyłach horror. No i oczywiście mnóstwo nawiązań do naszej planety, w tym jedna z najważniejszych ról „głównego złego”. Zdecydowanie nie można przegapić.


_______________
*Był to jeden z powodów, dla którego Międzyplanetarny Przegląd Literacki otworzył swoją filię także na Tamtorze i od paru tamtoriańskich miesięcy pracuje nad zmianą stereotypowego podejścia i propagowaniem wiedzy na temat ziemskiej charakterystyki. W dotychczasowych recenzjach naszym kosmicznym kolegom został przybliżony Pan Tadeusz A. Mickiewicza, Dzielny ołowiany żołnierz H. C. Andersena i DOS dla opornych D. Gookina.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

27.Udźwiękawianie” (Jagnis Zoi Dżagrafis)

Pewnego razu, podczas samotnego spaceru po rzadziej uczęszczanych rejonach lasów niciowych, mały mieszkaniec planety Łion natrafia na tajemniczy, niespotkany nigdy dotąd melodyjny dźwięk. Chwilę wsłuchuje się w niego, jednak pomimo coraz większych starań nie potrafi ustalić, co jest jego źródłem, ani jakie zwierzę czy instrument mogłoby go wytwarzać. W żadnym miejscu lasu melodia nie była głośniejsza niż w innych, nie płynęła z żadnego konkretnego kierunku i nie ustawała. Chłopiec odnosił wrażenie, że to same cząsteczki powietrza ją powodują stykając się ze sobą, że unosi się ona podobnie jak zapach czy pyłek w przestrzeni.
Po czasie porównywalnym do naszego tygodnia spotykamy naniebnego konstruktora-artystę, który rozbijając bloki wędrujących w atmosferze wysepek natrafia na cały dźwiękowy bąbel. Po wejściu do niego Łionianin również słyszy unoszącą się wokół melodię znikąd, głośną i wyraźną, która milknie jak ucięta nożem po minięciu granicy bąbla. W kolejnych dniach zwiększa się liczba osób, które doświadczyły niezrozumiałego zjawiska - w lasach, w wodzie, z czasem wreszcie coraz głębiej w miastach, tunelach szybkiego ruchu, między poziomami budynków i nad drabinami komunikacyjnymi dla pieszych. Krok po kroku mieszkańcy orientują się, że nie są to omamy pojedynczych z nich, że pojawiający się w coraz większej ilości dźwięk słyszy każdy, zawsze ten sam układ dźwięków, tak samo bezźródłowy i nieuzasadniony. Z coraz większym lękiem obserwują postępujący proces pochłaniania ciszy przez melodię, zdając sobie sprawę, że nie znają ani jej pochodzenia i przyczyny, ani sposobu na powstrzymanie tego, co się dzieje.

Do czego może doprowadzić wszechobecne pojawienie się dźwięku, który nic nie znaczy, niczego nie przekazuje, nie zapowiada? Dżagrafis odpowiada: do wszystkiego. Łionianie szybko przechodzą z tępego zdziwienia do działania - służby wydzielają podejrzane miejsca, opracowują statystyki i pomiary, rozpoczynają się badania, a media błyskawicznie nagłaśniają sprawę, zbierając świadków i podejmując pierwsze próby jej wyjaśnienia. Wszystko po to, by dać obywatelom poczucie kontroli nad sytuacją i ukryć wrażenie bezsilności wobec tego, że tak naprawdę nic się nie zmienia. Zagadkowa melodia nie reagowała na ich protesty, zdawała się być obojętna, oderwana od wszystkiego, na co mieliby wpływ. Mimo to istniała, a to według twórców kolejnych teorii wystarczyło, żeby w bliższej lub dalszej przyszłości jej obecność nabrała sensu. Czy to kosmiczni najeźdźcy chcą przejąć władzę nad ich umysłami? A może to efekt zamachu na ekosferę planety? Czy może wszystko to zwidy spowodowane trującymi oparami lub zarazkami? Łionianie niebywale chętnie uciekają przed faktami w wyjaśniające je tłumaczenia, pasujące do siebie opisy powstawania dźwięku, jego działania i toku myślenia tych, którzy go stworzyli. Ale co, jeśli tak naprawdę nie ma żadnych autorów? Żadnego celu, przyczyny, planu, któremu można zapobiec? Jeśli oprócz łagodnej muzycznej ekspansji nie dzieje się dosłownie nic?
Mało kto jak Dżagrafis potrafi ukazać dziwaczność natury stworzeń myślących. Wystarczy, żeby coś nie pasowało do ogólnego sensu, znanej wszystkim codzienności, nie było logiczne czy użyteczne, żebyśmy sami wmówili sobie zagrożenie, zobaczyli w nieznanym coś, przed czym musimy się bronić i walczyć, co budzi w nas lęk, choć nie widzimy ataku. Nie ma znaczenia, jak duży problem jest to od strony fizycznej - wystarczy samo nierozumienie, by nasz umysł, postrzegający jako część siebie cały otaczający go porządek, zaczął oszukiwać nas wrażeniem osaczenia i zmuszał do pustych poszukiwań. Sens jest tym, co zdaje się trzymać nas przy życiu - kiedy coś w nim przestaje działać, przestaje działać także nasze poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Stąd cała paranoiczna przemiana mieszkańców Łionu od obojętności przez zdziwienie po przerażenie i histerię jak z najokropniejszych horrorów, która zmieniła w ruiny wspaniałą cywilizację, a niedobitkom kazała uciekać w przestrzeń kosmiczną. Przywodzi to na myśl fabuły książek ziemskiego pisarza, Stephena Kinga, pozbawione jednak tego najważniejszego ostatniego elementu, który wynurzał się z mgły i którego można się było bać naprawdę. U Dżagrafisa próżno szukać takich usprawiedliwień i to jest naprawdę straszne.
Dla wielbicieli gier psychologicznych i powieści grozy, które choć tak fantastyczne, wydają się przestrzegać nas samych przed tym, co mogłoby się wydarzyć. Historii mrożących krew w żyłach, choć niezwykłych, bo spowodowanych przez niewinną melodię, która, jak tylko sam autor miał odwagę przyznać, była naprawdę piękna.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

19.Zmiany” (Juriana Rastkta)

Wyzwanie jednej z czytelniczek, rzucone pod poprzednim wpisem, było na tyle zaskakujące, że do ostatniej chwili sama nie miałam przekonania, czy doczeka się realizacji. A jednak udało się - na długiej liście rzeczy do zrecenzowania znalazła się zapierająca dech historia serii morderstw, skupiająca się przede wszystkim właśnie na pokrętnej logice działania ich sprawcy. Ale czy faktycznie sprawca taki jak ten spełni wymagania owej czytelniczki?

Na Enabie, planecie położonej na styku dwóch nierównoległych wszechświatów, nagle zaczynają znikać ludzie. Nie były to zwykłe zniknięcia - nielicznym ze świadków udało się zaobserwować niewyjaśnione i przerażające zmiany w wyglądzie i zachowaniu ofiar, które je poprzedzały. Marszcząca się, siniejąca skóra, jaśniejące włosy i postępujące trudności z poruszaniem się prędko doprowadzały do nieodwracalnego zaniku świadomości. Co mogło być przyczyną? Kto mógł być za to odpowiedzialny? Niektórzy widywali ponurą postać w czarnym płaszczu, w obecności której usychały rośliny, kruszyły się ściany i rdzewiały metale...
Biolog-analizator Sawior Snał już po kilku testach wyklucza zastosowanie trucizny czy ostrego narzędzia - nie wiadomo, dlaczego ludzie umierają. Widząc, że incydenty nie ustają i nie mając jednocześnie żadnych innych śladów, decyduje się odkryć zasadę działania mordercy i, choć wie, że narazi to jego własne życie, odnaleźć tajemniczą postać. Gdy wreszcie mu się to udaje, przekonuje się na własne oczy nie tylko o prawdziwości pogłosek o niszczycielskiej aurze nieznajomego, ale także o wielu innych sprawach, o których wolałby nie wiedzieć...

Książka ta niewątpliwie sprawi ziemskim czytelnikom spory problem, a to za sprawą fizyki panującej na planecie, która znajduje się praktycznie poza granicami Wszechświata. Wiele naturalnych u nas zjawisk, jak grawitacja czy sposób poruszania się światła, działa tam na innej zasadzie, w stopniu ograniczonym lub też nie obowiązuje wcale. Należy do nich także czas, który zawijając się na krawędziach kosmosu, traci swoje właściwości i do jego funkcji została częściowo przystosowana tak zwana Piąta Przestrzeń, w której zachodzi się ruch i giną przeszłe wydarzenia. Trudno się więc dziwić, że gdy nagle zaczyna płynąć - punktowo, nierównomiernie - jest dla Enabian nie do pojęcia, nie tylko z powodu niesionej ze sobą śmierci powodując zamęt i panikę. Nie jest to żaden spoiler - Snałowi niemal od razu udaje się przewidzieć miejsce następnych "odwiedzin" i podczas paru kolejnych incydentów zszokowany obserwuje działanie obcego, który początkowo nawet wydawał mu się winny. Prawdziwą tajemnicą i motywem przewodnim powieści jest idea Człowieka Czasu, który uważa się za bezinteresownego uzdrawiacza i jedynego nieobojętnego wobec niekompletnej fizyki granic Wszechświata, a zarazem za jego niekoronowanego władcę, posiadacza najpotężniejszej siły, któremu nie wolno się przeciwstawiać.
Biolog pozostaje całkowicie bezradny wobec tego, co widzi. Samoistne przemiany niekontrolowane przez samego przemienianego są z jego perspektywy czymś niewyobrażalnym, okrutnym. Nie może jednak powstrzymać uczucia respektu dla tego zjawiska, zjawiska naturalnej przemiany w czasie, która tutaj dokonuje się bezwiednie, sama z siebie, a której nikt na Enabie dotąd nie uświadczył. Jaki jednak jest cel dziwacznej postaci? Co chce uzyskać? Być może i my nie bylibyśmy w stanie zrozumieć pomyleńca, który według dla siebie tylko jasnej sprzecznej logiki chce uszczęśliwiać świat poprzez cierpienie, gdyby Juriana od połowy historii nie przekazała narracji właśnie jemu. Odtąd podążamy za jego chorym i niebezpiecznym tokiem myślenia, wedle którego wszystko powinno zmieniać się i przemijać, towarzyszymy mu podczas wpychania kolejnych ofiar w niszczący nurt czasu i wreszcie staramy się przewidzieć jego kolejny ruch, kiedy zdesperowany Sawior Snał zbiera się na odwagę, by jakoś nawiązać z nim kontakt i powstrzymać...
Przerażające, zdumiewające i skłaniające do myślenia, tym bardziej, że w wielu momentach tak dziwnie znajome. Kiedy już uda się nam wejść się w ten trudny, pozakosmiczny świat, nie można się od niego oderwać do ostatniej strony.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

16.Słowa i myśli” (Prikate Eona Aksta)

Mieszkańcy Filawenii są rasą dziwną i trudną do pojęcia nawet jak na standardy kosmosu. Jedną z charakterystycznych tylko dla nich cech jest to, że o ile większość z typowych istot rozumnych (w tym Ziemianie) posiada dwa poziomy umysłu, świadomość i podświadomość, z których tylko nad jednym mają kontrolę, o tyle u Filawenian elementy te stanowią właściwie dwie rozłączne jaźnie, dwie osobowości, o różnych poglądach i predyspozycjach, z których każda zdolna jest do przejęcia odpowiedzialności za myślenie. Jednakże to, że jest to możliwe, nie znaczy, że łatwo jest jaźń podświadomą „zmusić” do wejścia w ten stan, a nawet jeśli - wciąż zachowuje ona naturę podświadomości, interpretującą odbieraną wzrokowo rzeczywistość we właściwy dla niej nielogiczny, odrealniony i najeżony skojarzeniami sposób. Sztuką jest więc zarówno kontaktowanie się z drugą stroną swojej osobowości, przywoływanie jej, jak i umiejętność patrzenia przez nią na świat, odczytanie jej „rozumowania”. Pogodzenie ze sobą dwóch składowych swojego umysłu, zdolność traktowania ich na równi ze sobą, jest trudna do wypracowania, można porównać ją do buddyjskiej nirwany, która za to nadaje słowom takiego kogoś magiczną moc manipulowania światem - zarówno „świadomą”, obiektywną rzeczywistością, jak i „podświadomym” światem snów i myśli.
Jak dotąd historia Filawenii pamięta tylko kilkoro takich mędrców, zwanych Filologami. Za czasów, w których rozgrywa się powieść, było ich dwóch, którzy wraz z kilkudziesięcioma Filozofami (Prawie Słownymi), prowadzili Anegeli - coś pomiędzy akademią umiejętności a świątynią dla kilkuset młodych adeptów tej najbardziej cenionej na planecie sztuki.
Nie trzeba przeglądać statystyk uczelnianych, żeby zauważyć, że niewielu studentów jest w stanie dostąpić zaszczytu otrzymania choćby tytułu Filozofa. Jednym z tych, którzy jakiś czas temu stracili na to szansę, jest młody Kaprian - pomimo szczerych starań i wiary, że takie właśnie jest jego przeznaczenie, lekceważony przez nauczycieli. Niesłusznie, bo choć on sam nie zdaje sobie z tego sprawy, jego podświadomość już od dawna nauczyła się przeskakiwać do jego myśli, co sprawi, że jako jedyny będzie w stanie powstrzymać dziwaczny, mroczny obłęd, ogarniający mury Anegeli i myśli jego mieszkańców. Ale czy tak naprawdę połapie się, co się dzieje? Czy magia faktycznie nie jest w zasięgu ręki Kapriana?

Nie jest to książka łatwa. Przeskoki do dość surrealistycznej perspektywy podświadomej i zapowiedziane mogłyby zaprowadzić wystarczający bałagan w narracji, co natomiast powiedzieć, gdy wiecznie przygnębionemu Kaprianowi, z którego perspektywy oglądamy świat, zdarzają się zawsze z zaskoczenia, nierozróżnialne od „pierwszej” świadomości nawet dla niego? Zastanawiający (i przy okazji najwyraźniejszy) jest chociażby powracający motyw walących się wież - chłopak widzi je wielokrotnie, ale zawsze tylko kątem oka; kiedy odwraca się w tamtą stronę, odległe budowle stoją nienaruszone. Czy obraz ten jest nie dającą się zrozumieć interpretacją jego uzewnętrznionej jaźni, wizją przyszłości czy jedynie złudzeniem?
Właśnie obrazy, zagadkowe i coraz bardziej niepokojące, są tym, co towarzyszy nam na każdym kroku, gdyż uczelnianych wspomnień Kapriana, opowiedzianych łagodnym, wdzięcznym stylem Eony Aksty, nie urozmaicają niemal żadne dialogi. Obowiązuje raczej bogaty język gestykulacji, gdyż reguły Anegeli, jako uczelni nadającej słowu mówionemu wyjątkową wartość, nakazują unikania używania go bez powodu, czego główny bohater, choć już nie jest studentem, wiernie przestrzega, snując się po uczelni w poszukiwaniu szansy na ponowne przyjęcie. Owe wędrówki po akademii są zresztą okazją do odwiedzin sal wykładowych i prezentowania czytelnikowi tyleż niejasnych, co urokliwych zajęć lekcyjnych - wtedy najczęściej pojawiają się dialogi (a właściwie monologi) i wtedy też pojawia się jedyna nie budząca tu wątpliwości magia. W dużej mierze ma tu więc miejsce zwyczajne życie studenckie, historia młodzieńca mającego nadzieję, że jego dążenia mają sens, co naprawdę porusza, a kwestia, czy bohater w końcu zostanie doceniony, niekiedy zaprząta całą uwagę. Tajemnicze przemiany mają miejsce stopniowo, niejako w tle i początkowo nie budzą podejrzeń w ogóle, dopiero bliżej końca składają się w całość. Mnie szczególnie zapadł w pamięć widok mędrca perorującego zawzięcie do pustych ławek. Dopiero w którymś momencie uświadamiamy sobie, że pojawiające się wcześniej pozbawione sensu motywy oblewania studentów z powodu jednego spojrzenia, czy palące się całymi dniami świece, mają znaczenie, ale takie, jakiego nikt by się nie spodziewał...
Wyjątkowy, surrealistyczny dramat z odrobiną horroru i thillera (jak to na studiach ;) ). Trudne, zakręcone, ale zachwycające i wciągające.