System dziesiętny odgrywa na Ziemi rolę większą niż w którymkolwiek zakątku Wszechświata, tak więc dziś, na półmetku drogi do pełnej setki, czuję się w obowiązku powiedzieć parę słów i podziękować za zainteresowanie i współtworzenie bloga wszystkim, którzy go czytają. Za nami dokładnie 49 recenzji, podczas których poznawaliście wraz ze mną lunikontańskie Pociangi i dosiadających ich podróżników, mechanikę modlitw na Skiawli, niewidzialnego przyjaciela Nołsy z Raktliwionu Olwigsnego, las myślących drzew na Lapsarze... Nie wiadomo nawet, kiedy to zleciało, prawda? W tym czasie wielu Ziemian poznało obco-planetarne sposoby odczuwania, ideały, historię i rodzaje egzystencji. Cieszę się, że mogę pośredniczyć między Wami, a nieskończoną kosmiczną wiedzą, której sama wciąż jeszcze nie jestem w stanie do końca pojąć - tym samym mogę się uczyć razem z Wami. Mam nadzieję, że Wam się to podoba, bo mnie tak. Bez takich czytelników jak Wy to nie byłoby to samo :) Ponadto, korzystając z tej drobnej okazji, radośnie zapowiadam, że wielkimi krokami zbliża się pierwsza rocznica ziemskiego działu Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego, gdy minie dokładnie 365 dni od momentu, gdy powiedziałam Wam Cześć, a wraz z nią - szykowane z tej okazji przez redakcję wydarzenie-niespodzianka. Wyjątkowy, niedzielny wpis już wkrótce.
Tymczasem - zapraszam na recenzję numer 50, która niewątpliwie na ten majestatyczny numer zasłużyła. Historię o języku, liczbach i... czarnych dziurach.
Nie wszystkie historie muszą zaczynać się na planetach. Niektóre siedliska życia mogły zadomowić się w pozbawionych konkretnej struktury zagięciach przestrzeni, które niczym tunele łączą sąsiadujące ze sobą rzeczywistości. Jedno ze szczególnie skomplikowanych skrzyżowań takich kosmicznych tuneli nosiło nazwę Namjot. W każdej chwili przemieszczały się nim dziesiątki bytów, niekiedy tak różnych od siebie nawzajem, że nawet nie są w stanie się nawzajem zauważyć, a co dopiero zrozumieć. W centrum tego wszystkiego jest miejsce dla ludzi takich jak Eslęl Orino, specjalistów od szeroko pojętego językoznawstwa i jeszcze szerzej pojętej komunikacji międzygatunkowej. Umiejętność znajdywania wspólnej mowy w takich warunkach jest czymś daleko trudniejszym niż gdy w grę wchodzą planety z jednego wymiaru wspólnego wszechświata i wymaga cechy mózgu i zmysłów tyleż pożądanej, co nienaturalnej - zdolności elastycznego dostosowywania się do czasoprzestrzeni. O ile niestabilność struktury całego ciała była charakterystyczna dla każdego mieszkańca Namjotu, o tyle „lepszą wersję” mózgu można było uzyskać tylko w czymś w rodzaju specjalistycznej hodowli na styku kilku światów, bez przynależności do żadnego z nich - co czyni takich tłumaczy istotami bez wszechświata, bez daty urodzin i bez umysłu, ale za to z wrodzonym darem do rozumienia wszystkiego.
Eslęl Orino dobrze czuł się w przypisanej sobie roli - konieczność udziału podczas pośrednictwa między ambasadorami oraz wyłączność na przepisywanie wiedzy z innych rzeczywistości była dla takich jak on powodem do dumy, czyniła cenionym i szanowanym. Zwłaszcza że oprócz rzadko spotykanych talentów komunikacyjnych miał też rękę do całkiem „przyziemnych” dziedzin jak handel i marketing. W przeciwieństwie do większości swoich kolegów po fachu nie czekał biernie, aż prośba odszukania danej informacji do niego przyjdzie, ale sam często wybierał się na wycieczki w poszukiwaniu odpowiedzi na niezadane jeszcze pytanie, która, jak wiedział, w którymś z obcych światów na pewno istniała, a później zwyczajnie sprzedawał znalezisko.
Była jednak pewna tajemnica, która zawsze mu się wymykała - czarne dziury. Potworne kule nie pozwalające się wydostać żadnej informacji i zakrzywiające wszystkie wymiary włącznie z czasem do wnętrza, które nie pozwalało się do siebie zbliżyć, to niewiadoma nie tylko dla naszego Wszechświata - istnieją one wszędzie. Co jest w ich wnętrzu? Dlaczego wraz z tym, czego nie można zobaczyć, zawodzą też metody teorii i dedukcji naukowych? Spragniony sensacji tłumacz jako pierwszy zdaje sobie sprawę, że problem jest właśnie z powszechnie używaną matematyką, która załamuje się po wejściu do krainy nieskończoności. Czy jest inna matematyka? Czy istnieje jakikolwiek sposób, żeby podzielić liczbę przez zero i tym samym dostać się do wnętrza czarnej dziury? Nowy kierunek poszukiwań szybko przynosi efekty, jednak ich rozmiar i skutki nie dały się przewidzieć nawet tak doświadczonemu tłumaczowi jak Eslęl Orino.
Próby zrozumienia, czym są czarne dziury, od wieków prowadziły astronomów, odkrywców i filozofów w nieznane i, pomimo powszechnej już dzisiaj wiedzy na ich temat, prowadzą nadal. Były również pisarskie próby pokonania bariery wiedzy i wyobraźni, które zresztą pojawiały się już na Literatyce (w wykonaniu Horyzontu zdarzeń Mundeno), jednak żadna z nich nie przyniosła one tyle bólu głównemu bohaterowi, co w Zbyt wiele i to właśnie dlatego, że poznał on odpowiedź. Zdaje się być to karą za dociekliwość, która w świecie poza literackim Kasismongowsgrafa sprzeczna jest z naturą tłumaczy, a która każe pchać się bohaterowi w każde miejsce, przed którym go ostrzegają. Goniąc za nieskończoną matematyką nie zauważa, jak bardzo podczas zbliżania się do niej przemienia się jego umysł, jak szybko przestaje rozumieć to, co oczywiste było dla niego w bliższych Namjotowi cześciach wszechświatów i wreszcie: że nie jest już w stanie wyobrazić sobie sensu pytania, z którym tu przyszedł. W świecie Kwadrylionów, w którym dzielenie przez zero ma sens, a budowa czarnych dziur jest prosta, poznawalna i absolutnie przewidywalna, zrozumiałe są tylko nieskończoności i zera, tylko to, czego nie ma i nie powinno istnieć. Nie ma znaczenia że Eslęl Orino może wrócić, że nikt go nie zatrzymuje - nie będzie mógł zatrzymać wiedzy i jasności problemu, gdy jego mózg dostosuje się z powrotem do świata, który zna. I, przy naturalnym dla siebie dążeniu do rozumienia wszystkiego, nie będzie mógł braku tej wiedzy znieść. Zresztą: czy naprawdę znów jest sobą, skoro wie i rozumie mniej niż on sam przed chwilą? A może to wtedy był kimś, kiedy nigdy nie powinien się stać? Jak bardzo może się zbliżyć do rozwiązania, żeby złożyć je w całość?
Nie znam drugiej książki, która tak celnie ukazuje wewnętrzną sprzeczność Wszechświata (tego i każdego innego), przekładając ją jednocześnie na na naszą własną sprzeczność wewnętrzną, tentencje do dążeń, z których jedno ukazuje nielogiczność drugiego, nie dając nam nigdy spokoju. Fantastyczne.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą astronomia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 lutego 2015
poniedziałek, 1 grudnia 2014
41. „Ucieczka z kosmosu” (Kwiin Lonial)
Do pewnego momentu astronomia nie zajmowała specjalnego miejsca w cywilizacji planety Ijknont, rozwijając się po prostu jako nauka o najbliższych gwiazdach i ich układach. Także potencjał astronautyki nie cieszył się zainteresowaniem u mało ambitnych i flegmatycznych istot - pomimo dość znacznych postępów technologicznych, w tej konkretnej dziedzinie pozostawali w tyle za ziemską Ameryką połowy XX wieku. W zasadzie skupiano się tu tylko na tych naukach i wynalazkach, które mogły lękliwym Ijknontianom w jakiś sposób ułatwić życie lub też uchronić przed szeroko rozumianym niebezpieczeństwem. Te bardziej rozwojowe czy nawet rozrywkowe tkwiły na dalszym planie, co jednak nie znaczy, że nie rozwijały się w ogóle.
Fangenaworl zajmował się czymś, co możnaby nazwać astromatematyką - noce spędzał na obserwacjach nieba, a w dzień starał się wyliczyć zasadę rządzącą rozkładem kosmicznych fal elektromagnetycznych. Na Ijknont panowało przekonanie o jednolitości Wszechświata, która ogólnie rzecz biorąc zakładała, że gwiazdy niczym się od siebie nie różnią, a cała ciemność poza nimi stanowi idealną próżnię. Uczony prędko doszedł do wniosku, że jest to nieprawda, jednak pod koniec kompletowania dowodów zauważył coś o wiele ciekawszego. Po kilkudziesięciu miliardach lat świetlnych od niego liczba gwiazd gwałtownie wzrastała i dochodziła do gęstości, której nawet nawet on nie przewidywał. Obliczenia przestawały się zgadzać, zwiększało się natężenie anomalii przestrzeni, a fale elektromagnetyczne uginały w nienaturalny sposób. Czyżby Wszechświat miał granice?
Wiadomość o rewolucyjnym odkryciu rozchodziła się początkowo spokojnie, wraz z tomami publikacji Fangenaworla, a potem - wzbudzając coraz większą sensację i ogarniając kolejne państwa jak burza. Niedowierzanie mieszało się z przerażeniem. Czy to możliwe, żeby stabilny i niezmienny, jak się wydawało, kosmos, okazał się w rzeczywistości niedoskonały i skończony? Czyżby dobrze im znane, pewne otoczenie było tylko małą skupiskiem wydzielonej przestrzeni? Sam naukowiec był zdumiony lawiną wydarzeń, którą spowodowała jego obserwacja. Ludzie nie rozumieli, dlaczego jakaś tajemnicza siła odgrodziła ich od tego, co znajduje się poza Wszechświatem, co za nią stoi i co ona zamierza. Nie pomagały wyjaśnienia innych astronomów i fizyków - z dnia na dzień wzrastała wszechobecna panika, powodowana przez niepewność najbliższej przyszłości. Wreszcie protesty dotarły do rządu, zarażając grozą najwyższe szczeble władz. Tam po wielu godzinach gorączkowych przemyśleń i narad podjęto decyzję o budowie pierwszego w historii ijknontiańskiego świata wehikułu, który umożliwi im wydostanie się z Wszechświata. Do udziału w tworzeniu projektu i budowie wyznaczono między innymi oczywiście Fangenaworla...
Rola Fangenaworla w tej historii początkowo wydaje się banalna, ale szybko okazuje się, że tylko on traktuje fakt, który poznał, czysto naukowo. Pozostali Ijknontianie, nieprzywykli do myślenia oderwanego od codzienności, bardziej abstrakcyjnego, dostrzegli w nim zagrożenie, które ich ogranicza, i zamach na swoją wolność. Kosmiczna cecha przestrzeni, będąca bez znaczenia dla ich życia i przyszłości, stała się nagle czymś bliskim, realnym, i im bardziej trudnym do pojęcia i niejasnym, tym bardziej sprawiającym wrażenie czegoś, czemu należy się przeciwstawić. Niezwykłą ironią stało się to, że istoty, które całe wieki strach trzymał blisko ziemi, tym razem pcha je w daleką przestrzeń. Tylko Fangenaworl, jako przedstawiciel nielicznych ijknontiańskich naukowców, ma świadomość tego, że granica kosmosu jest rzeczą niemal abstrakcyjną i prawdopodobnie nie można jej tak po prostu przekroczyć. Podobnie jak tego, że już samo dotarcie tam nie jest wykonalne, w szczególności dla technologii, która nigdy dotąd (nawet pod postacią samolotu!) nie wzbiła się w powietrze.
Najciekawszą rzeczą, oprócz zdumiewającej (a niekiedy zabawnej) reakcji społeczeństwa, jest właśnie ta rozterka głównego bohatera. W przeciwieństwie do tłumów, przyzwyczajony jest właśnie do myślenia kategoriami teorii i wzorów, co sprawia, że nie jest mu łatwo przejść do działań bardziej "praktycznych". Na szczęście i wśród nie-naukowców znajdują się myślący ludzie, z którymi odkrywa, jak można znaleźć wyjście z problemu w ten sam sposób, w jaki się on pojawił...
Gdy parę wieków* temu Kwiin Lonial pisał Ucieczkę z kosmosu, jego zamierzeniem było przede wszystkim zażartowanie sobie z bojaźni jego współrodaków, która hamowała ich rozwój i odkrycia. Nie miał przy tym pojęcia, że naukowy element jego dzieła okaże się proroczy. Dziś, kiedy skończoność Wszechświata jest już faktem ogólnie przyjętym nawet na naszej planecie, odbiór utworu się trochę zmienił. Niezmiennie jednak pozostaje ciekawą i nieco wstrząsającą opowieścią o dziwactwach natury stworzeń myślących.
_______________
*A pamiętajmy, że w porównaniu z ziemskimi wiekami te ijknontiańskie są jakieś dwanaście razy dłuższe.
Fangenaworl zajmował się czymś, co możnaby nazwać astromatematyką - noce spędzał na obserwacjach nieba, a w dzień starał się wyliczyć zasadę rządzącą rozkładem kosmicznych fal elektromagnetycznych. Na Ijknont panowało przekonanie o jednolitości Wszechświata, która ogólnie rzecz biorąc zakładała, że gwiazdy niczym się od siebie nie różnią, a cała ciemność poza nimi stanowi idealną próżnię. Uczony prędko doszedł do wniosku, że jest to nieprawda, jednak pod koniec kompletowania dowodów zauważył coś o wiele ciekawszego. Po kilkudziesięciu miliardach lat świetlnych od niego liczba gwiazd gwałtownie wzrastała i dochodziła do gęstości, której nawet nawet on nie przewidywał. Obliczenia przestawały się zgadzać, zwiększało się natężenie anomalii przestrzeni, a fale elektromagnetyczne uginały w nienaturalny sposób. Czyżby Wszechświat miał granice?
Wiadomość o rewolucyjnym odkryciu rozchodziła się początkowo spokojnie, wraz z tomami publikacji Fangenaworla, a potem - wzbudzając coraz większą sensację i ogarniając kolejne państwa jak burza. Niedowierzanie mieszało się z przerażeniem. Czy to możliwe, żeby stabilny i niezmienny, jak się wydawało, kosmos, okazał się w rzeczywistości niedoskonały i skończony? Czyżby dobrze im znane, pewne otoczenie było tylko małą skupiskiem wydzielonej przestrzeni? Sam naukowiec był zdumiony lawiną wydarzeń, którą spowodowała jego obserwacja. Ludzie nie rozumieli, dlaczego jakaś tajemnicza siła odgrodziła ich od tego, co znajduje się poza Wszechświatem, co za nią stoi i co ona zamierza. Nie pomagały wyjaśnienia innych astronomów i fizyków - z dnia na dzień wzrastała wszechobecna panika, powodowana przez niepewność najbliższej przyszłości. Wreszcie protesty dotarły do rządu, zarażając grozą najwyższe szczeble władz. Tam po wielu godzinach gorączkowych przemyśleń i narad podjęto decyzję o budowie pierwszego w historii ijknontiańskiego świata wehikułu, który umożliwi im wydostanie się z Wszechświata. Do udziału w tworzeniu projektu i budowie wyznaczono między innymi oczywiście Fangenaworla...
Rola Fangenaworla w tej historii początkowo wydaje się banalna, ale szybko okazuje się, że tylko on traktuje fakt, który poznał, czysto naukowo. Pozostali Ijknontianie, nieprzywykli do myślenia oderwanego od codzienności, bardziej abstrakcyjnego, dostrzegli w nim zagrożenie, które ich ogranicza, i zamach na swoją wolność. Kosmiczna cecha przestrzeni, będąca bez znaczenia dla ich życia i przyszłości, stała się nagle czymś bliskim, realnym, i im bardziej trudnym do pojęcia i niejasnym, tym bardziej sprawiającym wrażenie czegoś, czemu należy się przeciwstawić. Niezwykłą ironią stało się to, że istoty, które całe wieki strach trzymał blisko ziemi, tym razem pcha je w daleką przestrzeń. Tylko Fangenaworl, jako przedstawiciel nielicznych ijknontiańskich naukowców, ma świadomość tego, że granica kosmosu jest rzeczą niemal abstrakcyjną i prawdopodobnie nie można jej tak po prostu przekroczyć. Podobnie jak tego, że już samo dotarcie tam nie jest wykonalne, w szczególności dla technologii, która nigdy dotąd (nawet pod postacią samolotu!) nie wzbiła się w powietrze.
Najciekawszą rzeczą, oprócz zdumiewającej (a niekiedy zabawnej) reakcji społeczeństwa, jest właśnie ta rozterka głównego bohatera. W przeciwieństwie do tłumów, przyzwyczajony jest właśnie do myślenia kategoriami teorii i wzorów, co sprawia, że nie jest mu łatwo przejść do działań bardziej "praktycznych". Na szczęście i wśród nie-naukowców znajdują się myślący ludzie, z którymi odkrywa, jak można znaleźć wyjście z problemu w ten sam sposób, w jaki się on pojawił...
Gdy parę wieków* temu Kwiin Lonial pisał Ucieczkę z kosmosu, jego zamierzeniem było przede wszystkim zażartowanie sobie z bojaźni jego współrodaków, która hamowała ich rozwój i odkrycia. Nie miał przy tym pojęcia, że naukowy element jego dzieła okaże się proroczy. Dziś, kiedy skończoność Wszechświata jest już faktem ogólnie przyjętym nawet na naszej planecie, odbiór utworu się trochę zmienił. Niezmiennie jednak pozostaje ciekawą i nieco wstrząsającą opowieścią o dziwactwach natury stworzeń myślących.
_______________
*A pamiętajmy, że w porównaniu z ziemskimi wiekami te ijknontiańskie są jakieś dwanaście razy dłuższe.
poniedziałek, 15 września 2014
30. „Planetornia. Poradnik” (Izahs Liol)
Dziś przedstawię Czytelnikom książkę, która jest nie tylko jedną z najbardziej unikatowych w swoim rodzaju, ale przede wszystkim jedną z najstarszych. I to nie wśród cenionej pozaziemskiej literatury, ale w ogóle wśród wszystkich dzieł, jakie kiedykolwiek we Wszechświecie powstały.
Sztuka planetorni - tworzenia, hodowania i rozbudowywania planet - na czym właściwie polega? Kto ma do niej odpowiednie predyspozycje i jakiej wymaga ona wiedzy? Izahs Liol, najznakomitszy planetorysta z mgławicy Sarams, badacz, wykładowca, znawca i wielusettysiącoletni hodowca planet przedstawia nam tajniki opieki nad najbardziej różnorodnymi ciałami niebieskimi, udowodniając swoim pełnym wdzięku dziełem, że nadaje się do tego w zasadzie każdy, kto ma ambicje i ów dzieło pod ręką. Z budzącym podziw zaangażowaniem, wszechstronnością i przeczuciem przeprowadza nas przez ten głęboki temat począwszy od podpowiedzi przy wyborze rodzaju planety i typu gwiazdy centralnej, przez wskazówki co do zawiłości geologicznych w najwcześniejszych etapach rozwoju, po uwagi na temat zagrożeń i korzyści, jakie niesie ze sobą jej kosmiczne otoczenie. Tłumaczy jak dobrać skład planety, jej rozmiar oraz odległość od gwiazdy tak, żeby zapewnić jej długi stabilne istnienie i piękny wygląd. Objaśnia, dlaczego ważna jest prędkość planety i jak sprawić, żeby jej skorupa przemieszczała się. Poznamy łatwe i sprytne sposoby na diametralne zmiany w formie powierzchni stworzonej przez nas ciała niebieskiego i nauczymy się wzbogacać je o dodatki takie jak księżyc czy tęczowe pierścienie. W przeciwieństwie do wielu innych poradników dowiemy się także, jakie kroki podjąć w momentach krytycznych, gdy zaobserwujemy objawy zanikania pola magnetycznego albo na powierzchni zalęgnie się życie. Proste i genialne zarazem rady Izahsa pomogą nam stworzyć zarówno spektakularnego gazowego olbrzyma z barwnym, samonapędzającym się systemem wiatrów burzowych, jak i pas maleńkich planetek wędrujących po najzimniejszych i najbardziej zakrzywionych orbitach, które będą cieszyć nasze oczy jeszcze wiele miliardów lat.
Mniej więcej tak reklamowano ten podręcznik cztery miliardy lat temu, kiedy został po raz pierwszy wydany i to wystarczyło, by nakręcić wielką modę na tworzenie jedynych w swoim rodzaju układów planetarnych. Nie była to pierwsza książka traktująca o tym temacie, jednak pierwsza mówiąca o nim w sposób tak ciekawy i dostępny dla każdego. Izahs Liol zamienił teorię na setki przykładów, zebranych podczas obserwacji efektów kształtującego się właśnie Wszechświata, oceny jego potencjału i chemicznofizycznych właściwości. Dzięki jego cierpliwości i wyobraźni inżynieria planetarna zwróciła uwagę praktycznych rzemieślników, skupionych dotąd na prostym formowaniu gwiazd, oraz artystów, dotychczas dostrzegających jedynie ażurowy urok mgławic emisyjnych. Planety, które dotąd stanowiły jedynie kruchy, szary i rzadko spotykany dodatek do kul gazowych, stały się nagle głównym obiektem zainteresowania, motywującymi do niekończącej się perfekcji klejnocikami, które złożonością swojej struktury daleko przewyższały jednolitą powtarzalność słońc. Planety lodowe, kraterowe, gazowe, wulkaniczne i otulone mgłą atmosfery zachwycały i kształtowały wciąż nowe talenty w dziedzinie planetorni, motywując do ciągłego ulepszania gwiazd centralnych i zaskakiwania coraz to efektowniejszymi pierwiastkami ciężkimi.
Niektórzy twierdzą, że to właśnie dzięki Izahsowi planety występują dziś w takiej ilości i Wszechświat wygląda tak, jak wygląda. Nie byłoby łatwo ustalić to dziś na pewno - nauka zdaje się mówić, że każdy znajdujący się we Wszechświecie obiekt mógłby powstać samoistnie, dzięki przypadkowym warunkom wynikającym z obecności konkretnych pierwiastków czy temperatury; że żadna planeta nie musiałaby być dziełem artysty. Wystarczy jednak spojrzeć na nasz Układ Słoneczny - układ, w którym już same największe księżyce Jowisza to zbiór sprzeczności, a wszystkie planety razem wyglądają jak różnokolorowe koraliki - żeby pojawiła się myśl, że komuś bardzo zależało na doborze właśnie takich kombinacji materii i sprawieniu, żeby nasz świat wyglądał właśnie tak, a nie inaczej.
Kiedyś był to tylko poradnik, dziś jest to niemal zbiór zaklęć, budzących zastanowienie i zdumienie. Warto przeczytać.
Sztuka planetorni - tworzenia, hodowania i rozbudowywania planet - na czym właściwie polega? Kto ma do niej odpowiednie predyspozycje i jakiej wymaga ona wiedzy? Izahs Liol, najznakomitszy planetorysta z mgławicy Sarams, badacz, wykładowca, znawca i wielusettysiącoletni hodowca planet przedstawia nam tajniki opieki nad najbardziej różnorodnymi ciałami niebieskimi, udowodniając swoim pełnym wdzięku dziełem, że nadaje się do tego w zasadzie każdy, kto ma ambicje i ów dzieło pod ręką. Z budzącym podziw zaangażowaniem, wszechstronnością i przeczuciem przeprowadza nas przez ten głęboki temat począwszy od podpowiedzi przy wyborze rodzaju planety i typu gwiazdy centralnej, przez wskazówki co do zawiłości geologicznych w najwcześniejszych etapach rozwoju, po uwagi na temat zagrożeń i korzyści, jakie niesie ze sobą jej kosmiczne otoczenie. Tłumaczy jak dobrać skład planety, jej rozmiar oraz odległość od gwiazdy tak, żeby zapewnić jej długi stabilne istnienie i piękny wygląd. Objaśnia, dlaczego ważna jest prędkość planety i jak sprawić, żeby jej skorupa przemieszczała się. Poznamy łatwe i sprytne sposoby na diametralne zmiany w formie powierzchni stworzonej przez nas ciała niebieskiego i nauczymy się wzbogacać je o dodatki takie jak księżyc czy tęczowe pierścienie. W przeciwieństwie do wielu innych poradników dowiemy się także, jakie kroki podjąć w momentach krytycznych, gdy zaobserwujemy objawy zanikania pola magnetycznego albo na powierzchni zalęgnie się życie. Proste i genialne zarazem rady Izahsa pomogą nam stworzyć zarówno spektakularnego gazowego olbrzyma z barwnym, samonapędzającym się systemem wiatrów burzowych, jak i pas maleńkich planetek wędrujących po najzimniejszych i najbardziej zakrzywionych orbitach, które będą cieszyć nasze oczy jeszcze wiele miliardów lat.
Mniej więcej tak reklamowano ten podręcznik cztery miliardy lat temu, kiedy został po raz pierwszy wydany i to wystarczyło, by nakręcić wielką modę na tworzenie jedynych w swoim rodzaju układów planetarnych. Nie była to pierwsza książka traktująca o tym temacie, jednak pierwsza mówiąca o nim w sposób tak ciekawy i dostępny dla każdego. Izahs Liol zamienił teorię na setki przykładów, zebranych podczas obserwacji efektów kształtującego się właśnie Wszechświata, oceny jego potencjału i chemicznofizycznych właściwości. Dzięki jego cierpliwości i wyobraźni inżynieria planetarna zwróciła uwagę praktycznych rzemieślników, skupionych dotąd na prostym formowaniu gwiazd, oraz artystów, dotychczas dostrzegających jedynie ażurowy urok mgławic emisyjnych. Planety, które dotąd stanowiły jedynie kruchy, szary i rzadko spotykany dodatek do kul gazowych, stały się nagle głównym obiektem zainteresowania, motywującymi do niekończącej się perfekcji klejnocikami, które złożonością swojej struktury daleko przewyższały jednolitą powtarzalność słońc. Planety lodowe, kraterowe, gazowe, wulkaniczne i otulone mgłą atmosfery zachwycały i kształtowały wciąż nowe talenty w dziedzinie planetorni, motywując do ciągłego ulepszania gwiazd centralnych i zaskakiwania coraz to efektowniejszymi pierwiastkami ciężkimi.
Niektórzy twierdzą, że to właśnie dzięki Izahsowi planety występują dziś w takiej ilości i Wszechświat wygląda tak, jak wygląda. Nie byłoby łatwo ustalić to dziś na pewno - nauka zdaje się mówić, że każdy znajdujący się we Wszechświecie obiekt mógłby powstać samoistnie, dzięki przypadkowym warunkom wynikającym z obecności konkretnych pierwiastków czy temperatury; że żadna planeta nie musiałaby być dziełem artysty. Wystarczy jednak spojrzeć na nasz Układ Słoneczny - układ, w którym już same największe księżyce Jowisza to zbiór sprzeczności, a wszystkie planety razem wyglądają jak różnokolorowe koraliki - żeby pojawiła się myśl, że komuś bardzo zależało na doborze właśnie takich kombinacji materii i sprawieniu, żeby nasz świat wyglądał właśnie tak, a nie inaczej.
Kiedyś był to tylko poradnik, dziś jest to niemal zbiór zaklęć, budzących zastanowienie i zdumienie. Warto przeczytać.
poniedziałek, 8 września 2014
29. „Horyzont zdarzeń” (Mundeno)
Klingelian był, tak jak i większość współmieszkańców jego nienazwanej planety, genialnym fizykiem i wynalazcą. Nie było sensacją, ani nawet wielkim zdziwieniem, gdy pewnego dnia ukończył wreszcie budowę swojego dzieła - super statku kosmicznego o prędkości przekraczającej prędkość światła. Główny bohater miał świadomość nowatorskości swojego wehikułu oraz tego, że otworzy on drogę innym fizykom i wynalazcom. Jednakże, ponieważ nie bardzo wiedział, w jaki dokładnie sposób, po krótkiej prezentacji natychmiast postanowił go wypróbować i wyruszyć w niezdobytą przestrzeń kosmiczną.
Podróż szybko dostarczyła mu mnóstwa zapierających dech obserwacji, potwierdzeń dziesiątki przypuszczeń i materiałów na lata późniejszych badań. To, w jaki sposób zniekształcały się widziane obrazy, jak zmieniały się prędkości obserwowanych obiektów, jak zachowywała się grawitacja, materia i przestrzeń... Równie szybko jednak lista zjawisk do odkrycia zaczęła się kurczyć. Ponieważ pokonanie odległości do każdej, najdalszej nawet gwiazdy czy pulsara, zajmowało mniej niż mgnienie, Klingelianowi szybko zaczęło brakować pomysłów, czemu jeszcze mógłby się przyjrzeć. Wszystko, co był w stanie dostrzec, było w jego zasięgu, nic nie stanowiło dla niego przeszkody. Latał od jednej konstelacji do kolejnej i wszystko wokół wydawało mu się podobne, jednolite, coraz mniej interesujące, puste wręcz. Czyż stać go tylko na opisanie tego, co jest jak na dłoni, do czego po odkryciu takiej maszyny doszedłby już każdy? Czyż nie jest wystarczająco wielkim naukowcem, żeby wycisnąć ze Wszechświata coś więcej?
Wędrując w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi przypomniał sobie o najbardziej tajemniczych obiektach, jakie istnieją, których cechą charakterystyczną jest to, że nie można ich zobaczyć. Obiekty o masach bilionów słońc, pochłaniające swoją straszliwą grawitacją wszystko, każdą materię i energię, i skrywające się za ścianą nieprzeniknionego horyzontu zdarzeń - czarne dziury. Nikt nie wiedział, co dzieje się za magicznym horyzontem zdarzeń, bo wrócić zza niego nie było w stanie nawet światło, które dostarczyłoby o tym informacji. Ale przecież kosmiczny super statek Klingeliana poruszał się z prędkością większą niż światło, więc także horyzont zdarzeń nie stanowił dla niego granicy!
Po długich, ostrożnych poszukiwaniach niewidzialnego Klingelian wreszcie znajduje czarną dziurę i bez wahania pozwala się jej pochłonąć. Horyzont zdarzeń, niczym nieskończenie cienka bańka mydlana, pęka i odsłania przed gościem całkowicie nieznany, jasny i barwny świat. Świat ludzi, którzy jak żadne inne istoty we Wszechświecie, potrzebują do życia skrajności - gigantycznych grawitacji i ciśnień, maksymalnej ilości energii świetlnej, temperatury, wilgotności... Największa niespodzianka czekała jednak wewnątrz, ukształtowanej w lej, zamieszkałej płaszczyzny, po drugiej stronie której naukowiec znalazł ni mniej, ni więcej jak drugi, samodzielny wszechświat dwuwymiarowy...
Z pewnością każdy, kto ma jako takie pojęcie o astronomii, a w szczególności o osobliwościach (do jakich należą czarne dziury właśnie), zauważy wiele „nieścisłości” we „wiedzy” propagowanej przez tę opowieść. Nie jest to przypadek - wśród kosmicznych czytelników powszechnie znany jest fakt, że książki opatrzone nazwiskiem Mundeno (czy w zasadzie jakiegokolwiek pisarza pochodzącego z Shanazy) zawierają nie wiedzę, a raczej wariacje na temat pewnej informacji, która akurat wpadła autorowi w ręce. Co nie zmienia faktu, że pisarze i tak stanowią najbardziej wyedukowaną część shanaziańskiego społeczeństwa, zdając sobie sprawę chociażby z tego, że ich układ planetarny liczy więcej niż kilka tysięcy kilometrów, a czarna dziura to nie to samo, co ciemna mgławica. Mimo to utwory pochodzących z tej planety twórców cieszą się sporą popularnością w środowiskach naukowych daleko lepiej zorientowanych w kosmicznym stanie rzeczy - głównie stanowiąc źródła, kolokwialnie mówiąc, najgłupszych teorii, jakie tylko da się wysnuć z danego faktu. Najgłupszych, a co za tym idzie, najbardziej przewrotnych, najodważniejszych i kompletnie oderwanych od innych, ogólnie przyjętych, a nie zawsze prawidłowych założeń, co sprawia, że ciekawostki z wielu książek z Shanazy lubiły okazywać się prawdziwe, wyprzedzając naukowo całą resztę Wszechświata. Także Horyzont zdarzeń miał swój przebłysk geniuszu, swego czasu skłaniający liczne grupy poważnych naukowców do namysłu. Co dzieje się z materią za horyzontem zdarzeń? Czy czarne dziury naprawdę mogą być odpowiedzią na to, skąd wziął się nieskończenie gęsty punkt, który dał początek Wielkiemu Wybuchowi? Czy rozszerzanie się Wszechświata i niepojęta ciemna energia mogą być jedynie efektami ubocznymi odwróconej grawitacji centralnej czarnej dziury? Dzisiaj już wszystko to wiadomo i nawet, jak widziałam niedawno w pewnej gazecie, Ziemianie też zaczynają w swoim tempie dochodzić do tej prawdy, ktoś jednak musiał być pierwszy.
Dla wielbicieli szalonych, niezobowiązujących wycieczek pseudonaukowych.
Podróż szybko dostarczyła mu mnóstwa zapierających dech obserwacji, potwierdzeń dziesiątki przypuszczeń i materiałów na lata późniejszych badań. To, w jaki sposób zniekształcały się widziane obrazy, jak zmieniały się prędkości obserwowanych obiektów, jak zachowywała się grawitacja, materia i przestrzeń... Równie szybko jednak lista zjawisk do odkrycia zaczęła się kurczyć. Ponieważ pokonanie odległości do każdej, najdalszej nawet gwiazdy czy pulsara, zajmowało mniej niż mgnienie, Klingelianowi szybko zaczęło brakować pomysłów, czemu jeszcze mógłby się przyjrzeć. Wszystko, co był w stanie dostrzec, było w jego zasięgu, nic nie stanowiło dla niego przeszkody. Latał od jednej konstelacji do kolejnej i wszystko wokół wydawało mu się podobne, jednolite, coraz mniej interesujące, puste wręcz. Czyż stać go tylko na opisanie tego, co jest jak na dłoni, do czego po odkryciu takiej maszyny doszedłby już każdy? Czyż nie jest wystarczająco wielkim naukowcem, żeby wycisnąć ze Wszechświata coś więcej?
Wędrując w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi przypomniał sobie o najbardziej tajemniczych obiektach, jakie istnieją, których cechą charakterystyczną jest to, że nie można ich zobaczyć. Obiekty o masach bilionów słońc, pochłaniające swoją straszliwą grawitacją wszystko, każdą materię i energię, i skrywające się za ścianą nieprzeniknionego horyzontu zdarzeń - czarne dziury. Nikt nie wiedział, co dzieje się za magicznym horyzontem zdarzeń, bo wrócić zza niego nie było w stanie nawet światło, które dostarczyłoby o tym informacji. Ale przecież kosmiczny super statek Klingeliana poruszał się z prędkością większą niż światło, więc także horyzont zdarzeń nie stanowił dla niego granicy!
Po długich, ostrożnych poszukiwaniach niewidzialnego Klingelian wreszcie znajduje czarną dziurę i bez wahania pozwala się jej pochłonąć. Horyzont zdarzeń, niczym nieskończenie cienka bańka mydlana, pęka i odsłania przed gościem całkowicie nieznany, jasny i barwny świat. Świat ludzi, którzy jak żadne inne istoty we Wszechświecie, potrzebują do życia skrajności - gigantycznych grawitacji i ciśnień, maksymalnej ilości energii świetlnej, temperatury, wilgotności... Największa niespodzianka czekała jednak wewnątrz, ukształtowanej w lej, zamieszkałej płaszczyzny, po drugiej stronie której naukowiec znalazł ni mniej, ni więcej jak drugi, samodzielny wszechświat dwuwymiarowy...
Z pewnością każdy, kto ma jako takie pojęcie o astronomii, a w szczególności o osobliwościach (do jakich należą czarne dziury właśnie), zauważy wiele „nieścisłości” we „wiedzy” propagowanej przez tę opowieść. Nie jest to przypadek - wśród kosmicznych czytelników powszechnie znany jest fakt, że książki opatrzone nazwiskiem Mundeno (czy w zasadzie jakiegokolwiek pisarza pochodzącego z Shanazy) zawierają nie wiedzę, a raczej wariacje na temat pewnej informacji, która akurat wpadła autorowi w ręce. Co nie zmienia faktu, że pisarze i tak stanowią najbardziej wyedukowaną część shanaziańskiego społeczeństwa, zdając sobie sprawę chociażby z tego, że ich układ planetarny liczy więcej niż kilka tysięcy kilometrów, a czarna dziura to nie to samo, co ciemna mgławica. Mimo to utwory pochodzących z tej planety twórców cieszą się sporą popularnością w środowiskach naukowych daleko lepiej zorientowanych w kosmicznym stanie rzeczy - głównie stanowiąc źródła, kolokwialnie mówiąc, najgłupszych teorii, jakie tylko da się wysnuć z danego faktu. Najgłupszych, a co za tym idzie, najbardziej przewrotnych, najodważniejszych i kompletnie oderwanych od innych, ogólnie przyjętych, a nie zawsze prawidłowych założeń, co sprawia, że ciekawostki z wielu książek z Shanazy lubiły okazywać się prawdziwe, wyprzedzając naukowo całą resztę Wszechświata. Także Horyzont zdarzeń miał swój przebłysk geniuszu, swego czasu skłaniający liczne grupy poważnych naukowców do namysłu. Co dzieje się z materią za horyzontem zdarzeń? Czy czarne dziury naprawdę mogą być odpowiedzią na to, skąd wziął się nieskończenie gęsty punkt, który dał początek Wielkiemu Wybuchowi? Czy rozszerzanie się Wszechświata i niepojęta ciemna energia mogą być jedynie efektami ubocznymi odwróconej grawitacji centralnej czarnej dziury? Dzisiaj już wszystko to wiadomo i nawet, jak widziałam niedawno w pewnej gazecie, Ziemianie też zaczynają w swoim tempie dochodzić do tej prawdy, ktoś jednak musiał być pierwszy.
Dla wielbicieli szalonych, niezobowiązujących wycieczek pseudonaukowych.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
19. „Zmiany” (Juriana Rastkta)
Wyzwanie jednej z czytelniczek, rzucone pod poprzednim wpisem, było na tyle zaskakujące, że do ostatniej chwili sama nie miałam przekonania, czy doczeka się realizacji. A jednak udało się - na długiej liście rzeczy do zrecenzowania znalazła się zapierająca dech historia serii morderstw, skupiająca się przede wszystkim właśnie na pokrętnej logice działania ich sprawcy. Ale czy faktycznie sprawca taki jak ten spełni wymagania owej czytelniczki?
Na Enabie, planecie położonej na styku dwóch nierównoległych wszechświatów, nagle zaczynają znikać ludzie. Nie były to zwykłe zniknięcia - nielicznym ze świadków udało się zaobserwować niewyjaśnione i przerażające zmiany w wyglądzie i zachowaniu ofiar, które je poprzedzały. Marszcząca się, siniejąca skóra, jaśniejące włosy i postępujące trudności z poruszaniem się prędko doprowadzały do nieodwracalnego zaniku świadomości. Co mogło być przyczyną? Kto mógł być za to odpowiedzialny? Niektórzy widywali ponurą postać w czarnym płaszczu, w obecności której usychały rośliny, kruszyły się ściany i rdzewiały metale...
Biolog-analizator Sawior Snał już po kilku testach wyklucza zastosowanie trucizny czy ostrego narzędzia - nie wiadomo, dlaczego ludzie umierają. Widząc, że incydenty nie ustają i nie mając jednocześnie żadnych innych śladów, decyduje się odkryć zasadę działania mordercy i, choć wie, że narazi to jego własne życie, odnaleźć tajemniczą postać. Gdy wreszcie mu się to udaje, przekonuje się na własne oczy nie tylko o prawdziwości pogłosek o niszczycielskiej aurze nieznajomego, ale także o wielu innych sprawach, o których wolałby nie wiedzieć...
Książka ta niewątpliwie sprawi ziemskim czytelnikom spory problem, a to za sprawą fizyki panującej na planecie, która znajduje się praktycznie poza granicami Wszechświata. Wiele naturalnych u nas zjawisk, jak grawitacja czy sposób poruszania się światła, działa tam na innej zasadzie, w stopniu ograniczonym lub też nie obowiązuje wcale. Należy do nich także czas, który zawijając się na krawędziach kosmosu, traci swoje właściwości i do jego funkcji została częściowo przystosowana tak zwana Piąta Przestrzeń, w której zachodzi się ruch i giną przeszłe wydarzenia. Trudno się więc dziwić, że gdy nagle zaczyna płynąć - punktowo, nierównomiernie - jest dla Enabian nie do pojęcia, nie tylko z powodu niesionej ze sobą śmierci powodując zamęt i panikę. Nie jest to żaden spoiler - Snałowi niemal od razu udaje się przewidzieć miejsce następnych "odwiedzin" i podczas paru kolejnych incydentów zszokowany obserwuje działanie obcego, który początkowo nawet wydawał mu się winny. Prawdziwą tajemnicą i motywem przewodnim powieści jest idea Człowieka Czasu, który uważa się za bezinteresownego uzdrawiacza i jedynego nieobojętnego wobec niekompletnej fizyki granic Wszechświata, a zarazem za jego niekoronowanego władcę, posiadacza najpotężniejszej siły, któremu nie wolno się przeciwstawiać.
Biolog pozostaje całkowicie bezradny wobec tego, co widzi. Samoistne przemiany niekontrolowane przez samego przemienianego są z jego perspektywy czymś niewyobrażalnym, okrutnym. Nie może jednak powstrzymać uczucia respektu dla tego zjawiska, zjawiska naturalnej przemiany w czasie, która tutaj dokonuje się bezwiednie, sama z siebie, a której nikt na Enabie dotąd nie uświadczył. Jaki jednak jest cel dziwacznej postaci? Co chce uzyskać? Być może i my nie bylibyśmy w stanie zrozumieć pomyleńca, który według dla siebie tylko jasnej sprzecznej logiki chce uszczęśliwiać świat poprzez cierpienie, gdyby Juriana od połowy historii nie przekazała narracji właśnie jemu. Odtąd podążamy za jego chorym i niebezpiecznym tokiem myślenia, wedle którego wszystko powinno zmieniać się i przemijać, towarzyszymy mu podczas wpychania kolejnych ofiar w niszczący nurt czasu i wreszcie staramy się przewidzieć jego kolejny ruch, kiedy zdesperowany Sawior Snał zbiera się na odwagę, by jakoś nawiązać z nim kontakt i powstrzymać...
Przerażające, zdumiewające i skłaniające do myślenia, tym bardziej, że w wielu momentach tak dziwnie znajome. Kiedy już uda się nam wejść się w ten trudny, pozakosmiczny świat, nie można się od niego oderwać do ostatniej strony.
Na Enabie, planecie położonej na styku dwóch nierównoległych wszechświatów, nagle zaczynają znikać ludzie. Nie były to zwykłe zniknięcia - nielicznym ze świadków udało się zaobserwować niewyjaśnione i przerażające zmiany w wyglądzie i zachowaniu ofiar, które je poprzedzały. Marszcząca się, siniejąca skóra, jaśniejące włosy i postępujące trudności z poruszaniem się prędko doprowadzały do nieodwracalnego zaniku świadomości. Co mogło być przyczyną? Kto mógł być za to odpowiedzialny? Niektórzy widywali ponurą postać w czarnym płaszczu, w obecności której usychały rośliny, kruszyły się ściany i rdzewiały metale...
Biolog-analizator Sawior Snał już po kilku testach wyklucza zastosowanie trucizny czy ostrego narzędzia - nie wiadomo, dlaczego ludzie umierają. Widząc, że incydenty nie ustają i nie mając jednocześnie żadnych innych śladów, decyduje się odkryć zasadę działania mordercy i, choć wie, że narazi to jego własne życie, odnaleźć tajemniczą postać. Gdy wreszcie mu się to udaje, przekonuje się na własne oczy nie tylko o prawdziwości pogłosek o niszczycielskiej aurze nieznajomego, ale także o wielu innych sprawach, o których wolałby nie wiedzieć...
Książka ta niewątpliwie sprawi ziemskim czytelnikom spory problem, a to za sprawą fizyki panującej na planecie, która znajduje się praktycznie poza granicami Wszechświata. Wiele naturalnych u nas zjawisk, jak grawitacja czy sposób poruszania się światła, działa tam na innej zasadzie, w stopniu ograniczonym lub też nie obowiązuje wcale. Należy do nich także czas, który zawijając się na krawędziach kosmosu, traci swoje właściwości i do jego funkcji została częściowo przystosowana tak zwana Piąta Przestrzeń, w której zachodzi się ruch i giną przeszłe wydarzenia. Trudno się więc dziwić, że gdy nagle zaczyna płynąć - punktowo, nierównomiernie - jest dla Enabian nie do pojęcia, nie tylko z powodu niesionej ze sobą śmierci powodując zamęt i panikę. Nie jest to żaden spoiler - Snałowi niemal od razu udaje się przewidzieć miejsce następnych "odwiedzin" i podczas paru kolejnych incydentów zszokowany obserwuje działanie obcego, który początkowo nawet wydawał mu się winny. Prawdziwą tajemnicą i motywem przewodnim powieści jest idea Człowieka Czasu, który uważa się za bezinteresownego uzdrawiacza i jedynego nieobojętnego wobec niekompletnej fizyki granic Wszechświata, a zarazem za jego niekoronowanego władcę, posiadacza najpotężniejszej siły, któremu nie wolno się przeciwstawiać.
Biolog pozostaje całkowicie bezradny wobec tego, co widzi. Samoistne przemiany niekontrolowane przez samego przemienianego są z jego perspektywy czymś niewyobrażalnym, okrutnym. Nie może jednak powstrzymać uczucia respektu dla tego zjawiska, zjawiska naturalnej przemiany w czasie, która tutaj dokonuje się bezwiednie, sama z siebie, a której nikt na Enabie dotąd nie uświadczył. Jaki jednak jest cel dziwacznej postaci? Co chce uzyskać? Być może i my nie bylibyśmy w stanie zrozumieć pomyleńca, który według dla siebie tylko jasnej sprzecznej logiki chce uszczęśliwiać świat poprzez cierpienie, gdyby Juriana od połowy historii nie przekazała narracji właśnie jemu. Odtąd podążamy za jego chorym i niebezpiecznym tokiem myślenia, wedle którego wszystko powinno zmieniać się i przemijać, towarzyszymy mu podczas wpychania kolejnych ofiar w niszczący nurt czasu i wreszcie staramy się przewidzieć jego kolejny ruch, kiedy zdesperowany Sawior Snał zbiera się na odwagę, by jakoś nawiązać z nim kontakt i powstrzymać...
Przerażające, zdumiewające i skłaniające do myślenia, tym bardziej, że w wielu momentach tak dziwnie znajome. Kiedy już uda się nam wejść się w ten trudny, pozakosmiczny świat, nie można się od niego oderwać do ostatniej strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)