Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.
Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.
Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podroz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podroz. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
poniedziałek, 27 lipca 2015
75. „Słowo smoka” (autor nieznany)
Twoo Promef Roo odkrywa w głębi jaskiń stworzenie, które my z pewnością nazwalibyśmy smokiem. Dwie pary skrzydeł, łuski i wielkie błoniaste uszy wzbudziły w mężczyźnie lęk i zdziwienie, ale potworek zdawał się być jeszcze mały i nieporadny, jakby niewiele minęło od jego przyjścia na świat. Skąd się wzięło? Nie wiadomo, jednak po ogłoszeniu znaleziska natychmiast stało się dla wszystkich jasne, dlaczego się pojawiło. Prorocy i liczbowi wróżbici natychmiast znaleźli jego miejsce w przepowiedniach i legendach, obiecujących odrodzenie krainy. Gawskoogo od wielu lat już dręczyły głód i bieda, a obce wojska coraz częściej pustoszyły okolice, jednak zagubieni oligarchowie pomimo starań nie potrafili zatrzymać postępującej katastrofy. Mieszkańcy ze smutkiem wspominali odległe czasy, gdy ich kraj słynęła z zielonych pól, dostatku oraz mądrości, dzięki której panował tu spokój i szczęście. Teraz wszystko to znów miało powrócić - za sprawą magicznego stworzenia, które obroni swoich opiekunów przed złem i na nowo nauczy rządzić państwem.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...
Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...
Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.
poniedziałek, 20 lipca 2015
74. „Impreza kwantowa” (Wanweworsyn Egnlo)
Nauka cywilizacji planety Erydanu, skupiona zwłaszcza w położonym na północnej półkuli Hanpsatii, zmaga się właśnie ze sprzecznościami mikroskopowego świata kwantów. Nowe, niemożliwe dotąd techniki obserwacyjne i eksperymenty owocowały zagadkowymi wynikami i zależnościami, jakich nikt się nie spodziewał. Jak to możliwe, że elektron pojawia się w oczekiwanym miejscu tylko z określoną częstotliwością? Jak wyglądają jego relacje z jądrem atomu? Gdzie zaczyna się przewidywalność zwykłej materii? Za obserwacjami szły teorie, którymi próbowano wyjaśnić zjawisko, ale ogólnie przyjęta na Ziemi wersja oparta na falowo-cząsteczkowym zachowaniu materii była tylko jedną z wielu. Niejaki Frekstren bynajmniej nie należał do jego zwolenników. Młody naukowiec miał głowę pełną własnych pomysłów na poznanie natury cząsteczek i nie trzymał się żadnej konkretnej teorii, wierząc, że wielkie odkrycie dopiero przed nami. Tej konkretnej jednak nie lubił szczególnie. Możliwość, że elektrony tak naprawdę nie są czymś materialnym, a zamiast tego każdy z nich istnieje jednocześnie w wielu miejscach w zależności od prawdopodobieństwa, uważał za absurdalną i za tani wykręt do ułatwienia sobie obliczeń. Tymczasem konieczność skutecznego poradzenia sobie z tą niejasnością nie była tylko kwestią naukową - Erydanuanie właśnie wykryli pojawienie się stacji kosmicznej nieznanej cywilizacji na orbicie sąsiedniej planety i podejrzewają przybyszów o niezbyt dobre zamiary. Przy tym sposób poruszania się, przemieszczania, a nawet lokalizacja w przestrzeni pojedynczych osobników wydają się sugerować istnienie u nich jakiegoś zjawiska makrokwantowego...
Początkowo jednak ta jakże poważna sytuacja zdaje się być raczej tłem dla tego, od czego właśnie zaczyna się historia - przed Frekstrenem pojawia się jego własne odbicie, które nakazuje mu pod żadnym pozorem nie zbliżać się do stacji kosmicznej, jak to ochrzczono budzących obawy kosmitów, Doninajów. Pojawia się, a następnie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień rozpływa się w ścianie. Na naukowcu dziwaczna scena pewnie zrobiłaby wrażenie, gdyby nie to, że męczy się już z podobnymi zjawiskami od dłuższego czasu - przyjacielowi opowiada o jego „duchach” pojawiających się w nocy, mówiących na ślepo do ściany, wystających z podłogi, a potem niespodziewanie znikających, jakby ktoś je poganiał. Do tego dochodzą niedorzeczne sny, które jednocześnie coraz trudniej mu odróżnić od rzeczywistości. Spore jest jego zdziwienie, kiedy wreszcie prośba okazuje się mieć swój sens - wojsko decyduje o przeteleportowaniu jednego z najzdolniejszych fizyków, żeby dzięki kamuflażowi wmieszał się w tłum obcych i spróbował czegoś dowiedzieć o ich nieuchwytnej naturze. Na kogo pada wybór? Frekstren początkowo, zgodnie z prośbami zjaw, odmawia. Kiedy jednak mimo to duchy pojawiają się ponownie, znajduje w tym jedyny sposób na uwolnienie się od nich i dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. Trafnie, bo będzie miała ona bezpośredni związek z zachodzącymi tam kwantowymi zjawiskami. Tyle że odpowiedź mu się nie spodoba...
Nieziemskie recenzje rzadko należą do łatwych, ale tutaj problemy zaczęły się już przy tytule. Pomimo że wersja, na którą się zdecydowałam, to w sumie najpopularniejsze podejście do oryginalnego Pristeearwendoninaj, ale jednak jest to tylko płaskie uproszczenie, bo Pristeear oznacza zarówno zabawę, rozrywkę, jak i po prostu chaos, także w znaczeniu naukowym. Zarówno na innych planetach, jak i na samym Erdeenu (z którego pochodzi Wanweworsyn Egnlo) przyjęło się podkreślać niezwykłe znaczenie niewielkiego, zlokalizowanego na stacji punktu tanecznego, do którego Frekstren w pewnym momencie trafia, pomimo że zjawisko kwantyzacji zaczęło oddziaływać na niego już po samym przekroczeniu granicy statku. Tym bardziej świadczy to o piorunującej sile sceny, gdy fizyk decyduje się wejść do ogłuszająco hałaśliwej, pełnej jednocześnie mroku i kolorów sali, gdzie dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że z każdej strony otaczają go jego własne kopie... Żeby było jeszcze ciekawiej, wystarczy przesunąć spację trzy litery dalej, żeby impreza zmieniła się w... inne określenie cząsteczki kwantu (co ładnie świadczy o tym, jaki i w realnym świecie autora był z nimi bałagan), a całość stała się znaczeniowym masłem maślanym, wymieszanym zbitkiem, które nie powinny znajdywać się obok siebie, co z kolei zdaje się nawiązywać do tego, co przytrafiło się Frekstrenowi później. Od panicznego momentu na imprezie w jedno zlał się czas, zlała się przestrzeń, wymieszały się momenty i miejsca, gdzie czy kiedy Frekstren był z tym, gdzie i kiedy nie był. Nawet, kiedy opuścił (dość szybko zresztą) ciemną salę, nadal znajdował się w środku; czuł, jak znajduje się w wielu miejscach i czasach naraz, niezależnie od wszystkiego. Coś, co dla Doninajów było szczytowym dziełem ich cywilizacji, dzięki któremu byli w stanie zwielokrotnić swoją siłę, wiedzę, uniezależnić poruszanie się od czasu i przestrzeni, a nawet oszukiwać śmierć, kogoś, kto tego wynalazku nie pojmuje, mogło doprowadzić do szaleństwa.
Ciężko recenzować coś, co wydaje się składać z kilkunastu różnych (nie żeby kompletnych) ciągów wydarzeń - już samo zarysowanie akcji (w jednej konkretnej kolejności) zdaje się być dużym spoilerem, zwłaszcza że zarysowuje związek między niektórymi z nich. Widzimy z perspektywy „spotkania” na imprezie, że poprzednie wizje naukowca były nim samym z przyszłości, gdy próbował sam siebie (mało umiejętnie) ostrzec przed złą decyzją. Ale co będzie później? Czy to, że przeszłość już się zdarzyła, o czymkolwiek przesądza? A może są jeszcze inne, jeszcze bardziej nienaturalne i przerażające linie czasu, z których wreszcie jedna przyniesie rozwiązanie? Czy znajdzie się sposób na przechytrzenie nieznajomych i uratowanie Erydanuan? Podążając za jednym z duchów wreszcie znajdziemy odpowiedź razem z Frekstrenem.
Początkowo jednak ta jakże poważna sytuacja zdaje się być raczej tłem dla tego, od czego właśnie zaczyna się historia - przed Frekstrenem pojawia się jego własne odbicie, które nakazuje mu pod żadnym pozorem nie zbliżać się do stacji kosmicznej, jak to ochrzczono budzących obawy kosmitów, Doninajów. Pojawia się, a następnie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień rozpływa się w ścianie. Na naukowcu dziwaczna scena pewnie zrobiłaby wrażenie, gdyby nie to, że męczy się już z podobnymi zjawiskami od dłuższego czasu - przyjacielowi opowiada o jego „duchach” pojawiających się w nocy, mówiących na ślepo do ściany, wystających z podłogi, a potem niespodziewanie znikających, jakby ktoś je poganiał. Do tego dochodzą niedorzeczne sny, które jednocześnie coraz trudniej mu odróżnić od rzeczywistości. Spore jest jego zdziwienie, kiedy wreszcie prośba okazuje się mieć swój sens - wojsko decyduje o przeteleportowaniu jednego z najzdolniejszych fizyków, żeby dzięki kamuflażowi wmieszał się w tłum obcych i spróbował czegoś dowiedzieć o ich nieuchwytnej naturze. Na kogo pada wybór? Frekstren początkowo, zgodnie z prośbami zjaw, odmawia. Kiedy jednak mimo to duchy pojawiają się ponownie, znajduje w tym jedyny sposób na uwolnienie się od nich i dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. Trafnie, bo będzie miała ona bezpośredni związek z zachodzącymi tam kwantowymi zjawiskami. Tyle że odpowiedź mu się nie spodoba...
Nieziemskie recenzje rzadko należą do łatwych, ale tutaj problemy zaczęły się już przy tytule. Pomimo że wersja, na którą się zdecydowałam, to w sumie najpopularniejsze podejście do oryginalnego Pristeearwendoninaj, ale jednak jest to tylko płaskie uproszczenie, bo Pristeear oznacza zarówno zabawę, rozrywkę, jak i po prostu chaos, także w znaczeniu naukowym. Zarówno na innych planetach, jak i na samym Erdeenu (z którego pochodzi Wanweworsyn Egnlo) przyjęło się podkreślać niezwykłe znaczenie niewielkiego, zlokalizowanego na stacji punktu tanecznego, do którego Frekstren w pewnym momencie trafia, pomimo że zjawisko kwantyzacji zaczęło oddziaływać na niego już po samym przekroczeniu granicy statku. Tym bardziej świadczy to o piorunującej sile sceny, gdy fizyk decyduje się wejść do ogłuszająco hałaśliwej, pełnej jednocześnie mroku i kolorów sali, gdzie dopiero po dłuższej chwili orientuje się, że z każdej strony otaczają go jego własne kopie... Żeby było jeszcze ciekawiej, wystarczy przesunąć spację trzy litery dalej, żeby impreza zmieniła się w... inne określenie cząsteczki kwantu (co ładnie świadczy o tym, jaki i w realnym świecie autora był z nimi bałagan), a całość stała się znaczeniowym masłem maślanym, wymieszanym zbitkiem, które nie powinny znajdywać się obok siebie, co z kolei zdaje się nawiązywać do tego, co przytrafiło się Frekstrenowi później. Od panicznego momentu na imprezie w jedno zlał się czas, zlała się przestrzeń, wymieszały się momenty i miejsca, gdzie czy kiedy Frekstren był z tym, gdzie i kiedy nie był. Nawet, kiedy opuścił (dość szybko zresztą) ciemną salę, nadal znajdował się w środku; czuł, jak znajduje się w wielu miejscach i czasach naraz, niezależnie od wszystkiego. Coś, co dla Doninajów było szczytowym dziełem ich cywilizacji, dzięki któremu byli w stanie zwielokrotnić swoją siłę, wiedzę, uniezależnić poruszanie się od czasu i przestrzeni, a nawet oszukiwać śmierć, kogoś, kto tego wynalazku nie pojmuje, mogło doprowadzić do szaleństwa.
Ciężko recenzować coś, co wydaje się składać z kilkunastu różnych (nie żeby kompletnych) ciągów wydarzeń - już samo zarysowanie akcji (w jednej konkretnej kolejności) zdaje się być dużym spoilerem, zwłaszcza że zarysowuje związek między niektórymi z nich. Widzimy z perspektywy „spotkania” na imprezie, że poprzednie wizje naukowca były nim samym z przyszłości, gdy próbował sam siebie (mało umiejętnie) ostrzec przed złą decyzją. Ale co będzie później? Czy to, że przeszłość już się zdarzyła, o czymkolwiek przesądza? A może są jeszcze inne, jeszcze bardziej nienaturalne i przerażające linie czasu, z których wreszcie jedna przyniesie rozwiązanie? Czy znajdzie się sposób na przechytrzenie nieznajomych i uratowanie Erydanuan? Podążając za jednym z duchów wreszcie znajdziemy odpowiedź razem z Frekstrenem.
poniedziałek, 6 lipca 2015
72. „Najstraszniejszy” (Kwasg Wonfo Wonfo)
Ponieważ przez cały miesiąc towarzyszył nam bohater pozytywny, poświęcający się niesieniu pomocy i walki o sprawiedliwość, postanowiłam, że dziś opowiem o postaci, na myśl o której drżą mieszkańcy wszystkich planet układu Gawronisu (włącznie z takimi małymi robaczkami o pięciu nóżkach, którym przecież powinno być wszystko jedno)...
O Happa Goedoe słyszeli wszyscy w okolicach centrum Drogi Mlecznej, a nikt nie zapominał, w szczególności, jeśli miał nieprzyjemność stanąć z nim twarzą w twarz. My nazwalibyśmy go zapewne piratem, ponieważ żeglował po morzach i oceanach, choć być może z lekka wybiłby nas z rytmu fakt, że wody te były kompletnie zastygłymi taflami lawy, tak więc nasz bohater poruszał się po nich na zasilanym własnymi mięśniami trójkołowców. Mięśniami własnych płuc, bo jednak mowa jest o żeglowaniu. A że ów żaglowiec był duży, płuca Happy również musiały być imponujące. To jednak bez związku - w końcu to nie jego płuca* sprawiały, że każdy czuł przestrach na jego widok**. Tym, co to powodowało, było jego okrutne i pełne pogardy napawanie się widokiem ludzi, którzy tracili pewność siebie i chęć do życia, niekiedy popadali w panikę lub szaleństwo. By osiągnąć swój cel, wchodził do małych sklepików na obrzeżach metropolii, wybierał najtańszy produkt z oferty, po czym zmuszał pracowników do wydawania mu reszty z gigantycznych nominałów. Niektóre martety usiłowały uchronić się przed katastrofą instalując nowoczesny system płatniczy oparty na odczycie tożsamości z kształtu nosa, niestety, na próżno, bo Happa Goedoe odpowiadał wtedy, że nie posiada nosa (co zresztą było prawdą) i cała tragedia zaczynała się od początku. Czasami też, wychodząc, nie zamykał za sobą wejścia do łazienki, co obdarzone głęboką osobowością drzwi bardzo ciężko znosiły.
Nie można jednak zapomnieć o innym bohaterze, Udżi Lowi Piu, narratorze tej opowieści, który nie może patrzeć jak niecne rzeczy wyprawia Happa. Udżi jest niewidzialnym, acz superinteligentnym i wszechwiedzącym stworzeniem, które dostało się na trójkołowy pokład, myląc je z lodziarnią***, i odtąd towarzyszy piratowi we wszystkich jego podbojach i atakach, starając się jednocześnie uchronić niewinnych od nieszczęścia. Zawsze dzielnie i niestrudzenie podrzuca niezbędne drobne pieniądze oraz domyka drzwi do łazienki, ratując nie widzących go nieznajomych przed rozpaczą i frustracją. Tym bardziej ubolewa, że sam również nie posiada nosa, który pozwoliłby mu pomóc jeszcze większej ilości istnień. Warto też pewnie dodać, że Udżi Lowi Piu jest hipopopopotamem. Białym. A przynajmniej byłby biały, gdyby nie był przezroczysty. Nad czym zresztą też ubolewa.
Wielowymiarowa powieść psychologiczna, odsłaniająca nam dyskusyjną głębię i bogactwo zależnych od perspektywy kontestów jest tym, czym na pewno Najstraszniejszego nazwać nie można. Był to raczej swego rodzaju punkt wyjściowy dla Wonfo Wonfo, który zobaczył coś fascynującego w relacjach między pełnym nienawiści do sklepików piratem, a niewidzialnym białym hipopopopotamem o niezwykłym intelekcie. Ambitne plany zostały jednak przekreślone, gdy autor zdał sobie sprawę, że przecież pierwszy nie widzi drugiego, więc musiał nakreślić historię odrobinę inaczej. Stworzył więc pełen ciężkiego napięcia i ostrych zwrotów akcji horror, w którym nigdy nie wiemy, co się wydarzy, poza tym, że pewnie Goedoe znów wkroczy do jakiegoś małego sklepiku z niepomiernie dużym banknotem i przyprawi tym kogoś o palpitacje. Nigdy nie wiadomo, czy Udżi będzie w stanie pokrzyżować mu szyki, czy bilon znajdzie się, gdzie trzeba na czas, czy może tym razem hipopopopotam pogrąży się w zadumie nad tym, jak bardzo głupio by wyglądał, gdyby wyglądał.
Fani, jak to fani, odnajdują w Najstraszniejszym liczne odniesienia do kultury i mitologii planet Gawronisu, a szkice charakterologiczne zdają się być przestrogą rzucaną w stronę aktualnych rozmów wojenno-kolejowych. Chociażby sam Happa dla wielu symbolizuje przedwiecznego boga ognia, Egrawossadesa, który co prawda miał nieskazitelny charakter, nie posiadał pojazdu ani niewidzialnego towarzysza, ale za to miał płuca (choć niekoniecznie imponujące). Udżi natomiast chętniej jest kojarzony ze stworzeniami latającymi, futrzanymi, zwłaszcza niedużych rozmiarów i w ciemnych barwach, do których według czytelnicy zgodnie zaliczają białe hipopopopotamy.
Nie brakuje też jednak bardziej ekstrawaganckich odbiorców, którzy przy obcowaniu ze sztuką pisaną ograniczają się do podziwiania świata przedstawionego i podążania za akcją, które jednakże również nie zawodzą. Obaj podróżnicy co rusz zaskakują nas przeciwnościami losu, które im się przytrafiają - w jednym z rozdziałów Happa blokuje się w długiej kolejce, w której doświadcza frustracji, wzbudzając lęk nie dość skutecznie; w innym dokonuje zakupu gumowej sprężynki i zastanawia się, co z nią zrobić. Niewiele później natomiast doprowadza do paradoksu poprzez wzbudzanie lęku i frustracji w samym sobie, gdy nie jest w stanie zaparkować jak należy. My natomiast staramy się bezsilnie nadążyć za tokiem myślenia bezlitosnego maniaka, zawsze pozostając w tyle i zawsze mając ochotę na więcej.
Porywające, wyrafinowane i przerażające, w szczególności dla młodych marketingowców i doświadczonych pracowniczek ziemskiej sieci Biedronka****.
_______________
*Dokładniej: mowa tu o organie ssąco-dmuchająco-pochrupującym. Ale to naprawdę bez związku.
** A przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani.
*** Pomimo że lodziarnie z jego rodzimej Gagontii nie mają ani pokładów, ani kół. Tak, też tego nie rozumiem.
**** Biedronka istnieje jeszcze choćby na najbardziej gorącym z księżyców Jowisza, Io. Sprzedawane są tam najgorętsze torty lodowe w całym Układzie Słonecznym.
O Happa Goedoe słyszeli wszyscy w okolicach centrum Drogi Mlecznej, a nikt nie zapominał, w szczególności, jeśli miał nieprzyjemność stanąć z nim twarzą w twarz. My nazwalibyśmy go zapewne piratem, ponieważ żeglował po morzach i oceanach, choć być może z lekka wybiłby nas z rytmu fakt, że wody te były kompletnie zastygłymi taflami lawy, tak więc nasz bohater poruszał się po nich na zasilanym własnymi mięśniami trójkołowców. Mięśniami własnych płuc, bo jednak mowa jest o żeglowaniu. A że ów żaglowiec był duży, płuca Happy również musiały być imponujące. To jednak bez związku - w końcu to nie jego płuca* sprawiały, że każdy czuł przestrach na jego widok**. Tym, co to powodowało, było jego okrutne i pełne pogardy napawanie się widokiem ludzi, którzy tracili pewność siebie i chęć do życia, niekiedy popadali w panikę lub szaleństwo. By osiągnąć swój cel, wchodził do małych sklepików na obrzeżach metropolii, wybierał najtańszy produkt z oferty, po czym zmuszał pracowników do wydawania mu reszty z gigantycznych nominałów. Niektóre martety usiłowały uchronić się przed katastrofą instalując nowoczesny system płatniczy oparty na odczycie tożsamości z kształtu nosa, niestety, na próżno, bo Happa Goedoe odpowiadał wtedy, że nie posiada nosa (co zresztą było prawdą) i cała tragedia zaczynała się od początku. Czasami też, wychodząc, nie zamykał za sobą wejścia do łazienki, co obdarzone głęboką osobowością drzwi bardzo ciężko znosiły.
Nie można jednak zapomnieć o innym bohaterze, Udżi Lowi Piu, narratorze tej opowieści, który nie może patrzeć jak niecne rzeczy wyprawia Happa. Udżi jest niewidzialnym, acz superinteligentnym i wszechwiedzącym stworzeniem, które dostało się na trójkołowy pokład, myląc je z lodziarnią***, i odtąd towarzyszy piratowi we wszystkich jego podbojach i atakach, starając się jednocześnie uchronić niewinnych od nieszczęścia. Zawsze dzielnie i niestrudzenie podrzuca niezbędne drobne pieniądze oraz domyka drzwi do łazienki, ratując nie widzących go nieznajomych przed rozpaczą i frustracją. Tym bardziej ubolewa, że sam również nie posiada nosa, który pozwoliłby mu pomóc jeszcze większej ilości istnień. Warto też pewnie dodać, że Udżi Lowi Piu jest hipopopopotamem. Białym. A przynajmniej byłby biały, gdyby nie był przezroczysty. Nad czym zresztą też ubolewa.
Wielowymiarowa powieść psychologiczna, odsłaniająca nam dyskusyjną głębię i bogactwo zależnych od perspektywy kontestów jest tym, czym na pewno Najstraszniejszego nazwać nie można. Był to raczej swego rodzaju punkt wyjściowy dla Wonfo Wonfo, który zobaczył coś fascynującego w relacjach między pełnym nienawiści do sklepików piratem, a niewidzialnym białym hipopopopotamem o niezwykłym intelekcie. Ambitne plany zostały jednak przekreślone, gdy autor zdał sobie sprawę, że przecież pierwszy nie widzi drugiego, więc musiał nakreślić historię odrobinę inaczej. Stworzył więc pełen ciężkiego napięcia i ostrych zwrotów akcji horror, w którym nigdy nie wiemy, co się wydarzy, poza tym, że pewnie Goedoe znów wkroczy do jakiegoś małego sklepiku z niepomiernie dużym banknotem i przyprawi tym kogoś o palpitacje. Nigdy nie wiadomo, czy Udżi będzie w stanie pokrzyżować mu szyki, czy bilon znajdzie się, gdzie trzeba na czas, czy może tym razem hipopopopotam pogrąży się w zadumie nad tym, jak bardzo głupio by wyglądał, gdyby wyglądał.
Fani, jak to fani, odnajdują w Najstraszniejszym liczne odniesienia do kultury i mitologii planet Gawronisu, a szkice charakterologiczne zdają się być przestrogą rzucaną w stronę aktualnych rozmów wojenno-kolejowych. Chociażby sam Happa dla wielu symbolizuje przedwiecznego boga ognia, Egrawossadesa, który co prawda miał nieskazitelny charakter, nie posiadał pojazdu ani niewidzialnego towarzysza, ale za to miał płuca (choć niekoniecznie imponujące). Udżi natomiast chętniej jest kojarzony ze stworzeniami latającymi, futrzanymi, zwłaszcza niedużych rozmiarów i w ciemnych barwach, do których według czytelnicy zgodnie zaliczają białe hipopopopotamy.
Nie brakuje też jednak bardziej ekstrawaganckich odbiorców, którzy przy obcowaniu ze sztuką pisaną ograniczają się do podziwiania świata przedstawionego i podążania za akcją, które jednakże również nie zawodzą. Obaj podróżnicy co rusz zaskakują nas przeciwnościami losu, które im się przytrafiają - w jednym z rozdziałów Happa blokuje się w długiej kolejce, w której doświadcza frustracji, wzbudzając lęk nie dość skutecznie; w innym dokonuje zakupu gumowej sprężynki i zastanawia się, co z nią zrobić. Niewiele później natomiast doprowadza do paradoksu poprzez wzbudzanie lęku i frustracji w samym sobie, gdy nie jest w stanie zaparkować jak należy. My natomiast staramy się bezsilnie nadążyć za tokiem myślenia bezlitosnego maniaka, zawsze pozostając w tyle i zawsze mając ochotę na więcej.
Porywające, wyrafinowane i przerażające, w szczególności dla młodych marketingowców i doświadczonych pracowniczek ziemskiej sieci Biedronka****.
_______________
*Dokładniej: mowa tu o organie ssąco-dmuchająco-pochrupującym. Ale to naprawdę bez związku.
** A przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani.
*** Pomimo że lodziarnie z jego rodzimej Gagontii nie mają ani pokładów, ani kół. Tak, też tego nie rozumiem.
**** Biedronka istnieje jeszcze choćby na najbardziej gorącym z księżyców Jowisza, Io. Sprzedawane są tam najgorętsze torty lodowe w całym Układzie Słonecznym.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
71. „Instynkt” (Intrawik aw Łelora)
Tak oto dotarliśmy do ostatniego tomu serii przygód Juno Jowtli, a wraz z nim do ostatniego żywiołu z układanki Intrawika aw Łelory, czyli tak zwanemu instynktowi...
Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...
Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.
Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?
Pomimo, że różnice między roślinami z Ziemi oraz Karwilane występują niezaprzeczalnie, można powiedzieć, że instynkt stanowi w nich dokładnie to samo – to, co Ziemianie, a także bardziej wyedukowani Karwilanianie nazywają ogólnie tropizmem. Nowoczesne nauki tej planety już dawno rozwiązały zagadkę tajemniczej inteligencji liściastych włosów i wypustek, które niezależnie od woli ich właściciela dostosowywały swoje ustawienie do okoliczności, przede wszystkim światła i grawitacji. Dowiedziono, że odpowiadają za to niektóre komórki, posiadające zdolność reakcji na bodźce, dzięki której bez pomocy żadnych mięśni są w stanie szybko zwiększyć swoją objętość i wygiąć w danym miejscu całą roślinę. Co nie zmienia faktu, że przez całe (o wiele krótsze, pamiętajmy) tysiąclecia zjawisko to uważano za nieznaną siłę, łączono z bóstwami i magią, a wielu Karwilanian do dziś zalicza ją do żywiołów i samemu sobie składa ofiary.
Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...
Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.
Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?
poniedziałek, 15 czerwca 2015
69. „Nieprawdziwy deszcz” (Intrawik aw Łelora)
Przed nami kolejny, czwarty już odcinek serii karwilańskiego autora, aw Łelory. Wbrew tytułowi żywiołem, który odegra w nim główną rolę, wcale nie będzie woda...
Skutkiem wydarzeń, kończących Dolną część nieba Juno i Liść Prsiksa musieli gwałtownie zerwać ze sobą kontakt. Co nie znaczy, że ten detektyw nie będzie tęsknił za swoją ukochaną – jego plany co do dzieł filozoficznych powiększyły się o traktat „Zakochanie: wpływ na lokalną i globalną ekonomię oraz wertykalny ruch jopanloigów”, a nostalgiczne rozmowy z samym sobą, mające na celu zrozumienie uczucia, które w sobie odkrył, przerywane westchnieniami pochłaniają mu całe dnie. Jego znajomi rozumieją z tego stanu jeszcze mniej, martwią się o niego i, z różnym skutkiem, próbują przywrócić do rzeczywistości.
Co nie udaje się do momentu, gdy nie zaczyna dziać się coś naprawdę strasznego. Z nieba spada deszcz, jednak nie taki jak zazwyczaj, wodnożelowy, ale deszcz gorącej substancji, która wypala sobie drogę w gąszczu liści, doprowadzając do pożarów i pokrywając gołą ziemię metalową skorupą. Tajemniczy kataklizm nie trwał długo, wystarczył jednak, żeby zniszczyć setki kilometrów lasów i wprowadzić chaos, uniemożliwiający komukolwiek dojście, co się właściwie stało. Planetę opanowują straszne teorie o rozpadających się księżycach i niebie, które po setkach lat postanowiło spaść Karwilanianom na głowy. Dopiero niejaki Fradleh Mogac Gonpfi, specjalista w meteorologii, konstruktor oraz piekarz, jest pierwszym, kto próbuje zapobiec panice, przypominając, że nic nie bierze się z niczego i wszystkiego można się dowiedzieć. Widząc wrogie nastawienie mieszkańców, Juno własnego mimo strachu i wewnętrznych rozterek zgadza się mu pomoc i razem, przy użyciu balonopodobnego kwiatu Lawosksji, ruszają w podróż do najwyższych warstw atmosfery. Tam szybko odkrywają, że źródłem nieszczęścia nie jest rozpadający się księżyc czy niebo, tylko skomplikowana, przypominająca małe miasto machina, zawieszona w chmurach. Sytuacja nie zapowiada się dobrze, a staje się jeszcze gorsza, gdy Juno i Fradleha zaskakuje kolejny deszcz, z powodu którego ledwo udaje im się dolecieć do konstrukcji na rozpadającej się roślinie. Teraz pozostali sami z ciągnącym się po horyzont tworem, sterowanym, jak wkrótce się dowiedzą, przez samego Uwoskammu. Nikt nie musi im przypominać, że losy świata zależą od nich, zwłaszcza Juno, który nie zapomina, że zbudowanemu pod gołym niebem Królestwu Liści grozi największe niebezpieczeństwo.
Niezwykłe jak na różnych planetach może różnić się podejście do ognia – podczas gdy na Ziemi był on pierwszym krokiem ku rozwojowi, w roślinnych światach takich jak Karwilane kojarzy się zawsze ze zniszczeniem i tragedią. Tutaj w dodatku symbolizowany jest on nie tylko przez sam palący, metalowy deszcz, ale także przez osobę Fradleha, który jako kucharz, przygotowujący na co dzień jedzenie w niebezpiecznych i kontrowersyjnych warunkach wysokich temperatur, z miejsca wzbudza niechęć i podejrzenia. Juno prawdopodobnie również nie powierzyłby mu swojego życia, gdyby nie kierowała nim silniejsza niż zwykle chęć natychmiastowego działania. Widać po nim wiele lęków i odruchów podobnych do tych, gdy zmuszony był jechać kolejką do siedziby swojego wroga, jednocześnie daje się odczuć też to, jak wiele detektyw się już nauczył, jak bardzo stara się walczyć z tym, co go przeraża, i nie ulegać uprzedzeniom. Jeszcze przed dotarciem do podniebnego urządzenia wytwarzającej dziwną ciecz, stara się nawiązać kontakt z nowym kolegą, wyciągnąć wnioski i podpowiedzi z jego doświadczeń. I bardzo dobrze, bo kiedy rozbijają się na miejscu, jest już zdany tylko na niego.
Dzieło Uwoskammu przeraża tutaj jak nigdy wcześniej. O ile w poprzedniej książce większość wydarzeń działo się w bajecznej scenerii chmur i białych pałaców, z „gościnną” obecnością niszczących tę harmonię robotów, o tyle teraz ponura, przygniatająca sceneria metalu, betonu i ognia jest podstawą rozwijającej się akcji. Bohaterów (ani nas) ani na chwilę nie opuszcza poczucie kończącego się czasu – zarówno z powodu świadomości, że od nich zależy życie tysięcy roślinoludzi pod nimi, jak i z tego powodu, że brak słońca i wody w głębi mrocznych budowli może się dla nich samych źle skończyć. Poszukiwania nie są przy tym wcale łatwiejsze - Juno musi wykorzystać wszystkie swoje obserwacyjne i filozoficzne talenty, a także techniczną wiedzę Fradleha, żeby odnaleźć się w nowej nieprzyjaznej rzeczywistości. W końcu samo dotarcie do maszynerii nie oznacza wyłączenia jej, ani nie daje żadnej podpowiedzi co do tego, jak to zrobić czy kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Juno musi sam jak zwykle poskładać odpowiedzi na swoje pytania z tego, co znajdzie po drodze, a w świecie pozbawionym czegokolwiek, co byłoby dla niego znajome, nie będzie to wcale łatwe, zwłaszcza gdy do akcji wejdą mechaniczne twory gotowe rozerwać każdą formę życia na strzępy. Jedyną nadzieją jest Fradleh, który uparcie twierdzi, że każda maszyna musi mieć część zarządzającą i gdzieś pośród tego metalowego chaosu musi znajdować się ich cel...
Pełna grozy i prawdziwego kryminalnego kombinowania historia, trzymająca w napięciu bardziej niż można by oczekiwać po którejkolwiek książce aw Łelory, pierwsza, która jak żadna inna zasługuje na tag akcja.
n
Kolejną, obok pierściania planety i różnobarwnych księżyców, atrakcją astronomiczną jest jasna mgławica emisyjna, która otula większość planet tego zespołu układów planetarnych, w tym połowę tego, do którego należy Karwilane. Tak więc w nocy widać nie granatową sferę pokrytą maleńkimi punkcikami, a tęczę rozlaną po całym nieboskłonie, która jest zaledwie nieznacznie ciemniejsza od słońca. Czy raczej: byłoby widać, gdyby nie przysłaniały wszystkiego liście gigantycznych białych drzew, których korony splatają się ze sobą i ciągną kilometry od pnia, z którego wyrastają.
Skutkiem wydarzeń, kończących Dolną część nieba Juno i Liść Prsiksa musieli gwałtownie zerwać ze sobą kontakt. Co nie znaczy, że ten detektyw nie będzie tęsknił za swoją ukochaną – jego plany co do dzieł filozoficznych powiększyły się o traktat „Zakochanie: wpływ na lokalną i globalną ekonomię oraz wertykalny ruch jopanloigów”, a nostalgiczne rozmowy z samym sobą, mające na celu zrozumienie uczucia, które w sobie odkrył, przerywane westchnieniami pochłaniają mu całe dnie. Jego znajomi rozumieją z tego stanu jeszcze mniej, martwią się o niego i, z różnym skutkiem, próbują przywrócić do rzeczywistości.
Co nie udaje się do momentu, gdy nie zaczyna dziać się coś naprawdę strasznego. Z nieba spada deszcz, jednak nie taki jak zazwyczaj, wodnożelowy, ale deszcz gorącej substancji, która wypala sobie drogę w gąszczu liści, doprowadzając do pożarów i pokrywając gołą ziemię metalową skorupą. Tajemniczy kataklizm nie trwał długo, wystarczył jednak, żeby zniszczyć setki kilometrów lasów i wprowadzić chaos, uniemożliwiający komukolwiek dojście, co się właściwie stało. Planetę opanowują straszne teorie o rozpadających się księżycach i niebie, które po setkach lat postanowiło spaść Karwilanianom na głowy. Dopiero niejaki Fradleh Mogac Gonpfi, specjalista w meteorologii, konstruktor oraz piekarz, jest pierwszym, kto próbuje zapobiec panice, przypominając, że nic nie bierze się z niczego i wszystkiego można się dowiedzieć. Widząc wrogie nastawienie mieszkańców, Juno własnego mimo strachu i wewnętrznych rozterek zgadza się mu pomoc i razem, przy użyciu balonopodobnego kwiatu Lawosksji, ruszają w podróż do najwyższych warstw atmosfery. Tam szybko odkrywają, że źródłem nieszczęścia nie jest rozpadający się księżyc czy niebo, tylko skomplikowana, przypominająca małe miasto machina, zawieszona w chmurach. Sytuacja nie zapowiada się dobrze, a staje się jeszcze gorsza, gdy Juno i Fradleha zaskakuje kolejny deszcz, z powodu którego ledwo udaje im się dolecieć do konstrukcji na rozpadającej się roślinie. Teraz pozostali sami z ciągnącym się po horyzont tworem, sterowanym, jak wkrótce się dowiedzą, przez samego Uwoskammu. Nikt nie musi im przypominać, że losy świata zależą od nich, zwłaszcza Juno, który nie zapomina, że zbudowanemu pod gołym niebem Królestwu Liści grozi największe niebezpieczeństwo.
Niezwykłe jak na różnych planetach może różnić się podejście do ognia – podczas gdy na Ziemi był on pierwszym krokiem ku rozwojowi, w roślinnych światach takich jak Karwilane kojarzy się zawsze ze zniszczeniem i tragedią. Tutaj w dodatku symbolizowany jest on nie tylko przez sam palący, metalowy deszcz, ale także przez osobę Fradleha, który jako kucharz, przygotowujący na co dzień jedzenie w niebezpiecznych i kontrowersyjnych warunkach wysokich temperatur, z miejsca wzbudza niechęć i podejrzenia. Juno prawdopodobnie również nie powierzyłby mu swojego życia, gdyby nie kierowała nim silniejsza niż zwykle chęć natychmiastowego działania. Widać po nim wiele lęków i odruchów podobnych do tych, gdy zmuszony był jechać kolejką do siedziby swojego wroga, jednocześnie daje się odczuć też to, jak wiele detektyw się już nauczył, jak bardzo stara się walczyć z tym, co go przeraża, i nie ulegać uprzedzeniom. Jeszcze przed dotarciem do podniebnego urządzenia wytwarzającej dziwną ciecz, stara się nawiązać kontakt z nowym kolegą, wyciągnąć wnioski i podpowiedzi z jego doświadczeń. I bardzo dobrze, bo kiedy rozbijają się na miejscu, jest już zdany tylko na niego.
Dzieło Uwoskammu przeraża tutaj jak nigdy wcześniej. O ile w poprzedniej książce większość wydarzeń działo się w bajecznej scenerii chmur i białych pałaców, z „gościnną” obecnością niszczących tę harmonię robotów, o tyle teraz ponura, przygniatająca sceneria metalu, betonu i ognia jest podstawą rozwijającej się akcji. Bohaterów (ani nas) ani na chwilę nie opuszcza poczucie kończącego się czasu – zarówno z powodu świadomości, że od nich zależy życie tysięcy roślinoludzi pod nimi, jak i z tego powodu, że brak słońca i wody w głębi mrocznych budowli może się dla nich samych źle skończyć. Poszukiwania nie są przy tym wcale łatwiejsze - Juno musi wykorzystać wszystkie swoje obserwacyjne i filozoficzne talenty, a także techniczną wiedzę Fradleha, żeby odnaleźć się w nowej nieprzyjaznej rzeczywistości. W końcu samo dotarcie do maszynerii nie oznacza wyłączenia jej, ani nie daje żadnej podpowiedzi co do tego, jak to zrobić czy kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Juno musi sam jak zwykle poskładać odpowiedzi na swoje pytania z tego, co znajdzie po drodze, a w świecie pozbawionym czegokolwiek, co byłoby dla niego znajome, nie będzie to wcale łatwe, zwłaszcza gdy do akcji wejdą mechaniczne twory gotowe rozerwać każdą formę życia na strzępy. Jedyną nadzieją jest Fradleh, który uparcie twierdzi, że każda maszyna musi mieć część zarządzającą i gdzieś pośród tego metalowego chaosu musi znajdować się ich cel...
Pełna grozy i prawdziwego kryminalnego kombinowania historia, trzymająca w napięciu bardziej niż można by oczekiwać po którejkolwiek książce aw Łelory, pierwsza, która jak żadna inna zasługuje na tag akcja.
n
poniedziałek, 8 czerwca 2015
68. „Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)
Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.
Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?
Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
67. „Mechaniczność” (Intrawik aw Łelora)
Po pierwsze: życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka, po drugie: witam wszystkich w pierwszym odcinku Miesiąca z Intrawikiem aw Łelorą :) Jednakże, pomimo iż od Mechaniczności zaczynamy, to nie ona otwiera serię Intrawika, której pierwszą częścią był wspomniany ostatnio Złodziej Kamieni. To właśnie ten ostatni, a wraz z nim niespodziewany sukces czarującego detektywa Juno Jowtli sprawił, że autor postanowił porzucić głębokie powieści dokumentalno-kulturowe i zmienił epizodyczne opowiadanie w całą serię. Jak prędko będzie można zauważyć, każdy tom nawiązuje do jednego z sześciu znanych tam żywiołów. Ten miesiąc tematyczny będzie wspaniałą okazją do szerszego przybliżenia Czytelnikom postaci głównego bohatera i roślinnej kultury Karwilanian.
Historia ta zaczyna się niewiele po zakończeniu poprzednich wydarzeń – Juno, zadowolony z przywrócenia porządku w stolicy, planuje opuszczenie Inrafuno i powrót do rodzinnej wioski na obrzeżach, gdzie ma zamiar kontynuować prace nad traktatem o filozofii algebraicznej. Nie zdąży jednak tego zrobić, gdy na niebie otaczających go puszczy dostrzeże jedną z najdziwniejszych i najstraszniejszych rzeczy, jakie (nie licząc budowli z finału poprzedniego tomu) w życiu zdarzyło mu się ujrzeć – coś, nazywane przez włodarzy miasta komunikacją miejską...
Nieuzasadnione wprowadzenie dziwnych konstrukcji z przewodzącego tworzywa, napędzanego nieokiełznaną dotąd energią grzmotów, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń dociekliwego detektywa. Jak udało się to wszystko wprawić w ruch? W dodatku dotychczas miejski trafik opierał się na jopanloigach, podobnych do małp stworzeniach wędrujących powoli po lianach rozwieszonych w koronach gigantycznych drzew. Taki sposób i tempo poruszania się zdawał się od zawsze odpowiadać flegmatycznym Karwilanianom, tymczasem teraz miał być doraźnie zastąpiony przez pędzące po wiszących szynach kolejki, które Juno z miejsca uznał za głupi i niebezpieczny eksces, który szkodził zarówno pasażerom, jak i wystraszonym jopanloigom. Podczas gdy mieszkańcom Inrafuno nowy, szybki i wygodny sposób podróżowania od razu przypadł do gustu i prędko znikły wątpliwości, Juno po cichu nadal drążył temat, a przy tym zdecydował się nigdy nie wsiąść do szatańskiego urządzenia.
Nici jednak wyszły z postanowienia, gdy wychodzi na jaw, że bezwzględny złodziej kamieni wrócił. Sieć komunikacyjna, która okazuje się być jego dziełem, to tylko mały kroczek, służący odwróceniu uwagi i zdobyciu zaufania. A przy okazji sposobem na wykorzystanie nadmiarów energii elektromagnetycznej z gigantycznej, sztucznie wygenerowanej burzy, którą według swojego wielkiego planu już wkrótce miał zawładnąć dzięki zdobytej potajemnie pozakarwilańskiej technologi. Jeśli Juno ma zdążyć na czas i powstrzymać jego imperialistyczno-apokaliptyczne zapędy, które były na najlepszej drodze do realizacji, musiał porzucić naturalne środki transportu. Ale co, jeśli łotrowi o to właśnie chodzi?
Intrawik aw Łelora po raz kolejny robi zamach na własną tradycję i uświęcone zamiłowanie do spokoju. Tym razem robi to w sposób o tyle wyjątkowy, że niejednoznaczny. Karwilanian od zawsze przerażało wszystko, co nie pochodzi bezpośrednio z natury. Jest ona postrzegana jako część ich samych bez żadnego dystansui każdy pomysł, choćby drewnianych maszyn uprawnych czy liczydeł, spotyka się z paniką i sprzeciwem. Autor, jako człowiek nowoczesny, odważnie patrzy w przyszłość i w niebo, będąc na bieżąco z kosmicznymi nowinkami, widząc w wykorzystywanej z umiarem nowoczesności wiele zalet, wstydząc się z lekka tego światowego lęku, przez który jak ma świadomość, jego naród bardzo traci. Zwłaszcza że, jak parę razy delikatnie sugeruje „ustami” wielu postaci, elektryczność jest ostatecznie jednym z żywiołów, pochodzi z natury. Zamiast jednak słodzić, wychodzi z punktu widzenia i myślenia przeciętnego mieszkańca swojej planety, który natychmiast przyjmuje mechaniczne wagoniki jako synonim zła i drży na myśl, że mogłyby one opanować jego miasto, zastępując milutkie jopanloigi. Po czym – zmusza swojego bohatera, będącego tradycyjnie i ciałem i duszą symbolem przeciętnego Karwilanianin, żeby zrobił ten wielki krok dla ludzkości i samotnie ruszył kolejką do serca szalonych burz magnetycznych... Wydaje się to niebezpieczne tym bardziej, że przecież to właśnie wróg Juno (który w tej części zyskuje własne imię, Uwoskammu) dostarcza prąd do tych pojazdów, którym to uczuciem zagrożenia Intrawik fantastycznie manipuluje. Zresztą cała psychologia postaci zasługuje na oklaski, przebijając już to, jak pisał on poprzednio – to, w jaki sposób Juno przechodzi od zachowawczego lęku i poczucia osaczenia podczas szukania dowodów, przez bezradną panikę już w wagoniku, aż do momentu, pod koniec podróży, gdy próbuje się z maszyną zaprzyjaźnić, każdemu zapada w pamięci. Kiedy wreszcie dociera na miejsce, jest gotowy ponownie walczyć z cwanym Uwoskammu o pozakarwilańską cywilizację. Oraz jej dobro, które nie wyklucza już mechanicznej komunikacji jako przydatnego urządzenia i ciekawego przeżycia, pod warunkiem oczywiście, że włada nimi maniak pałający rządzą krwi, który chce za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych.
Szybkie, trzymające w napięciu, lekko szalone, a jednocześnie nadal pełne bliskiej autorowi (i bohaterowi) kwiatowej filozofii i delikatności.
Stosownym będzie chyba zacząć od paru ciekawostek, na które wcześniej nie było okazji. Planeta Intrawika aw Łelory potrzebuje 20 dni ziemskich na jeden pełny obrót wokół własnej osi. Nie ma to jednak tak wielkiego znaczenia jak u nas, ponieważ obrót wokół jej gwiazdy trwa tylko drugie tyle, przez co w praktyce czas pomiędzy zachodem a wschodem słońca również rozciąga się do prawie 40 ziemskich dni. Ową gwiazdą, wokół której Karwilane rotuje, jest Konpralacja, znana u nas jako 1 Cancri i słabo widoczna w grudniu. Dwie pozostałe planety tego układu to Krawi i Peltoni – obie niezamieszkałe, a także nie wykryte przez nasze teleskopy.
Historia ta zaczyna się niewiele po zakończeniu poprzednich wydarzeń – Juno, zadowolony z przywrócenia porządku w stolicy, planuje opuszczenie Inrafuno i powrót do rodzinnej wioski na obrzeżach, gdzie ma zamiar kontynuować prace nad traktatem o filozofii algebraicznej. Nie zdąży jednak tego zrobić, gdy na niebie otaczających go puszczy dostrzeże jedną z najdziwniejszych i najstraszniejszych rzeczy, jakie (nie licząc budowli z finału poprzedniego tomu) w życiu zdarzyło mu się ujrzeć – coś, nazywane przez włodarzy miasta komunikacją miejską...
Nieuzasadnione wprowadzenie dziwnych konstrukcji z przewodzącego tworzywa, napędzanego nieokiełznaną dotąd energią grzmotów, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń dociekliwego detektywa. Jak udało się to wszystko wprawić w ruch? W dodatku dotychczas miejski trafik opierał się na jopanloigach, podobnych do małp stworzeniach wędrujących powoli po lianach rozwieszonych w koronach gigantycznych drzew. Taki sposób i tempo poruszania się zdawał się od zawsze odpowiadać flegmatycznym Karwilanianom, tymczasem teraz miał być doraźnie zastąpiony przez pędzące po wiszących szynach kolejki, które Juno z miejsca uznał za głupi i niebezpieczny eksces, który szkodził zarówno pasażerom, jak i wystraszonym jopanloigom. Podczas gdy mieszkańcom Inrafuno nowy, szybki i wygodny sposób podróżowania od razu przypadł do gustu i prędko znikły wątpliwości, Juno po cichu nadal drążył temat, a przy tym zdecydował się nigdy nie wsiąść do szatańskiego urządzenia.
Nici jednak wyszły z postanowienia, gdy wychodzi na jaw, że bezwzględny złodziej kamieni wrócił. Sieć komunikacyjna, która okazuje się być jego dziełem, to tylko mały kroczek, służący odwróceniu uwagi i zdobyciu zaufania. A przy okazji sposobem na wykorzystanie nadmiarów energii elektromagnetycznej z gigantycznej, sztucznie wygenerowanej burzy, którą według swojego wielkiego planu już wkrótce miał zawładnąć dzięki zdobytej potajemnie pozakarwilańskiej technologi. Jeśli Juno ma zdążyć na czas i powstrzymać jego imperialistyczno-apokaliptyczne zapędy, które były na najlepszej drodze do realizacji, musiał porzucić naturalne środki transportu. Ale co, jeśli łotrowi o to właśnie chodzi?
Intrawik aw Łelora po raz kolejny robi zamach na własną tradycję i uświęcone zamiłowanie do spokoju. Tym razem robi to w sposób o tyle wyjątkowy, że niejednoznaczny. Karwilanian od zawsze przerażało wszystko, co nie pochodzi bezpośrednio z natury. Jest ona postrzegana jako część ich samych bez żadnego dystansui każdy pomysł, choćby drewnianych maszyn uprawnych czy liczydeł, spotyka się z paniką i sprzeciwem. Autor, jako człowiek nowoczesny, odważnie patrzy w przyszłość i w niebo, będąc na bieżąco z kosmicznymi nowinkami, widząc w wykorzystywanej z umiarem nowoczesności wiele zalet, wstydząc się z lekka tego światowego lęku, przez który jak ma świadomość, jego naród bardzo traci. Zwłaszcza że, jak parę razy delikatnie sugeruje „ustami” wielu postaci, elektryczność jest ostatecznie jednym z żywiołów, pochodzi z natury. Zamiast jednak słodzić, wychodzi z punktu widzenia i myślenia przeciętnego mieszkańca swojej planety, który natychmiast przyjmuje mechaniczne wagoniki jako synonim zła i drży na myśl, że mogłyby one opanować jego miasto, zastępując milutkie jopanloigi. Po czym – zmusza swojego bohatera, będącego tradycyjnie i ciałem i duszą symbolem przeciętnego Karwilanianin, żeby zrobił ten wielki krok dla ludzkości i samotnie ruszył kolejką do serca szalonych burz magnetycznych... Wydaje się to niebezpieczne tym bardziej, że przecież to właśnie wróg Juno (który w tej części zyskuje własne imię, Uwoskammu) dostarcza prąd do tych pojazdów, którym to uczuciem zagrożenia Intrawik fantastycznie manipuluje. Zresztą cała psychologia postaci zasługuje na oklaski, przebijając już to, jak pisał on poprzednio – to, w jaki sposób Juno przechodzi od zachowawczego lęku i poczucia osaczenia podczas szukania dowodów, przez bezradną panikę już w wagoniku, aż do momentu, pod koniec podróży, gdy próbuje się z maszyną zaprzyjaźnić, każdemu zapada w pamięci. Kiedy wreszcie dociera na miejsce, jest gotowy ponownie walczyć z cwanym Uwoskammu o pozakarwilańską cywilizację. Oraz jej dobro, które nie wyklucza już mechanicznej komunikacji jako przydatnego urządzenia i ciekawego przeżycia, pod warunkiem oczywiście, że włada nimi maniak pałający rządzą krwi, który chce za wszelką cenę spalić rozpalonym metanem wszystkie zamieszkałe planety tego zespołu układów planetarnych.
Szybkie, trzymające w napięciu, lekko szalone, a jednocześnie nadal pełne bliskiej autorowi (i bohaterowi) kwiatowej filozofii i delikatności.
poniedziałek, 4 maja 2015
63. „Pusty przystanek” (Numar Warsawio)
Mówi się, że kilka paradoksów nie jest w stanie zniszczyć Wszechświata; że pojawiające się epizodycznie sprzeczności wydarzeń, będące wynikami podróży w czasie, czy niespójności występujące przy okazji zetknięcia się nie pasujących do siebie wymiarów to maleńkie skaleczenia wpisane w jego naturę, które nie mogą zaburzyć jego stabilności. W jakiś jednak sposób Wszechświat musi sobie z nimi radzić. Musiało istnieć w nim miejsce, do którego spływają i gromadzą się zniekształcenia prawdopodobieństwa, punkt nieskończoności, który byłby czarną dziurą, gdyby opierał się na grawitacji i materii. Wonanonianie wiedzieli, gdzie się ono znajduje i jak działa. I trudno powiedzieć, skąd, skoro wcale nie przypominało ono mrocznego obiektu kosmicznego – z jakiegoś powodu prawa fizyki wędrujące po zakrzywionych torach nieprawdopodobieństwa uformowały się w najzwyklejszy przystanek. Przystanek, z którego – zapewne po każdej większej burzy paradoksów i kosmicznych zawirowań czasu – okazjonalnie, co parę dziesiątek ziemskich lat, losowo i nigdy nie wiadomo, kiedy, odjeżdżał autobus. Nikt nie wiedział, dokąd...
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
62. „Czy wiesz, że to ja?” (Huzlerforantitawhah Pioon)
Tamtraugarwona już nikt nie poznawał. Wydawałoby się, że nie tak dawno jeszcze każdy czcił jego osobę, wyśpiewując jej imię i wznosząc monumentalne Tamtraugaria ku chwale jego wielkiej kreacji. Mógł pozostać na tronie z diamentu, zbierając miłość i niekończące się dary, kształtując wiedzę i myśli. Jednak sam zadecydował, nie chciał patrzeć na narody i królów klękających przed nim jak niewolnicy. Nie tak to sobie wyobrażał, choć wtedy miałby wszystko. Nie potrzebował wszystkiego, chciał być tylko blisko nich i chciał, żeby oni byli sobą. Gdzie jednak mogło być miejsce dla osoby z diamentowego tronu?
Wielokrotnie nad tym myślał, także dzisiaj, nad szklanką wieczornego naparu daworznowego. Wydawało mu się, że mógłby po prostu spacerować i podziwiać bez końca, a jednak niespodziewanie po tych latach nadszedł moment, gdy musiał odpocząć. Jak jednak, gdy wciąż wszyscy zginali się przed nim wpół, nie mogąc wykrztusić słowa z uwielbienia i zachwytu, i zmuszając, by wciąż bezwiednie brał to, co mu dawano? To nie o to chodziło. Kiedy wreszcie po latach udało mu się znaleźć kogoś, kto go nie rozpoznał, czuł jednocześnie radość i smutek - jakgdyby coś się skończyło i zaczęło zarazem. Ale wtedy nie mógł dostać już nic za darmo...
Zabawne, jak szybko to wszystko minęło. Sam się nie zmianiał, wciąż przemierzał świat i przyglądał się mu, jednak sam ten świat zmieniał się, rozkwitał, powiększał, a przy tym coraz mniej istniało ludzi i stworzeń, które go poznawały. Ale nie mógł już nic dostać za darmo - czy w ogóle pamiętał jeszcze jak się to robi? Musiał zapracować na odpoczynek, na pożywienie, na odzież, którą odbierał mu czas, na dach nad głową, który miał być dla niego nowym miejscem na świecie, domem lepszym niż diamentowy tron. I na ludzką miłość, którą z bliska chciał poznać najbardziej. Rozmyślał o tym wpatrzony w szklankę wieczornego naparu daworznowego, gdzieś w jednej z milionów maleńkich restauracyjek na planecie, nie rozpoznawany już przez nikogo. Czy to była jedyna droga? Ostatecznie nie mógł zbliżyć się do ludzi bardziej niż stając się jednym z nich - żyjąc.
Wierzenia mieszkańców Palwfali są bardzo charakterystyczne i, co ciekawe, zgodne pod względem tego, jak powstał świat, a zwłaszcza co działo się potem, przez co daleko wykraczają poza zwykłą religię. Ich sposób wnioskowania wyklucza zarówno samoistne pojawienie się życia jako efekt uboczny praw fizyki jako nieprawdopodobne, jak i istnienie doskonałego stwórcy jako nienaukowe. Zamiast tego kolejne pokolenia zaskakująco jednomyślnie odkrywają wciąż na nowo przejmującą historię nieokreślonej bliżej osoby, która po zbudowaniu świata nie była dłużej w stanie istnieć poza nim. Ciężko byłoby tu wymienić wszystkie innoplanetarne tytuły dzieł psychologicznych i filozoficznych, które rozwodziły się nad głębią i wieloznacznością tego, na co bohater (tu zwany Tamtraugarwonem) się zdecydował, jaka jest definicja życia i społeczeństwa. Czy życie okazało się dla niego piekielną pokusą, a może był to po prostu dalszy ciąg procesu tworzenia, który zaczął się od planety? Czy taka egzystencja była błędem czy wręcz przeciwnie: tym, czego pragnął, tylko już nie był w stanie pojąć? Huzlerforantitawhah Pioon, jako jeden z setek autorów, bardzo wdzięcznie radzi sobie z tym subtelnym zadaniem, wędrując pomiędzy ładną relacją a rzucanymi niepozornie paradoksalnymi odpowiedziami, wskazówkami i alternatywami, prowadząc nas obyczajowymi ścieżkami przez świat pytań. Oczywiście nie to jest najważniejsze i jest tu wiele więcej, ale czuje się, że właśnie to autor chce nam pokazać najbardziej.
Rzuca się w oczy to jak szczerze Palwfalianie wierni są swojemu punktowi widzenia, co objawia się tym, z jaką dobrocią podchodzą do każdego, kogo spotykają choćby po raz pierwszy, okazując mu cichy szacunek i zaufanie - tak w powieściach, jak i naprawdę. Przekonanie, że gdzieś tam na ich planecie, być może na wyciągnięcie ręki, istnieje wciąż nieśmiertelny (choć ludzki) stwórca wszystkiego, co znają, kieruje nimi w każdej dziedzinie życia i stanowi uniwersalną podstawę wszelkiej moralności. Jest sugestią, że nigdy nie możesz być pewien, jak ważny i wyjątkowy jest człowiek, który staje na twojej drodze, co przeżył i jak cudownych rzeczy dokonał lub też: jakie przeznaczenie przed nim stoi. Nawet jeśli to akurat nie on stworzył Palwfalię.
Melancholijne, smutne, pełne refleksji mieszających światotwórcze myśli z rzeczywistością i pozwalające nam podziwiać tysiące lat zaniku tych pierwszych na korzyść tej drugiej. Może nie dla każdego, ale też niezapomniane.
Wielokrotnie nad tym myślał, także dzisiaj, nad szklanką wieczornego naparu daworznowego. Wydawało mu się, że mógłby po prostu spacerować i podziwiać bez końca, a jednak niespodziewanie po tych latach nadszedł moment, gdy musiał odpocząć. Jak jednak, gdy wciąż wszyscy zginali się przed nim wpół, nie mogąc wykrztusić słowa z uwielbienia i zachwytu, i zmuszając, by wciąż bezwiednie brał to, co mu dawano? To nie o to chodziło. Kiedy wreszcie po latach udało mu się znaleźć kogoś, kto go nie rozpoznał, czuł jednocześnie radość i smutek - jakgdyby coś się skończyło i zaczęło zarazem. Ale wtedy nie mógł dostać już nic za darmo...
Zabawne, jak szybko to wszystko minęło. Sam się nie zmianiał, wciąż przemierzał świat i przyglądał się mu, jednak sam ten świat zmieniał się, rozkwitał, powiększał, a przy tym coraz mniej istniało ludzi i stworzeń, które go poznawały. Ale nie mógł już nic dostać za darmo - czy w ogóle pamiętał jeszcze jak się to robi? Musiał zapracować na odpoczynek, na pożywienie, na odzież, którą odbierał mu czas, na dach nad głową, który miał być dla niego nowym miejscem na świecie, domem lepszym niż diamentowy tron. I na ludzką miłość, którą z bliska chciał poznać najbardziej. Rozmyślał o tym wpatrzony w szklankę wieczornego naparu daworznowego, gdzieś w jednej z milionów maleńkich restauracyjek na planecie, nie rozpoznawany już przez nikogo. Czy to była jedyna droga? Ostatecznie nie mógł zbliżyć się do ludzi bardziej niż stając się jednym z nich - żyjąc.
Wierzenia mieszkańców Palwfali są bardzo charakterystyczne i, co ciekawe, zgodne pod względem tego, jak powstał świat, a zwłaszcza co działo się potem, przez co daleko wykraczają poza zwykłą religię. Ich sposób wnioskowania wyklucza zarówno samoistne pojawienie się życia jako efekt uboczny praw fizyki jako nieprawdopodobne, jak i istnienie doskonałego stwórcy jako nienaukowe. Zamiast tego kolejne pokolenia zaskakująco jednomyślnie odkrywają wciąż na nowo przejmującą historię nieokreślonej bliżej osoby, która po zbudowaniu świata nie była dłużej w stanie istnieć poza nim. Ciężko byłoby tu wymienić wszystkie innoplanetarne tytuły dzieł psychologicznych i filozoficznych, które rozwodziły się nad głębią i wieloznacznością tego, na co bohater (tu zwany Tamtraugarwonem) się zdecydował, jaka jest definicja życia i społeczeństwa. Czy życie okazało się dla niego piekielną pokusą, a może był to po prostu dalszy ciąg procesu tworzenia, który zaczął się od planety? Czy taka egzystencja była błędem czy wręcz przeciwnie: tym, czego pragnął, tylko już nie był w stanie pojąć? Huzlerforantitawhah Pioon, jako jeden z setek autorów, bardzo wdzięcznie radzi sobie z tym subtelnym zadaniem, wędrując pomiędzy ładną relacją a rzucanymi niepozornie paradoksalnymi odpowiedziami, wskazówkami i alternatywami, prowadząc nas obyczajowymi ścieżkami przez świat pytań. Oczywiście nie to jest najważniejsze i jest tu wiele więcej, ale czuje się, że właśnie to autor chce nam pokazać najbardziej.
Rzuca się w oczy to jak szczerze Palwfalianie wierni są swojemu punktowi widzenia, co objawia się tym, z jaką dobrocią podchodzą do każdego, kogo spotykają choćby po raz pierwszy, okazując mu cichy szacunek i zaufanie - tak w powieściach, jak i naprawdę. Przekonanie, że gdzieś tam na ich planecie, być może na wyciągnięcie ręki, istnieje wciąż nieśmiertelny (choć ludzki) stwórca wszystkiego, co znają, kieruje nimi w każdej dziedzinie życia i stanowi uniwersalną podstawę wszelkiej moralności. Jest sugestią, że nigdy nie możesz być pewien, jak ważny i wyjątkowy jest człowiek, który staje na twojej drodze, co przeżył i jak cudownych rzeczy dokonał lub też: jakie przeznaczenie przed nim stoi. Nawet jeśli to akurat nie on stworzył Palwfalię.
Melancholijne, smutne, pełne refleksji mieszających światotwórcze myśli z rzeczywistością i pozwalające nam podziwiać tysiące lat zaniku tych pierwszych na korzyść tej drugiej. Może nie dla każdego, ale też niezapomniane.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
60. „Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)
Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.
Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.
Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
48. „Ta niezwykła osobowość” (Wterg Bsys Awzona Too Iuwi)
Bohaterem książki jest chłopak imieniem Alaksanir Omniwi Bsys, jednak opowiada ona nie tyle o nim i jego ucieczce z rozpadającej się planety, Egminy, ale o osobliwości życia na tej planecie, podług której się ono rozwinęło. Widocznej nie na pierwszy rzut oka - gdybyśmy odwiedzili ją przed katastrofą, zobaczylibyśmy przyjazne przestrzenie urozmaicone górami i jeziorami, rośliny o całkiem znajomych kształtach oraz oczywiście mieszkańców - nadzwyczaj podobne do ludzi drobne istoty o jasnej skórze i zastanawiająco zielonych oczach - zasiedlających maleńkie, złożone z glinianych domków przyleśne osady. Zachowanie owych ludzi wydałoby się nam jednak dziwne - zamiast polować czy uprawiać pola, większość czasu poświęcali na milczące spacery lub po prostu coś, co przypominało nasłuchiwanie. To, do czego my potrzebowalibyśmy snu i jedzenia, im zastępowało wchłanianie tego, co było rozproszonego w powietrzu. Czego? Trudno opisać to osobie, która nie jest Fizonionem, jak nazywali siebie inteligentni Egminianie, ale podobno stanowiło coś w rodzaju informacji, prostej, nie dotyczącej niczego konkretnego wiedzy, posiadanej, rozwijanej i rozpylanej przede wszystkim przez rośliny, ale też przetwarzanej przez innych "słuchających". Niecodziennym widokiem było patrzeć jak dziesiątki na wpół zamyślonych Fizonionów stoi nieruchomo pośród falujących trawowych liści i... po prostu słucha.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...
Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...
Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
47. „Człowiek, Który Wyłączał” (Walwanitr Oni Krupsjiktonwilha)
Trudno powiedzieć, kim tak dokładnie był Niejwih Loargit i po co robił to, co robił. Poszukiwacz przygód? Pogromca zła? A może zwykły elektryk, który lubi swoją pracę? Pewne jest natomiast to, że Dżinoni, podobnie jak wielu innych, nigdy nie dowiedziałby się o jego istnieniu, gdyby nie potrzebował jego pomocy. O wszystkim zadecydowała chwila nieuwagi podczas prac w ogródku i zwarcie, które zmieniło niepozorny przycinak do trawy w siejącą postrach maszynę, pragnącą rozszarpać swojego właściciela. Dżinoni nigdy nie zapomni jak z nieba nagle spadł statek kosmiczny, z jego wnętrza wybiegła obca istota i w ostatniej chwili po prostu... wyłączyła kosiarkę. Uratowanego zafascynowała niezwykła misja Niejwiha i wtedy właśnie obiecał sobie i jemu, że będzie towarzyszył mu w nierównych zmaganiach z szalonymi urządzeniami, które ktoś musi wyłączyć, powstrzymując je przed zniszczeniem świata.
Podróżnik bardzo chętnie przystał na propozycję i tak zyskał towarzysza, pomocnika, a także obserwatora i swego rodzaju ucznia. To właśnie z perspektywy Dżinoniego podziwiamy budowę pozbawionego automatyki (a jakże!) maleńkiego statku, niesionego wiatrem słonecznym, który jest jednakże na tyle duży, żeby pomieścić pokaźną bibliotekę wszelakich instrukcji obsługi i encyklopedii elektroniczno-informatycznych. Z czasem poznajemy również historię tytułowego bohatera, który z każdym dniem coraz bardziej się otwiera i coraz więcej ma ochotę wyjaśniać. Ale najważniejsze są oczywiście niezwykłe przygody tajemniczego Człowieka, Który Wyłączał. Wciąż nowe urządzenia i wciąż nowe światy, do których kieruje go magiczny Kompas Zakłóceniowy - od małych złośliwych inteligentnych igieł przez sztuczne drzewa po zarządzające całymi planetami samodzielne komputery. A jednak ich postępowanie zawsze wygląda tak samo - Niejwih Loargit wyłącza maszynę i prawie bez wyjaśnień znika znów w swoim pojeździe i nie dalej jak za minutę znów prowadzi ich do kolejnego celu. Czy jednak nigdy się to nie zmieni? Niestety - wszystko zmieni się, gdy jeden z wyłączonych, nadzwyczaj inteligentnych komputerów postanowi się zemścić, a role odwrócą się. Dobrze, że Dżinoni przy tym będzie, bo pomoc jeszcze nigdy nie była Niejwihowi tak potrzebna...
Krupsjiktonwilha bardzo lubi wymyślać nietuzinkowe postacie, tak też uznał, że wizja człowieka, którego życiowym powołaniem jest unieszkodliwianie niebezpiecznych automatów, może zainteresować. Zwróciło uwagę, że wielu z jego znajomych przytrafiła się historia, gdy mieli problem z jakimś urządzeniem i wtem ktoś, ku ich radości, wyłączył je - potem długo darzyli ją wdzięcznością i wiązali miłe wspomnienia. A gdyby autorem wszystkich tych dokonań była zawsze ta sama osoba? Pisarza niebywale zaintrygowała taka wizja i, zdaje się, cała książka jest odpowiedzią na jego własne pytania. Jak wyglądałoby życie takiej postaci? Dlaczego właśnie wyłączanie różnych rzeczy uważałby za najlepszą dla siebie formę naprawiania świata? Co byłoby motorem napędowym jego działań, myślą nadającą sens tym bezinteresownym działaniom? I, najważniejsze, co musiałoby się wydarzyć w jego przeszłości, żeby pchnąć jego życie właśnie w tę stronę? Książka jest jednak nie odpowiedzią, a poszukiwaniem odpowiedzi właśnie - pomiędzy kolejnymi starciami z nieokiełznanymi maszynami dostajemy wskazówki i półsłówka, w dodatku często niebezpośrednio - w zachowaniu Niejwiha, jego obawach i reakcjach na niektóre zjawiska i ludzi. Kim dla niego są? Za kogo uważa siebie? Ciężko pojąć jego przeżycia emocjonalne, gdy ratuje rodzinę przed wciągnięciem do sokowirówki czy całe miasto przed wyposażonym w miażdżące pole magnetyczne pociągiem, jednak zdaje się to nie być ani duma, ani ambicja.
Druga część, gwałtownie zmieniająca opowieść, nie dostarcza rozwiązań, a jeszcze komplikuje sprawę. Niejwih Loargit okazuje się być kimś o wiele więcej niż tylko amatorem, który nienawidzi maszyn i przed którymi stara się uciec. Nawet wierzący w niego Dżinoni nie spodziewa się, że mógłby być w stanie zmierzyć się ze wściekłą sztuczną inteligencją jak równy z równym i być w posiadaniu wiedzy, która jeśli chce, pozwoli mu zmanipulować i przechytrzyć genialny automat, co może doprowadzić do odmiany losu i świata ludzi, i maszyn. Jak to możliwe? Im bliżej końca, tym bardziej daje się nam we znaki Wielka Tajemnica wyjaśniająca ideę pogoni za popsutym sprzętem, jednak do końca pozostaje ona odgadniona jedynie połowicznie.
Całkowicie nieprawdopodobna (i z każdą chwilą jeszcze nieprawdopodobniejsza) książka, która ani na chwilę nie przestaje ciekawić.
Podróżnik bardzo chętnie przystał na propozycję i tak zyskał towarzysza, pomocnika, a także obserwatora i swego rodzaju ucznia. To właśnie z perspektywy Dżinoniego podziwiamy budowę pozbawionego automatyki (a jakże!) maleńkiego statku, niesionego wiatrem słonecznym, który jest jednakże na tyle duży, żeby pomieścić pokaźną bibliotekę wszelakich instrukcji obsługi i encyklopedii elektroniczno-informatycznych. Z czasem poznajemy również historię tytułowego bohatera, który z każdym dniem coraz bardziej się otwiera i coraz więcej ma ochotę wyjaśniać. Ale najważniejsze są oczywiście niezwykłe przygody tajemniczego Człowieka, Który Wyłączał. Wciąż nowe urządzenia i wciąż nowe światy, do których kieruje go magiczny Kompas Zakłóceniowy - od małych złośliwych inteligentnych igieł przez sztuczne drzewa po zarządzające całymi planetami samodzielne komputery. A jednak ich postępowanie zawsze wygląda tak samo - Niejwih Loargit wyłącza maszynę i prawie bez wyjaśnień znika znów w swoim pojeździe i nie dalej jak za minutę znów prowadzi ich do kolejnego celu. Czy jednak nigdy się to nie zmieni? Niestety - wszystko zmieni się, gdy jeden z wyłączonych, nadzwyczaj inteligentnych komputerów postanowi się zemścić, a role odwrócą się. Dobrze, że Dżinoni przy tym będzie, bo pomoc jeszcze nigdy nie była Niejwihowi tak potrzebna...
Krupsjiktonwilha bardzo lubi wymyślać nietuzinkowe postacie, tak też uznał, że wizja człowieka, którego życiowym powołaniem jest unieszkodliwianie niebezpiecznych automatów, może zainteresować. Zwróciło uwagę, że wielu z jego znajomych przytrafiła się historia, gdy mieli problem z jakimś urządzeniem i wtem ktoś, ku ich radości, wyłączył je - potem długo darzyli ją wdzięcznością i wiązali miłe wspomnienia. A gdyby autorem wszystkich tych dokonań była zawsze ta sama osoba? Pisarza niebywale zaintrygowała taka wizja i, zdaje się, cała książka jest odpowiedzią na jego własne pytania. Jak wyglądałoby życie takiej postaci? Dlaczego właśnie wyłączanie różnych rzeczy uważałby za najlepszą dla siebie formę naprawiania świata? Co byłoby motorem napędowym jego działań, myślą nadającą sens tym bezinteresownym działaniom? I, najważniejsze, co musiałoby się wydarzyć w jego przeszłości, żeby pchnąć jego życie właśnie w tę stronę? Książka jest jednak nie odpowiedzią, a poszukiwaniem odpowiedzi właśnie - pomiędzy kolejnymi starciami z nieokiełznanymi maszynami dostajemy wskazówki i półsłówka, w dodatku często niebezpośrednio - w zachowaniu Niejwiha, jego obawach i reakcjach na niektóre zjawiska i ludzi. Kim dla niego są? Za kogo uważa siebie? Ciężko pojąć jego przeżycia emocjonalne, gdy ratuje rodzinę przed wciągnięciem do sokowirówki czy całe miasto przed wyposażonym w miażdżące pole magnetyczne pociągiem, jednak zdaje się to nie być ani duma, ani ambicja.
Druga część, gwałtownie zmieniająca opowieść, nie dostarcza rozwiązań, a jeszcze komplikuje sprawę. Niejwih Loargit okazuje się być kimś o wiele więcej niż tylko amatorem, który nienawidzi maszyn i przed którymi stara się uciec. Nawet wierzący w niego Dżinoni nie spodziewa się, że mógłby być w stanie zmierzyć się ze wściekłą sztuczną inteligencją jak równy z równym i być w posiadaniu wiedzy, która jeśli chce, pozwoli mu zmanipulować i przechytrzyć genialny automat, co może doprowadzić do odmiany losu i świata ludzi, i maszyn. Jak to możliwe? Im bliżej końca, tym bardziej daje się nam we znaki Wielka Tajemnica wyjaśniająca ideę pogoni za popsutym sprzętem, jednak do końca pozostaje ona odgadniona jedynie połowicznie.
Całkowicie nieprawdopodobna (i z każdą chwilą jeszcze nieprawdopodobniejsza) książka, która ani na chwilę nie przestaje ciekawić.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
44. „Świąteczna historia Frankilano” (autor nieznany)
Z czym mi się kojarzą Święta, hmm...
Równikowe tereny planety Parsika porasta gigantyczny las. Tam, gdzie zaczynają się grube na setki metrów gałęzie, powierzchnia chowa się pod szerokimi konarami, a powietrze przypomina niekończące się drewniane tunele. To właśnie ten las jest celem corocznej wędrówki mieszkańców Kasztori Writ, jednego z miast położonego w północnych krainach. Obchody Końca Roku zgodnie z tradycją są dla nich okazją do wyrażenia miłości i szacunku wobec swoich rodziców, których obdarowują owocami jego drzew, wielkimi ciemnoczerwonymi wiśniowicami.
Jeden obrót Parsiki dookoła słońca trwa trzydzieści razy dłużej niż u nas, więc jest to rzadkie wydarzenie, ponadto sama wędrówka, pomimo iż świąteczna, rozpoczynana jest wiele lat. Nic więc dziwnego że wielu z podróżujących ma tremę co do tego jak wypadnie przed dawno niewidzianymi najbliższymi. Zwłaszcza główny bohater, Frankilano, który ma zobaczyć las dopiero po raz pierwszy, jest szczególnie przejęty i bardzo obawia się o to, jak poradzi sobie z transportem większego od siebie owocu. Wokół panuje radość, niosą się kolędy i opowieści o świątecznych bohaterach, a z nieba padają, niczym płatki śniegu, duże zielonawe krople lekkiego metanu. Chłopakowi nie udziela się jednak ta atmosfera i wciąż nie daje spokoju, co będzie, jeśli ta jedyna, pierwsza wyjątkowa szansa się nie powiedzie. Czy rodzice mu wybaczą? Czy nie sprowadzi na nich jakiegoś nieszczęścia?
Wkrótce niestety ma okazję się o tym przekonać - parę dni po opuszczeniu owocowej części lasu, dochodzi do małej katastrofy i wielka czerwona kulka spada mu z pleców w przepaść. Pozostaje mu teraz trudny wybór pomiędzy powrotem z pustymi rękami, a samotną drogą po kolejnego wiśniowica. Na szczęście ma też przyjaciół, którzy nie pozostawią go samego z tym smutnym dylematem...
Wiśniowice weszły w tradycję Parsiki tak głęboko, że nikt już nie pamięta, że ich nasiona trafiły tu w zasadzie całkiem niedawno, przypadkiem, z przelatującej obok komety. Do tego ich zaborczy rozrost wzbudzał przez pierwszą dekadę straszny chaos, grożąc objęciem nie tylko pustynnego równika, ale i reszty kontynentów. Na szczęście okolice stref umiarkowanych okazały się zbyt chłodne, a owoce nowych drzew wzbudziły zachwyt, objawiając się po raz pierwszy w samo święto, w południe, gdy słońce wkraczało w nowy rok. Odtąd świat Parsikian się zmienił, przeformowało się znaczenie ich legend, a część z nich w ogóle zaniknęło, jeśli nie było w nich miejsca na motyw leśnego owocu. Tym samym obchody Końca Roku stały się dwuetapowe i przy okazji zyskały na energiczności i uroku. Najpierw młodsza część społeczności udaje się całymi dziesiątkami w radosną podróż do niezwykłej puszczy, umilając sobie czas błyskaniem widocznymi z daleka barwnymi światełkami, które w ich sposobie porozumiewania są odpowiednikiem śpiewu i opowieści. Po powrocie natomiast wszyscy wspólnie przygotowują z wiśniowic sto potraw, a z ich skórek wycinają latawce i sukienki, czego też nigdy dotąd nie było. Barwność i euforię z zakończenia długiej ciemnej zimy, można porównać w zasadzie tylko do ziemskiego Sylwestra w Rio de Janeiro.
Świąteczna historia Frankilano jest jedną z bezimiennych bajek, powstałych tuż po rozszerzeniu tradycji, opowiadanych światełkami podczas wędrówki do lasu wiśniowców, a spisanych dopiero przez niejakiego Pei Lohni Licze. W odróżnieniu od samych obchodów mocno zauważalne są jej spokój i ciepło, w dodatku skontrastowane z niepokojami głównego bohatera, z punktu widzenia którego zawsze się ją opowiada. Nie jest to dziwne, jeśli wie się, że (w sumie podobnie jak u nas) celem tych opowiastek było nie zabawianie, a raczej przekazanie pewnej nauki, która podczas przy tej okazji może się nam przydać. Frankilano bardzo dobrze wpisuje się w kanon wiernego syna i dzielnego ucznia, choć wciąż jeszcze targanego zagubieniem, który dla Parsikian jest bardzo związany ze świętem Końca Roku. Pomimo tego, że jest to w zasadzie dzień ich rodziców (a także dziadków), to właśnie dla ich dzieci jest to sprawdzian dojrzałości i nabierania świadomości tego, co naprawdę chcą dać innym i jak rozumieją miłość oraz to, że im na kimś zależy.
W sam raz na nasze Święta i do tego daje do myślenia.
poniedziałek, 20 października 2014
35. „Osiem elementów” (Iriowino)
Co łączy projektanta pierwszego na planecie Syji wehikułu czasu oraz światowej klasy energologa? To, że obaj zostali uprowadzeni przez Nieznajomego, stając się częścią jego zdumiewającego i na razie nikomu nieznanego planu. Podobnie zniknęło parę, wydawałoby się niewiele znaczących i zupełnie niepowiązanych ze sobą przedmiotów ze społecznego muzeum, elektrowni i laboratorium. To wszystko, co wiadomo o tajemniczym złoczyńcy – Opiekunowie królowej miasta Krimii muszą sami dowiedzieć się reszty i powstrzymać wiszącą w powietrzu katastrofę. I pewnie by się im udało, gdyby nie to, że Nieznajomy wykorzystuje syjańską zdolność ponadwymiarowego kształtowania właściwości przestrzeni i materii bezlitośnie łamiąc przyjęte reguły. W wykreowanym przez niego pałacu rzeczywistość przypomina pozbawiony praw fizyki koszmar, której nawet wprawni wojownicy nie byli w stanie naprostować na tyle, żeby przeżyć spotkanie z nią. Spośród dziesiątkowanej grupy Opiekunów z kolejnych niebezpieczeństw wychodzi cało tylko jeden z nich, Delwenino. Ale czy jest to przypadek czy raczej gra ustawiona przez Nieznajomego w celu znalezienia następnego elementu?
Syja krąży wokół Syriusza, którego o dowolnej porze roku możemy zobaczyć na nocnym niebie jako najjaśniejszą gwiazdę, tym bardziej ciężko objąć myślą fakt, że tak niedaleko od nas mieszkają istoty, z których każda może z otaczającą je rzeczywistością robić, co chce. Wydaje się, że taki świat nie mógłby być możliwy, że wystarczyłaby odrobina bezmyślności czy egoizmu, by doprowadzić całą planetę i panujący na niej porządek do ruiny. Wystarczy jednak chwila zastanowienia, żeby zauważyć, że także na Ziemi, gdzie każdy z nas ma pewną, fizyczną władzę nad energią i materią, nie trzebaby wiele, żeby wyrządzić jakąś szkodę czy zrobić komuś krzywdę. Wszechświat jest pełen niezwykłych właściwości, które mogłyby mniej lub bardziej mu zaszkodzić, ich właściciele jednak chętnie rezygnują z części swojego potencjału na korzyść spokoju, bezpieczeństwa i dobra innych. Zamiast rozsiewać morderczy, niezrozumiały dla nikogo chaos, Syjanie wolą realizować się w bajkowej architekturze i wielowymiarowej kinematografii. Dopóki nie pojawia się ktoś taki, jak Nieznajomy.
Pomimo że nie jest tajemnicą, iż Iriowino opierał swoje pomysły na tym, z czym faktycznie Opiekunom krimiańskich królów i królowych zdarzało się walczyć, jego wyobraźnia i tak budzi podziw. Każdy opis daje nam szczegółowe, namacalne wyobrażenie o dziwactwach, które napotyka Delwenino, i wywołuje ciarki na plecach, mimo to nie dziwi, że książki Iriowino zdobyły sławę przede wszystkim dzięki wszelakim efektownym ekranizacjom i to nie tylko na jego rodzimej planecie. Oderwana od powierzchni kulista grawitacja, ogień promieniujący czarnym światłem, zbitki ścian czasoprzestrzennych zaprogramowane na schematyczne niszczenie czy wreszcie wędrujące na korytarzach, samodzielne kule żrącej próżni, to coś, co zdecydowanie nie każdy Syjanin zdołałby wymyślić i jednocześnie coś, czego nie da się zapomnieć, czy to w formie pisanej czy wizualnej. Każde z tych małych arcydzieł (i pod względem literackim, i z punktu widzenia świata przedstawionego) posiada naukowe wyjaśnienie, dzięki któremu istnieje, swoją własną fizykę, w której główny bohater musi jak najszybciej się połapać, żeby nie zginąć.
Pomimo tego wszystkiego, całkiem sporo jest tu kombinowania, zwłaszcza jeśli ma się jakieś pojęcie o Legendach Wszechświata. Uwagę przyciąga sam Nieznajomy, który choć nie pojawia się w „kadrze” często, zawsze pozostawia po sobie pytania co do tego, czego właściwie chce i, potem, czy to faktycznie realne oraz na ile mamy do czynienia z szaleńcem, a na ile z geniuszem. Samotnemu Opiekunowi przez cały czas nie daje spokoju przeczucie, że chodzi o coś wielkiego – i tyleż niszczycielskiego. Po co mu ludzie zajmujący się czasem oraz energią? A te przedmioty? Czy czasem ten laser czy atomowy generator liczb losowych mogą mieć jakiś jednoznaczny sens? Z czasem z pomocą przyjdą mu i sami odnalezieni naukowcy, pozwalając tuż przed samym końcem dramatycznego labiryntu odkryć siłę tkwiącą w czterech kosmicznych żywiołach – przestrzeni, energii, czasu i prawdopodobieństwa. Nieprawdopodobne szczęście Delwenino stanowiło ostatni element układanki. Czy jednak można obrócić tę moc przeciwko porywaczowi? A może na to on właśnie liczy?
Porażający i zachwycający jednocześnie kryminał opowiadający o naukowej wiedzy zmieniającej się w legendarną magię. Mnie się niezwykle podobało.
Syja krąży wokół Syriusza, którego o dowolnej porze roku możemy zobaczyć na nocnym niebie jako najjaśniejszą gwiazdę, tym bardziej ciężko objąć myślą fakt, że tak niedaleko od nas mieszkają istoty, z których każda może z otaczającą je rzeczywistością robić, co chce. Wydaje się, że taki świat nie mógłby być możliwy, że wystarczyłaby odrobina bezmyślności czy egoizmu, by doprowadzić całą planetę i panujący na niej porządek do ruiny. Wystarczy jednak chwila zastanowienia, żeby zauważyć, że także na Ziemi, gdzie każdy z nas ma pewną, fizyczną władzę nad energią i materią, nie trzebaby wiele, żeby wyrządzić jakąś szkodę czy zrobić komuś krzywdę. Wszechświat jest pełen niezwykłych właściwości, które mogłyby mniej lub bardziej mu zaszkodzić, ich właściciele jednak chętnie rezygnują z części swojego potencjału na korzyść spokoju, bezpieczeństwa i dobra innych. Zamiast rozsiewać morderczy, niezrozumiały dla nikogo chaos, Syjanie wolą realizować się w bajkowej architekturze i wielowymiarowej kinematografii. Dopóki nie pojawia się ktoś taki, jak Nieznajomy.
Pomimo że nie jest tajemnicą, iż Iriowino opierał swoje pomysły na tym, z czym faktycznie Opiekunom krimiańskich królów i królowych zdarzało się walczyć, jego wyobraźnia i tak budzi podziw. Każdy opis daje nam szczegółowe, namacalne wyobrażenie o dziwactwach, które napotyka Delwenino, i wywołuje ciarki na plecach, mimo to nie dziwi, że książki Iriowino zdobyły sławę przede wszystkim dzięki wszelakim efektownym ekranizacjom i to nie tylko na jego rodzimej planecie. Oderwana od powierzchni kulista grawitacja, ogień promieniujący czarnym światłem, zbitki ścian czasoprzestrzennych zaprogramowane na schematyczne niszczenie czy wreszcie wędrujące na korytarzach, samodzielne kule żrącej próżni, to coś, co zdecydowanie nie każdy Syjanin zdołałby wymyślić i jednocześnie coś, czego nie da się zapomnieć, czy to w formie pisanej czy wizualnej. Każde z tych małych arcydzieł (i pod względem literackim, i z punktu widzenia świata przedstawionego) posiada naukowe wyjaśnienie, dzięki któremu istnieje, swoją własną fizykę, w której główny bohater musi jak najszybciej się połapać, żeby nie zginąć.
Pomimo tego wszystkiego, całkiem sporo jest tu kombinowania, zwłaszcza jeśli ma się jakieś pojęcie o Legendach Wszechświata. Uwagę przyciąga sam Nieznajomy, który choć nie pojawia się w „kadrze” często, zawsze pozostawia po sobie pytania co do tego, czego właściwie chce i, potem, czy to faktycznie realne oraz na ile mamy do czynienia z szaleńcem, a na ile z geniuszem. Samotnemu Opiekunowi przez cały czas nie daje spokoju przeczucie, że chodzi o coś wielkiego – i tyleż niszczycielskiego. Po co mu ludzie zajmujący się czasem oraz energią? A te przedmioty? Czy czasem ten laser czy atomowy generator liczb losowych mogą mieć jakiś jednoznaczny sens? Z czasem z pomocą przyjdą mu i sami odnalezieni naukowcy, pozwalając tuż przed samym końcem dramatycznego labiryntu odkryć siłę tkwiącą w czterech kosmicznych żywiołach – przestrzeni, energii, czasu i prawdopodobieństwa. Nieprawdopodobne szczęście Delwenino stanowiło ostatni element układanki. Czy jednak można obrócić tę moc przeciwko porywaczowi? A może na to on właśnie liczy?
Porażający i zachwycający jednocześnie kryminał opowiadający o naukowej wiedzy zmieniającej się w legendarną magię. Mnie się niezwykle podobało.
poniedziałek, 29 września 2014
32. „Obok” (Ulam Grarr)
Magia odgłosów, wydawanych przez morskie muszle, jest znana w każdej cywilizacji, w której natura (lub coś jeszcze innego) wykształciła strukturę podobną do muszli. Na Raktliwionie Olwigsnym z muszli wytwarzanych przez kwiaty nie wydobywał się jednak tajemniczy szum, który łatwo wziąć za złudzenie, ale prawdziwa, nie budząca niczyich wątpliwości melodia. Było to dziwne zjawisko. Niezależne od tego, jaką kwiat wykorzystywało się jako odbiornik, a wykazujące związek z miejscem i porą dnia. Najbardziej jednak z osobą, która słuchała, choć szybko dowiedziono, iż ta różnica nie polega po prostu na odmiennym odbiorze tego samego dźwięku. Zdawało się, że każdy Raktliwionianin, biorąc muszelkową roślinę do ręki, powodował u niego skupianie konkretnej kombinacji fal, w ciągu kilkunastu minut* przestrajając odbiornik samą swoją obecnością. Z upływem godzin i wraz z przemieszczaniem się melodia zdążała zwykle parokrotnie zmienić się w zupełnie inną, jednak nie zawsze - czasami parę konkretnych dźwięków wracało po pewnym czasie, by zawsze towarzyszyć danej osobie. Dlatego, choć zjawisko wciąż pozostawało niezbadane, było bliskie każdemu Raktliwionianinowi, a wielu z nich uważało "zaprzyjaźnione" piosenki za swój największy skarb.
Nołsa słuchała kwiatowej muzyki zawsze w tej samej muszli i zawsze o tej samej porze, w samym środku nocy. Odcinała się od świata, wyłączając w sobie wszystkie funkcje czuciowe poza słuchem, co wprawiało ją w stan podobny do snu. Nie każdemu udawało się znaleźć swoje melodie, także i ona za każdym razem słyszała inny dźwięk. Do czasu, gdy jeden z nich okazał się zupełnie inny - wyższy, jednak jednocześnie wolniejszy, wypełniony ledwo słyszalnym tłem i z dziwną głębią... Choć przecież nie było w niej słów, czuła, jakby kryła się w nim jakaś treść, jakby mówił bezpośrednio do niej, choć nie rozumiała, o czym. Początkowo melodia zachwyciła ją, potem oczarowała, aż wreszcie, kiedy nowe nuty nie opuszczały jej myśli przez cały następny dzień, uświadomiła sobie, że jest to najpiękniejsze, co kiedykolwiek słyszała i usłyszy w życiu. Odtąd Nołsa słyszała już tylko tę jedną niekończącą się piosenkę. Tę samą, choć za każdym razem trochę inną, jakby coraz bardziej smutną i przepełnioną tęsknotą. Nic, co zdarzyło jej się słyszeć wcześniej, nigdy nie sprawiło, że czuła się tak jak teraz. Wszystko zdawało jej kojarzyć się z tą jedną melodią, jakby opowiadała o całym świecie i o każdej chwili jej życia. Wciąż jednak nie wiedziała, o czym jest naprawdę. Coś podpowiadało jej, że jest to prośba i chodzi o coś niezwykle pilnego. A może to wszystko tylko jej się wydaje?
Niespodziewanie pewnej nocy ogarnęło ją coś, czego nie doświadczył jeszcze nikt na jej planecie - sen, który pod wpływem dźwięku uformował się w wołanie o pomoc. O odnalezienie kilku skradzionych elementów kryształowej konstrukcji, która swoimi harmonicznymi drganiami przez stulecia pobudzała do istnienia cały dźwiękowy świat, i bez której muzyka Raktliwionu Olwigsnego powoli zaniknie. Ale czy to rzeczywiście prawda? Czy naprawdę istnieje obok naszego cały dźwiękowy świat? Nieznane życie, które zniknie? Jedynym, co do czego Nołsa miała pewność, było to, że nie mogłaby żyć, nie mogąc więcej usłyszeć swojej jedynej melodii i że zrobi wszystko, żeby ją uratować. W trakcie wędrówki zaczęła też nabierać niezwykłej pewności, że także ta melodia nie może żyć bez niej i nie chodzi wcale o konieczność naprawienia akustycznej konstrukcji...
Ulam Grarr uwielbia pisać o muzyce i tonach, jednak krytycy są zgodni, że w Obok przeszedł sam siebie. O ile zazwyczaj dźwięk był u niego najważniejszą przyczyną i motorem napędowym akcji, o tyle tutaj stał się jej uczestnikiem, dosłownie: jednym z bohaterów. A właściwie nie jednym, bo całym światem postaci, cywilizacją niemal analogiczną do naszej. Autor zrobił coś, o czym nikt dotąd nawet nie myślał - tchnął w dźwięk, w drgania powietrza, życie, nadał mu strukturę fizyczną, samoświadomość, charakter, inteligencję, własne potrzeby, obawy i... uczucia. Uczucia, o których przekonała się główna (a właściwie jedynie bardziej materialna) bohaterka, Nołsa, choć nie od razu. Grarr idealnie oddał subtelność różnicy pomiędzy zwykłym pięknem a kierowaną do kogoś miłością, między delikatnością kompozycji a szacunkiem i wdzięcznością. Czy w ogóle jest jakakolwiek różnica? Czy pozostaje tylko w nią uwierzyć?
Dźwiękowa istota (o imieniu, które łatwiej byłoby zapisać na pięciolinii niż fonetycznie) staje ponadto przed nie lada wyzwaniem, wspierając Nołsę w podróży - jak wskazywać jej drogę i udzielać wskazówek jedynie językiem muzyki i wywoływanych nią uczuć? Jak wyrażać lęk i dawać ostrzeżenia? Nołsa, opuszczając znane sobie okolice i przekraczając granicę górzystych terenów, znalazła się w, pozornie pustym tak dla nas, jak i dla niej, świecie dudniących skał i echa, w którym zdana była już tylko i wyłącznie na swojego niewidzialnego przyjaciela. Więcej nie pojawił się już żaden sen, który mógłby potwierdzić jej przeczucia. Pozostaje jej zaufać jemu i samej sobie.
Pełna niespodzianek i muzycznej magii wizja Grarr, w której ujrzymy i osiągniemy wszystko, jeśli tylko się na to otworzymy.
_______________
*Długość minut, sekund i godzin na Raktliwionie Olwigsnym różni się od, bardziej oficjalnych miar długości, przyjętych w Raktliwionie Wargliongsym i Raktliwionie Rontrahorksym, jednak ogólnie są one około 2,92 raza krótsze od swoich ziemskich odpowiedników, podobnie zresztą jak sama doba.
Nołsa słuchała kwiatowej muzyki zawsze w tej samej muszli i zawsze o tej samej porze, w samym środku nocy. Odcinała się od świata, wyłączając w sobie wszystkie funkcje czuciowe poza słuchem, co wprawiało ją w stan podobny do snu. Nie każdemu udawało się znaleźć swoje melodie, także i ona za każdym razem słyszała inny dźwięk. Do czasu, gdy jeden z nich okazał się zupełnie inny - wyższy, jednak jednocześnie wolniejszy, wypełniony ledwo słyszalnym tłem i z dziwną głębią... Choć przecież nie było w niej słów, czuła, jakby kryła się w nim jakaś treść, jakby mówił bezpośrednio do niej, choć nie rozumiała, o czym. Początkowo melodia zachwyciła ją, potem oczarowała, aż wreszcie, kiedy nowe nuty nie opuszczały jej myśli przez cały następny dzień, uświadomiła sobie, że jest to najpiękniejsze, co kiedykolwiek słyszała i usłyszy w życiu. Odtąd Nołsa słyszała już tylko tę jedną niekończącą się piosenkę. Tę samą, choć za każdym razem trochę inną, jakby coraz bardziej smutną i przepełnioną tęsknotą. Nic, co zdarzyło jej się słyszeć wcześniej, nigdy nie sprawiło, że czuła się tak jak teraz. Wszystko zdawało jej kojarzyć się z tą jedną melodią, jakby opowiadała o całym świecie i o każdej chwili jej życia. Wciąż jednak nie wiedziała, o czym jest naprawdę. Coś podpowiadało jej, że jest to prośba i chodzi o coś niezwykle pilnego. A może to wszystko tylko jej się wydaje?
Niespodziewanie pewnej nocy ogarnęło ją coś, czego nie doświadczył jeszcze nikt na jej planecie - sen, który pod wpływem dźwięku uformował się w wołanie o pomoc. O odnalezienie kilku skradzionych elementów kryształowej konstrukcji, która swoimi harmonicznymi drganiami przez stulecia pobudzała do istnienia cały dźwiękowy świat, i bez której muzyka Raktliwionu Olwigsnego powoli zaniknie. Ale czy to rzeczywiście prawda? Czy naprawdę istnieje obok naszego cały dźwiękowy świat? Nieznane życie, które zniknie? Jedynym, co do czego Nołsa miała pewność, było to, że nie mogłaby żyć, nie mogąc więcej usłyszeć swojej jedynej melodii i że zrobi wszystko, żeby ją uratować. W trakcie wędrówki zaczęła też nabierać niezwykłej pewności, że także ta melodia nie może żyć bez niej i nie chodzi wcale o konieczność naprawienia akustycznej konstrukcji...
Ulam Grarr uwielbia pisać o muzyce i tonach, jednak krytycy są zgodni, że w Obok przeszedł sam siebie. O ile zazwyczaj dźwięk był u niego najważniejszą przyczyną i motorem napędowym akcji, o tyle tutaj stał się jej uczestnikiem, dosłownie: jednym z bohaterów. A właściwie nie jednym, bo całym światem postaci, cywilizacją niemal analogiczną do naszej. Autor zrobił coś, o czym nikt dotąd nawet nie myślał - tchnął w dźwięk, w drgania powietrza, życie, nadał mu strukturę fizyczną, samoświadomość, charakter, inteligencję, własne potrzeby, obawy i... uczucia. Uczucia, o których przekonała się główna (a właściwie jedynie bardziej materialna) bohaterka, Nołsa, choć nie od razu. Grarr idealnie oddał subtelność różnicy pomiędzy zwykłym pięknem a kierowaną do kogoś miłością, między delikatnością kompozycji a szacunkiem i wdzięcznością. Czy w ogóle jest jakakolwiek różnica? Czy pozostaje tylko w nią uwierzyć?
Dźwiękowa istota (o imieniu, które łatwiej byłoby zapisać na pięciolinii niż fonetycznie) staje ponadto przed nie lada wyzwaniem, wspierając Nołsę w podróży - jak wskazywać jej drogę i udzielać wskazówek jedynie językiem muzyki i wywoływanych nią uczuć? Jak wyrażać lęk i dawać ostrzeżenia? Nołsa, opuszczając znane sobie okolice i przekraczając granicę górzystych terenów, znalazła się w, pozornie pustym tak dla nas, jak i dla niej, świecie dudniących skał i echa, w którym zdana była już tylko i wyłącznie na swojego niewidzialnego przyjaciela. Więcej nie pojawił się już żaden sen, który mógłby potwierdzić jej przeczucia. Pozostaje jej zaufać jemu i samej sobie.
Pełna niespodzianek i muzycznej magii wizja Grarr, w której ujrzymy i osiągniemy wszystko, jeśli tylko się na to otworzymy.
_______________
*Długość minut, sekund i godzin na Raktliwionie Olwigsnym różni się od, bardziej oficjalnych miar długości, przyjętych w Raktliwionie Wargliongsym i Raktliwionie Rontrahorksym, jednak ogólnie są one około 2,92 raza krótsze od swoich ziemskich odpowiedników, podobnie zresztą jak sama doba.
poniedziałek, 8 września 2014
29. „Horyzont zdarzeń” (Mundeno)
Klingelian był, tak jak i większość współmieszkańców jego nienazwanej planety, genialnym fizykiem i wynalazcą. Nie było sensacją, ani nawet wielkim zdziwieniem, gdy pewnego dnia ukończył wreszcie budowę swojego dzieła - super statku kosmicznego o prędkości przekraczającej prędkość światła. Główny bohater miał świadomość nowatorskości swojego wehikułu oraz tego, że otworzy on drogę innym fizykom i wynalazcom. Jednakże, ponieważ nie bardzo wiedział, w jaki dokładnie sposób, po krótkiej prezentacji natychmiast postanowił go wypróbować i wyruszyć w niezdobytą przestrzeń kosmiczną.
Podróż szybko dostarczyła mu mnóstwa zapierających dech obserwacji, potwierdzeń dziesiątki przypuszczeń i materiałów na lata późniejszych badań. To, w jaki sposób zniekształcały się widziane obrazy, jak zmieniały się prędkości obserwowanych obiektów, jak zachowywała się grawitacja, materia i przestrzeń... Równie szybko jednak lista zjawisk do odkrycia zaczęła się kurczyć. Ponieważ pokonanie odległości do każdej, najdalszej nawet gwiazdy czy pulsara, zajmowało mniej niż mgnienie, Klingelianowi szybko zaczęło brakować pomysłów, czemu jeszcze mógłby się przyjrzeć. Wszystko, co był w stanie dostrzec, było w jego zasięgu, nic nie stanowiło dla niego przeszkody. Latał od jednej konstelacji do kolejnej i wszystko wokół wydawało mu się podobne, jednolite, coraz mniej interesujące, puste wręcz. Czyż stać go tylko na opisanie tego, co jest jak na dłoni, do czego po odkryciu takiej maszyny doszedłby już każdy? Czyż nie jest wystarczająco wielkim naukowcem, żeby wycisnąć ze Wszechświata coś więcej?
Wędrując w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi przypomniał sobie o najbardziej tajemniczych obiektach, jakie istnieją, których cechą charakterystyczną jest to, że nie można ich zobaczyć. Obiekty o masach bilionów słońc, pochłaniające swoją straszliwą grawitacją wszystko, każdą materię i energię, i skrywające się za ścianą nieprzeniknionego horyzontu zdarzeń - czarne dziury. Nikt nie wiedział, co dzieje się za magicznym horyzontem zdarzeń, bo wrócić zza niego nie było w stanie nawet światło, które dostarczyłoby o tym informacji. Ale przecież kosmiczny super statek Klingeliana poruszał się z prędkością większą niż światło, więc także horyzont zdarzeń nie stanowił dla niego granicy!
Po długich, ostrożnych poszukiwaniach niewidzialnego Klingelian wreszcie znajduje czarną dziurę i bez wahania pozwala się jej pochłonąć. Horyzont zdarzeń, niczym nieskończenie cienka bańka mydlana, pęka i odsłania przed gościem całkowicie nieznany, jasny i barwny świat. Świat ludzi, którzy jak żadne inne istoty we Wszechświecie, potrzebują do życia skrajności - gigantycznych grawitacji i ciśnień, maksymalnej ilości energii świetlnej, temperatury, wilgotności... Największa niespodzianka czekała jednak wewnątrz, ukształtowanej w lej, zamieszkałej płaszczyzny, po drugiej stronie której naukowiec znalazł ni mniej, ni więcej jak drugi, samodzielny wszechświat dwuwymiarowy...
Z pewnością każdy, kto ma jako takie pojęcie o astronomii, a w szczególności o osobliwościach (do jakich należą czarne dziury właśnie), zauważy wiele „nieścisłości” we „wiedzy” propagowanej przez tę opowieść. Nie jest to przypadek - wśród kosmicznych czytelników powszechnie znany jest fakt, że książki opatrzone nazwiskiem Mundeno (czy w zasadzie jakiegokolwiek pisarza pochodzącego z Shanazy) zawierają nie wiedzę, a raczej wariacje na temat pewnej informacji, która akurat wpadła autorowi w ręce. Co nie zmienia faktu, że pisarze i tak stanowią najbardziej wyedukowaną część shanaziańskiego społeczeństwa, zdając sobie sprawę chociażby z tego, że ich układ planetarny liczy więcej niż kilka tysięcy kilometrów, a czarna dziura to nie to samo, co ciemna mgławica. Mimo to utwory pochodzących z tej planety twórców cieszą się sporą popularnością w środowiskach naukowych daleko lepiej zorientowanych w kosmicznym stanie rzeczy - głównie stanowiąc źródła, kolokwialnie mówiąc, najgłupszych teorii, jakie tylko da się wysnuć z danego faktu. Najgłupszych, a co za tym idzie, najbardziej przewrotnych, najodważniejszych i kompletnie oderwanych od innych, ogólnie przyjętych, a nie zawsze prawidłowych założeń, co sprawia, że ciekawostki z wielu książek z Shanazy lubiły okazywać się prawdziwe, wyprzedzając naukowo całą resztę Wszechświata. Także Horyzont zdarzeń miał swój przebłysk geniuszu, swego czasu skłaniający liczne grupy poważnych naukowców do namysłu. Co dzieje się z materią za horyzontem zdarzeń? Czy czarne dziury naprawdę mogą być odpowiedzią na to, skąd wziął się nieskończenie gęsty punkt, który dał początek Wielkiemu Wybuchowi? Czy rozszerzanie się Wszechświata i niepojęta ciemna energia mogą być jedynie efektami ubocznymi odwróconej grawitacji centralnej czarnej dziury? Dzisiaj już wszystko to wiadomo i nawet, jak widziałam niedawno w pewnej gazecie, Ziemianie też zaczynają w swoim tempie dochodzić do tej prawdy, ktoś jednak musiał być pierwszy.
Dla wielbicieli szalonych, niezobowiązujących wycieczek pseudonaukowych.
Podróż szybko dostarczyła mu mnóstwa zapierających dech obserwacji, potwierdzeń dziesiątki przypuszczeń i materiałów na lata późniejszych badań. To, w jaki sposób zniekształcały się widziane obrazy, jak zmieniały się prędkości obserwowanych obiektów, jak zachowywała się grawitacja, materia i przestrzeń... Równie szybko jednak lista zjawisk do odkrycia zaczęła się kurczyć. Ponieważ pokonanie odległości do każdej, najdalszej nawet gwiazdy czy pulsara, zajmowało mniej niż mgnienie, Klingelianowi szybko zaczęło brakować pomysłów, czemu jeszcze mógłby się przyjrzeć. Wszystko, co był w stanie dostrzec, było w jego zasięgu, nic nie stanowiło dla niego przeszkody. Latał od jednej konstelacji do kolejnej i wszystko wokół wydawało mu się podobne, jednolite, coraz mniej interesujące, puste wręcz. Czyż stać go tylko na opisanie tego, co jest jak na dłoni, do czego po odkryciu takiej maszyny doszedłby już każdy? Czyż nie jest wystarczająco wielkim naukowcem, żeby wycisnąć ze Wszechświata coś więcej?
Wędrując w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi przypomniał sobie o najbardziej tajemniczych obiektach, jakie istnieją, których cechą charakterystyczną jest to, że nie można ich zobaczyć. Obiekty o masach bilionów słońc, pochłaniające swoją straszliwą grawitacją wszystko, każdą materię i energię, i skrywające się za ścianą nieprzeniknionego horyzontu zdarzeń - czarne dziury. Nikt nie wiedział, co dzieje się za magicznym horyzontem zdarzeń, bo wrócić zza niego nie było w stanie nawet światło, które dostarczyłoby o tym informacji. Ale przecież kosmiczny super statek Klingeliana poruszał się z prędkością większą niż światło, więc także horyzont zdarzeń nie stanowił dla niego granicy!
Po długich, ostrożnych poszukiwaniach niewidzialnego Klingelian wreszcie znajduje czarną dziurę i bez wahania pozwala się jej pochłonąć. Horyzont zdarzeń, niczym nieskończenie cienka bańka mydlana, pęka i odsłania przed gościem całkowicie nieznany, jasny i barwny świat. Świat ludzi, którzy jak żadne inne istoty we Wszechświecie, potrzebują do życia skrajności - gigantycznych grawitacji i ciśnień, maksymalnej ilości energii świetlnej, temperatury, wilgotności... Największa niespodzianka czekała jednak wewnątrz, ukształtowanej w lej, zamieszkałej płaszczyzny, po drugiej stronie której naukowiec znalazł ni mniej, ni więcej jak drugi, samodzielny wszechświat dwuwymiarowy...
Z pewnością każdy, kto ma jako takie pojęcie o astronomii, a w szczególności o osobliwościach (do jakich należą czarne dziury właśnie), zauważy wiele „nieścisłości” we „wiedzy” propagowanej przez tę opowieść. Nie jest to przypadek - wśród kosmicznych czytelników powszechnie znany jest fakt, że książki opatrzone nazwiskiem Mundeno (czy w zasadzie jakiegokolwiek pisarza pochodzącego z Shanazy) zawierają nie wiedzę, a raczej wariacje na temat pewnej informacji, która akurat wpadła autorowi w ręce. Co nie zmienia faktu, że pisarze i tak stanowią najbardziej wyedukowaną część shanaziańskiego społeczeństwa, zdając sobie sprawę chociażby z tego, że ich układ planetarny liczy więcej niż kilka tysięcy kilometrów, a czarna dziura to nie to samo, co ciemna mgławica. Mimo to utwory pochodzących z tej planety twórców cieszą się sporą popularnością w środowiskach naukowych daleko lepiej zorientowanych w kosmicznym stanie rzeczy - głównie stanowiąc źródła, kolokwialnie mówiąc, najgłupszych teorii, jakie tylko da się wysnuć z danego faktu. Najgłupszych, a co za tym idzie, najbardziej przewrotnych, najodważniejszych i kompletnie oderwanych od innych, ogólnie przyjętych, a nie zawsze prawidłowych założeń, co sprawia, że ciekawostki z wielu książek z Shanazy lubiły okazywać się prawdziwe, wyprzedzając naukowo całą resztę Wszechświata. Także Horyzont zdarzeń miał swój przebłysk geniuszu, swego czasu skłaniający liczne grupy poważnych naukowców do namysłu. Co dzieje się z materią za horyzontem zdarzeń? Czy czarne dziury naprawdę mogą być odpowiedzią na to, skąd wziął się nieskończenie gęsty punkt, który dał początek Wielkiemu Wybuchowi? Czy rozszerzanie się Wszechświata i niepojęta ciemna energia mogą być jedynie efektami ubocznymi odwróconej grawitacji centralnej czarnej dziury? Dzisiaj już wszystko to wiadomo i nawet, jak widziałam niedawno w pewnej gazecie, Ziemianie też zaczynają w swoim tempie dochodzić do tej prawdy, ktoś jednak musiał być pierwszy.
Dla wielbicieli szalonych, niezobowiązujących wycieczek pseudonaukowych.
poniedziałek, 1 września 2014
28. „Narodzony Zimą” (Veona Janknai)
Obrazem, z którym młody, na naszą miarę nastoletni, Sueja najmocniej kojarzył swoje dzieciństwo i cały otaczający go świat, były od zawsze zatopione w śniegu i w chmurach wzgórza Naniwigurii na sąsiedniej aerowyspie oraz niekończące się białe równiny, otaczające namiot ich plemienia, Eusenna. Śnieg padał, odkąd tylko sięgał pamięcią, wędrując od szarej ciemności nieba ku szarej ciemności między aerowyspami i młodzieniec nie wyobrażał sobie, żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Co prawda wielokrotnie słyszał legendy, głoszące, że parę dziesięcioleci temu, czyli mniej więcej przed jego urodzinami, światem rządziło siedem pór roku, a po jednym dniu zimy prędko nadchodziła gorąca i mokra latowiosna, nie uważał ich jednak za bardziej wiarygodne niż inne bajki wioskowej starszyzny. Jako jeden z nielicznych w ogóle niewiele uwagi poświęcał wierze i przesądom, które zdawały się być podstawą egzystencji jego sąsiadów, wątpił we wszystko, czego nie mógł zobaczyć i jasno powiązać z przyczyną. Tak samo nie znajdywał przyczyny, która miałaby uniemożliwić nadejście latowiosny, choć wielu z jego pobratymców wierzyło, że takowa istnieje.
Wszystko zmienia się, gdy jego wioskę odwiedza podróżnik ze wzgórz Naniwigurii. Trafia do niej przypadkowo, jednak od razu rozpoznaje imię Sueja, oznaczające Narodzony Zimą i jego związek ze znaną mu legendą. Opowiada on historię swojego plemienia, jak pewnej z costuletnich zimowych nocy wszystkich nawiedził sen o dziecku, z powodu którego zima się nie skończy. W tym samym śnie pojawił się też nakaz zabicia go jako jedyny ratunek przed wiecznym zimnem. Oczywiście jednak matka, z której pąków dziecko wtedy się zrodziło, zdążyła wysłać je maleńkim balonem za krawędź aerowyspy, i choć inni ludzie natychmiast wyruszyli lotomatami w pogoń, kołyska na dobre zniknęła pośród płatków śniegu. Od tego czasu chłopca nikt nie widział - jak twierdził przybysz, aż do teraz, jasno wskazując Sueję jako winnego nieszczęścia.
W pierwszej chwili chłopak wyśmiewa jego teorie - każdy w namiocie znał go przecież od dziecka i nie pozwoli zrobić krzywdy. Świat Sueji legł w gruzach, kiedy jego matka natychmiast ustąpiła, przyznając, że znalazła go lata temu w śniegu. Kiedy wszyscy pozostali, najbliżsi, których darzył zaufaniem i szacunkiem, którzy go wychowali i byli dla niego wszystkim, wycofują się poruszeni opowieścią nieznajomego, Sueja rozumie, że musi uciekać, tak jak lata temu nauczyła go prawdziwa matka. Jego ucieczka prędko zmienia się w poszukiwania - na temat tego, kim jest i co takiego może łączyć go z porami roku i snami. Odkrywa tajemnice zabobonów, a także zamarznięte ruiny krain, które kiedyś istniały, co stawia go pod coraz trudniejszymi dylematami...
Choć aerowyspa Sueji i plemię Eusenna dość szybko pozostają w tyle, a główny bohater zostaje sam, już praktycznie bez żadnych obaw o pościg, nie znaczy to, że będzie mógł zapomnieć o tych wydarzeniach. Wręcz przeciwnie - nagłe wyparcie się go ze strony pobratymców bardzo mocno się w nim odbiło i na wiele swoich późniejszych przygód nie umiał patrzeć inaczej niż przez pryzmat tego, co mu się przytrafiło. Nie mógłby się z nimi kłócić - rozumiał okrucieństwo wiecznej zimy, z każdym kolejnym dniem dziesiątkującej tę i sąsiednie wioski i pragnienie zakończenia jej za wszelką cenę. Nie budzi wątpliwości, że naprawdę potrafiłby się poświęcić dla innych, nawet jeśli nie do końca wierzyłby w skuteczność takiego rozwiązania - Dłoń Mrozu dopadnie go w końcu prędzej czy później. Oczekiwał jednak odrobiny zrozumienia, chwili zastanowienia nad ofiarą, tego, że po prostu zostanie wysłuchany. Nie mógł wybaczyć tej obojętności i bezwzględnego wyparcia się go przez ludzi, których przecież kochał. W jednej chwili stali mu się zupełnie obcy, jakby spotkali go wczoraj. Czy naprawdę nic dla nich nie znaczył? Czy będą za nim tęsknić?
Uczucie rozdarcia pomiędzy wyrzutami a żalem rozłąki nie odstępowało go na krok. Zarówno gdy po wielu godzinach rozmyślań był o krok od poddaniu się wyrokowi legendy i oddaniem życia w zamian za odmianę pogody, jak i gdy zamyślał się nieznanymi aerowyspami zabudowanymi czarownymi kolumnadami, na które nagła katastrofa sprowadziła metaforyczną wieczną zmarzlinę i zapomnienie. To jednak wciąż tylko jego punkt widzenia, który autor tylko w nielicznych przypadkach podsuwa nam wyraźnie. O wiele więcej jest rzeczy „jednoznacznych”, jak wspomniane porzucone miasta, po których pozostały zaledwie namioty półdzikich plemion, czy tajemnice skryte za kolejnymi warstwami chmur, które bez pośpiechu ukazują nam kolejne elementy układanki przeznaczenia Sueji i sens tego, co dotąd wydawało się nie mieć sensu.
Barwna, pomimo bieli śniegu, opowieść, pełna pięknych odkryć i zaskoczeń tak w sensie dosłownym, jak metaforycznym, które z czasem zmazują ból największych rozczarowań.
Wszystko zmienia się, gdy jego wioskę odwiedza podróżnik ze wzgórz Naniwigurii. Trafia do niej przypadkowo, jednak od razu rozpoznaje imię Sueja, oznaczające Narodzony Zimą i jego związek ze znaną mu legendą. Opowiada on historię swojego plemienia, jak pewnej z costuletnich zimowych nocy wszystkich nawiedził sen o dziecku, z powodu którego zima się nie skończy. W tym samym śnie pojawił się też nakaz zabicia go jako jedyny ratunek przed wiecznym zimnem. Oczywiście jednak matka, z której pąków dziecko wtedy się zrodziło, zdążyła wysłać je maleńkim balonem za krawędź aerowyspy, i choć inni ludzie natychmiast wyruszyli lotomatami w pogoń, kołyska na dobre zniknęła pośród płatków śniegu. Od tego czasu chłopca nikt nie widział - jak twierdził przybysz, aż do teraz, jasno wskazując Sueję jako winnego nieszczęścia.
W pierwszej chwili chłopak wyśmiewa jego teorie - każdy w namiocie znał go przecież od dziecka i nie pozwoli zrobić krzywdy. Świat Sueji legł w gruzach, kiedy jego matka natychmiast ustąpiła, przyznając, że znalazła go lata temu w śniegu. Kiedy wszyscy pozostali, najbliżsi, których darzył zaufaniem i szacunkiem, którzy go wychowali i byli dla niego wszystkim, wycofują się poruszeni opowieścią nieznajomego, Sueja rozumie, że musi uciekać, tak jak lata temu nauczyła go prawdziwa matka. Jego ucieczka prędko zmienia się w poszukiwania - na temat tego, kim jest i co takiego może łączyć go z porami roku i snami. Odkrywa tajemnice zabobonów, a także zamarznięte ruiny krain, które kiedyś istniały, co stawia go pod coraz trudniejszymi dylematami...
Choć aerowyspa Sueji i plemię Eusenna dość szybko pozostają w tyle, a główny bohater zostaje sam, już praktycznie bez żadnych obaw o pościg, nie znaczy to, że będzie mógł zapomnieć o tych wydarzeniach. Wręcz przeciwnie - nagłe wyparcie się go ze strony pobratymców bardzo mocno się w nim odbiło i na wiele swoich późniejszych przygód nie umiał patrzeć inaczej niż przez pryzmat tego, co mu się przytrafiło. Nie mógłby się z nimi kłócić - rozumiał okrucieństwo wiecznej zimy, z każdym kolejnym dniem dziesiątkującej tę i sąsiednie wioski i pragnienie zakończenia jej za wszelką cenę. Nie budzi wątpliwości, że naprawdę potrafiłby się poświęcić dla innych, nawet jeśli nie do końca wierzyłby w skuteczność takiego rozwiązania - Dłoń Mrozu dopadnie go w końcu prędzej czy później. Oczekiwał jednak odrobiny zrozumienia, chwili zastanowienia nad ofiarą, tego, że po prostu zostanie wysłuchany. Nie mógł wybaczyć tej obojętności i bezwzględnego wyparcia się go przez ludzi, których przecież kochał. W jednej chwili stali mu się zupełnie obcy, jakby spotkali go wczoraj. Czy naprawdę nic dla nich nie znaczył? Czy będą za nim tęsknić?
Uczucie rozdarcia pomiędzy wyrzutami a żalem rozłąki nie odstępowało go na krok. Zarówno gdy po wielu godzinach rozmyślań był o krok od poddaniu się wyrokowi legendy i oddaniem życia w zamian za odmianę pogody, jak i gdy zamyślał się nieznanymi aerowyspami zabudowanymi czarownymi kolumnadami, na które nagła katastrofa sprowadziła metaforyczną wieczną zmarzlinę i zapomnienie. To jednak wciąż tylko jego punkt widzenia, który autor tylko w nielicznych przypadkach podsuwa nam wyraźnie. O wiele więcej jest rzeczy „jednoznacznych”, jak wspomniane porzucone miasta, po których pozostały zaledwie namioty półdzikich plemion, czy tajemnice skryte za kolejnymi warstwami chmur, które bez pośpiechu ukazują nam kolejne elementy układanki przeznaczenia Sueji i sens tego, co dotąd wydawało się nie mieć sensu.
Barwna, pomimo bieli śniegu, opowieść, pełna pięknych odkryć i zaskoczeń tak w sensie dosłownym, jak metaforycznym, które z czasem zmazują ból największych rozczarowań.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
26. „Złodziej króliczków*” (Zi Irmak)
Tak naprawdę książka Irmaka nazywa się inaczej, powinnam przetłumaczyć jej tytuł raczej jako Kłótnia trzech planet. Po przeczytaniu jej nie potrafiłam jednak oprzeć się sentymentowi - wszystko wskazuje na to, że jej główny bohater był jednym z największych dziecięcych ulubieńców mojej młodszej siostry. Do dzisiaj wspominam jej zachwyty jego pokręconymi przygodami oraz to, jak na sylwestrowy bal wypchała sobie kieszenie i rękawy długiego płaszcza pluszowymi króliczkami, obwieszczając, że ona będzie Złodziejem Króliczków, ale w żaden sposób nie potrafiłam skojarzyć, skąd ten motyw się wziął. A tu proszę...
Ów główny bohater, Mari Nerti, pochodzący z Fenus zawodowy złodziej za usługach króla i międzyplanetarny podróżnik, już w pierwszych zdaniach opowieści otrzymuje list-zlecenie. Nie od swojego pracodawcy, więc nie ma przymusu przyjmowania go, jednak jego zainteresowanie wzbudziło dość skomplikowane tło całej sprawy (oraz spora zapłata). Wszystko kręciło się wokół wspomnianych króliczków. Dawno temu, z powodu sporów na wyższych szczeblach władzy, planeta, z której pochodziły, Sawlinia, znalazła się w niełasce króla planety Logmarr. Ten ostatni postanowił dokonać nietypowej zemsty za niedotrzymanie słowa - zbudowana przez jego naukowców maszyna odsysała z atmosfery każde nasionko, z jakiego mógł się rozwinąć nowy króliczek. Sawlinianie nie byli tak wyedukowanym narodem jak ich oponenci i nawet dostrzegając ten fakt, nie zdawali sobie sprawy, że króliczków może u nich kiedykolwiek zabraknąć, a jeśli nawet - jak bardzo opłakane skutki będzie to miało dla ich ekosfery. Dopiero dziś, kiedy wszystkie stworzonka przepadły i ich planecie grozi zagłada, zdecydowali się zwrócić o pomoc do najsłynniejszego złodzieja w lokalnej grupie układów słonecznych, żeby zdobył dla nich okazy odhodowane na Logmarrze.
Ostatecznie Mari Nerti decyduje się podjąć wyzwanie, jednak w przeciwieństwie do proszących o ratunek ma świadomość, że nie będzie ono łatwe. Po pierwsze - czy aby na pewno gatunek, który rozwinął się na nowej planecie, będzie mógł jeszcze w im pomóc? Fenusianin spodziewa się też, że potomkowie króla Logmarr tylko czekają na kogoś, kto spróbuje pokrzyżować ich mściwe plany. Czarne chmury nadejdą jednak również ze strony, z której wcale ich nie oczekiwał – okaże się, że król jego własnej planety, Sigs Jakri, miał swój udział w historii z króliczkami i nie ucieszy się na wieść, że jego najlepszy człowiek postanowił się w nią wmieszać. Jest coś, dzięki czemu stworzonka mogą doprowadzić jego panowanie do upadku - ale czy ktokolwiek oprócz samego zagrożonego ma właściwie o tym pojęcie? Na szczęście o wiele bardziej skore do współpracy będą same króliczki, które pomimo że się zmieniły, nadal mogą zdziałać bardzo dużo.
Może zaskakiwać, że książka pozornie przepełniona tak misternymi, zaskakującymi intrygami mogłaby się spodobać kilkuletniemu dziecku. Niepotrzebnie - jest to jeden z tych utworów, w których każdy widzi to, co chce i co lubi. Pomiędzy kolejnymi retrospekcjami i wskazówkami przeprowadzają nas pełne charakteru, zapadające w pamięć postaci, jaskrawo reprezentujące planetę, z której pochodzą. Główny bohater, jako typowy Fenusianin (i typowy złodziej), kombinuje, oszukuje, wszędzie doszukuje się drugiego dna i zawsze udaje, że wie mniej niż w rzeczywistości. Jednakże humor i ironia, z jaką sam podchodzi do siebie i swoich pokrętnych i nie zawsze krystalicznych działań, wzbudza sympatię i dodaje mu uroku, które wyróżniają go na tle innych mieszkańców jego planety i nawet na jego popisy tchórzliwości każą patrzeć z uśmiechem. W przeciwieństwie choćby do Sigsa Jakri, który choć od strony osobowości wydaje się być niekiedy lustrzanym odbiciem Mari Nerti, budzi niechęć, lęk i od pierwszej chwili, gdy poruszył temat niegdysiejszych poczynań Logmarran, zdaje się mieć z tym coś wspólnego. Co tylko potwierdzają sami Logmarranie, niezmiennie od dziesięcioleci chciwi, egocentryczni i kłótliwi, którzy niekiedy sprawiają wrażenie, że nie zrobią nic, jeśli ktoś mądrzejszy im tego nie zasugeruje.
A króliczki? One są najciekawsze i o nich opowiedzieć najtrudniej, bo efekty międzyplanetarnej metamorfozy autor ujawnia stopniowo, niepozornie zarówno dla czytelnika, jak i głównego bohatera. Mari Nerti nie wiedział, co zastanie, i faktycznie nie były to te same bezwolne, ufne stworzonka, o jakich dowiadywał się z listu i na jakie bez wątpienia wychowałaby je Sawlinia. Niewiele też jednak wzięły od wywyższających się Logmarran, choć zyskały swego rodzaju tupet i spryt, który nie raz przydał się Mari Nerti. Nie był to jednak tupet i spryt właściwy dla istot inteligentnych - takich cech zdawały się niekiedy nie posiadać w ogóle, jakby przedkładając nad troskę o siebie i swoje zdanie coś, o czym nie powinny wiedzieć. Sam Mari Nerti, choć miał z tymi postaciami styczność od prawie połowy książki, nie był w stanie do niczego porównać ich osobowości, tego, dlaczego chciały go słuchać lub nie, albo czemu się bały. On i zdumiewająca magia króliczków mogłaby z powodzeniem przysłonić każdemu dziecku wszystkie podchody, zdrady i pułapki, których od pierwszych stron nie brakowało na drodze zawodowego złodzieja. Tak samo jak paranormalne dywagacje usuną się w cień, kiedy spróbujemy nadążyć za jego tokiem myślenia i zagłębimy się w pełen niuansów świat przekrętów i manipulacji.
Niesamowitą frajdą było dla mnie to czytać i na nowo poznawać niezrównanego Złodzieja Króliczków. Myślę, że i wam się spodoba, czegokolwiek byście się po tej opowieści nie spodziewali.
_______________
*Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, nie możemy mieć do czynienia z typowymi przedstawicielami rodzaju Sylvilagus. Tym bardziej, że z wyglądu i tego, jak się rozwijają, podobne są raczej do ziemskich ukwiałów. Jednakże z jakiegoś powodu najchętniej podkreślanymi przez autora cechami tych istot są długie narządy słuchowe (w liczbie około dwudziestu sześciu) i mięciutkie futerko. Chętnie to podłapali nie tylko twórcy licznych ekranizacji, jak i tłumacze właśnie, bez dłuższych wyjaśnień oddając tę rolę mniej rozwiniętym cywilizacyjnie mieszkańcom swojej planety o długich uszach i uroczym wyglądzie. Nic więc dziwnego, że w ziemskiej przyszłości sprawa jest jasna i nie tylko Jan Kaszanka przyrównuje je do naszych królików. Mogę więc powiedzieć, że tak się po prostu utarło.
Ów główny bohater, Mari Nerti, pochodzący z Fenus zawodowy złodziej za usługach króla i międzyplanetarny podróżnik, już w pierwszych zdaniach opowieści otrzymuje list-zlecenie. Nie od swojego pracodawcy, więc nie ma przymusu przyjmowania go, jednak jego zainteresowanie wzbudziło dość skomplikowane tło całej sprawy (oraz spora zapłata). Wszystko kręciło się wokół wspomnianych króliczków. Dawno temu, z powodu sporów na wyższych szczeblach władzy, planeta, z której pochodziły, Sawlinia, znalazła się w niełasce króla planety Logmarr. Ten ostatni postanowił dokonać nietypowej zemsty za niedotrzymanie słowa - zbudowana przez jego naukowców maszyna odsysała z atmosfery każde nasionko, z jakiego mógł się rozwinąć nowy króliczek. Sawlinianie nie byli tak wyedukowanym narodem jak ich oponenci i nawet dostrzegając ten fakt, nie zdawali sobie sprawy, że króliczków może u nich kiedykolwiek zabraknąć, a jeśli nawet - jak bardzo opłakane skutki będzie to miało dla ich ekosfery. Dopiero dziś, kiedy wszystkie stworzonka przepadły i ich planecie grozi zagłada, zdecydowali się zwrócić o pomoc do najsłynniejszego złodzieja w lokalnej grupie układów słonecznych, żeby zdobył dla nich okazy odhodowane na Logmarrze.
Ostatecznie Mari Nerti decyduje się podjąć wyzwanie, jednak w przeciwieństwie do proszących o ratunek ma świadomość, że nie będzie ono łatwe. Po pierwsze - czy aby na pewno gatunek, który rozwinął się na nowej planecie, będzie mógł jeszcze w im pomóc? Fenusianin spodziewa się też, że potomkowie króla Logmarr tylko czekają na kogoś, kto spróbuje pokrzyżować ich mściwe plany. Czarne chmury nadejdą jednak również ze strony, z której wcale ich nie oczekiwał – okaże się, że król jego własnej planety, Sigs Jakri, miał swój udział w historii z króliczkami i nie ucieszy się na wieść, że jego najlepszy człowiek postanowił się w nią wmieszać. Jest coś, dzięki czemu stworzonka mogą doprowadzić jego panowanie do upadku - ale czy ktokolwiek oprócz samego zagrożonego ma właściwie o tym pojęcie? Na szczęście o wiele bardziej skore do współpracy będą same króliczki, które pomimo że się zmieniły, nadal mogą zdziałać bardzo dużo.
Może zaskakiwać, że książka pozornie przepełniona tak misternymi, zaskakującymi intrygami mogłaby się spodobać kilkuletniemu dziecku. Niepotrzebnie - jest to jeden z tych utworów, w których każdy widzi to, co chce i co lubi. Pomiędzy kolejnymi retrospekcjami i wskazówkami przeprowadzają nas pełne charakteru, zapadające w pamięć postaci, jaskrawo reprezentujące planetę, z której pochodzą. Główny bohater, jako typowy Fenusianin (i typowy złodziej), kombinuje, oszukuje, wszędzie doszukuje się drugiego dna i zawsze udaje, że wie mniej niż w rzeczywistości. Jednakże humor i ironia, z jaką sam podchodzi do siebie i swoich pokrętnych i nie zawsze krystalicznych działań, wzbudza sympatię i dodaje mu uroku, które wyróżniają go na tle innych mieszkańców jego planety i nawet na jego popisy tchórzliwości każą patrzeć z uśmiechem. W przeciwieństwie choćby do Sigsa Jakri, który choć od strony osobowości wydaje się być niekiedy lustrzanym odbiciem Mari Nerti, budzi niechęć, lęk i od pierwszej chwili, gdy poruszył temat niegdysiejszych poczynań Logmarran, zdaje się mieć z tym coś wspólnego. Co tylko potwierdzają sami Logmarranie, niezmiennie od dziesięcioleci chciwi, egocentryczni i kłótliwi, którzy niekiedy sprawiają wrażenie, że nie zrobią nic, jeśli ktoś mądrzejszy im tego nie zasugeruje.
A króliczki? One są najciekawsze i o nich opowiedzieć najtrudniej, bo efekty międzyplanetarnej metamorfozy autor ujawnia stopniowo, niepozornie zarówno dla czytelnika, jak i głównego bohatera. Mari Nerti nie wiedział, co zastanie, i faktycznie nie były to te same bezwolne, ufne stworzonka, o jakich dowiadywał się z listu i na jakie bez wątpienia wychowałaby je Sawlinia. Niewiele też jednak wzięły od wywyższających się Logmarran, choć zyskały swego rodzaju tupet i spryt, który nie raz przydał się Mari Nerti. Nie był to jednak tupet i spryt właściwy dla istot inteligentnych - takich cech zdawały się niekiedy nie posiadać w ogóle, jakby przedkładając nad troskę o siebie i swoje zdanie coś, o czym nie powinny wiedzieć. Sam Mari Nerti, choć miał z tymi postaciami styczność od prawie połowy książki, nie był w stanie do niczego porównać ich osobowości, tego, dlaczego chciały go słuchać lub nie, albo czemu się bały. On i zdumiewająca magia króliczków mogłaby z powodzeniem przysłonić każdemu dziecku wszystkie podchody, zdrady i pułapki, których od pierwszych stron nie brakowało na drodze zawodowego złodzieja. Tak samo jak paranormalne dywagacje usuną się w cień, kiedy spróbujemy nadążyć za jego tokiem myślenia i zagłębimy się w pełen niuansów świat przekrętów i manipulacji.
Niesamowitą frajdą było dla mnie to czytać i na nowo poznawać niezrównanego Złodzieja Króliczków. Myślę, że i wam się spodoba, czegokolwiek byście się po tej opowieści nie spodziewali.
_______________
*Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, nie możemy mieć do czynienia z typowymi przedstawicielami rodzaju Sylvilagus. Tym bardziej, że z wyglądu i tego, jak się rozwijają, podobne są raczej do ziemskich ukwiałów. Jednakże z jakiegoś powodu najchętniej podkreślanymi przez autora cechami tych istot są długie narządy słuchowe (w liczbie około dwudziestu sześciu) i mięciutkie futerko. Chętnie to podłapali nie tylko twórcy licznych ekranizacji, jak i tłumacze właśnie, bez dłuższych wyjaśnień oddając tę rolę mniej rozwiniętym cywilizacyjnie mieszkańcom swojej planety o długich uszach i uroczym wyglądzie. Nic więc dziwnego, że w ziemskiej przyszłości sprawa jest jasna i nie tylko Jan Kaszanka przyrównuje je do naszych królików. Mogę więc powiedzieć, że tak się po prostu utarło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)