Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

88.Bzzzzzzyt” (Jelio Dref Żżerhwoz Dref, Pertre Diks Perwiniowento)

Oryginalne brzmienie i przekaz tytułu nie są łatwe do odzwierciedlenia – chodzi tu o dźwięk wydawany przez strumień prądu przebiegający przez cienkie włókno opakowane w przezroczystą obudowę, innymi słowy: przez żarówkę. Może wprawić w zdumienie, jak nagle i nieodwracalnie ten niepozorny element ziemskiej architektury zawładnął strukturami mieszkalnymi na Oriolie. Celem stworzenia oświetlenia aktywnie dostosowującego swoją jasność, temperaturę i kolor w zależności od pory roku, okoliczności i zwykłych zachcianek właścicieli, uczyniono je inteligentnym. Podłączonym do podręcznych urządzeń komunikacji, światowej sieci informacji, a także, później, do nadsieci – telepatycznego eteru, z którego inteligentne żarówki mogłyby czytać polecenia bezpośrednio z umysłów swoich właścicieli, zanim ci zdążyliby o tym pomyśleć, a następnie przekazując polecenie sąsiednim żarówkom. Jednak tam, gdzie są duże możliwości i wygoda, tam też są zagrożenia...
Początkowo każdemu wydawało się, że ich nie ma. Oczywiście miano świadomość, że przejęcie kontroli nad żarówkami przez kogoś niepowołanego groziłoby nie tylko problemami z jasnością w pomieszczeniach, ale i otwierałoby szerokie możliwości wyciągnięcia różnorodnych, tajnych informacji na temat tych, którzy się z nimi komunikują. Jak jednak doprowadzić do negatywnego zachowania coś, do czego jedyną ścieżką dostępu jest odbiornik, który każdą otrzymaną z zewnątrz instrukcję, czy to od ludzi czy innych żarówek, filtruje zakresami bezpieczeństwa? Należałoby przeprogramować mikromózg urządzenia, ale szklana bańka, niczym ścianka bomby, była czuła na najmniejszy nacisk i nie pozwalała na wprowadzenie najmniejszych zmian.
Droga jednak istniała – wiedziała to pewna grupka wyjątkowo ambitnych hakerów – trzeba było tylko ją znaleźć. Szansa na to pojawia się z nieoczekiwanej strony, gdy trafiają na ekstrawaganckiego hodowcę owadów i eksperymentatora genetycznego. Zauważył on, że brzęczenie hałaśliwych Ziskuzów podejrzanie przypomina buczenie wydawane właśnie przez żarówki, co jego zdaniem sugeruje jakiś rodzaj komunikacji pomiędzy jednymi a drugimi. Owady, za pomocą odpowiednich wibracji, miałyby posiadać umiejętność odczytywania i wprowadzania danych do elektronicznej pamięci, tak jak robią to w przypadku innych owadów. Czy to możliwe? Cyberwłamywacze postanawiają zaryzykować i poświęcić nieco czasu na bliższe zapoznanie się z dziwacznymi stworzeniami. Wreszcie pozwalają opiekunowi Ziskuzów wprowadzić ich w niezwykłą sztukę programowania genetycznego, dzięki któremu mogliby zmienić żywe stworzenia w zdalnie sterowane żarówkowe wytrychy.

Jeśli historie o hakerach kojarzą się wam z przekombinowaną hermetyczną terminologią i wyczynianiem z maszynami magicznych rzeczy – spokojnie, tutaj jest o wiele bardziej obrazowo i przystępnie, pewnie dlatego, że sam Jelio Dref Żżerhwoz Dref się na komputerach kompletnie nie znał. Na genetyce zresztą też nie. Wszystko co potrafił i robił przez całe życie (nie licząc pisania szczególnego rodzaju science ficion) było hodowanie owadów podobnych do ziemskich pszczół i przerabianie ich kolców na igły. Do wynalezienia żarówek brakowało mu współczesnym jeszcze trochę czasu – na razie najnowszą zdobyczą techniki ogniska i krzemienie. Ale za to Jelio Dref był wspaniałym wizjonerem, dzięki czemu dobrze udaje, że wie, o czym pisze. W momentach, których już nie wiedział zbyt wyraźnie i przygody kilkorgu hakerów przypominają już bardziej zaklęcia szamańskie, do akcji wchodzi Pertre Diks. Ten oto nowożytny archeolog podczas jednej z wypraw odkrył gęsto zapisane owadzie skrzydła, pozostawione wieki temu przez Jelia Drefa, i tak zachwycił się zabawną, pomysłową historią, że postanowił „przetłumaczyć” na sposób myślenia ludzi z czasów przyszłości. Pomimo że jemu nie obce były już obce ani genetyka, ani najcwańsze metody łamania zabezpieczeń komputerowych wzorem pierwszego autora nie popisuje się szczegółami technicznymi, jednak uzupełnia zawsze gdy mogą one zaciekawić lub uwiarygodnić to, co się dzieje, pozostawiając niekiedy wręcz bajkową malowniczość podobieństwa między dwoma tak odległymi od siebie dziedzinami nauki.
Celność tego, jak Jelio Dref podchodził do pojęcia żarówki, jak trafnie wyobrażał sobie jej działanie i budowę, to, że mogłaby komunikować się z człowiekiem w tak bardzo nie fizyczny sposób, aż wreszcie i to, że mogłaby być „magicznym” nośnikiem wiedzy i instrumentem do niesienia zniszczenia, oczarowuje, gdy przypomnimy sobie, że mógł mieć zielonego pojęcia o elektryczności. Opisy nauki posługiwania się „cegiełkami życia” chwilami nawet prześcigają to, co dotąd zostało osiągnięte, jednak ani na chwilę nic nie wydaje się ani zbyt proste i pozbawione trudności, ani nieprawdopodobne. Wreszcie nie zawodzi także ciąg dalszy, gdy hakerzy szykują zastęp programowanych owadów do ataku na miejską sieć energetyczną, w którym również Pertre Diks nie pomagał fabularnie. Do ostatniej chwili nie wiadomo, czy włamywacze osiągną swój cel, czy uda im się uciec przed wszechobecnymi stróżami prawa nie mniej bystrymi niż oni. A jeśli – to jak będą chcieli wykorzystać zdobytą władzę? Dla pieniędzy? Siania chaosu i zniszczenia? A może jednak nauczyli się jednak od samotnego i przemądrzałego hodowcy owadów, z którym być może Jelio Dref się utożsamiał, że lepiej jest naprawiać i dawać, czegoś ich nauczyło?
Błyskotliwa, porywająca historia, trafiająca do każdego niezależnie od wiedzy i czasów, w jakich żyje i jak wyobraża sobie prawdziwy hacking.

poniedziałek, 19 października 2015

87.1386940335” (7689498301)

Roboty przydają się ludziom do wielu rzeczy. A do czego mogliby przydać się ludzie robotom? Tytułowy bohater tej historii jeszcze na jej początku powiedziałby, że – nie licząc ożywienia mechanicznego projektu – do niczego. Roboty na planecie Gargra (przez nich zwanej po prostu jako 1) już od dawna doskonale radziły sobie same. Czego sam 1386940335 codziennie był świadkiem, ponieważ pracował w szpitalu – nowoczesnym laboratorium, gdzie starsze i mniej sprawne roboty mogły poprosić o naprawę i dodatkowe funkcje, które na bieżąco rozwijano, ale też popracować nad strukturą swojego charakteru, przeprogramować upodobania lub nawyki. Człowiek, pomimo że sam był twórcą tych urządzeń, nie byłby w stanie wprowadzać podobnych zmian w obwodach, jego precyzja i zwinność były za małe, wiedza ograniczona. Szybko zaczął wyręczać się mechaniką, nie zauważając, jak jej uniwersalność powoli spycha go na margines społeczny. Nie minęło wiele czasu, jak miasta przystosowały się stopniowo do nowych obywateli, zmienił się transport, ekonomia i prawo. 1386940335 należał już do tego pokolenia, które nigdy nie miało styczności z istotą organiczną, wątpił też, że kiedykolwiek mu się to przydarzy.
A jednak – pewnego dnia w szpitalu zaczęli się pojawiać pacjenci z dziwną, nie spotykaną dotąd, dziwną dysfunkcyjnością. Dziwną, bo nie można było dojść, skąd się brała. Wyglądało to jakby cały układ impulsowy został nie uszkodzony, a porażony jakimś nieznanym zjawiskiem od wewnątrz, co powodowało zaburzenia w całym systemie przekazowym od chaotycznych drgawek po nieciągłość mówienia i myślenia. Co gorsza, jak szybko się okazało, nie były to odosobnione przypadki, bo robotów potrzebujących pomocy było coraz więcej. Było to coś zupełnie nowego – dotąd mechaniczny system uważany był za niezawodny za wyjątkiem przypadkowych urazów z zewnątrz, gdy wystarczyło jedynie zastąpić niedziałającą część lub nastroić do stanu początkowego. To mechaniczni lekarze umieli najlepiej, tego nauczyli się od ludzi i teraz zdali sobie sprawę, że pomimo czynionych od lat postępów w badaniach nad samymi sobą, nie wyszli poza zastępowanie starego nowym, uzupełnianie i manipulowanie ustawieniami w tym, co zawsze było. Ale co jeśli to nie wystarczy, jeśli testy każdego elementu z osobna nie sugerują nawet najmniejszego błędu, a słabość zdaje się tkwić w samej istocie systemu? Statyczne umysły elektroniczne okazały się bezradne wobec rozpędzającej się epidemii, dopóki ktoś wreszcie nie odważył się przyznać, że konieczne będzie odnalezienie ludzkiego programisty. Tylko czy opuszczonej przez cywilizację dziczy, w ostatnim miejscu, w którym oddychanie nie jest zakazane, uda się znaleźć kogokolwiek, kto wie coś o komputerach? A jeśli tak, czy będzie chciał pomóc?

Źle jest odcinać się od własnych korzeni i wmawiać sobie, że możemy poradzić sobie bez nich, ale jeszcze trudniej potem do nich wrócić i połączyć na nowo dwie drogi, z których każda rozwinęła się w inną stronę. 1386940335 wyobrażał to sobie o wiele za prosto. Oczekiwał gromadki pogrążonych w marazmie i stagnacji, choć sprawnych intelektualnie, pustelników, marzących o szansie na powrót do cywilizacji, którą on, istota wyższa i doskonalsza, będzie mógł ich uszczęśliwić. Tymczasem zastał samodzielny, całkiem uniezależniony od cywilizacji dziki-naukowy mikroświat, w którym ludzie, choć już nie pamiętają czasów sprzed podziału, starają się pomimo ograniczonej przestrzeni żyć po swojemu, z pracy na roli i handlu, wznosząc skomplikowane budowle i produkując energię z piasku. Roboty, choć nie są obiektem nienawiści, wzbudzają raczej niechęć i jeśli już trafią się jakieś z zewnątrz, są przymusowo przystosowywane do usługiwania człowiekowi i ciężkich prac fizycznych, z dala od tych wymagających inteligencji. Co zresztą bardzo pomaga 1386940335 szybko znaleźć kogoś znającego się na urządzeniach, choć zdecydowanie nie w okolicznościach, jakie by mu się podobały. Nie da się ukryć, że jako wyjątkowo uzdolniony przedstawiciel swojego „gatunku”, musiał ściągnąć na siebie kłopoty. A to dopiero ich początek, kiedy wychodzą na jaw dalsze informacje o tajemniczej chorobie i niektórych z naukowców.
Wydaje się, że w ludzkim mieście nie ma niczego wyjątkowego, ale tętniące życiem, głośne, pełne zamętu skupisko to dla uporządkowanej, spokojnej sztucznej inteligencji o wiele za dużo. Ludzie zarazem zachwycają i przerażają 1386940335 swoją nieprzewidywalnością, impulsywnością, bezmyślnością, a jednocześnie tym, jak często tego rodzaju reakcja okazuje się najskuteczniejsza. Co prawda losy powolnego, wiecznie zamyślonego mechanicznego introwertyka takiego jak byłyby tutaj szybko przesądzone, zanim zdążyłby on to wszystko zaobserwować, na szczęście znalazł się pewien ciekawski informatyk, który, pomimo własnych niejasnych „planów”, dostrzegł w nim potencjał na coś więcej niż pożyteczny automat. Dzięki temu udaje się jemu i nam poznać trochę ten dziwny, sprzeczny wewnętrznie świat współpracy z nieskażoną naturą, w którego nieskończonych podziemiach wciąż rozwijają się obce większości śmiertelników niewiarygodne technologie, a mroczne plany zemsty czekają na realizację. Nie wystarczy jednak tylko się przyglądać – żeby coś zdziałać, sprzeciwić się, a do tego znaleźć pomoc, trzeba wejść w ten świat głębiej, a im głębiej wchodzi w ludzki świat 1386940335, tym wyraźniej widzi, że za jego paskudne wypaczenie odpowiedzialni są nie naukowcy, ale właśnie... tacy jak on.
Mroczna, przejmująca wizja przyszłości, w której nie wiadomo, kogo obwiniać, komu kibicować, bo jedyne działanie, które można podjąć, to tylko obrona przed przyszłym albo minionym złem.

poniedziałek, 5 października 2015

85.Książka o książkach” (Flajijwomistroh Hohigomig Daflijimi)

Co to jest książka? Wydaje się, że już kiedyś sama odpowiedziałam sobie wyczerpująco na to pytanie – że jest to rodzaj zapisu, wykluczający multimedia, unikając wieloznaczności i niejednorodności treści. Ale co z „celowością” zapisu? Czy jeżeli powstał on samorzutnie, bez żadnego zamiaru stworzenia znaczenia, to nadal jest zapis? Czy wystarczające jest samo to, że da się go przeczytać?

Największa biblioteka Saufghinu, Alganka, w przeciwieństwie do innych tego typu instytucji na tej planecie, nie zawiera żadnej książki, którą ktoś świadomie zaplanowałby na fabułę, postacie i cokolwiek sensownego. Tym, co je pisze, a właściwie – tworzy czytelne wzory na papierze, są Rulieiny, płaskie stworzenia wielkości interpunkcji, słynące z tendencji do układania się na kontrastującym z nimi kolorystycznie materiale. Oczywiście same Rulieiny nie robią tego z zamiarem stworzenia czegokolwiek – odwrotnie, to Saufghinianie nauczyli się przypisywać wartość znaczeniową temu, co znajdywali niegdyś na liściach i kamieniach, a co potem składali w kartki nietypowych książek. Zmiana środowiska Rulieinom bynajmniej nie przeszkadzała, a nawet przeciwnie – chętnie rozprzestrzeniały się na inne, pozostawione dla nich w pobliżu czyste kartki, które potem saufghiniańscy czytelnicy mogli czytać jak hieroglify, rozkoszując się tajemniczością i głębią tekstu. Jego jednoznaczność jest niezaprzeczalna – na całym Saufghinie obowiązuje jeden standard interpretacji znaków, jeden język obrazkowy i jedna szkoła czytania, co sprawia, że każdy na wstępie dostaje to samo. Złożoność i nieuchwytność tekstu bierze się z kontekstu poszczególnych znaków, które oczywiście nieczęsto układają się z sensem, przez co, podobnie jak w poezji czy bardzo nowoczesnej ziemskiej prozie, trzeba się go trochę naszukać. Albo też założyć, że w ogóle nie jest potrzebny i potraktować dziwną historię jako metafizyczną wizję, zabawę dla podświadomości. Nic dziwnego, że książki faktycznie napisane przez autora, zaplanowane, przemyślane, choć niezmiennie powstawały, nie cieszyły się aż takim szacunkiem jako banalne i niepodatne na interpretację.
Pewnego dnia jednak zaczęły się problemy, które także Saufghinian zmusiły do zastanowienia się, czym jest książka, czy istnieje granica, za jaką utwór nie nadaje się już do czytania i jak wiele swobody można zostawić Rulieinom. Owe problemy objęły całą Algankę i trwają do teraz, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do tego, jak uratować teksty przed drastycznymi przemianami zachodzących dzień po dniu w każdym z nich. Niektórzy, co bardziej spostrzegawczy, nazwali proces Wojną Przecinków z Kropkami.

Zaskakujące, jak niewiele okazali się wiedzieć Saufghinianie o kwiecie własnej literatury. Oczywiście – mieli wspaniały podział na rulieinowe dziedziny, zabiegi stylistyczne, udało im się stworzyć nawet encyklopedię herosów „wymyślonych” przez płaskie robaczki, wraz z opisem osobowości i genealogią. Ale kiedy pojawiła się konieczność działania, zapobieżenia realnej katastrofie grożącej wymazaniem większości z tego, co cenili, okazuje się, że o samych „piszących” nie wiadomo niemal nic. Wyłączając nielicznych biologów fascynatów, którzy dość szybko zrozumieli, że ruch na kartkach wziął się z konfliktu i żądzy władzy dwóch podgatunków, przeciętny Saufghinian nie zdawał sobie sprawy, że patrząc na zadrukowaną kartkę, ma do czynienia z całym mikroświatem. Mało kto zdawał sobie sprawę z losowości zmian – popularne stało się podejście, według którego książki same tworzą swój ciąg dalszy i rozwinięcia, otwierają się nowe, a nawet samodzielne, interpretacje. Zmieniająca się treść sprawiała wrażenie bardziej agresywnej, chaotycznej, co fascynowało zwolenników, zwracających uwagę na jej energię wewnętrzną i lepszy kontakt z podświadomością. Powodowało to niewiedzę, co robić dalej z książkowym zjawiskiem i straszny dualizm pomiędzy tymi, którzy nawoływali, żeby go nie powstrzymywać, a zamiast tego korzystać z aktywności zapisu i czytać za każdym razem od nowa, oraz tymi, którzy zmienionych utworów najchętniej od razu by się pozbyli. Argumentami nadal były jednak tylko kwestie interpretacyjne, metafizyczne.
Flajijwomistroh był pierwszą osobą, która spojrzała na to, co się dzieje, pod kątem zachowań Rulieinów, a nie książek, traktując te ostatnie zdecydowanie jako skutek uboczny. Jako jeden z biologów, badających robaczki także przed Wojną, był w stanie przedstawić mniej zorientowanym (a teraz bardzo zorientowania potrzebującym) kolegom, na czym proces rozkładania się na czystych kartkach właściwie polega, dlaczego wzory są tak równe i regularne, i wreszcie jaki jest jego cel z punktu widzenia Rulieinów. Po serii ciekawostek przybliżających zespoły gatunkowe, rozwój gromady i porządek społeczny w jej obrębie czytelnik zostaje wprowadzony w prawdziwą historię i przyczyny Wojny Przecinków z Kropkami. Trudno sobie wyobrazić, że można z taką pasją opowiadać o przejawach agresji żywych plamek na przestrzeni kilkunastu centymetrów kwadratowych – a jednak można, bo zachowanie to zaczyna interesować, zaskakiwać, bawić, wzbudzać pytania i każe w napięciu wyczekiwać na zakończenie starcia, choć wiemy przecież, że ono i tak na razie niestety nie nastąpi. Dopiero na tle tego opisu jesteśmy w stanie zrozumieć, jak bardzo niepoważne są kłótnie fascynatów literatury, perorujących z dumą o interpretacji i rozwoju, zamiast po prostu jak najszybciej kopiować to, co jeszcze się do tego nadaje. W końcu to my, mówi Flajijwomistroh, jesteśmy tymi, którzy chcieliby przekazać tę wartość dla potomnych, nie bezmyślne Rulieiny, stanowiące jedynie czcionkę, a same nie przejmujące się tym, czy cokolwiek dla kogokolwiek znaczą. Zjawiskowość ich zachowania jest unikatowa na skalę międzyplanetarną i teraz właśnie jest okazja naprawdę to docenić – ratując te nieświadome dzieła przed ich własną destrukcją.

poniedziałek, 21 września 2015

83.Naprawdę niezapomniane przeżycie” (Zagrwiar Enpjo)

Miasta planety Ektoplse należą do jedynych w swoim rodzaju. Nie ma nic zaskakującego w pomyśle, by swoje domy budować z roślin, kwiatowych pręcików i żywych łodyg, co innego jednak, jeśli rośliny te samoistnie wytwarzają światło. Z rodzimej gwiazdy, małego czerwonego karła, dochodzi go bardzo niewiele, co sprawia, że liściaste konstrukcje są praktycznie jego jedynym źródłem, co czyni je promieniejącym, neonowym odpowiednikiem naszego Las Vegas. Ektoplsiańscy projektanci prześcigają się w artystycznym wykorzystywaniu tego faktu, do perfekcji doprowadzając umiejętność stabilnego składania ze sobą kruchych elementów i minerałów, łączenia wzorów i kolorów oraz podkreślania drobnych szczegółów. Dech zapierają zarówno wysokie proste wieżowce o białych ścianach i miękkich barwach, jak i zwisające z wysoka jaskrawe okrągłe lampiony, upstrzone pasemkami i plamami. Za każdym razem wzrok oczarowują warkocze płatków, rozstawienie jarzących się traw i kompozycje punktów przebijających się przez półprzezroczyste ściany liści, zmieniając ulice Ektoplse w artystyczne wystawy delikatnych układanek, z łączącymi je girlandami kwiatów i kwitnącymi ponad nimi gałęziami.
Przyznać jednak należy, że o ile sami mieszkańcy Ektoplse szczerze uwielbiają roślinne właściwości, które czynią ich planetę wyjątkową, przyzwyczaili się już do nich dawno i nie poświęcają tyle uwagi, co odwiedzający ich licznie turyści. Wielu z nich, tak jak właśnie Zagrwiar Enpjo, poszukuje nowych i ambitniejszych sposobów na odbiór tego rodzaju sztuki, który pozwoliłby na nowo ją docenić. Pomimo istnienia dziesiątek metod interpretatorskich, opartych na rysowaniu domów, dotykaniu ich ścian i odwzorowywaniu ich oświetlenia za pomocą równań optycznych, Zagrwiar Enpjo odnalazł się dopiero w próbowaniu ich pod względem smakowym. W pewnym momencie ruszył w podróż, by przemierzać świat na pieszo i podgryzać kolejne napotkane konstrukcje, oceniając je, ucząc się i szukając wciąż nowych relacji aromatycznych. Ceniony zarówno przez zwykłych ludzki, jak i wielkich krytyków, a jednocześnie niezwykle kontrowersyjny, zdobył sławę jako ktoś, kto zrewolucjonizował branżę budowlaną i dał całkiem nowe spojrzenie na dobrze znaną architekturę.

Autobiografia Zagrwiara Enpjo zdaje się być jednocześnie kulinarnym przewodnikiem turystycznym, jak i powieścią przygodową. Z jednej strony opowiada on o smakach, z jakimi słynne ektoplsiańskie budowle pozwoliły mu się spotkać, z drugiej – wiele miejsca poświęca próbom surwiwalowego przedostania się do owych budowli, kiedy ich mieszkańcy nie zachwyceni jego działalnością tak jak zazwyczaj. Pojawienie się Zagrwiara Enpjo nieraz budziło liczne obawy, w szczególności w kwestii niebezpieczeństwa zaburzenia ładu kompozycyjnego danej struktury kwiatowej i zniekształcenia estetycznej spójności, przez co często nazywano go bandytą i szarlatanem, i to pomimo jego zapewnień, że zamierza ugryźć jak najmniej.
Wrogie przyjęcie co prawda nigdy nie zniechęcało Ektoplsianina, który uważał sztukę i kontakt z nią za wartość zasługującą na każde poświęcenie (także poświęcenie samej sztuki dla kilku gryzów), często jednak sprowadzało na niego kłopoty. Jedną z zapadających w pamięć historii jest ta poświęcona starej i jednej z najpiękniejszych konstrukcji artystycznych, Płomieniowi Króla Jangi Worgi, stanowiącemu jedną z czterech wieżyczek kompleksu pałacowego. Dobrze zapowiadający się fortel z przebraniem się za wędrownego ekonoma zmienił się w dramatyczną ucieczkę przez większością straży, architektami, ogrodnikiem oraz szajką złodziei, przeprowadzających akurat napad na pałac. Podobnie przy Krysztale Księżycowej Wody, Czerwonej Pachnącej Ziemi i Bieli Zieleni Czerni, gdzie mieszkańcy wyskoczyli na niego z ektoplsiańskim odpowiednikiem wideł. To jednak tylko zwiększało rozpoznawalność jego nazwiska, liczbę czytelników jego kolejnych recenzji kulinarnych oraz fanów, już nie tylko na jego rodzimej planecie. Jego działalność znalazła również wielu naśladowców, rozwijających zapoczątkowane przez idola podejście, wgryzając się w architekturę i dzieląc się między sobą wrażeniami, i to co ciekawe niekoniecznie tam, gdzie twory mieszkalne nadawały się do jedzenia. Tym, który najbardziej z nich wszystkich zasłynął, był Jajgoh z Ugiarii – prawdopodobnie tym, że budynki na jego planecie nie tylko były trujące, ale do tego jeszcze dość szybko uciekały, co wpłynęło na rozwój nowej dyscypliny sportowej.
Można powiedzieć, że każdy, kto zetknął się z Zagrwiarem Enpjo, wyniósł ze spotkania z jego niezwykłą osobą i jego pracami coś dla siebie. Dla jednych stał się inspiracją twórczą, inni odnaleźli swoje powołanie w ogrodnictwie, niektórzy ruszyli jego śladami na poszukiwanie przygód, nie mówiąc już o tych, którzy stwierdzali, że nie chcą mieć z tym szarlatanem nic wspólnego i pogoniliby go widłami. Ponad wszystko jednak, choć sam autor zdawał się o tym nie myśleć, jego odważny, absurdalny punkt widzenia zmusza nas do oceny, zastanowienia się nad tym, co nam samym podoba się (lub nie) i uświadomienia sobie, czego sami oczekujemy po tym, co nazywamy sztuką. I może też będziemy mieli ochotę jej szukać.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

71.Instynkt” (Intrawik aw Łelora)

Tak oto dotarliśmy do ostatniego tomu serii przygód Juno Jowtli, a wraz z nim do ostatniego żywiołu z układanki Intrawika aw Łelory, czyli tak zwanemu instynktowi...

Pomimo, że różnice między roślinami z Ziemi oraz Karwilane występują niezaprzeczalnie, można powiedzieć, że instynkt stanowi w nich dokładnie to samo – to, co Ziemianie, a także bardziej wyedukowani Karwilanianie nazywają ogólnie tropizmem. Nowoczesne nauki tej planety już dawno rozwiązały zagadkę tajemniczej inteligencji liściastych włosów i wypustek, które niezależnie od woli ich właściciela dostosowywały swoje ustawienie do okoliczności, przede wszystkim światła i grawitacji. Dowiedziono, że odpowiadają za to niektóre komórki, posiadające zdolność reakcji na bodźce, dzięki której bez pomocy żadnych mięśni są w stanie szybko zwiększyć swoją objętość i wygiąć w danym miejscu całą roślinę. Co nie zmienia faktu, że przez całe (o wiele krótsze, pamiętajmy) tysiąclecia zjawisko to uważano za nieznaną siłę, łączono z bóstwami i magią, a wielu Karwilanian do dziś zalicza ją do żywiołów i samemu sobie składa ofiary.

Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...

Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.


Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?

poniedziałek, 22 czerwca 2015

70.Katastrofa” (Intrawik aw Łelora)

Zapraszam Czytelników Literatyki na recenzję piątej części serii Intrawika aw Łelory. Ciekawej nie tylko dlatego, że poświęcona jest żywiołowi najważniejszemu dla roślin, ale także dlatego, że także ku mojemu zdziwieniu, okazała się być ona dopiero pierwszą połową dłuższej historii...

Jak już wiadomo, na Karwilane nie buduje się z kamieni. Pomimo że w Złodzieju kamieni mówi się o wioskach, tak naprawdę nie stawia się tam ani miast, ani domów w żadnym z ziemskich znaczeń tego słowa. Tego rodzaju określenia opierają się raczej na skupiskach leśnych, między którymi zamieszkuje myśląca część mieszkańców planety. Co nie dziwi przy fakcie, że na Karwilane nie ma skrawka suchej powierzchni, bo 99% z niej zalane jest płytkimi jeziorami, natomiast gęste powietrze - nasycone parą wodną, co upodabnia ją do szklarni.
Ogólnodostępny kontakt z wodą czyni z niej nie tylko pożywienie, ale i naturalne dla Karwilanian medium komunikacji. Stałe trzymanie korzeni w wodzie umożliwia roślinoludziom nie tylko zwykła rozmowę, ale także, bez działu żadnych technologii, wymianę informacji między społeczeństwem a jego rządem. Popularne we Wszechświecie zmysły wzroku i słuchu praktycznie u nich nie istnieją, przez co dobrze znany poza planetą aw Łelora nie mógł doświadczyć większości z ekranizacji swoich dzieł.

Fradleh Mogac Gonpfi, który w poprzednim odcinku pomagał naszemu detektywowi, w przeciwieństwie o tego ostatniego nie był tak przyzwyczajony do pozaziemskich przygód, przez co bardzo ciężko zniósł podniebną podróż i wizytę w metalowej, „martwej” maszynie. Postanawia natychmiast wrócić do rodzimej Garrifanzy, w czym Juno postanawia mu towarzyszyć (licząc po cichu, że także i jemu uda się wreszcie ruszyć w podróż do domu). Podejrzane wydarzenia zaczynają się jednak jeszcze długo zanim docierają do odległego miasta – w którejś z przypadkowo odwiedzonych wiosek ma miejsce dyskusja nad karą dla jednego z mieszkańców, Rarda Grwodrs, który wedle powszechnej opinii, postradał rozum. Juno nie może przejść wobec takiej sytuacji obojętnie, tak więc czując poczucie obowiązku (jako znawca kryminologii) oraz okazję do pofilozofowania, oferuje swoją pomoc. Pomimo że bezsens okrzyków obwinionego o tajemniczym osuszonym kawałku ziemi parę kilometrów dalej nie budzi wątpliwości Juno (ani nikogo innego), jest on pierwszą osobą, która faktycznie interesuje się ich prawdziwością, zabiera małą eskortę i idzie sprawdzić miejsce, która tamten wskazuje. Oględziny potwierdzają jedyną możliwą wersję wydarzeń – woda... jest tam, tak samo jak i wszędzie indziej. Kiedy wydaje się, że nic już nie uratuje Rarda przed linczem, Juno doznaje olśnienia i zdaje sobie sprawę z paru faktów. Jak Rard może mówić o rozległych suchych wydmach, jeśli nigdy ich nie widział? I dlaczego kałuże, na które tam trafili, były takie płytkie? Kiedy niewiele przed ostatnim procesem idzie tam ponownie, odkrywa nie tylko, że wody jest jeszcze mniej, ale i że zanurzone w niej małe korzenie są bardzo wysuszone, a piasek pod cienką warstwą wilgoci – suchy. Choć ciężko było to sobie wyobrazić, wszystko wskazywało na to, że ktoś naprawdę odpompował stąd wodę na dłuży czas, a potem wlał jej trochę z powrotem, żeby zaszkodzić jedynej osobie, która się o tym dowiedziała. Ale kto? Jak wkrótce się okaże, Juno będzie miał do pomocy w rozwiązywaniu tej kwestii samego Rarda, który wydostał się z zamknięcia, widząc w podążaniu za detektywem jedyną drogę na uratowanie. Tym samym oczywiście wpędzając go w kłopoty, zarówno ze strony sędziów, jak i kogoś, kto postanowił zabrać ludziom to, co mają najcenniejsze.

Katastrofa w krótkim czasie po wydaniu wywołała, zgodnie z nazwą, prawdziwą burzę i ogromny wstrząs, szokując miliony Karwilanian pomysłem, że ziemię naprawdę da się osuszyć. Książka zapoczątkowała lawinę rozpraw i dyskusji na temat tego, czy jest to wykonalne, a wielu do dziś podaje tę informację w wątpliwość, w tym paru wydawców, którzy pierwszy raz przeklasyfikowali dzieło aw Łelory z działu obyczajowego do science fiction. Po raz kolejny autor, przedstawiając nam wspaniałą, wciągającą akcję, przemyca w niej coś, co wśród jego pobratymców było nie do pomyślenia. Podobnie jak z kradzieżą kamieni, które na Karwilane są obiektem uwielbienia i symbolem stałości, będącym nieoderwalnym elementem przyrody, tak teraz z brakiem wody, esencji, bez której wszystko miało się rozlecieć. Długo trwały debaty na temat tego, czy zmiana ilości cząsteczek w glebie i powietrzu, nie wpłynie na stabilność powierzchni i siłę grawitacji, zanim Karwilanianie zdołali odsunąć na bok przesądy i otworzyć się na fakt, że prawa fizyki nie działają u nich inaczej, w zależności od tego w co wierzą. Ciekawa jest właśnie ta (nie pierwsza już u aw Łelory) zabawa z Czytelnikiem, który najpierw stawiany jest przed jasną oczywistością, która dopiero potem, wymuszając logikę wbrew logice, staje się zagadką do rozwiązania. Trudno powiedzieć, czy pisarz zakłada u niego pewne postępy poznawcze, bo choć u samego Juno Jowtli ujawnia się bardzo już rozwinięta otwartość i sceptycyzm wobec tego, co niemożliwe, to narratorowi wciąż dopisuje sympatyczny i pełen wdzięku humor w kwestii dziwaczności niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Już samo osądzanie czyjejś winy czy stopnia normalności bez sprawdzenia tego, jak rzecz się przedstawia naprawdę, jest dobrym przykładem na to, jak rzecz bez wątpienia dziwaczna i niesprawiedliwa dla Ziemianina XXI, dla Karwilanianina okazuje się taka dopiero po zestawieniu z późniejszymi wydarzeniami, a to dopiero początek, gdy dochodzimy do kwestii wody, nauki i „tego, co być powinno”.
Walka z uprzedzeniami to jednak jedynie tło dla upartego jak nigdy przedtem Juno, który wyłapując kolejne szczegóły i odkrywając wciąż nowe połacie suchej ziemi, ma przeczucie co do nadciągającej katastrofy. I przede wszystkim pytanie: dlaczego? Na co komu przyda się jałowa ziemia, z której żadna roślina nie będzie w stanie czerpać wody? Rozwiązanie, na które trafi na ostatnich stronach tej części, a od którego zaczniemy kolejną recenzję, wytrąci go z równowagi na dłuższy czas niż zazwyczaj...
Miła odmiana po najeżonych niebezpieczeństwami poprzednich częściach. Katastrofa czaruje najbardziej typowym dla aw Łelory zachwytem nad przyrodą, po cichu jedynie przemycając obawę wobec tego, jak łatwo jest ją zniszczyć.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

69.Nieprawdziwy deszcz” (Intrawik aw Łelora)

Przed nami kolejny, czwarty już odcinek serii karwilańskiego autora, aw Łelory. Wbrew tytułowi żywiołem, który odegra w nim główną rolę, wcale nie będzie woda...

Kolejną, obok pierściania planety i różnobarwnych księżyców, atrakcją astronomiczną jest jasna mgławica emisyjna, która otula większość planet tego zespołu układów planetarnych, w tym połowę tego, do którego należy Karwilane. Tak więc w nocy widać nie granatową sferę pokrytą maleńkimi punkcikami, a tęczę rozlaną po całym nieboskłonie, która jest zaledwie nieznacznie ciemniejsza od słońca. Czy raczej: byłoby widać, gdyby nie przysłaniały wszystkiego liście gigantycznych białych drzew, których korony splatają się ze sobą i ciągną kilometry od pnia, z którego wyrastają.

Skutkiem wydarzeń, kończących Dolną część nieba Juno i Liść Prsiksa musieli gwałtownie zerwać ze sobą kontakt. Co nie znaczy, że ten detektyw nie będzie tęsknił za swoją ukochaną – jego plany co do dzieł filozoficznych powiększyły się o traktat „Zakochanie: wpływ na lokalną i globalną ekonomię oraz wertykalny ruch jopanloigów”, a nostalgiczne rozmowy z samym sobą, mające na celu zrozumienie uczucia, które w sobie odkrył, przerywane westchnieniami pochłaniają mu całe dnie. Jego znajomi rozumieją z tego stanu jeszcze mniej, martwią się o niego i, z różnym skutkiem, próbują przywrócić do rzeczywistości.
Co nie udaje się do momentu, gdy nie zaczyna dziać się coś naprawdę strasznego. Z nieba spada deszcz, jednak nie taki jak zazwyczaj, wodnożelowy, ale deszcz gorącej substancji, która wypala sobie drogę w gąszczu liści, doprowadzając do pożarów i pokrywając gołą ziemię metalową skorupą. Tajemniczy kataklizm nie trwał długo, wystarczył jednak, żeby zniszczyć setki kilometrów lasów i wprowadzić chaos, uniemożliwiający komukolwiek dojście, co się właściwie stało. Planetę opanowują straszne teorie o rozpadających się księżycach i niebie, które po setkach lat postanowiło spaść Karwilanianom na głowy. Dopiero niejaki Fradleh Mogac Gonpfi, specjalista w meteorologii, konstruktor oraz piekarz, jest pierwszym, kto próbuje zapobiec panice, przypominając, że nic nie bierze się z niczego i wszystkiego można się dowiedzieć. Widząc wrogie nastawienie mieszkańców, Juno własnego mimo strachu i wewnętrznych rozterek zgadza się mu pomoc i razem, przy użyciu balonopodobnego kwiatu Lawosksji, ruszają w podróż do najwyższych warstw atmosfery. Tam szybko odkrywają, że źródłem nieszczęścia nie jest rozpadający się księżyc czy niebo, tylko skomplikowana, przypominająca małe miasto machina, zawieszona w chmurach. Sytuacja nie zapowiada się dobrze, a staje się jeszcze gorsza, gdy Juno i Fradleha zaskakuje kolejny deszcz, z powodu którego ledwo udaje im się dolecieć do konstrukcji na rozpadającej się roślinie. Teraz pozostali sami z ciągnącym się po horyzont tworem, sterowanym, jak wkrótce się dowiedzą, przez samego Uwoskammu. Nikt nie musi im przypominać, że losy świata zależą od nich, zwłaszcza Juno, który nie zapomina, że zbudowanemu pod gołym niebem Królestwu Liści grozi największe niebezpieczeństwo.

Niezwykłe jak na różnych planetach może różnić się podejście do ognia – podczas gdy na Ziemi był on pierwszym krokiem ku rozwojowi, w roślinnych światach takich jak Karwilane kojarzy się zawsze ze zniszczeniem i tragedią. Tutaj w dodatku symbolizowany jest on nie tylko przez sam palący, metalowy deszcz, ale także przez osobę Fradleha, który jako kucharz, przygotowujący na co dzień jedzenie w niebezpiecznych i kontrowersyjnych warunkach wysokich temperatur, z miejsca wzbudza niechęć i podejrzenia. Juno prawdopodobnie również nie powierzyłby mu swojego życia, gdyby nie kierowała nim silniejsza niż zwykle chęć natychmiastowego działania. Widać po nim wiele lęków i odruchów podobnych do tych, gdy zmuszony był jechać kolejką do siedziby swojego wroga, jednocześnie daje się odczuć też to, jak wiele detektyw się już nauczył, jak bardzo stara się walczyć z tym, co go przeraża, i nie ulegać uprzedzeniom. Jeszcze przed dotarciem do podniebnego urządzenia wytwarzającej dziwną ciecz, stara się nawiązać kontakt z nowym kolegą, wyciągnąć wnioski i podpowiedzi z jego doświadczeń. I bardzo dobrze, bo kiedy rozbijają się na miejscu, jest już zdany tylko na niego.
Dzieło Uwoskammu przeraża tutaj jak nigdy wcześniej. O ile w poprzedniej książce większość wydarzeń działo się w bajecznej scenerii chmur i białych pałaców, z „gościnną” obecnością niszczących tę harmonię robotów, o tyle teraz ponura, przygniatająca sceneria metalu, betonu i ognia jest podstawą rozwijającej się akcji. Bohaterów (ani nas) ani na chwilę nie opuszcza poczucie kończącego się czasu – zarówno z powodu świadomości, że od nich zależy życie tysięcy roślinoludzi pod nimi, jak i z tego powodu, że brak słońca i wody w głębi mrocznych budowli może się dla nich samych źle skończyć. Poszukiwania nie są przy tym wcale łatwiejsze - Juno musi wykorzystać wszystkie swoje obserwacyjne i filozoficzne talenty, a także techniczną wiedzę Fradleha, żeby odnaleźć się w nowej nieprzyjaznej rzeczywistości. W końcu samo dotarcie do maszynerii nie oznacza wyłączenia jej, ani nie daje żadnej podpowiedzi co do tego, jak to zrobić czy kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Juno musi sam jak zwykle poskładać odpowiedzi na swoje pytania z tego, co znajdzie po drodze, a w świecie pozbawionym czegokolwiek, co byłoby dla niego znajome, nie będzie to wcale łatwe, zwłaszcza gdy do akcji wejdą mechaniczne twory gotowe rozerwać każdą formę życia na strzępy. Jedyną nadzieją jest Fradleh, który uparcie twierdzi, że każda maszyna musi mieć część zarządzającą i gdzieś pośród tego metalowego chaosu musi znajdować się ich cel...
Pełna grozy i prawdziwego kryminalnego kombinowania historia, trzymająca w napięciu bardziej niż można by oczekiwać po którejkolwiek książce aw Łelory, pierwsza, która jak żadna inna zasługuje na tag akcja.
n

poniedziałek, 8 czerwca 2015

68.Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)

Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:

Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.

Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?

Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

67.Mechaniczność” (Intrawik aw Łelora)

Po pierwsze: życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka, po drugie: witam wszystkich w pierwszym odcinku Miesiąca z Intrawikiem aw Łelorą :) Jednakże, pomimo iż od Mechaniczności zaczynamy, to nie ona otwiera serię Intrawika, której pierwszą częścią był wspomniany ostatnio Złodziej Kamieni. To właśnie ten ostatni, a wraz z nim niespodziewany sukces czarującego detektywa Juno Jowtli sprawił, że autor postanowił porzucić głębokie powieści dokumentalno-kulturowe i zmienił epizodyczne opowiadanie w całą serię. Jak prędko będzie można zauważyć, każdy tom nawiązuje do jednego z sześciu znanych tam żywiołów. Ten miesiąc tematyczny będzie wspaniałą okazją do szerszego przybliżenia Czytelnikom postaci głównego bohatera i roślinnej kultury Karwilanian.

Stosownym będzie chyba zacząć od paru ciekawostek, na które wcześniej nie było okazji. Planeta Intrawika aw Łelory potrzebuje 20 dni ziemskich na jeden pełny obrót wokół własnej osi. Nie ma to jednak tak wielkiego znaczenia jak u nas, ponieważ obrót wokół jej gwiazdy trwa tylko drugie tyle, przez co w praktyce czas pomiędzy zachodem a wschodem słońca również rozciąga się do prawie 40 ziemskich dni. Ową gwiazdą, wokół której Karwilane rotuje, jest Konpralacja, znana u nas jako 1 Cancri i słabo widoczna w grudniu. Dwie pozostałe planety tego układu to Krawi i Peltoni – obie niezamieszkałe, a także nie wykryte przez nasze teleskopy.

Historia ta zaczyna się niewiele po zakończeniu poprzednich wydarzeń – Juno, zadowolony z przywrócenia porządku w stolicy, planuje opuszczenie Inrafuno i powrót do rodzinnej wioski na obrzeżach, gdzie ma zamiar kontynuować prace nad traktatem o filozofii algebraicznej. Nie zdąży jednak tego zrobić, gdy na niebie otaczających go puszczy dostrzeże jedną z najdziwniejszych i najstraszniejszych rzeczy, jakie (nie licząc budowli z finału poprzedniego tomu) w życiu zdarzyło mu się ujrzeć – coś, nazywane przez włodarzy miasta komunikacją miejską...
Nieuzasadnione wprowadzenie dziwnych konstrukcji z przewodzącego tworzywa, napędzanego nieokiełznaną dotąd energią grzmotów, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń dociekliwego detektywa. Jak udało się to wszystko wprawić w ruch? W dodatku dotychczas miejski trafik opierał się na jopanloigach, podobnych do małp stworzeniach wędrujących powoli po lianach rozwieszonych w koronach gigantycznych drzew. Taki sposób i tempo poruszania się zdawał się od zawsze odpowiadać flegmatycznym Karwilanianom, tymczasem teraz miał być doraźnie zastąpiony przez pędzące po wiszących szynach kolejki, które Juno z miejsca uznał za głupi i niebezpieczny eksces, który szkodził zarówno pasażerom, jak i wystraszonym jopanloigom. Podczas gdy mieszkańcom Inrafuno nowy, szybki i wygodny sposób podróżowania od razu przypadł do gustu i prędko znikły wątpliwości, Juno po cichu nadal drążył temat, a przy tym zdecydował się nigdy nie wsiąść do szatańskiego urządzenia.
Nici jednak wyszły z postanowienia, gdy wychodzi na jaw, że bezwzględny złodziej kamieni wrócił. Sieć komunikacyjna, która okazuje się być jego dziełem, to tylko mały kroczek, służący odwróceniu uwagi i zdobyciu zaufania. A przy okazji sposobem na wykorzystanie nadmiarów energii elektromagnetycznej z gigantycznej, sztucznie wygenerowanej burzy, którą według swojego wielkiego planu już wkrótce miał zawładnąć dzięki zdobytej potajemnie pozakarwilańskiej technologi. Jeśli Juno ma zdążyć na czas i powstrzymać jego imperialistyczno-apokaliptyczne zapędy, które były na najlepszej drodze do realizacji, musiał porzucić naturalne środki transportu. Ale co, jeśli łotrowi o to właśnie chodzi?

Intrawik aw Łelora po raz kolejny robi zamach na własną tradycję i uświęcone zamiłowanie do spokoju. Tym razem robi to w sposób o tyle wyjątkowy, że niejednoznaczny. Karwilanian od zawsze przerażało wszystko, co nie pochodzi bezpośrednio z natury. Jest ona postrzegana jako część ich samych bez żadnego dystansui każdy pomysł, choćby drewnianych maszyn uprawnych czy liczydeł, spotyka się z paniką i sprzeciwem. Autor, jako człowiek nowoczesny, odważnie patrzy w przyszłość i w niebo, będąc na bieżąco z kosmicznymi nowinkami, widząc w wykorzystywanej z umiarem nowoczesności wiele zalet, wstydząc się z lekka tego światowego lęku, przez który jak ma świadomość, jego naród bardzo traci. Zwłaszcza że, jak parę razy delikatnie sugeruje „ustami” wielu postaci, elektryczność jest ostatecznie jednym z żywiołów, pochodzi z natury. Zamiast jednak słodzić, wychodzi z punktu widzenia i myślenia przeciętnego mieszkańca swojej planety, który natychmiast przyjmuje mechaniczne wagoniki jako synonim zła i drży na myśl, że mogłyby one opanować jego miasto, zastępując milutkie jopanloigi. Po czym – zmusza swojego bohatera, będącego tradycyjnie i ciałem i duszą symbolem przeciętnego Karwilanianin, żeby zrobił ten wielki krok dla ludzkości i samotnie ruszył kolejką do serca szalonych burz magnetycznych... Wydaje się to niebezpieczne tym bardziej, że przecież to właśnie wróg Juno (który w tej części zyskuje własne imię, Uwoskammu) dostarcza prąd do tych pojazdów, którym to uczuciem zagrożenia Intrawik fantastycznie manipuluje. Zresztą cała psychologia postaci zasługuje na oklaski, przebijając już to, jak pisał on poprzednio – to, w jaki sposób Juno przechodzi od zachowawczego lęku i poczucia osaczenia podczas szukania dowodów, przez bezradną panikę już w wagoniku, aż do momentu, pod koniec podróży, gdy próbuje się z maszyną zaprzyjaźnić, każdemu zapada w pamięci. Kiedy wreszcie dociera na miejsce, jest gotowy ponownie walczyć z cwanym Uwoskammu o pozakarwilańską cywilizację. Oraz jej dobro, które nie wyklucza już mechanicznej komunikacji jako przydatnego urządzenia i ciekawego przeżycia, pod warunkiem oczywiście, że włada nimi maniak pałający rządzą krwi, który chce za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych.
Szybkie, trzymające w napięciu, lekko szalone, a jednocześnie nadal pełne bliskiej autorowi (i bohaterowi) kwiatowej filozofii i delikatności.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

62.Czy wiesz, że to ja?” (Huzlerforantitawhah Pioon)

Tamtraugarwona już nikt nie poznawał. Wydawałoby się, że nie tak dawno jeszcze każdy czcił jego osobę, wyśpiewując jej imię i wznosząc monumentalne Tamtraugaria ku chwale jego wielkiej kreacji. Mógł pozostać na tronie z diamentu, zbierając miłość i niekończące się dary, kształtując wiedzę i myśli. Jednak sam zadecydował, nie chciał patrzeć na narody i królów klękających przed nim jak niewolnicy. Nie tak to sobie wyobrażał, choć wtedy miałby wszystko. Nie potrzebował wszystkiego, chciał być tylko blisko nich i chciał, żeby oni byli sobą. Gdzie jednak mogło być miejsce dla osoby z diamentowego tronu?
Wielokrotnie nad tym myślał, także dzisiaj, nad szklanką wieczornego naparu daworznowego. Wydawało mu się, że mógłby po prostu spacerować i podziwiać bez końca, a jednak niespodziewanie po tych latach nadszedł moment, gdy musiał odpocząć. Jak jednak, gdy wciąż wszyscy zginali się przed nim wpół, nie mogąc wykrztusić słowa z uwielbienia i zachwytu, i zmuszając, by wciąż bezwiednie brał to, co mu dawano? To nie o to chodziło. Kiedy wreszcie po latach udało mu się znaleźć kogoś, kto go nie rozpoznał, czuł jednocześnie radość i smutek - jakgdyby coś się skończyło i zaczęło zarazem. Ale wtedy nie mógł dostać już nic za darmo...
Zabawne, jak szybko to wszystko minęło. Sam się nie zmianiał, wciąż przemierzał świat i przyglądał się mu, jednak sam ten świat zmieniał się, rozkwitał, powiększał, a przy tym coraz mniej istniało ludzi i stworzeń, które go poznawały. Ale nie mógł już nic dostać za darmo - czy w ogóle pamiętał jeszcze jak się to robi? Musiał zapracować na odpoczynek, na pożywienie, na odzież, którą odbierał mu czas, na dach nad głową, który miał być dla niego nowym miejscem na świecie, domem lepszym niż diamentowy tron. I na ludzką miłość, którą z bliska chciał poznać najbardziej. Rozmyślał o tym wpatrzony w szklankę wieczornego naparu daworznowego, gdzieś w jednej z milionów maleńkich restauracyjek na planecie, nie rozpoznawany już przez nikogo. Czy to była jedyna droga? Ostatecznie nie mógł zbliżyć się do ludzi bardziej niż stając się jednym z nich - żyjąc.

Wierzenia mieszkańców Palwfali są bardzo charakterystyczne i, co ciekawe, zgodne pod względem tego, jak powstał świat, a zwłaszcza co działo się potem, przez co daleko wykraczają poza zwykłą religię. Ich sposób wnioskowania wyklucza zarówno samoistne pojawienie się życia jako efekt uboczny praw fizyki jako nieprawdopodobne, jak i istnienie doskonałego stwórcy jako nienaukowe. Zamiast tego kolejne pokolenia zaskakująco jednomyślnie odkrywają wciąż na nowo przejmującą historię nieokreślonej bliżej osoby, która po zbudowaniu świata nie była dłużej w stanie istnieć poza nim. Ciężko byłoby tu wymienić wszystkie innoplanetarne tytuły dzieł psychologicznych i filozoficznych, które rozwodziły się nad głębią i wieloznacznością tego, na co bohater (tu zwany Tamtraugarwonem) się zdecydował, jaka jest definicja życia i społeczeństwa. Czy życie okazało się dla niego piekielną pokusą, a może był to po prostu dalszy ciąg procesu tworzenia, który zaczął się od planety? Czy taka egzystencja była błędem czy wręcz przeciwnie: tym, czego pragnął, tylko już nie był w stanie pojąć? Huzlerforantitawhah Pioon, jako jeden z setek autorów, bardzo wdzięcznie radzi sobie z tym subtelnym zadaniem, wędrując pomiędzy ładną relacją a rzucanymi niepozornie paradoksalnymi odpowiedziami, wskazówkami i alternatywami, prowadząc nas obyczajowymi ścieżkami przez świat pytań. Oczywiście nie to jest najważniejsze i jest tu wiele więcej, ale czuje się, że właśnie to autor chce nam pokazać najbardziej.
Rzuca się w oczy to jak szczerze Palwfalianie wierni są swojemu punktowi widzenia, co objawia się tym, z jaką dobrocią podchodzą do każdego, kogo spotykają choćby po raz pierwszy, okazując mu cichy szacunek i zaufanie - tak w powieściach, jak i naprawdę. Przekonanie, że gdzieś tam na ich planecie, być może na wyciągnięcie ręki, istnieje wciąż nieśmiertelny (choć ludzki) stwórca wszystkiego, co znają, kieruje nimi w każdej dziedzinie życia i stanowi uniwersalną podstawę wszelkiej moralności. Jest sugestią, że nigdy nie możesz być pewien, jak ważny i wyjątkowy jest człowiek, który staje na twojej drodze, co przeżył i jak cudownych rzeczy dokonał lub też: jakie przeznaczenie przed nim stoi. Nawet jeśli to akurat nie on stworzył Palwfalię.
Melancholijne, smutne, pełne refleksji mieszających światotwórcze myśli z rzeczywistością i pozwalające nam podziwiać tysiące lat zaniku tych pierwszych na korzyść tej drugiej. Może nie dla każdego, ale też niezapomniane.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

60.Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)

Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.

Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

44.Świąteczna historia Frankilano” (autor nieznany)

Bardzo serdecznie przepraszam Czytelników za wielkie opóźnienie :( Ja napisałam recenzję na czas, ale Blogger żadną siłą nie chciał załadować strony dodawania nowego wpisu i wyszło jak wyszło...


Z czym mi się kojarzą Święta, hmm...

Równikowe tereny planety Parsika porasta gigantyczny las. Tam, gdzie zaczynają się grube na setki metrów gałęzie, powierzchnia chowa się pod szerokimi konarami, a powietrze przypomina niekończące się drewniane tunele. To właśnie ten las jest celem corocznej wędrówki mieszkańców Kasztori Writ, jednego z miast położonego w północnych krainach. Obchody Końca Roku zgodnie z tradycją są dla nich okazją do wyrażenia miłości i szacunku wobec swoich rodziców, których obdarowują owocami jego drzew, wielkimi ciemnoczerwonymi wiśniowicami.
Jeden obrót Parsiki dookoła słońca trwa trzydzieści razy dłużej niż u nas, więc jest to rzadkie wydarzenie, ponadto sama wędrówka, pomimo iż świąteczna, rozpoczynana jest wiele lat. Nic więc dziwnego że wielu z podróżujących ma tremę co do tego jak wypadnie przed dawno niewidzianymi najbliższymi. Zwłaszcza główny bohater, Frankilano, który ma zobaczyć las dopiero po raz pierwszy, jest szczególnie przejęty i bardzo obawia się o to, jak poradzi sobie z transportem większego od siebie owocu. Wokół panuje radość, niosą się kolędy i opowieści o świątecznych bohaterach, a z nieba padają, niczym płatki śniegu, duże zielonawe krople lekkiego metanu. Chłopakowi nie udziela się jednak ta atmosfera i wciąż nie daje spokoju, co będzie, jeśli ta jedyna, pierwsza wyjątkowa szansa się nie powiedzie. Czy rodzice mu wybaczą? Czy nie sprowadzi na nich jakiegoś nieszczęścia?
Wkrótce niestety ma okazję się o tym przekonać - parę dni po opuszczeniu owocowej części lasu, dochodzi do małej katastrofy i wielka czerwona kulka spada mu z pleców w przepaść. Pozostaje mu teraz trudny wybór pomiędzy powrotem z pustymi rękami, a samotną drogą po kolejnego wiśniowica. Na szczęście ma też przyjaciół, którzy nie pozostawią go samego z tym smutnym dylematem...

Wiśniowice weszły w tradycję Parsiki tak głęboko, że nikt już nie pamięta, że ich nasiona trafiły tu w zasadzie całkiem niedawno, przypadkiem, z przelatującej obok komety. Do tego ich zaborczy rozrost wzbudzał przez pierwszą dekadę straszny chaos, grożąc objęciem nie tylko pustynnego równika, ale i reszty kontynentów. Na szczęście okolice stref umiarkowanych okazały się zbyt chłodne, a owoce nowych drzew wzbudziły zachwyt, objawiając się po raz pierwszy w samo święto, w południe, gdy słońce wkraczało w nowy rok. Odtąd świat Parsikian się zmienił, przeformowało się znaczenie ich legend, a część z nich w ogóle zaniknęło, jeśli nie było w nich miejsca na motyw leśnego owocu. Tym samym obchody Końca Roku stały się dwuetapowe i przy okazji zyskały na energiczności i uroku. Najpierw młodsza część społeczności udaje się całymi dziesiątkami w radosną podróż do niezwykłej puszczy, umilając sobie czas błyskaniem widocznymi z daleka barwnymi światełkami, które w ich sposobie porozumiewania są odpowiednikiem śpiewu i opowieści. Po powrocie natomiast wszyscy wspólnie przygotowują z wiśniowic sto potraw, a z ich skórek wycinają latawce i sukienki, czego też nigdy dotąd nie było. Barwność i euforię z zakończenia długiej ciemnej zimy, można porównać w zasadzie tylko do ziemskiego Sylwestra w Rio de Janeiro.
Świąteczna historia Frankilano jest jedną z bezimiennych bajek, powstałych tuż po rozszerzeniu tradycji, opowiadanych światełkami podczas wędrówki do lasu wiśniowców, a spisanych dopiero przez niejakiego Pei Lohni Licze. W odróżnieniu od samych obchodów mocno zauważalne są jej spokój i ciepło, w dodatku skontrastowane z niepokojami głównego bohatera, z punktu widzenia którego zawsze się ją opowiada. Nie jest to dziwne, jeśli wie się, że (w sumie podobnie jak u nas) celem tych opowiastek było nie zabawianie, a raczej przekazanie pewnej nauki, która podczas przy tej okazji może się nam przydać. Frankilano bardzo dobrze wpisuje się w kanon wiernego syna i dzielnego ucznia, choć wciąż jeszcze targanego zagubieniem, który dla Parsikian jest bardzo związany ze świętem Końca Roku. Pomimo tego, że jest to w zasadzie dzień ich rodziców (a także dziadków), to właśnie dla ich dzieci jest to sprawdzian dojrzałości i nabierania świadomości tego, co naprawdę chcą dać innym i jak rozumieją miłość oraz to, że im na kimś zależy.
W sam raz na nasze Święta i do tego daje do myślenia.

poniedziałek, 24 listopada 2014

40.Podboje Wielkiego Imperatora Inwata: część 27” (Nojn iho Kwsang)

Planeta Enkalips była jasnym, bogatym w azot i złoża naturalne światem - idealnym, żeby na nią napaść. Wkrótce po jej odkryciu i pobieżnym zbadaniu imperator Inwat zebrał flotę i wydał rozkaz zajęcia nowego globu. To, czy obecnie zamieszkiwały go jakieś istoty inteligentne (czy też jakiekolwiek), zawsze było dla niego sprawą drugorzędną bez wpływu na decyzje, jednak nigdy nie odrzucał ewentualności, że tubylcy mogą stawić opór. Nic dziwnego - przez lata zdobywania nowych terytoriów napotykał na najniezwyklejsze stworzenia, które w mniej lub bardziej agresywny sposób okazywały mu brak sympatii dla obcych. Nie było jednak nic, co mogłoby powstrzymać Wielkiego Inwata i ów nie wyobrażał sobie, żeby tym razem coś mogło pokrzyżować jego plany dołączenia pięknej Enkalips do kolekcji dwudziestu sześciu planet Imperium Zyngwozian.
Na miejscu nie napotkał żadnych zwierząt, a przynajmniej nie takie, które byłyby oderwane od gleby - aż po horyzont, z każdej strony planety ląd spowijała mieniąca się wszystkimi kolorami dżungla, pełna rozłożystych drzew o wielkich liściach oraz traw sięgającym im aż do korony. Pozorna bezludność planety mogła okazać się zwodniczą pułapką, mimo to na razie nawet kwaśne początkowo powietrze po paru minutach zdawało się dostosowywać do organizmów wysłanych na powierzchnię żołnierzy. Wszystko zdawało się zachęcać gości do siebie. - zamiast wystraszonych rezydentów ujawniały się wciąż nowe osobliwości i cuda, niewidziane z góry. Schodząc niżej, do tuneli labiryntów pod lasem, oświetlanych jasnością paproci i bielą pni drzew, odkryli wreszcie gaik drzew, obwieszonych ogromnymi bańkami powietrza, których przezroczyste błonki lśniły najróżniejszymi jaskrawymi barwami. Zyngwozianie uświadomili sobie wtedy, że setki takich błyszczących baloników widzieli unoszące się wysoko nad swoimi głowami gdziekolwiek się tu udawali. Zjawisko było tak absorbujące, iż prędko zdecydowali, że nie znajdą tu już nic bardziej interesującego, i postanowili wrócić na statek, by zameldować o bezpiecznej sytuacji i braku wrogów. Nie wiedzieli jednak, że pierwszy raz w życiu to nie wrogów muszą się obawiać...

Kronikarz Nojn iho Kwsang towarzyszył Inwatowi, swojemu władcy i natchnieniu, podczas wszystkich jego inwazji, jednak ta z numerem dwudziestym siódmym należała do jednych z najdziwaczniejszych i najbardziej szokujących jednocześnie. Można spokojnie powiedzieć, że zmieniła jego sposób patrzenia na świat, dlatego właśnie z pompatycznych, sławiących przemoc relacji zmieniła się w nieprzewidywalną historię pełną jego refleksji i negujących się ze strony na stronę wniosków.
Dotąd Kwsang, choć wykształcony, podzielał poglądy swojego pana oraz większości Zyngwozian, że ten, kto ma siłę, ma wszystko. Inwat był zdecydowanie wzorem takich idei - odważny, bezwzględny, obdarzony talentem dowódczym, a przy tym pozbawiony innych zbytecznych walorów emocjonalnych czy umysłowych podporządkowywał sobie kolejne zaskoczone kraje przewyższające go rozwojem czy zdobyczami naukowymi. Co jednak gdy nie ma nikogo, z kim można walczyć? Gdy tym, co staje na drodze, nie są stworzenie odbierające agresywne wtargnięcie jako to samo, nie reagujące na nieznane w znany sposób, nie okazujące przemocy, którą możnaby odeprzeć?
W starciu z przerażającym zachowaniem enkalipsiańskich roślin, które w swojej gościnności potrafią przekształcać odwiedzające je stworzenia tak, żeby były w stanie swobodnie żyć i oddychać w ich środowisku, toporny i odarty z umiejętności wnioskowania rozum Inwat okazał się bezradny. Kwsang staje się świadkiem, jak jego idol przegrywa ze schematycznością własnego myślenia, nie mogąc pojąć, że jedynym ratunkiem przed trucizną, zmieniającą kolejnych wojowników w kolorowe bańki, jest ucieczka, nie pełne poświęcenia stawianie czoła niebezpieczeństwu i wypatrywanie wroga, którego możnaby pokonać. Nie pomagają usprawiedliwienia i typowe dla autora wróżenie sukcesu - w końcu, nawet wbrew własnej woli, Kwsang zaczyna rozumieć, że tutaj siła i zdecydowanie są jedynie głupotą, którą sami się zniszczą. Rozumieją to także kolorowi pół-ludzie, którzy stają na drodze imperatorowi i stają się dla niego pierwszymi wrogami, z którymi może walczyć i wreszcie wrócić do swojego ulubionego jedynego słusznego działania... Czy uda się to zatrzymać?
Wielu naukowców zachwycało się Enkalips, badając niezwykłą reakcję i uczuciowość porastających ją roślin, podziwiając je, ucząc dzięki nim i pamiętając, że mają do czynienia jedynie z formą otwartości na inne żywe stworzenia i pragnieniem „pomocy” im. Ostatecznie nawet Inwat coś wyniósł z tych wydarzeń i nauczył się myśleć, nawet jeśli efektem tego była, jak na ironię, jedynie koncepcja nowych i uniwersalniejszych narzędzi zniszczenia.
Dla wielbicieli dziwnych i absurdalnych (przynajmniej z naszego punktu widzenia) zjawisk i historii poznawania innych planet.

poniedziałek, 22 września 2014

31.Czerwona toń” (Eght Tonter Bon)

Planeta Maslalla jest bezapelacyjnie największym skupiskiem przyrodniczych terenów chronionych w południowej części Drogi Mlecznej. Dzięki konsekwentnemu minimalizowaniu degradujących architektur, takich jak elektrownie, huty i fabryki na korzyść odnawialnych źródeł energii i naturalnych metod produkcji, rezygnacji z nieekologicznych środków transportu i ograniczaniu szkodliwych nawyków społeczeństwa, udało się niemal całkowiecie odtworzyć dziewiczy stan czerwonych puszcz maslallajańskich. Modernizacje te zaowocowały diametralną przemianą całej, dotąd szeroko rozwiniętej technicznie, cywilizacji, wielbiciele ekologii nie mają jednak wątpliwości, że tylko na nich zyskała. Dzięki skoncentrowaniu starań i budżetu na działaniach proekologicznych Maslallanie mogli odejść od prowadzonych dotąd wysoce stresujących i niehumanitarnych zajęć w miejskich aglomeracjach i przenieść się na łono natury. Tam, w specjalnie wydzielonych strefach zamieszkania wplecionych w czerwone lasy, które mogą rozwijać się jak po dawnemu, bez żadnego uszczerbku z ich strony, odnaleźli swoje nowe miejsce, nową skromną pracę, domy z surowców naturalnych oraz dawno utracony spokój i zdrowie.
Tereny chronione wymagają oczywiście szczególnej troski, dlatego nie wolno wkraczać do nich bez specjalnej przepustki i sterylnego pojazdu przypominającego jednolitą, szklaną kulę. W ich przypadku nie wystarczy wyznaczenie wąskich ścieżek do poruszania się czy czerwonej odzieży, która, jak wykazano, jest najlepiej tolerowana przez zwierzęta leśne - takie regulacje obowiązują już w strefach mieszkalnych. Przestrzegania tych i innych reguł pilnuje strażnik leśny, Dandiron. Dość szybko poznajemy jego postać, podobnie jak dumę z pełnionej, bardzo wyróżniającej dodajmy, funkcji i szczytnej idei, na jakiej opiera się jego kraj. On też jest jednym z pierwszych, którzy poznają najnowszą nowelizację przepisów. Mianowicie psycholodzy doszli, że poruszanie się pomiędzy strefami nawet w antytoksycznych kulach ma oddźwięk w narodowym lesie, tak więc od dziś zostaje zakazane zarówno opuszczanie stref, jak i wychodzenie z mieszkań w tych strefach. Główny bohater ma początkowo pewne opory - jego najbliżsi, których mógł raz do roku odwiedzać, mieszkają kilka stref dalej od siedziby jego urzędu. Szybko uznaje jednak słuszność odgórnej decyzji - czyż brak możliwości widywania się z bliskimi nie jest małą ceną w zamian za nieskazitelność planety? Poza tym są też przecież dostępne wideofoniczne teletransmisje, dzięki którym w zasadzie może się z nimi widywać, kiedy i gdzie chce. Nie brakuje też rozrywek multimedialnych jak dotykogramy, obrazony i ultranet, z których można korzystać do woli, pod warunkiem, że oczywiście nie przekracza się dziennego limitu emisji szkodliwych fal elektromagnetycznych. Wygód w postaci sklepów, rynków i placów rozrywek nie brakuje. Tym większe jest zdziwienie Dandirona, gdy niespodziewanie obywatele w reakcji na wprowadzenie nowej ustawy reagują niezadowoleniem i zniechęceniem. Wśród coraz liczniej protestujących buntowników pojawiają się głosy, że człowiek stał się mniej ważny niż przyroda i że czas to zatrzymać, że wystarczy już dostosowywania się i pora wreszcie zacząć żyć jak ludzie cywilizowani. Ani Dandiron, ani nikt ze strażników starających się odeprzeć histeryczne ataki, nie jest w stanie zrozumieć ich zachowania. Skoro tak pragną wrócić do miastowego brudu, dlaczego nie przeniosą się do jednej z kilku wciąż istniejących (choć systematycznie likwidowanych) pozbawionych ograniczeń supermetropolii? Czy uda się powstrzymać katastrofę, wiszącą nad z takim trudem odchowanym czerwonym lasem?

Problem dbania o środowisko istniał razem z każdą bardziej rozwiniętą cywilizacją i nie upraszczała go odmienność ani w położeniu we Wszechświecie, ani w rodzaju produkowanych odpadów, ani w ilości wolnej przestrzeni na planecie. Niezależnie od tego wszystkiego bardzo ciężko jest zaszczepić ludziom szacunek do przyrody, umiejętność docenienia jej znaczenia dla świata i tego, że jest dla nas najważniejsza. Nawet najwspanialsze i najbardziej pożyteczne zdobycze techniki i kultury są niczym w obliczu przyszłości, w której nie zostanie ani jeden niezanieczyszczony las, a rosnące w nich niegdyś borowiki będzie można oglądać tylko na filmach. Zadaniem człowieka jest zrobić wszystko, by było jak dawniej, kiedy nie zaśmieciliśmy planety swoją pustą egoistyczną obecnością, żeby później mogły docenić ten idealny świat także nasze dzieci i wnuki. Kiedy jednak jakieś drobne niedogodności, będące skutkami niezbędnych przecież ekologicznych zmian, zaczynają dotykać nas samych, idziemy na łatwiznę i uciekamy od przyjętej drogi. Prawda jest jednak taka, że, niestety to, co jest dobre dla nas wszystkich, wymaga poświęceń. Wszyscy by chcieli żyć w zdrowym, naturalnym środowisku, jednak, jak to ze zdziwieniem zauważył Dandiron, nie bez wygód świata współczesnego, które przecież pozostają w sprzeczności z naturą. Czyż nie jest to oczywiste? Dandiron wiedział to od zawsze, odkrył jednak wiele innych cech ludzkiego charakteru, o których dotychczas nie miał pojęcia. Także tą, najdziwniejszą, że ludzie wolą korzystać z uroków przyrody już teraz, egoistycznie, zamiast myśleć o przyszłości i skromnie podziwiać ją na ekranach obserwacyjnych.
Wstrząsająca historia przestrzegająca przed skutkami krótkowzroczności i skupiania się tylko na jednej stronie rzeczywistości.

poniedziałek, 28 lipca 2014

23.To właśnie jem” (Żamina Sabocka)

Początkowo mieliśmy wątpliwości, co z tą książką zrobić. Jest tak ciekawa i popularna, że wydawnictwu bardzo marzyło się zrecenzowanie jej, jednakże, jak sama nazwa wskazuje, zajmuję się tu przecież literaturą zagraniczną, pisaną przez mieszkańców obcych planet o obcych planetach. Ten poradnik natomiast pochodzi z Ziemi i jej w większości dotyczy. Argumentem za było jednak to, że niezupełnie z Ziemi, jaką znamy, bo starszej o piętnaście wieków, która zaledwie kojarzy się z tym, co otacza nas dzisiaj. Mimo swojego źródła jest to więc dzieło dla czytelników bloga niedostępne, a zarazem dzięki podróżom w czasie cenione za granicami Układu Słonecznego już teraz. Tak więc ostatecznie udało nam się podjąć zgodną decyzję i dziś mam przyjemność zaprezentować drogim Czytelnikom XXXVI-wiecznej serii książek To właśnie jem.

Rozwój kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi przyniósł nam, poza niekończącymi się możliwościami wymiany wiedzą, technologią i wzajemną pomocą, także negatywne skutki. Kilka wieków obcowania z niezwykle zaawansowaną inżynierią genetyczną i technologią wytwarzania syntetycznej żywności sprawiło, że coraz mniejsza liczba Ziemian orientowała się, które produkty pochodzą z ich rodzimej planety. Z pomocą przyszła im Żamina Sabocka, która w swoich programach telewizyjnych, serwisach internetowych i publikacjach, tłumaczy ludziom na całym świecie mniej lub bardziej fundamentalne różnice między tym, co jest rdzennie ziemskie, a tym, co jedynie chce do takiego pretendować. Lata spędzone na studiowaniu archiwów medialnych w postaci setek tysięcy woluminów oraz blogów kulinarnych sprzed epoki wypraw do innych światów, umożliwiły jej z powodzeniem dzielić się wiedzą na temat historii, kraju pochodzenia i struktury molekularnej jarzyn, nabiałów i pieczywa. Seria To właśnie jem jest jednym z wielu przykładów jej wszechstronności, dokładności, profesjonalizmu i oddania, z jakimi poświęca się temu skomplikowanemu i niedocenianemu dotąd tematowi. To właśnie tutaj mieszkańcy Układu Słonecznego XXXVI-wieku mogą się dowiedzieć nie tylko jak odróżnić salwahiańskiego pomidora od naszego własnego, kiedy prawdziwe mięso nie nadaje się już do jedzenia oraz po co naturalnym wiśniom pestki, skoro się ich nie je, ale też poznać klasyczne przepisy na sernik, ciekawostki na temat bezautomatycznych upraw rolniczych, zasady savoir-vivre, a nawet Pana Tadeusza opowiadające o pradawnych sposobach parzenia kawy i zapomniane już pieśni o rydzach.

Prace pani Sabockiej od samego początku zdobyły sobie rzesze fanów. Nie tylko wśród tych, którzy nie potrafią bez jej pomocy określić, jaki kolor powinna mieć sałata, ale też u pasjonatów barwnego stylu, pomysłowości i poczucia humoru, na które, zdawałoby się, nie ma w takim poradniku miejsca. Zaskakujące porównania, anegdoty, zapadające w pamięć przykłady i zabawnie przedstawione wstawki historyczne i naukowe sprawiają, że opisy te nie są suchymi wykładami i przyjemnie czyta się je zarówno tym, którzy o ziemskim jedzeniu wiedzą wszystko, jak i tym, którzy nigdy nawet o Ziemi nie słyszeli. Autorka, mimo że sama nie miała okazji żyć w naszych czasach, zdaje się być rozbawiona tym, w jakich szczegółach mylą się współcześni jej konsumenci, a jednocześnie ubolewa, jak łatwo jest ich oszukać na międzyplanetarnych bazarach. Drodzy klienci! mówi nieraz, Pamiętajcie, że jeżeli ktoś oferuje wam małe kulki w strączkach, jest to fasola tylko pod warunkiem, że nie jest czarna i nie fruwa! Jeśli natomiast fruwa, to nie zatrzymujmy jej podczas odlotu z powrotem na Terawiksę, skąd najprawdopodobniej pochodzi. Albo też Nie kupujmy warzyw, posiadających rączki. Wyjątkiem może okazać się marchewka, której korzeń czasem przypomina odnóża, jednak prawdziwa marchew z pewnością nie zaproponuje Państwu gry w warcaby. Nie sposób tego zapomnieć i nie sposób się więcej pomylić, czym z pewnością pani Sabocka nie raz uchroniła swoich czytelników co najmniej przed zmarnowaniem pieniędzy. Sporo zyska też ta część społeczeństwa, która przez swoją niewiedzę ograniczała się do jedzenia nowoczesnego, gubiąc się w stereotypach i plotkach o piekących grudkach miodzie i arbuzach ze skórką jak kamień.
Zdumiewające jest dla mnie, jak wiele uwagi można poświęcić jednemu produktowi - jak pieczarki, lody, ogórki kiszone, chmiel - i to, że to ani na moment nie nudzi. Jak wiele można powiedzieć zaskakujących rzeczy i ciekawostek - nie tylko o wyglądzie, smaku czy konsystencji, ale także o tym, jak wielkie miewały one role w historii swoich rodzimych krajów i jak wielka wiąże się z nimi tradycja. Tym samym autorka okazuje swój szacunek do nich i do historii, między wierszami podsuwając nam myśl, że nie wszystko da się osiągnąć drogą przemysłową, że razem z naszą leniwą nieświadomością tego, co jemy, straciliśmy coś jeszcze. Odkąd życie stało się łatwe, szybkie i nieskomplikowane, a wytwarzanie pomarańczy przestało się czymkolwiek różnić od produkcji sera czy udek kurczęcych, jedzenie straciło swój urok, znaczenie, indywidualność. Na nowo nadając mu wartość i szacunek do niego, możemy odzyskać to, czym było ono kiedyś i to, czym kiedyś była Ziemia.
Nieprawdopodobne, że tak wiele można przekazać w poradnikach na temat tego, co jeść. Humor, wiedza, wdzięk. Uważam, że jest tu wszystko, co potrzeba do przyjemności z czytania, a może i chwili zastanowienia, jak to wygląda dzisiaj.

poniedziałek, 14 lipca 2014

21.Las myśli” (Anjij Waolt Saambr)

Czy, jak o to zagadnął ostatnio jeden z czytelników, możemy sobie wyobrazić rasę skrajnie różną od naszej? Czy możemy oceniać jej zachowania, przewidywać reakcje? Oczywiście nie możemy - bo nawet wyobraźnia ma granice, a ma je właśnie tam, gdzie są podstawy - uczuć, logiki, funkcjonowania organizmu, motywacji, miejsca w kosmosie... Może nie mogę (bo i nie ma sensu) przedstawiać Czytelnikom rasy skrajnie różnej, ale mogę za to opowiedzieć o takiej, w której nie funkcjonuje co najmniej połowa z oczywistych dla nas charakterystyk. W tym przede wszystkim życie w naszym rozumieniu tego zjawiska. A to za pośrednictwem książki znakomitego psychobiologa, Anjija Waolta Saambra.

Planeta Lapsara jest globem niemal całkowicie niezamieszkanym, jedynie jej podbiegunowe, odizolowane od palącego słońca tereny porośnięte są lasami gigantycznych, wysokich i rozłożystych na kilometry drzew. Niekończące się gęste warstwy liści i gałęzi sprawiają, że dla zamieszkujących je stworzonek czerwień koron jest jedynym znanym niebem i jedyną powierzchnią świata, w którym żyją. To jednak nie te stworzonka, Anebele, są bohaterami książki, a właśnie drzewa, zwane Floristonaktami. Drzewa oraz proces ich rozwoju od wypuszczenia pierwszej łodyżki do zasiedlenia przez pierwsze Anebele i osiągnięcia pełnego zrozumienia porządku ich świata. Ten ostatni, jakże trudny do sprecyzowania element, jest kluczowy dla życia drzew, ponieważ... bez towarzystwa stworzonek właściwie uświadczają życia w ogóle. Dopiero pojawienie się pierwszego Anabeli wśród ich gałęzi budzi u nich zdolność do myślenia, rozważania, oceniania, a potem współczucia, szczęścia i swoistej odpowiedzialności. Nadal nie są to jednak ich własne myśli i uczucia, raczej umiejętność poruszania się w tym, co „oferują” im obce żyjątka, bez własnej pamięci, świadomości i wiedzy o własnym istnieniu, co istotom takim jak my może być pojąć niezwykle ciężko.

Technologia wynaleziona przez Waolta Saambra umożliwiła mu udowodnienie i podsumowanie wieloletnich badań emocji jego ulubionego gatunku, jakim, jak sam podkreśla, zawsze były Floristonakty. Bez tego wynalazku nie powstałaby także ta opowieść. Dzięki podłączeniu swojego półuśpionego mózgu do rdzenia drzewa Waolt mógł krok po kroku prześledzić i na własnej skórze poczuć wszystkie kolejne etapy ich tajemniczego istnienia. Pierwszym, którego doświadczył, była kompletna pustka, nicość, brak czegokolwiek, co można byłoby nazwać oczekiwaniem, snem, hipnozą, jednak też pustka, która nie przeraża, nie budzi smutku ani żadnego innego uczucia. Odtąd uważnie obserwował wybrane drzewko i, gdy zgodnie z jego przewidywaniami po kilkuset obrotach Lapstry dookoła słońca (kilkunastu latach ziemskich) zaczęły się na nim zasiedlać pierwsze Anabele, wrócił do badań i odtąd był świadkiem niezwykłego rozwoju tego, w czego dojrzałą wersję wyposażone są już nawet noworodki. Czuł, jak drzewo zaczyna „wchodzić” w osobowości swoich mieszkańców, poznawać związki pomiędzy rządzącymi nimi uczuciami, zależności między nimi, innymi istotami, wydarzeniami i tym, co do zrozumienia okazało się najtrudniejsze, a co my nazywamy wyobrażeniami i oczekiwaniami. Oraz z fascynacją i uwagą przedstawia swoje wrażenia nam.
Naukowcowi nie było łatwo znaleźć granicę pomiędzy typową dla niego umiejętnością myślenia, a tym, co nim nie było, choć chciało mu towarzyszyć. Podobnie jak początkowo nie umiał rozróżnić nawet, czy myślą Anabelowie, czy drzewo - impulsy przebiegające wewnątrz rośliny zdawały się przebiegać równolegle z przeżyciami jej podopiecznych, niekiedy jednak znajdując nową drogę, inną wersję wyjaśnień i wniosków. W końcu Anjij zrozumiał, że Floristonakty tak naprawdę nie myślą nigdy - jest to raczej obserwacja, próbowanie nowych wzorców, uczenie się bez wiedzy o tym, czego się uczą, choć na swój sposób skuteczne. Coś, jakby drzewo czuło się każdym z Anabeli na raz, chciało nim być, myślało, że jest każdym z otaczających je stworzeń, mimo nie posiadania własnej woli i dążeń. Zdumiewające jest zarówno to wszystko, jak i to, jak drobiazgowo i umiejętnie Waolt Saambr o tym opowiada. Znaczenie ma dla niego każdy Anabel, każda jego drobna przygoda i przeżycie, które mogłoby mieć (i ma) wpływ na obiekt jego badań. Nie opuszcza nas wrażenie, że to bezpośrednio na naszych oczach rozkwita coś niesamowitego i autor nie narzuca nam swojej wiedzy na temat tego, co to właściwie jest. Jasna jest dopiero końcówka, kiedy już dojrzały Floristonakta po wielu próbach potrafi zdecydować, które uczucia są najważniejsze i nieświadomie wskazuje swoim podopiecznym drogę do tego, jak być szczęśliwym.
Bardzo dziwna wędrówka pomiędzy życiami i przemyśleniami, które nie wiadomo już, do kogo należą i czy naprawdę są tym, czym nam się wydają.

poniedziałek, 19 maja 2014

13.Zobaczyć deszcz” (Onga Falta 23 G)

Tym razem dość długo nie miałam pomysłu, co tym razem dla Was opisać, dopóki nie wyjrzałam przez okno. Pada. Stary dobry ziemski deszcz...

Trwa właśnie Sylwester rozpoczynający rok 2998, gdy dwustuletnią* mieszkankę Księżyca, Jawidgę Ri Kamnię zaczynają nachodzić nostalgiczne przemyślenia na temat świata Powierzchni, którą akurat tej nocy, jak co osiemnaście dni, ma okazję podziwiać na nieboskłonie. Pomimo że urodziła się i spędziła pierwsze lata życia na planecie, wkrótce cała jej rodzina wyprowadziła się stamtąd, przez co bardziej znała to miejsce z barwnych czasopism niż własnych wspomnień. Zdawała sobie sprawę ze zdumiewających różnic rozwojowych, skutkach kilku wieków wytężonej pracy nad przystosowaniem suchej skałki do zamieszkania, które zepchnęły Powierzchnię do rangi pełnej bałaganu i niewygód wioski. Często rozmyślała o zaletach pobytu tutaj, o ruchomych podjazdach i pomocnych robojednostkach, dzięki którym starość prawie jej nie doskwierała. Tego wieczora postanowiła jednak poznać bliżej świat, w którym tak naprawdę nigdy nie była, pełen miast zbudowanych z własnej historii i niehodowanej fauny i flory. Czekała tam na nią jedna z ostatnich krewnych, kuzynka, która już niedługo miała ją oprowadzić i przedstawić oczywistości, o których Jawidga nawet nie śniła. Jednym z pierwszych jej życzeń po dotarciu na miejsce jest zobaczyć deszcz...

Tym co wyróżniło dość krótkie opowiadanie Ongi od innych, kierowanych do seniorów anty-planetarnych tekstów propagandowych, dało mu rozgłos i zainteresowanie krytyków, był efekt - odwrotny do zamierzonego. Polityka zarządzania ludnością Księżyca i Powierzchni dążyła do uporządkowania ludzi według wieku, wyrobienia w nich przeświadczenia, że tylko jedno konkretne miejsce z tych dwóch jest w stanie zapewnić im wygodę, rozrywkę, karierę i wszystko, czego tylko mogliby potrzebować. Gdy tylko oparty na sztucznej inteligencji przemysł księżycowy uniezależnił się całkowicie od wsparcia planety, rozpoczęły się liczne kampanie oraz druk artykułów przedstawiających rozwinięty technologicznie monotonny Księżyc jako idealne miejsce na spędzenie spokojnej i bezpiecznej emerytury, natomiast Markuril na dole - jako środowisko przeznaczone dla nauki, pracy i rozrywki. Pojawiająca się w tamtym czasie literatura, jeśli tylko adresowana była do określonej grupy wiekowej, niemal zawsze zawierała sugestię, wartościowanie - w książeczkach dla dzieci "górny" świat był ukazywany jako ponury i groźny, w prasie dla dojrzałych pań - jako szczyt nudy, a dopiero w magazynach dla istot w wieku podeszłym - jako jedyna na świecie ostoja spokoju. System ten oparty był na wiedzy o potrzebach i oczekiwaniach Markurilian i po jego udanym wdrożeniu szybko zanotowano ogólną poprawę zdrowia i przedłużenie życia wszystkich mieszkańców.
Falta 23 G, pomimo że napisał Zobaczyć deszcz z najszczerszym zamiarem dalszego zachęcania do trzymania się schematu, popełnił wiele błędów, które przesądziły o opacznym odbiorze dzieła i które do dziś nauczeni już doświadczeniem nauczyciele wykorzystują do kształcenia młodych marketingowców. Przede wszystkim Falta sam był wtedy dopiero początkującym promotorem i nie potrafił jeszcze wyzbyć się obiektywizmu. W jego wizji oba światy są jednakowo wartościowe, z czego, co gorsza, główna bohaterka zdaje sobie sprawę. Pomimo wielkiego szacunku dla swojego księżycowego domu, sprawia wrażenie nieco zmęczonej prostym minimalizmem, wyspecjalizowaniem i profesjonalizmem, który okrawa świat ze wszystkiego co jest choć odrobinę zbędne. Pomimo że prędko odkryła, że niespodzianki na Powierzchni nie zawsze były miłe - jak wszechobecny brud, korki na drogach i brak sympatii nieznajomych - to wrodzony entuzjazm pozwala jej na przyjmowanie ich z dziecinną ciekawością i zaufaniem. Sama Jawidga, co było nie mniejszą nowością, również nie została wyposażona w same zalety - jej niedomyślność i, często, zwykła naiwność wprowadzają mnóstwo okazji do uśmiechu i sprawiają, że zarówno na rzeczywistość księżycową, jak i planetarną patrzymy z przymrużeniem oka. Księżycanka do samego końca nie mogła się przyzwyczaić, że otaczające ją drzewa nie są pomysłową dekoracją, co było widać w każdej jej wypowiedzi na ich temat. Nie mieścił jej się w głowie naturalny stan rzeczy na planecie, według którego zaniedbana ziemia sama zarasta trawą, a w nieużywanych zbiornikach wodnych lęgną się owady. Bardzo długo męczyła się też z rozróżnianiem, które cechy należą do którego zwierzęcia - na dobre weszło już do użytku dziennego lekceważące powiedzenie, które moglibyśmy tłumaczyć jak Daj się rybce wybiegać, mające dać rozmówcy do zrozumienia, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Najbardziej charakterystyczne jest jednak zdziwienie, którym Jawidga reaguje na informację, że ten słynny "samoczynny" deszcz nie pada o konkretnej godzinie, co ustalony czas - że trzeba na niego najzwyczajniej w świecie cierpliwie poczekać.
Jedno niepozorne opowiadanie nakręciło wielką, samonapędzającą się rewolucję, która, na szczęście dla autora, rozwijała się zbyt powoli, żeby mógł on dożyć odnalezienia jej przyczyny. Ku niepokojowi rządu ludzie nagle odkryli w sobie ciekawość, zapragnęli zwiedzać i porównywać miejsca, które nie były dla nich przeznaczone, uczyć się i zastanawiać. W międzyczasie Onga Falta 23 G napisał jeszcze parę krótkich opowiadań (jak choćby Zgubiony szalik i Całkiem niepodobna osoba) w celu dalszej popularyzacji podziału wiekowego, jednak ponieważ z czasem nauczył się, jak powinien to robić, żadne nie miało takiego przyjęcia wśród czytelników i nie doczekało się tak wielu analiz wśród znawców.
Dla nas będzie to "tylko" zabawna historyjka o babci, która postanowiła pierwszy raz w życiu opuścić ciepły dom. Niezależnie jednak od rasy (i miejsca zamieszkania, bo w końcu my mieszkamy akurat na planecie) niezmiennie zaraża ona chęcią poznania, otwartością i potrzebą zastanowienia się nad tym, co oczywiste. Warto przeczytać.


_______________
*Czas obiegu planety centralnej, Markurila, jest bardzo zbliżony do ziemskiego, podobnie długość życia mieszkańców jego i jego księżyca.

poniedziałek, 24 lutego 2014

01.Złodziej kamieni” (Intrawik aw Łelora)

Witam ponownie wszystkich Czytelników. Ponieważ jest to pierwszy wpis, trochę zajęło mi wyszukanie czegoś, co będzie zarówno interesujące, jak i jednocześnie nie będzie tak zwanym rzutem na głęboką wodę. Przy natrafieniu na pełnego błyskotliwej kryminalnej akcji Złodzieja kamieni, rozpoczynającego wielotomową serię sensacyjną, uznałam, że to jest to.

Historia zaczyna się od tego, że w jednym z największych miast planety Karwilane, stolicy Inrafuno, zaczynają ginąć kamienie. Mniejsze, większe, stare, nowe, zarejestrowane lub nie, dowolnego kształtu, materiału i pochodzenia. Niektórzy Inrafuńczycy próbują ukrywać najcenniejsze okazy przed tajemniczym złoczyńcą, ale bezskutecznie, nikt też nie ma pojęcia, kim może on być, ani co się tak naprawdę dzieje. Dzień po dniu miasto ogarnia coraz większe przerażenie, które szybko, wraz z tajemniczą wieścią, dociera także do sąsiednich wiosek. Z jednej z nich przybywa detektyw Juno Jowtli i decyduje się podjąć wyzwanie. Rozpoczyna się niebezpieczny wyścig z czasem, w którym stawką jest o wiele więcej niż ulubiony surowiec Karwilanian i wpływ jego braku na ekosystem...

Fabuła, jak to w klasycznym kryminale, szybko skupia się na osobie, toku myślenia i poczynaniach głównego bohatera, więc to chyba właśnie od jego osoby najlepiej zacząć wprowadzanie do powieści. Pan Jowtli jest typową dla Karwilane istotą człekokształtną pochodzenia roślinnego z typowym dla nich zamiłowaniem do porządku i stagnacji, można więc powiedzieć, że (poza wyjątkowo gęstą koroną) nie wyróżnia się specjalnie spośród lokalnej większości.
Warto też dodać, że tutaj detektyw to niezupełnie detektyw. Termin, określający profesję Juno, w Inrafuno i okolicach dotyczy raczej kogoś zajmującego się pisaniem książek, rachunkami i filozofią, a w wielu częściach ich świata nie ma nic wspólnego z łapaniem przestępców. Pozwoliłam sobie na to uproszczenie w tym konkretnym kontekście, jednak warto o tym pamiętać, widząc jego flegmatyczność i skłonności do bujania w obłokach. Zdarzyło mi się też widzieć ekranizację teatralną, w której pięknie gra na fizastrze (rodzaj instrumentu dętego, działającego jednak na nieco innej zasadzie niż na Ziemi, ponieważ Karwilanianie jako istoty roślinne nie posiadają płuc).
Pomimo powolnego charakteru i artystycznej natury, zapewniam, że Juno w podchwytywaniu cudzego toku myślenia radzi sobie fantastycznie i to nie tylko wtedy, kiedy walczy ze złem. Nieraz jego błyskotliwe obserwacje i odważne wnioski są powodem zaskakującego zwrotu akcji (jaki inny Karwilanianin odgadłby, że okradający ich łotr zamierza ze zdobytych kamieni - spoiler! - coś zbudować?), przez co zawsze jesteśmy pół kroku za nim. Interesująca jest również przeciwna strona barykady - przeciwnik Jowtliego zachwyca nas swoim zepsuciem zarówno ukrywając się przed wszystkimi i podrzucając fałszywe tropy, jak i pałając rządzą krwi i chcąc za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych (który to motyw jest standardem w twórczości Intrawika aw Łelory). Gdyby nie konieczność szczęśliwego zakończenia, to do ostatniej chwili nie mielibyśmy pewności, czy świat ocaleje.
Dorzućmy do tego piękne, ociekające zielenią krajobrazy (choć jednak dość przerażające, bo okradzione z kamieni) i mamy wspaniałą rozrywkę na kilka wieczorów.