Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzkanatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzkanatura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2015

89.Zamroczenie” (Condżriwa Log)

Dżizazele ocknęła się pośród ścian jakiejś dziwnej jaskini. Nie wiadomo, dlaczego właśnie teraz, co to spowodowało. Co gorsza jednak nie wiedziała też, co było wcześniej, ani co to za jaskinia. Jedynym, co była w stanie sobie przypomnieć, był odległy zarys jakiegoś wyjazdu, kiedy opuszczała dom i planetę. Nie miała to być jednak długa podróż, na pewno nie, tymczasem coś mówiło jej, że minęło bardzo dużo czasu...
Jedynym, co jej pozostało, to wędrowanie po długich korytarzach ciemnego labiryntu skał. Z jednej strony wydawało jej się, że nigdy tędy nie szła, z drugiej – każda powierzchnia emanowała jakimiś mglistymi wspomnieniami, znajomymi skojarzeniami... Była tutaj, szczęśliwa, widziała zupełnie coś innego... Jedyne oświetlenie, podłużne lampy ciągnące się wzdłuż tej drogi, rozjaśniały nieokreślone obiekty pozawieszane na ścianach, które, za sprawą jakiejś magicznej atmosfery tego miejsca, zdawały się zachęcać do tego, by na nie patrzeć. I... zabrać ze sobą. Niemal namacalnie czuła, jak ogarnia ją zawieszona w powietrzu cudaczność tego wszystkiego. Nie mogła opanować potrzeby szukania w pobliżu jakiejś etykietki, czegoś, co powiedziałyby o tych przedmiotach coś więcej, choć przecież naprawdę w ogóle jej nie obchodziły. Wystające ku niej kamienie zdawały się do niej przemawiać, determinowały ją do myślenia o nich w coraz bardziej groteskowy, fantazyjny sposób. Chciała tylko stąd wyjść, tym bardziej, im bardziej to czuła. Ale mimo to z trudem odwracała wzrok od skalnych rzędów, podświadomie rozglądając się za jakimś pojemnikiem, do którego mogłaby je zapakować. Niespodziewanie zdała sobie sprawę, że otaczają ją ludzie – zapatrzeni w mijane przedmioty bardziej niż ona, doszczętnie, jakby żyli pomiędzy tymi zawiłymi ścianami od lat i nie wyobrażali sobie tego nigdzie indziej. Ledwo udawało się jej utrzymać świadomość, by ponownie w tę hipnozę nie wpaść. I by mieć siłę na powtarzanie wciąż tych samych pytań. Co to za miejsce? Dlaczego odczuwa je jako coś znajomego? Co tutaj robi?
Niekończący się spacer prowadzi ją do nowych, coraz bardziej nieprzyjemnych zakamarków, a jednak... Wciąż powracają migawki tego, co było, pewność, że kiedyś chciała tu przylecieć, że chciała coś tutaj znaleźć, podświadomie wybierane drogi i układ, które świateł sugerują Dżizazele coś, z czym trudno jej się pogodzić, jednak tylko ta myśl zdaje się podsuwać jej jedyne sensowne, choć nieprawdopodobne, wyjaśnienie. To miejsce musiało kiedyś wyglądać inaczej. Było pełne ludzi i przedmiotów, po które wszyscy sięgali. To tysiące lat temu... musiał być sklep.

Handel w całym Wszechświecie wygląda tak samo – dajemy coś, żeby w zamian otrzymać coś innego. Żeby ktoś chciał się wymienić, potrzebujemy reklamy, marketingu, sprytnych zabiegów, żeby nasz towar chciał się wyróżnić i ściągnąć na siebie uwagę. Stosowanie mniej lub bardziej złożonych sztuczek psychologicznych, by uczynić nasze zachowanie mniej racjonalnym, nigdy nie było tajemnicą, czy chodzi o zwykłe porównania, nawiązanie autorytetów czy reklamę podprogową. Ale co, jeśli ktoś posunie się za daleko? Jeśli ktoś wpadnie na tak perfekcyjny sposób wzbudzania potrzeby posiadania danej rzeczy, że potencjalny klient zapomni o potrzebie robienia czegokolwiek innego?
Condżriwa Log sugeruje, że wcale nie jest to takie niemożliwe. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka jego wizja jest jedynie rozwinięciem wydarzenia, które miało miejsce naprawdę na jego planecie, Esarhini – wymknięciem się spod kontroli rzekomo niegroźnego systemu zachęty do oglądania. Przez pewien czas trwały bezskuteczne próby przeciwstawienia się mu i wyciągnięcia z supermarketu kilku setek ludzi, którzy na skutek katastrofy utracili możliwość naturalnego myślenia, świadomość własnego istnienia i tego, że w końcu pasowałoby opuścić sklep. W efekcie ofiarą śmierci z wycieńczenia padli wszyscy rezydenci, włącznie z pracownikami i paroma ratownikami, a świat zalała lawina protestów przeciwko nieludzkiemu wykorzystaniu umiejętności manipulowania psychiką. Zamroczenie jest jednym z nich, jak gdyby przerysowaną relacją, z której autor wyciął śmiertelność, która mogłaby zakończyć szaleństwo. Bohaterka przytomnieje, ale nie wiadomo, kiedy – w tym czasie sklep zmienił się w coś zupełnie niepodobnego, wielkiego, co zdaje się z jej perspektywy mieć rozmiary całego miasta, wymarłego, choć pełnego stworzonego przez siebie niby-życia. Pomimo pod koniec już wie, co jest nie tak, nadal z trudem opiera się pułapkom myślowym, stworzonym dawno temu przez mistrzów marketingu. I starając się nie wrócić do tych, dla których stał się to już ich własny mikro świat, choć również przylecieli do niego tylko na chwilę, o czym już nie pamiętają. Parę razy trafia się jej szansa nawiązania kontaktu, odwrócenia uwagi od towaru na półkach – i zawsze udziela się przy tym jej nadzieja, choć widzimy, jak bardzo ta szansa jest niewielka. Może to dzięki biernej nieugiętości i tych obojętnych, a jednak nieprzerwanych poszukiwaniach Dżizazele jedna książka rozeszła się po świecie bardziej niż setki rzetelniejszych, a przy tym bardziej wstrząsających historii? A może tych marketingowych haczykom, które wypaczały myślenie na wciąż nowy, niespodziewany sposób, budząc w niej pytania, czy właściwie chce, tego czego chce? Trzeba przeczytać i sprawdzić.

poniedziałek, 19 października 2015

87.1386940335” (7689498301)

Roboty przydają się ludziom do wielu rzeczy. A do czego mogliby przydać się ludzie robotom? Tytułowy bohater tej historii jeszcze na jej początku powiedziałby, że – nie licząc ożywienia mechanicznego projektu – do niczego. Roboty na planecie Gargra (przez nich zwanej po prostu jako 1) już od dawna doskonale radziły sobie same. Czego sam 1386940335 codziennie był świadkiem, ponieważ pracował w szpitalu – nowoczesnym laboratorium, gdzie starsze i mniej sprawne roboty mogły poprosić o naprawę i dodatkowe funkcje, które na bieżąco rozwijano, ale też popracować nad strukturą swojego charakteru, przeprogramować upodobania lub nawyki. Człowiek, pomimo że sam był twórcą tych urządzeń, nie byłby w stanie wprowadzać podobnych zmian w obwodach, jego precyzja i zwinność były za małe, wiedza ograniczona. Szybko zaczął wyręczać się mechaniką, nie zauważając, jak jej uniwersalność powoli spycha go na margines społeczny. Nie minęło wiele czasu, jak miasta przystosowały się stopniowo do nowych obywateli, zmienił się transport, ekonomia i prawo. 1386940335 należał już do tego pokolenia, które nigdy nie miało styczności z istotą organiczną, wątpił też, że kiedykolwiek mu się to przydarzy.
A jednak – pewnego dnia w szpitalu zaczęli się pojawiać pacjenci z dziwną, nie spotykaną dotąd, dziwną dysfunkcyjnością. Dziwną, bo nie można było dojść, skąd się brała. Wyglądało to jakby cały układ impulsowy został nie uszkodzony, a porażony jakimś nieznanym zjawiskiem od wewnątrz, co powodowało zaburzenia w całym systemie przekazowym od chaotycznych drgawek po nieciągłość mówienia i myślenia. Co gorsza, jak szybko się okazało, nie były to odosobnione przypadki, bo robotów potrzebujących pomocy było coraz więcej. Było to coś zupełnie nowego – dotąd mechaniczny system uważany był za niezawodny za wyjątkiem przypadkowych urazów z zewnątrz, gdy wystarczyło jedynie zastąpić niedziałającą część lub nastroić do stanu początkowego. To mechaniczni lekarze umieli najlepiej, tego nauczyli się od ludzi i teraz zdali sobie sprawę, że pomimo czynionych od lat postępów w badaniach nad samymi sobą, nie wyszli poza zastępowanie starego nowym, uzupełnianie i manipulowanie ustawieniami w tym, co zawsze było. Ale co jeśli to nie wystarczy, jeśli testy każdego elementu z osobna nie sugerują nawet najmniejszego błędu, a słabość zdaje się tkwić w samej istocie systemu? Statyczne umysły elektroniczne okazały się bezradne wobec rozpędzającej się epidemii, dopóki ktoś wreszcie nie odważył się przyznać, że konieczne będzie odnalezienie ludzkiego programisty. Tylko czy opuszczonej przez cywilizację dziczy, w ostatnim miejscu, w którym oddychanie nie jest zakazane, uda się znaleźć kogokolwiek, kto wie coś o komputerach? A jeśli tak, czy będzie chciał pomóc?

Źle jest odcinać się od własnych korzeni i wmawiać sobie, że możemy poradzić sobie bez nich, ale jeszcze trudniej potem do nich wrócić i połączyć na nowo dwie drogi, z których każda rozwinęła się w inną stronę. 1386940335 wyobrażał to sobie o wiele za prosto. Oczekiwał gromadki pogrążonych w marazmie i stagnacji, choć sprawnych intelektualnie, pustelników, marzących o szansie na powrót do cywilizacji, którą on, istota wyższa i doskonalsza, będzie mógł ich uszczęśliwić. Tymczasem zastał samodzielny, całkiem uniezależniony od cywilizacji dziki-naukowy mikroświat, w którym ludzie, choć już nie pamiętają czasów sprzed podziału, starają się pomimo ograniczonej przestrzeni żyć po swojemu, z pracy na roli i handlu, wznosząc skomplikowane budowle i produkując energię z piasku. Roboty, choć nie są obiektem nienawiści, wzbudzają raczej niechęć i jeśli już trafią się jakieś z zewnątrz, są przymusowo przystosowywane do usługiwania człowiekowi i ciężkich prac fizycznych, z dala od tych wymagających inteligencji. Co zresztą bardzo pomaga 1386940335 szybko znaleźć kogoś znającego się na urządzeniach, choć zdecydowanie nie w okolicznościach, jakie by mu się podobały. Nie da się ukryć, że jako wyjątkowo uzdolniony przedstawiciel swojego „gatunku”, musiał ściągnąć na siebie kłopoty. A to dopiero ich początek, kiedy wychodzą na jaw dalsze informacje o tajemniczej chorobie i niektórych z naukowców.
Wydaje się, że w ludzkim mieście nie ma niczego wyjątkowego, ale tętniące życiem, głośne, pełne zamętu skupisko to dla uporządkowanej, spokojnej sztucznej inteligencji o wiele za dużo. Ludzie zarazem zachwycają i przerażają 1386940335 swoją nieprzewidywalnością, impulsywnością, bezmyślnością, a jednocześnie tym, jak często tego rodzaju reakcja okazuje się najskuteczniejsza. Co prawda losy powolnego, wiecznie zamyślonego mechanicznego introwertyka takiego jak byłyby tutaj szybko przesądzone, zanim zdążyłby on to wszystko zaobserwować, na szczęście znalazł się pewien ciekawski informatyk, który, pomimo własnych niejasnych „planów”, dostrzegł w nim potencjał na coś więcej niż pożyteczny automat. Dzięki temu udaje się jemu i nam poznać trochę ten dziwny, sprzeczny wewnętrznie świat współpracy z nieskażoną naturą, w którego nieskończonych podziemiach wciąż rozwijają się obce większości śmiertelników niewiarygodne technologie, a mroczne plany zemsty czekają na realizację. Nie wystarczy jednak tylko się przyglądać – żeby coś zdziałać, sprzeciwić się, a do tego znaleźć pomoc, trzeba wejść w ten świat głębiej, a im głębiej wchodzi w ludzki świat 1386940335, tym wyraźniej widzi, że za jego paskudne wypaczenie odpowiedzialni są nie naukowcy, ale właśnie... tacy jak on.
Mroczna, przejmująca wizja przyszłości, w której nie wiadomo, kogo obwiniać, komu kibicować, bo jedyne działanie, które można podjąć, to tylko obrona przed przyszłym albo minionym złem.

poniedziałek, 12 października 2015

86.Wrażenie czegoś” (Fligon Bjolhe)

Nie trzeba wcale być dociekliwym detektywem, żeby zauważyć coś nietypowego. Herheo Pifse Nmoh był zaledwie przejazdem na Posztijnie – niższej rozwojowo, patrząc z jego punktu widzenia, planecie, dopiero wchodzącej w erę komputeryzacji, wciąż opartej w większości na ludzkiej pracy umysłowej, hierarchii społecznej i pędzie ku jej wyższym szczeblom. Napotkany przez niego urząd, w którym miał załatwić jakiś szczegół niezbędny do dalszej podróży, oczywiście był pełen nadmiernej liczby urzędników bez pośpiechu wędrujących z dokumentami w tę i z powrotem tylko po to, żeby podać je kolejnemu urzędnikowi, ale... dlaczego wśród nich są dzieci? Dzieci, które w świecie Herheo dopiero odnajdywałyby się w świecie, a które tutaj same z powagą i dumą wyjaśniły mu, że potrzeba szybkiego rozwoju wyklucza marnowanie czasu na zabawę. Im szybciej i im więcej zaczną pracować, tym szybciej nabiorą wprawy i doświadczenia w tym, co jest tutaj najważniejsze i najbardziej potrzebne – umiejętności dokumentowania zdarzeń, przetwarzania i archiwizowania wciąż narastającej ilości informacji. Na Herheo protestującego, że nie tędy droga, że przyszłość leży w automatyzacji i dążeniu do minimalizowania ludzkiej biurokracji, reagują typowym urzędniczym rozdrażnieniem. Na Posztijnie potrzebni są dorośli, nie ma miejsca na jakieś ogólne szkoły, kółka zainteresowań i inne bezproduktywne zabawy. Młody człowiek nic nie osiągnie, jeśli nie zacznie pracować najszybciej, jak to możliwe. Ale, jak później zastanawiał się Herheo, czy osiągnie coś tutaj? Dla kogo?
Zgodnie z jego obawami wizyta w urzędzie przeciągała się. Wraz z kolejnymi okazjami do dyskusji pojawiało się coraz więcej sytuacji, gdy udawało mu się... coś zauważyć. Jakąś prawidłowość w tym, którędy i jak licznie przechodzą urzędnicy? A może w tym, jak często w niektórych okienkach pojawiają się dokumenty? Ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, przecież w każdym urzędzie tak jest. A jednak...

Czytelnik, podobnie jak bohater, nie jest w stanie wyłapać, co właściwie się dzieje. Coś jest nie tak, ale, wyłączając dążenie do zwiększenia liczby pracowników za wszelką cenę, nie wiadomo dlaczego. Problem wydaje się prosty, ale gdzie jest jego przyczyna? Widać, że ludzie nie powinni się tak zachowywać, ale nigdzie nie widać dyktatora, który by ich do tego zmuszał. Podejściu pracowników zaskakuje, ale jednocześnie nie jest nienaturalne, nikt nie wygląda na działającego wbrew własnej woli, niczego nie ukrywa. Jakieś tajemnicze „coś” nie pozwala nam zgodzić się na możliwość, że po prostu mamy do czynienia z gromadą krótkowzrocznych pracoholików bez prawdziwych ambicji.
Nie pozwalało zgodzić się też samemu autorowi, który właśnie dlatego napisał tę książkę. Jemu również trafiło się kiedyś przyglądać pracownikom jednego z wielkich, przerośniętych urzędów Posztijnu i, choć ostatecznie zrezygnował z kontynuacji planów, dla których tu przyszedł, i poświęcił przybytkowi o wiele więcej uwagi niż wymyślony przez niego bohater, również nie odgadł, co takiego jest nie w porządku. Nie wchodząc w zbędne techniczne szczegóły, opisał wszystkie swoje przeżycia, z naciskiem na najbardziej trudne do uchwycenia wrażenia i przebłyski, pozostawiając sprawozdanie jako wyzwanie dla mądrzejszych od siebie. Oczywiście niezwykła historia wewnętrznej walki z wyimaginowanym zagrożeniem przyciągnęła czytelników nie tylko z takimi zamiarami. Opisy zdobyły sobie licznych wielbicieli podobnie jak urzędnicze dialogi, tym bardziej nadzwyczajne, im bardziej zwyczajne.
Wciąż jednak pamiętano, że jest to historia zagadka – w końcu odpowiedzi na nią ciągle brakowało. Dopiero po czasie porównywalnym do naszych dwustu lat i około dziesięciu pokoleniach, neuroinformatyk Ilsintog Brenfwne podjął się zaskakującego zadania – porównania charakteru przepływu informacji posztijniniańskich urzędów ze swoimi pracami. Efekty zaskoczyły wszystkich prócz niego, w tym samych urzędników (niezbyt zadowolonych z eksperymentu) – sposób przetwarzania danych przez pracowników był identyczny jak praca neuroprzekaźników w mózgu istoty żywej! Można było znaleźć zależności na każdym poziomie – spisywanie dokumentów pełniło rolę odbierania bodźców, dalej szła ich interpretacja, reakcje, wreszcie kodowanie w wygodniejszej formie i archiwizacja w pamięci. Oczywiście wszystko działo się o wiele, wiele wolniej, skoro rolę impulsów elektrycznych pełniły papiery wędrujące z rąk do rąk, jednak regularność i jednolitość działań były faktem, tak że nawet nie rozumiejący tematu urzędnicy-neurony i ich petenci nie mieli prawa ich negować. Po prostu robili to, co zawsze, a samo to czyniło ich elementem wielkiej świadomej istoty, której obecności nie mogli wyczuć. Przynajmniej nie świadomie, skoro wiedzieli, że ich urząd potrzebuje chłonąć nowych pracowników, żeby się rozwijać i ewoluować – z czym, jak uważa Ilsintog, istota dobrze sobie radzi, gdyż osobiście odnotował od momentu powstania książki dwa dodatkowe piętra. Nieuzasadnione zachowanie tłumaczono sobie bez zastanowienia potrzebą porządku i rozwoju, troską, dbałością o przyszłość i innych mieszkańców. Teraz dopiero możliwe było zauważenie, że jest to praca nie dla dobra własnego, ale dla czegoś, co nie jest nawet świadome naszego istnienia, samodzielności i o czym nie mamy pojęcia, czego chce. I na który to byt nic nie poradzimy, bo jest częścią naszych zachowań, świata, który sobie zbudowaliśmy i którego mimo wszystko potrzebujemy do normalności.
Nic dziwnego, że większość urzędników nadal nie chce przyjąć prac Ilsintog do wiadomości, wmawiając sobie nadal, że to po prostu jest ich praca. Sam naukowiec natomiast doniósł niedawno o pracach nad pierwszymi próbami nawiązania długofalowego kontaktu się z urzędniczymi istotami. Łatwo nie będzie.

poniedziałek, 28 września 2015

84.Operator koparki” (Flejła Ih Jokkgiindorf)

Niektórzy myślą, że takich miejsc, jak planeta Tangreala, nie ma. Że sytuacje, gdzie każdy, dosłownie każdy, posiada nieograniczoną moc, gdzie znajomość magii jest czymś zupełnie pospolitym, gdzie nasza naturalna wewnętrzna energia pozwala nam latać, teleportować się i unosić przedmioty myślą, a ewentualne starzenie się i śmiertelność jest kwestią jedynie naszej woli, kończą się i zaczynają na baśniach i naprawdę nie mogłyby istnieć. Tymczasem Tangreala istnieje, a wraz z nią ludzie, tacy jak Joiwilio, dla której nieskończoność możliwości jest czymś pospolitym, codziennym, a przez co już trochę nudnym i nieciekawym. Fruwając między chmurami i dla zabawy wzbudzając wir powietrzny często zastanawia się, czy faktycznie ci „inni” ludzie, z innych światów, o których słyszała, tego nie potrafią? Pracują nie tylko po to, żeby zyskać sławę, spełnić swoje marzenia i pomagać innym, ale też po prostu żeby móc żyć? Odczuwają strach, niepewność co do swoich sił?
Jako doświadczona dziennikarka, na co dzień relacjonująca bieżące wydarzenia rozrywkowe, miała świadomość, że nie każde zjawisko, choć prawdziwe, musi od pierwszego wejrzenia mieścić się w jej głowie, tym bardziej ta wizja zafascynowała ją, zachęciła do zadawania pytań i coraz dłuższych rozmyślań. Na przykład zawody budowlane – niby banalne, a jednak wyjątkowo trudne do wyobrażenia, gdy mieszkania na Tangreali budują się niemalże same, możliwe do ułożenia z piasku i gliny choćby przez dziecko, bez żadnego trudu i w czasie błyskawicznym. Bez supermocy każdy element budowli trzeba by podnosić jeden po drugim, poświęcić mu cenną chwilę ze swojego skończonego życia, przez co coś, co tutaj nie znaczy wiele, na innych planetach musiałoby mieć niezwykłą wartość, być niemal czymś w rodzaju sztuki. Joiwilio ani się obejrzała, jak zaczęła marzyć o poznaniu właśnie kogoś takiego. Nigdy nie czuła się wyjątkowa, na Tangeali wszystko, co robiła i czego doświadczała, mogło zdarzyć się każdemu, dowolną ilość razy. Tymczasem teraz mogła wyobrażać sobie, jak późną nocą po bardzo wysokim rusztowaniu do jej okna wspina się taki budowlaniec, wchodzi do jej pokoju i poświęca ten czas tylko jej, uznając ją za na tyle wyjątkową, żeby oddać jej część swojego życia, której już niczym innym nie będzie mógł zastąpić...
Wtedy właśnie dziennikarka dowiaduje się, że na Tangreali, po drugiej stronie planety mieszka od jakiegoś już czas zwyczajny śmiertelnik z innego świata, wraz ze swoją koparką, której wykorzystaniem wzbudza w okolicy podziw i zdumienie. Joiwilio postanawia oczywiście przeprowadzić z nim długi wywiad...

Tangreala nie jest oddzielona od reszty Wszechświata i turyści odwiedzają ją znacznie częściej niż tutaj sugerowano, mimo to nie było wcześniej lepszej książki przybliżającej sobie nawzajem dwie skrajności, a przy tym tak pomysłowej i intrygującej, podkreślanej elementami romansu i dramatu. Flejła Ih Jokkgiindorf, jako Tangrealianin wychowywany przez parę „przyjezdnych” pozbawionych supermocy, nie miał problemów, żeby przedstawić Joiwilio i Drawida Tokarskiego jako równych sobie, o wzajemnym szacunku, może nawet lekko na niekorzyść tej pierwszej, co dotychczas dla przekonanych o swojej wyższości Tangrealian było nie do pomyślenia. To dziennikarka, nastawiona zdecydowanie na pozytywne doświadczenia, ma w największym stopniu okazję do zmiany swoich światopoglądów, uświadomienia sobie, że ograniczone możliwości i śmiertelność niosą ze sobą nie tylko większą wartość i poszanowanie życia, ale także bezsilność i rozpacz, kiedy już ktoś je traci. Tokarski, który opuścił swoją planetę nie bez powodu, musi się najpierw oswoić z zachwyconą jego osobą kobietą i wprowadzić ją w świat pełen bólu, smutku i tęsknoty za tym, czego się nie da już naprawić. To wprowadzenie potrzebne jest większości czytelników z Tangreali, jako sposób na nauczenie ich odpowiedniego sposobu patrzenia na ich powolnych i nazbyt lękliwych sąsiadów. Dopiero wtedy może pojawić się prawdziwe zrozumienie i miejsce na bliższe poznanie, wieloznaczny flirt, a także szczegóły działań budowlanych przeprowadzanych za pomocą koparki, na których Joiwilio tak zależało. W tej późniejszej, wesołej i bardziej beztroskiej części historii to Tokarski uczy się czegoś od Tangrealianki, nareszcie zaczyna rozumieć, co tubylców w jego pracy tak intryguje i zadziwia. Dla niego samego koparka i praca na niej była już jedynie smutnym sentymentem, który sam z siebie nie miał wartości i był jedynie nudnym przerzucaniem piasku z miejsca na miejsce. Joiwilio swoim romantycznym i nieco dziecinnym podejściem otworzyła mu oczy na to, co sama odkryła wcześniej, a z czego już sam po własnej tragedii przestał zdawać sobie sprawę – że wszystko, za co zdecyduje się zabrać, obdarza wartością i że każda chwila w jego życiu jest cenna. A także na inne rzeczy, w tym miłość, która wydaje się być bardziej wartościowa i szczera, kiedy towarzyszą jej ograniczenia, wybory i świadomość, że możemy stracić ukochanego albo nie mieć czasu, żeby naprawić pomyłki. Rzeczy, dzięki którym Tokarski nauczył się cenić nawet swoją tęsknotę za rodzimą planetą i dzięki którym Joiwilio zauważyła, czego jej od zawsze brakowało.
Bardzo ładna książka, złożona ze sprzeczności – tak charakterów i konieczności życia, jak i skrajnych emocji, między którymi co chwilę przeskakuje, podkreślając jednym znaczenie drugiego, śmiesząc przez łzy i udowadniając, że ostatecznie wszystko ma jasne strony.

poniedziałek, 14 września 2015

82.Rozwiązanie” (Deginean Lips 180)

Bywa, że rozwiązania nie ma. Jednak niestety samo to, że ono istnieje, a nawet, że wie się, co należy zrobić, żeby do niego dojść, nie musi oznaczać, że jest ono łatwe do osiągnięcia. Eohianie przez większość swojej nowożytnej historii zmagali się z problemem wynalezienia sztucznej inteligencji, na które to badania w pewnym momencie rządy bardziej ambitnych krajów zaczęły przeznaczać więcej funduszy niż na którekolwiek inne wynalazki razem wzięte. Wiara w potęgę samodzielnej istoty o nieskończenie inteligentnym umyśle była tak zadziwiająca. Myślące automaty miały zapewnić sukces na wojnie, w ekonomii, być genialnymi psychologami, doradcami i opiekunami. Jednocześnie o osiągnięciu tego celu marzyli nie tylko najwyżej postawieni, ale także zwykli obywatele, którzy obserwowali rozwój wydarzeń z ciekawością i, nawet jeśli nie do końca rozumieli ich doniosłość, przekonaniem, że sukces naukowców odmieni ich życie. Jednak dopóki na scenie eohiańskiej bioinformatyki nie pojawił się Sil Siwreig 39, nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielkiego zadania się podjęto. Jako pierwszy był w stanie rozpisać neuronową zdolność samoświadomości na liczby i ilość jednostek obliczeniowych, a każdy rodzaj doświadczenia na moc elektryczną, co nareszcie dawało realną wizję tego, co należało skonstruować. System mający pomieścić imitację życia miał zająć nie jeden potężny komputer, nie układ komputerów, ale układ setek układów o powierzchni przekraczającej powierzchnię całej planety. Było to nie do uwierzenia, jednak ilość dokumentacji, analiz i złożoność równań potwierdzała, że Sil pracował nad równaniami niemal całe swoje życie i teraz jest całkowicie pewien swoich wniosków, a przy tym wydawało się, że zależy mu na tchnięciu życia w maszynę bardziej niż komukolwiek innemu. Wyglądało na to, że jedyną szansą na spełnienie marzenia Eohian jest podporządkowanie mu całego świata, zmiana wszystkiego, co znają i całego ich życia.
Zdecydowano się podjąć to wyzwanie – rządy ośmiu krajów połączyły swoje siły i odtąd miasta, lasy i pola zaczęła zarastać sieć przewodników łączących jeden ginący w chmurach słup serwerów z kolejnym, sięgając wyżej niż jakikolwiek drzewostan. Układy procesorowe pokrywały całe wtopione w ziemię strefy mieszkalne, zwieszały się grubymi pękami nad wąskimi ścieżkami, przysłaniając światło w dzień i błyskając lampkami w nocy. Ciekawość i upór była jednak większa niż zmęczenie i lęk przed niepowodzeniem, i wszyscy zgodnie pracowali, żeby zmienić planetę w jedną wielką świadomą istotę, która miała być pierwszą z całej serii myślących maszyn – w końcu wszyscy pragnęli tego samego. Wszyscy... za wyjątkiem samego Sila, który ukierunkował obliczenia na swój własny cel, zamierzając nadać otrzymanej świadomości pewną bardzo konkretną formę...

Fajne jest tutaj to, że nasze podejście do Sila cały czas się zmienia – najpierw widzimy go jako budzącego podziw altruistę, potem, kiedy ujawnia się, że ma on „własny plan” zaczynamy postrzegać jako czarny charakter, wreszcie, poznając prawdę, gubimy się całkowicie. W pewnym momencie, nie wiedząc o nim jeszcze nic, wydaje się, że wiemy o nim wszystko. Patrzymy z niepokojem, gdy naukowiec okazuje niechęć w tłumaczeniu zasad działania swojego projektu, ogarnia nas groza przy jego samotnych wypadach do głębokich podmiejskich piwnic, o których nikt nie ma pojęcia. Wydaje się, że Sil ukrywa się zarówno przed innymi Eohianami, jak i przed czytelnikiem. Z czasem da się zauważyć, że jest to nie tyle lęk przed odkryciem tego, co planuje, tylko wstyd przed tym, co już się wydarzyło, przed przeszłością, która będzie się za nim ciągnęła i o której nie będzie mógł zapomnieć, dopóki jej nie naprawi. Tak naprawdę obudzenie świadomości w komputerze, które dla innych ma być początkiem, dla niego będzie zakończeniem – początek był bardzo dawno temu. Sil naprawdę poświęcił większość życia badaniom sztucznej inteligencji, ale początkowo była to w większości inteligencja prawdziwa, żywa, której potencjał cyfryzacyjny analizował. Wtedy jednak nie zajmował się tym sam – we wszystkim pomagała mu Jigge 207, dziewczyna równie błyskotliwa i jeszcze bardziej marząca o sławie niż on. I, jak dzisiaj uważał, niestety, niezwykle ufna wobec niego i jego talentu. Tamto doświadczenie robili właśnie w tych piwnicach, banalne doświadczenie, które dopiero miało otworzyć drogę do kolejnych, doświadczenie, które powinien przeprowadzić na czymś innym, ale Jigge była przekonana, że zadziała. Odczyt, cyfryzacja i ponowne wgranie... I zarazem stało się ostatnim, które pamiętała, a raczej jego początek, bo jej świadomość nie wróciła już do niej z powrotem w formie zdolnej do funkcjonowania. Potem były lata samotnych, rozpaczliwych eksperymentów już z jej nieświadomym udziałem, które miały naprawić to, co tamten jeden zepsuł – bez skutku. Ostatecznie Sil doszedł do wniosku, że jedyną możliwością ożywienia dziewczyny będzie wgrać jej umysł całkiem na nowo, z czegoś co sam stworzy od początku z tego, co niegdyś podczas nieudanego doświadczenia zapisało się w jego komputerze. Czy raczej – co stworzą według jego instrukcji inni ludzie, bo jak sam zrozumiał, naturalna inteligencja to nie jest coś, co można odtworzyć i zapisać na jednej maszynie liczącej. Ale czy tym razem się uda? Z czasem, kiedy system zaczyna funkcjonować, dochodzi do pierwszej rozmowy – ale czy naprawdę elektroniczny twór może być tym samym, co prawdziwa, żyjąca osobowość? I czym stanie się to, co pozostanie w mechanicznym mózgu, kiedy Jigge zostanie już odłączona? Wszystkiego będzie można się dowiedzieć, jeśli tylko ktoś nie zinterpretuje coraz bardziej obsesyjnej zawziętości Sila jako zagrożenia, co, jak widać po czytelnikach, nie jest wcale takie trudne...
Komputery naśladujące człowieczeństwo, miłość, do której mogą prowadzić tylko liczby i wszechobecny niepokój, czym to wszystko się skończy. Smutne i zaskakujące.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.Kod” (Eene Onmnes Uksi Joikka)

Strefa, nazwana przez odwiedzających ją dwunastą, była pusta, wyczyszczona ze wszystkiego prócz kamieni, przepełniona jedynie echem, dudniącym gdzieś ponad nią. Ahsawianie, uważający samych siebie za kogoś w rodzaju archeologów obcych planet, a w rzeczywistości raczej grupka plądrowników, bogacących się dzięki pozostałościom po wymarłych cywilizacjach, nie znosili tego miejsca. Z technicznego punktu widzenia było lepsze od wielu z tych, które widzieli, bezpieczne, pozbawione dżungli czy drapieżników, a jednak... Co ważniejsze było również pełne skrytek, niezbadanych bunkrów, sejfów poukładanych w opustoszałych budowlach mieszkalnych, a w nich: przedmiotów, o których marzyli bogaci kosmiczni kolekcjonerzy. Niekiedy zamki były podniszczone, możliwe do wyważenia, częściej ukryte za banalnym hasłem, a zdarzały się też takie przypadki, którym czwórka podróżników musiała poświęcić wielokrotnie więcej czasu. Tak właśnie było tym razem – kod nie był nigdzie zapisany, a jedyna, opisowa wskazówka, jaka zdawała się czekać specjalnie na tę okazję, odwoływała się do... gry, w której jedna z odpowiedzi miała być jednocześnie hasłem do zamku. Gry tradycyjnej, „zewnętrznej”, animowanej, przypominającej ziemskie gry komputerowe, w których wirtualnym świecie gracz nie wędruje osobiście, a za pośrednictwem reprezentującej go postaci. Z których formułą rozwinięta kultura Ahsawian nie miała styczności od kilku setek lat i z którą czwórka bohaterów również nie miała teraz ochoty mieć.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.

Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

79.Coś tam się stało” (Moih Ge)

Południowa część planety Elzen zawsze była dziwna. Odcięta politycznie i handlowo, milcząca, pozbawiona głośniejszych wydarzeń, konfliktów czy wyróżniających się twarzy. To by jednak nikomu nie przeszkadzało w nadzwyczaj rozwiniętej technologicznie i wspaniale prosperującej grupce krajów, gdyby ci, którzy jechali je odwiedzić, zawsze wracali. Nie zawsze jednak tak było – począwszy od dociekliwych agentów, z pomocą których korporacje próbowały wykraść sekrety tajemniczych państw, przez bardziej ciekawskich turystów, po tych, którzy po prostu próbowali odszukać swoich bliskich, którzy wyjechali wcześniej, wszyscy z mało przekonujących względów decydowali się pozostać w obcym miejscu na stałe. Nie to, że urywał się kontakt – łącza bez przewodowe ani na chwilę nie przestawały pracować ani po owej decyzji, ani przed nią, nie było żadnych porwań, żadnych wymuszeń.
Taber Ta, pasjonat badań procesów myślowych i inspirowanych nimi wynalazków, doskonale wiedział o tych problemach. I na pewno nie zbliżałby się do granicy, gdyby nie opracowane przez niego właśnie urządzenie i uzyskane przez niego wyniki. Działanie, polegające na wyodrębnianiu obszarów, w których skupia się aktywność inteligencji ludzkiej, sprawdzało się wspaniale, ukazując przepływ fal energetycznych, a skany szerszej przestrzeni uzyskane z poziomu satelity zachwyciły Tabera. Dopóki nie dostrzegł obrazu z dolnej półkuli, złożonego nie jak poprzednio z punktów, ale z całych plam, które rozciągały się kilometrowymi pasmami. Co to mogło oznaczać? Taber początkowo stawiał na błędy, spowodowane przez fale gamma, których ogromne ilości produkują elzańskie komputery. Sprawa nie wydawała się jednak być taka prosta, tak więc ostatecznie za namową i w towarzystwie przyjaciela Omiga Se, od dawna zaintrygowanego, co się w tamtej strefie może dziać, postanowił opuścić bezpieczne laboratorium i polecieć do Pelienu.
Początkowo jedyny dowód faktu, że coś jest nie tak, stanowi sam obraz z urządzenia, które pomimo ciągłego zwiększania dokładności, wciąż pokazywało to samo – inteligencję rozmytą między ludzi, ziemię i przedmioty. Oraz zachowanie mieszkańców, którzy niezmiennie sprawiali wrażenie sennych i nieobecnych... Mimo to gościnnych – z radością oprowadzają dwójkę badaczy po kopalniach, rozległych pracowniach komputerowych, w których „mogą myśleć” i hodowlach białej, kalafiorowatej rośliny, która nie rośnie nigdzie poza tymi paroma krajami... Wystarczy jednak, że Omig sam spróbuje dołączyć do informatyków piszących na klawiaturach, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli, powrót już nie był prosty, a opis rzeczywistości, który dał Taberowi jego wynalazek, stał się przerażająco oczywisty...

Literatura Elzen zgodnie klasyfikuje Coś tam się stało jako horror, jednak czy ta książka naprawdę straszy? Teoretycznie tylko zaciekawia – najpierw zachowaniem mieszkańców południowych rejonów, potem tym, co je powoduje, a wreszcie tym, jak się w nim połapać, żeby do nich nie dołączyć i dopiero te dwie ostatnie rzeczy zaczynają być niemiłe, pomimo że... działają na takiej samej zasadzie, co ta pierwsza i pewnie trudno byłoby wydzielić, kiedy prawdziwe obawy się zaczynają. Okazjonalne przykłady tego pierwszego natomiast autor podrzuca nam, zanim jeszcze do akcji dołącza Taber – odbierane z sieci półprzytomne i dziwnie lękliwe tłumaczenia na temat kamieni, komputerów i śniegu trochę śmieszą, trochę zastanawiają, ale nie budzą grozy. Czego innego doświadcza już Taber, który jest świadkiem tego, jak większość tego, co mieszkańcy mówią, nie jest obmyślane w ich ciałach, a gdzieś pod ich stopami. I który im więcej spędza czasu w ich towarzystwie, tym szerszy sens zaczyna wyłapywać z abstrakcyjnych napomknięć o niezbłędnych kalafiorowych roślinach, dokładaniu budulca do kopalni i udoskonalaniu wody. Oraz oczywiście komputerowych maszynach liczących, które znajdują się po zupełnie innej stronie klawiatury niż nam się wydaje.
Najlepsze w tej układance jest to, że nie wiadomo, czy w ogóle można coś z niej ułożyć. Bo, owszem, mieszkańcy nam coś mówią, zwłaszcza Omig, którego główny bohater wciąż ciągnie ze sobą, ale czy to aby na pewno oni sami starają się dać nam podpowiedź, prosząc o pomoc i walcząc ze swoim umysłem, czy mamy do czynienia od początku do końca z bezwzględną sztuczną inteligencją, która chce sobie powiększyć procesor o mózg Tabera? Zainteresowanie czytelnika główny bohater przyciąga mniej – na pierwszym planie jest zderzenie skonfundowanej psychiki bezradnych, nierozumiejących, co się z nimi dzieje, ludzi, z cyfrową mechaniką, która nimi zawładnęła. Niezapomniana jest scena w przerośniętej bibliotece, gdzie Peliency są w stanie mówić niemal wyłącznie za pomocą liczb, a jeden z nich, wywołany kilkakrotnie przez zdesperowanego Tabera, wymawia z bólem powoli każdą z cyfr z osobna, z rozpaczą na twarzy, która zdawała się opisywać całkiem inną treść. Ciarki wywołuje zresztą już sam opis tego, jak pracownicy poruszają palcami na klawiaturze, patrząc przed siebie, albo to z jakim lękiem stoją nieruchomo, kiedy nie są do niczego potrzebni, a wreszcie zbiory dokumentacji technicznych, które okazują się być zbiorami na równi papieru i ludzi. Czy to wszystko może być żartem komputera, który niejednokrotnie tu pokazywał, jak łatwo idzie mu nauka sposobu odczuwania istot żywych i jak dobrze potrafi na grać na emocjach bohatera (i czytelnika)? Finał wskazuje, że tak, ale i że zawsze istnieje też ta jedna ukryta szansa, szczegół, który można wykorzystać – lub nie. Trzeba jednak wreszcie odgadnąć, co jest oszustwem, co nie jest, i jakie to wszystko może mieć znaczenie.
Polecam zarówno tym, co lubią się bać, jak i tym, którzy lubią się zastanawiać. W jednym i drugim przypadku chodzi o nieznane.

poniedziałek, 25 maja 2015

66.Zielone” (Inineniige Igsi Iwelii)

W domu Ingii Enwiinifi żyje sobie pewne stworzenie. Przypomina trochę ziemską roślinę, trochę grzyba, trochę bakterię, ale tak naprawdę nawet sam Ingii Enwiinifi nie ma pojęcia, czym to jest. Stworzenie przypomina korzeń ziemskiego drzewa, który zamiast włazić bardziej w ziemię, wypełza na zewnątrz, jednakże mocniej przylega do podłoża i ma kolor zielony. Ingii nie wie nawet, kiedy się pojawiło – było w jego domu od zawsze, ulokowane na styku kamiennej ściany z metalową, przez cały, porównywalny do naszych trzystu lat okres dwudziestu iliiwiniańskich miesięcy, stanowiący połowę życia Ingii. Nie żeby mu się to podobało – nie raz próbował pozbyć się gada, szorując ostrymi kamieniami, wypalając ogniem, próbując odcinać po kawałku czy starając się wykopać. Nic nie było w stanie w jakikolwiek sposób naruszyć struktury dziwacznej struktury, choćby zadrapać jego powierzchni. Oczywiście niby Ingii mógł się wyprowadzić, ale... w zasadzie nic go z domu nie wyganiało. Stworzenie po prostu tam było, siedząc jak wyjątkowo osobliwa ozdoba pokoju, nieruchomo, zawsze w tym samym rogu. Jednak Iliiwinianin, pomimo tego, że się nie wyprowadzał, martwi się, bo dziw nieco się zmieniał. Z ciekawości co jakiś czas bardziej się nim interesował i dzięki temu udało mu się zmierzyć, że przez pierwsze sześć miesięcy „ramiona” żyjątka wydłużyły się o jeden igsiil, równy mniej niż milimetrowi. Przez następne sześć natomiast o dwa igsille. Przez następne o cztery...
Jednym z największych cudów techniki Iliiwi jest dostępne dla każdego urządzenie stanowiące połączenie przepowiadacza przyszłości z wehikułem czasu – coś, co pozwala nam przelecieć kilka alternatyw przyszłości i powołać do istnienia tylko tę, która nam się podoba. Ingii Enwiinifi często jest pytany, dlaczego nie wykorzysta czaso-mysłu do usunięcia dziwactwa ze swojego domu, ale uparcie pozostaje przy swoim – nie zrobi tego i nie powie, dlaczego. Ale to nie jest prawda – Ingii już dawno wykorzystał możliwości dawane mu przez urządzenie, zarówno próbując zniszczyć zielone stworzenie za wszelką cenę, włącznie ze swoim domem, jak i sprawdzając opcję powiedzenia komukolwiek o swoich przemyśleniach oraz przenosząc się w najodleglejszą przyszłość w celu ich sprawdzenia. Niestety przewidywania potwierdziły się – jego zielony współlokator działał zgodnie z matematyką, nieosłabiony przez czas ani odległość. Po około siedemdziesięciu miesiącach, których już Ingii nie doczeka, wpływ dziwadła stanie się odczuwalny dla jego domu i naprawdę widoczny, natomiast po kolejnych siedemdziesięciu... Nie było jednak żadnego rozwiązania, ani jedna wersja wydarzeń nie dawała szans na ocalenie świata, tajemnicze paskudztwo zawsze przeżywało, niezależnie od tego, jak wiele nacji jednoczyło się, by je stąd wygryźć i jak wielu ludzi było gotowych zginąć razem z nim. Tym, co Ingii wybrał jako najrozsądniejsze, to zachowanie wiedzy na temat tego, co zobaczył, dla siebie, i wiara, że mieszkańcy Iliiwi wykorzystają pozostałe im kilka setek miesięcy na szczytne cele, szerzenie dobroci wobec siebie i zdobywanie doświadczeń, zamiast marnować je na wieczną walkę z czymś, czego nie można pokonać.

Trudno powiedzieć, dlaczego Inineniige napisał tę książkę, tym samym zdania krytyków są podzielone i bardzo różnorodne. Według niektórych jego zamiarem był horror psychologiczny oparty na wewnętrznej tragedii głównego bohatera i jego wizjach, w których miesza się to, co widział podczas swoich samotnych podróży, z tym, co po prostu przychodzi mu do głowy. Inni twierdzą, że to właśnie te abstrakcyjne, nierealne wizje były głównym celem artystycznym, a motyw niezwykłego stworzenia (które czasem też jest tu zaliczane do urojeń) jest tylko pretekstem do snucia cudacznych rozważań. Są też tacy (w większości pochodzący z konstelacji planet Imperium Zyngwozian), którzy twierdzą, że najmocniejszy nacisk został tu położony na motywy bitewne, całkiem często w tych wizjach się pojawiające, i że książka stanowi zachętę i pochwałę prób walki o własne życie, nawet jeśli nie ma to wpływu na nasze przeznaczenie. Nie chciałabym oczywiście sugerować wyższości którejkolwiek*, jednak do mnie najbardziej przemawia ta, zgodnie z którą zielone coś jest metaforą nieuchronnego końca, który w mniejszej czy większej skali stoi na drodze wszystkiego co robimy lub czym jesteśmy, i którego świadomość nigdy nas nie odstępuje. Mam wrażenie, że można bardzo dosłownie potraktować ostatnie wnioski głównego bohatera, który postanawia nie obarczać współrodaków wiedzą o zbliżającej się apokalipsie, pozwalając im się cieszyć życiem i wszystkim, co mają, i nie tracić sił na próbę zapobiegnięcia czemuś, do czego i tak musi dojść. Świadomość końca nie powinna nas zatrzymywać, ograniczać, bo myśląc o nim i bojąc się nie zyskamy czasu ani niczego innego. Autor zdaje się pochwalać beztroskie zapomnienie, w którym możemy się poczuć szczęśliwi oraz dawać szczęście innym, choć pozornie wydaje się to niezbyt mądre. Obawy i zastanowienie budzi jedynie Ingii Enwiinifi właśnie, który wie i już się tej wiedzy nie pozbędzie. Ukrywając ją przed innymi, a nawet niekiedy walcząc o to, by ktoś inny nie wykorzystał czaso-mysłu do poszukiwań, czyni się nieszczęśliwym i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ma się wrażenie, że dręczy go odpowiedzialność za los całej planety, jak gdyby to on swoją decyzją wybrał dla niej zakończenie.
Coś bardzo frapującego, zastanawiającego i zyskującego dziwną iskierkę nadziei dokładnie wtedy, gdy przepadają ostatnie szanse na dobre zakończenie.


A na zakończenie – niespodzianka! Następna recenzja otworzy nam miesiąc czerwiec i tym samym będzie pierwszą z tematycznej serii Czerwiec z Intrawikiem aw Łelorą, który ponad rok temu podbił serca Czytelników książką Złodziej kamieni. Wierzę, że sprostam wyzwaniu i się Wam spodoba ;)


_______________
*Sam Inineniige Igsi Iwelii odżegnuje się jednakowo od każdej teorii, powtarzając uparcie, że nic nie pamięta. Co to idei i zamiarów tego zachowania interpretatorzy również nie są zgodni.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

62.Czy wiesz, że to ja?” (Huzlerforantitawhah Pioon)

Tamtraugarwona już nikt nie poznawał. Wydawałoby się, że nie tak dawno jeszcze każdy czcił jego osobę, wyśpiewując jej imię i wznosząc monumentalne Tamtraugaria ku chwale jego wielkiej kreacji. Mógł pozostać na tronie z diamentu, zbierając miłość i niekończące się dary, kształtując wiedzę i myśli. Jednak sam zadecydował, nie chciał patrzeć na narody i królów klękających przed nim jak niewolnicy. Nie tak to sobie wyobrażał, choć wtedy miałby wszystko. Nie potrzebował wszystkiego, chciał być tylko blisko nich i chciał, żeby oni byli sobą. Gdzie jednak mogło być miejsce dla osoby z diamentowego tronu?
Wielokrotnie nad tym myślał, także dzisiaj, nad szklanką wieczornego naparu daworznowego. Wydawało mu się, że mógłby po prostu spacerować i podziwiać bez końca, a jednak niespodziewanie po tych latach nadszedł moment, gdy musiał odpocząć. Jak jednak, gdy wciąż wszyscy zginali się przed nim wpół, nie mogąc wykrztusić słowa z uwielbienia i zachwytu, i zmuszając, by wciąż bezwiednie brał to, co mu dawano? To nie o to chodziło. Kiedy wreszcie po latach udało mu się znaleźć kogoś, kto go nie rozpoznał, czuł jednocześnie radość i smutek - jakgdyby coś się skończyło i zaczęło zarazem. Ale wtedy nie mógł dostać już nic za darmo...
Zabawne, jak szybko to wszystko minęło. Sam się nie zmianiał, wciąż przemierzał świat i przyglądał się mu, jednak sam ten świat zmieniał się, rozkwitał, powiększał, a przy tym coraz mniej istniało ludzi i stworzeń, które go poznawały. Ale nie mógł już nic dostać za darmo - czy w ogóle pamiętał jeszcze jak się to robi? Musiał zapracować na odpoczynek, na pożywienie, na odzież, którą odbierał mu czas, na dach nad głową, który miał być dla niego nowym miejscem na świecie, domem lepszym niż diamentowy tron. I na ludzką miłość, którą z bliska chciał poznać najbardziej. Rozmyślał o tym wpatrzony w szklankę wieczornego naparu daworznowego, gdzieś w jednej z milionów maleńkich restauracyjek na planecie, nie rozpoznawany już przez nikogo. Czy to była jedyna droga? Ostatecznie nie mógł zbliżyć się do ludzi bardziej niż stając się jednym z nich - żyjąc.

Wierzenia mieszkańców Palwfali są bardzo charakterystyczne i, co ciekawe, zgodne pod względem tego, jak powstał świat, a zwłaszcza co działo się potem, przez co daleko wykraczają poza zwykłą religię. Ich sposób wnioskowania wyklucza zarówno samoistne pojawienie się życia jako efekt uboczny praw fizyki jako nieprawdopodobne, jak i istnienie doskonałego stwórcy jako nienaukowe. Zamiast tego kolejne pokolenia zaskakująco jednomyślnie odkrywają wciąż na nowo przejmującą historię nieokreślonej bliżej osoby, która po zbudowaniu świata nie była dłużej w stanie istnieć poza nim. Ciężko byłoby tu wymienić wszystkie innoplanetarne tytuły dzieł psychologicznych i filozoficznych, które rozwodziły się nad głębią i wieloznacznością tego, na co bohater (tu zwany Tamtraugarwonem) się zdecydował, jaka jest definicja życia i społeczeństwa. Czy życie okazało się dla niego piekielną pokusą, a może był to po prostu dalszy ciąg procesu tworzenia, który zaczął się od planety? Czy taka egzystencja była błędem czy wręcz przeciwnie: tym, czego pragnął, tylko już nie był w stanie pojąć? Huzlerforantitawhah Pioon, jako jeden z setek autorów, bardzo wdzięcznie radzi sobie z tym subtelnym zadaniem, wędrując pomiędzy ładną relacją a rzucanymi niepozornie paradoksalnymi odpowiedziami, wskazówkami i alternatywami, prowadząc nas obyczajowymi ścieżkami przez świat pytań. Oczywiście nie to jest najważniejsze i jest tu wiele więcej, ale czuje się, że właśnie to autor chce nam pokazać najbardziej.
Rzuca się w oczy to jak szczerze Palwfalianie wierni są swojemu punktowi widzenia, co objawia się tym, z jaką dobrocią podchodzą do każdego, kogo spotykają choćby po raz pierwszy, okazując mu cichy szacunek i zaufanie - tak w powieściach, jak i naprawdę. Przekonanie, że gdzieś tam na ich planecie, być może na wyciągnięcie ręki, istnieje wciąż nieśmiertelny (choć ludzki) stwórca wszystkiego, co znają, kieruje nimi w każdej dziedzinie życia i stanowi uniwersalną podstawę wszelkiej moralności. Jest sugestią, że nigdy nie możesz być pewien, jak ważny i wyjątkowy jest człowiek, który staje na twojej drodze, co przeżył i jak cudownych rzeczy dokonał lub też: jakie przeznaczenie przed nim stoi. Nawet jeśli to akurat nie on stworzył Palwfalię.
Melancholijne, smutne, pełne refleksji mieszających światotwórcze myśli z rzeczywistością i pozwalające nam podziwiać tysiące lat zaniku tych pierwszych na korzyść tej drugiej. Może nie dla każdego, ale też niezapomniane.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

61.Taniec na dymie” (36 An Lorwik)

Mówi się, że bez miłości nie można żyć - z pewnością nie można, a wręcz nie wolno na Aznaza. Czy może raczej takie było założenie wieki temu - kilku władców planety umyśliło sobie wtedy, że w ich świecie nie powinno być miejsca dla ludzi, którzy nie potrafią sobie w żaden sposób zapracować na czyjkolwiek szacunek i sympatię, nie próbują niczym się wsławić, komukolwiek pomagać czy choćby założyć rodziny. Początkowo jakoś to nawet działało, dopóki jeszcze było w tym uczuciu choć odrobina szczerości, jednak komputerowa racjonalność, jaką te reguły szybko wymusiły na Aznazie, sprawiła, że dziś słowo miłość stanowi tam raczej niezbyt przyjemny synonim popularności i nikt nie pamięta, czym powinna być naprawdę. W pogłębiającej się antyutopii motorem napędowym wszystkiego był strach przed samotnością; ludzie nie byli w stanie wzbudzić w sobie nawzajem zaufania robiąc wszystko z myślą o sobie, z udawaną bezinteresownością, co na starcie niszczyło szanse na prawdziwe zakochanie się. Właściwie jedynym sposobem na zdobycie miłości-popularności były media - wszechobecne historyjki i rozrywka, której bohaterowie byli lubiani przez każdego z miliardów swoich widzów choć w maleńkim stopniu, nawet przez tych, którzy byli na dnie społecznej samotności. I których większości autorem i dostawcą był B 3 Noktif, dziedzic rodzinnego kanału audiowizualnego i utalentowany śpiewak, który wśród tych, którzy naprawdę coś o nim wiedzą, jest znany jako ten, kto nie kocha nikogo prócz siebie.
Główna postać tej historii znajduje się jednak po przeciwnej stronie skali - 22 Fizril po wielokrotnych próbach nieudolnego wymuszenia zakochania się w sobie u kogokolwiek, zyskuje ocenę negatywną w kolejnym skanie powszechnym i ściąga na siebie uwagę systemu likwidacyjnego. Ostatnią deską ratunku, jaką dla siebie dostrzega, jest nowy program interaktywny - Taniec na dymie. Jego celem ma być selekcja uczestników o największych zdolnościach artystycznych, które prezentować będą na wizji, którzy otrzymają bilet do nowo utworzonej kolonii księżycowej zwolnionej od obowiązku miłości. 22 Fizril przystępując do castingu, marząc, że transmisja wywinduje go do bezpiecznego świata celebrytów. Nie podejrzewa jednak że program stanowi element chytrego planu B 3 Noktifa, który chce dzięki niemu zaskarbić sobie jeszcze większą sympatię widowni. Tylko czy Taniec na dymie nie obróci się przypadkiem przeciwko swojemu twórcy, kiedy zdeterminowany i niezdarny 22 wejdzie do akcji, popisując się przed widzami, takimi jak on? Nikt nie ma pojęcia, jak wiele nagle może się zmienić.

Ludzie mają straszne parcie na szkło, dlatego zjawisko nie jest nam obce. I choć Aznazianie są tutaj usprawiedliwieni, bo od popularności wprost zależy ich życie, ich zachowanie jest wręcz śmiesznie znajome - nie brak nastolatków głupiejących na widok witającego ich tłumu, doświadczonych nadętych artystów, ani kombinatorów, którzy zrobią wszystko i przekupią kogokolwiek, żeby wleźć jeszcze wyżej. Reakcje jury wydają się wycięte z ziemskiego Mam talent - po co oceniać poważnie i uczciwie, skoro lepiej powiedzieć coś zabawnego i zgarnąć dla siebie miłość publiczności? Wysoki profesjonalizm występów wcale nie przeszkadza w tym, że kolejne popisy taneczne przebijają się w sztucznej wesołości i nadskakiwaniu, komu popadnie, co na ironię implikuje największą sympatię u oglądających. Na szczęście mamy od czasu do czasu i wiadro zimnej wody w postaci głównego bohatera, który mimo starań jest zbyt pochłonięty ukrywaniem się przed systemem likwidującym, by podchwycić powszechną wesołość, dzięki czemu nie zawsze patrzymy na ów rozrywkowy młynek od środka. To wtedy najmocniej widać złośliwy zachwyt 36 Any Lorwika nad genialną skutecznością, z jaką audiowizualna popularność potrafi wyczyścić nam mózg i zmienić w - uwielbianą i znaną, ale jednak - laleczkę, która ku uciesze tłumu robi najbardziej cudaczne i bezsensowne rzeczy. Do tego dochodzi jeszcze finał konkursu, który przeradza się w niebezpieczną przepychankę we wciąż żartobliwych ramach, a każdy z uczestników odsłania swoją ciemną stronę, zdeterminowaną na to, żeby się z tego świata wydostać...
Aż ciężko uwierzyć, że to, o czym czytamy, na realnej Aznazie pojawia się dopiero w zarysach - autor bardzo śmiało rozwija desperacje dążenie do sławy w nadzwyczaj celną wizję świata, w którym wartość uzyskuje się jedynie robiąc bezwartościowe rzeczy, zadeptując to, czym rzekomo cały czas się kierujemy. Było to ostrzeżenie, które na rodzimej planecie pisarza na szczęście zadziałało.
Historia, która wywraca nasz, skupiony na powierzchowności i talentach, świat do góry nogami, śmieszy, przeraża i martwi jednocześnie. Mnie się bardzo podobało i uważam, że każdy Ziemianin powinien przeczytać.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

59.Lodowa” (Sejfen Sezoni Czirofru)

Czyżbyśmy znów mieli Wielkanoc? ;) Ziemia rotuje tak szybko. Wygląda na to, że będziemy się spotykać regularnie w drugi dzień świąt i że co roku będę mogła życzyć Wam spokojnych chwil z rodziną, wesołego jajka i pięknej pogody. A tymczasem... Każdy z nas słyszał o nierównościach klasowych – o tym, jak bardzo ludzie mogą się od siebie różnić, jak mogą z tego powodu cierpieć i jak wielki oporem potrafi reagować świat, gdy osobom pochodzącym z różnych warstw społecznych mimo wszystko uda się zbudować nić porozumienia. A co, gdyby same te różnice sprawiałyby, że nie powinni się do siebie zbliżyć?

Dżosidiu przyciągała uwagę tym, że zawsze trzymała się w odosobnieniu. Nie było to co prawda całkowicie możliwe na Trzecim Uniwersytecie, jednym z dwudziestu dwóch na Nowronie, gdzie główny bohater, Alefi, ją spotkał, dało się jednak zauważyć, że unika dłuższych rozmów, uśmiechów, jakby bała się zaprzyjaźnić. Było to dla chłopaka coś zupełnie nowego – jako wychowanek Chmurnych Domów, z których pochodzili w zasadzie wszyscy uczniowie, żył wśród ludzi, dla których codziennością była radość, otwartość, okazywane każdemu sympatia i zaufanie. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro tam, gdzie się wychowywał, niczego nie brakowało, niekończące się ciepło i światło słoneczne sprawiało, że naniebne owoce szybko dojrzewały, a z powietrznej piany kwitły wspaniałe budowle. Nie było powodów do smutku czy walki o cokolwiek. Na tle tego wszystkiego Dżosidiu niezwykle się wyróżniała, odbierał ją jako tajemniczą i niezrozumiałą, choć wcześniej nie było rzeczy, do której pasowałyby mu te słowa. Na jego próby poznania jej bliżej, reagowała nieśmiałością i wycofywała się, i to tym bardziej im więcej uprzejmości i ciepła jej okazywał. Tym też jednak bardziej on nie ustępował w swoich staraniach i niedługo trwało, nim całe zainteresowanie, poświęcone dotąd nauce, przeniósł na nieznajomą koleżankę, która jednocześnie, bez swojej wiedzy, stała się najbliższą mu osobą.
Dopiero niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Dżosidiu spojrzała na niego inaczej, otworzyła się nieco, a Alefi jej odtąd niezmiennie towarzyszył, pomagając i poprawiając humor każdego dnia. Pomimo ciągłej zachowawczości, ich spotkania przestały dotyczyć szkoły i obowiązków. Dziewczyna widziała, jak bardzo Alefi zależy na tym, by ją rozbawić, jak bardzo się o nią troszczy i jak wielką przyjemność sprawia mu jej uśmiech, który teraz coraz częściej się pojawiał i była przy nim szczęśliwa. Czuła, że przy nim staje się kimś lepszym, takim jak on, pełnym optymizmu i ciepła. Wiedziała jednak też, że jako wychowanka Domów Lodu nikim innym stać się nie może i że wkrótce musi powiedzieć mu prawdę. Od tego zależy jej życie.

Przez większość lektury, podobnie jak Alefi, nie wiemy wiele o Dżosidiu, choć czytelnicy bardziej zorientowani w układzie społecznym na Nowronie dość szybko mogą się domyślić, o co chodzi. Już zresztą sam romantyczny charakter historii sugeruje tragiczność sytuacji i to, że Dżosidiu jest ostatnią osobą, której Alefi powinien okazywać miłość. Podczas gdy on pochodził ze świata jasności, tacy ludzie jak Dżosidiu, mieszkający setki kilometrów pod nim, musieli żyć bez styczności ze słońcem, w wiecznym mroku i zimnie. Nie brakowało oczywiście społeczności, które znalazły sobie miejsce pośrodku, na tyle silnych, żeby nie spaść niżej, a przy tym na tyle słabych, że nie byliby w stanie utrzymać się bliżej nieba. Natomiast im dalej od ciepłych chmur, tym bardziej potrzebne było przyzwyczajenie się do ciemności i mrozu, które Nowronom zapewniał składnik lodu w ich komórkach. To była najskuteczniejsza strategia – mieszkańcy nizin nie odczuwali zimna, bo było ono ich częścią, podobnie nie odczuwali bólu, głodu i samotności. Co za tym idzie niestety, nie odczuwali też niczego innego, co lód w nich rozwijał i w czym byli pogrążeni – smutku, rozpaczy i zagubienia. Lód sprawiał, że pozytywne uczucia, tak typowe dla szczęśliwców na górze, jak optymizm i radość, stawały obojętne, obce, a im niżej, tym trudniej ludziom było je w sobie znaleźć.
Domy Lodu były położone najniżej, tak że ciało Dżosidiu w całości rozwinęło się w czystą bryłę lodu. Sejfen Sezoni nie odpowiada nam na pytanie, jak ktoś wychowanemu w takim marazmie i braku wiary w siebie znalazł się na Uniwersytecie (przez co jest to dość fantastyczne zjawisko), w zupełności poświęcając się ciężarowi konsekwencji lodowej budowy, który już ani na chwilę nie budzi wątpliwości. Dżosidiu chciała po prostu się uczyć, nie spodziewając się, że wśród ludzi może spotkać ją jeszcze coś innego (ani że od ludzi można oczekiwać czegokolwiek) i, wbrew pozorom, jest wtedy bezpieczna – pomimo że, choć sama jeszcze tego nie wie, nieszczęśliwa. Trzymając się z dala od ciepła i zaufania może być w pełni sobą, niezmiennym zimnym lodem, któremu nie grozi rozgrzanie i stopienie. Pojawienie się beztroskiego Alefi w zachwycający i przerażający zarazem sposób burzy porządek jej świata, pokazuje, że życiu można nadać sens i uczynić każdy dzień wyjątkowym. Nowe uczucia czynią ją szczęśliwą, musi jednak walczyć ze świadomością, że mogą ją zniszczyć. Każda chwila i kolejne krople rozmarzającej wody zdają się przybliżać nas do katastrofy, gdy w końcu Dżosidiu traci poczucie, co tak naprawdę będzie dla niej śmiercią – rozstanie się z życiem czy z ukochanym. Wszystko zależy od niej i od Alefi, który nigdy, nawet na odległość, nie zostawi jej samej.
O miłości, która bardziej niż uczuciem jest walką z samym sobą. Polecam nie tylko romantykom.

poniedziałek, 23 marca 2015

57.Spojrzenie na Ziemię” (Erwri Prifs Apkselitatr)

Wśród biografi Erwri Prifs Apkselitatr, pomimo że sama jest Doananinką, można spotkać osobistości z całego Wszechświata, o różnorodnej specjalizacji i rozmiarze dorobku - pod warunkiem jedynie, że historia tych osobistości czyni je absolutnie nieporównywalnymi do nikogo innego. Życiorys Ael Hydro, w szczególności jego kilkuletni epizod poświęcony naszej planecie, zdecydowanie się do tej grupki zalicza, choć być może nie byłoby tak, gdyby nie nasza zabiegana natura oraz... pewien nakrapiany kot.

Różnic między mieszkańcami Minerwy, do których zalicza się bohaterka, i Ziemianami, nie jest wiele - w zasadzie kończy się na jabłkowym kolorze skóry i nieprzeciętnym dla nas pędzie ku wiedzy. Nic więc dziwnego, że gdy ci pierwsi zwrócili swoje teleskopy w stronę sąsiedniego układu słonecznego i pojawiła się natychmiastowa potrzeba zawarcia znajomości z nami, wymiany doświadczeń i rozwiania licznych zabobonów, zadanie uznano za łatwe i przyznano nieobytej jeszcze, choć nad wyraz utalentowanej i nieco szalonej etnografce pozaminerwiańskiej kultury. Niesłusznie - ani ona, ani jej przełożeni nie mieli świadomości, jak słabo rozwinięta pod względem kosmicznych interakcji jest Ziemia i jak wielkiej rewolucji będzie musiała dokonać podróżniczka, żeby nie wrócić z niczym. Zwłaszcza w stolicy około XXI-wiecznej Polski, do której trafiła. Ael będzie musiała się bardzo namęczyć, żeby pomimo swojej odmienności, nawiązać jakieś więzi - najpierw w środowiskach akademickich jako studentka, później także inne, zrozumieć i pokonać odgradzającą ją od Ziemian niechęć i nieufność, co pozwoliłoby jej spokojnie szerzyć minerwiańską wiedzę. Wreszcie dzięki ambicji, cierpliwości i wierze w naszą otwartość, niespodziewanie po wielu niepowodzeniach udaje jej się znaleźć tam drugi dom i prawdziwych przyjaciół. To jednak nie oni, a kotka perska, którą w prezencie od jednego z nich otrzymała, oraz to w jak specyficzny i szczery sposób traktowała swoją właścicielkę, sprawiło, że Ael poczuła się wreszcie jak człowiek.

Ta opowieść wydaje się niewiarygodna - zielonoskóra kosmitka w centrum Warszawy, niekryjąca swojego pochodzenia w XXI wieku? A jednak - w świecie pełnym dziwności, w którym każdy musi walczyć o uwagę, by zostać zauważonym, Minerwianka wpadła w sidła tej samej lokalnej nietolerancji, co ludzie niepełnosprawni, otyli czy o innym wyznaniu czy nawet zbyt śmiałej ilości tatuaży. Ludzie nie zamierzali biegać za nią z kamerą, a wręcz przeciwnie - bali się jej, wytykali palcami, nie próbując brać na poważnie tego, co mówiła. Z czym ona odważnie walczyła, ani przez chwilę nie wyrzekając się tego, kim jest ani nie zamierzając się ukrywać. W książce nie brak wspomnień i przemyśleń pisanych jej własnymi słowami, które dowodzą, że początkowo nie zawsze miała pod dostatkiem pewności siebie. Nie jest to jednak opowieść smutna – wesołe podejście bohaterki do życia udziela się nie raz, a przy nie tak miłych przeżyciach ratuje nas jej dystans, odrobina ironii i przewrotne porównania do świata Minerwy. W szczególności, gdy do akcji wchodzi nieposkromiona Pusia, która staje się dla dziewczyny odskocznią od pełnej podejrzliwości ludzkiej cywilizacji. I nie tylko - prostota postrzegania świata przez małego zwierzaka, które nie widzi w Ael nikogo obcego czy dziwnego, daje jej zupełnie nową perspektywę, według której odtąd uczy się ona rozumieć logikę ziemskich zachowań. Pomimo lat badań i studiów nad ludzką rasą, to właśnie kotka staje się dla niej najbliższą osobą, oczarowując swoją bezwarunkową miłością i spontanicznym manifestowaniem egoistycznego kociego ja, nie oceniając i nie dając taryfy ulgowej bez względu na to, z jakiej jesteś planety. Dopiero po przeczytaniu tej biografii można zdać sobie sprawę, jak bardzo „kocie” jest spojrzenie Ael na ludzi w jej pracach - ile dostrzega w nas towarzyskości, ciekawości, otwartości i ciepła, kiedy już sobie na nie pozwolimy, i jak łatwo porozumieć się z nami tą drogą. Niespodziewanie okazało się, że do nawiązania kontaktu wystarczył jeden osobnik, który będzie tego chciał.
Książka nie tylko o kosmitce, ale i o nas, Ziemianach; o tym, jak niekiedy ciężko jest się porozumieć i to w całkiem ludzkim znaczeniu, o tym, jak trudne do przebycia skutki mogą mieć powierzchowne nieporozumienia i o tym, że różnice planetarne tak naprawdę nie mają dużego znaczenia.

poniedziałek, 9 marca 2015

55.Stworzona, by kochać” (Rowru Antg)

Ta recenzja zdecydowanie nie miałaby szansy powstać bez wytężonej i bardzo dogłębnej pracy szanownego Jana Kaszanki.

Całym życiem głównej bohaterki o imieniu Ef Lona były... reklamy. Dokładniej występujący w nich wybieracz do odzieży, Op, którego niekończące się zalety i łatwość użycia prezentowała na ekranach milionów widzów na całej planecie Tetun kilkanaście razy każdego krótkiego dnia z niezmienną pasją i uczuciem. Nie, nie była doświadczoną aktorką. Nie była właściwie w ogóle człowiekiem, choć nie była też maszyną - była raczej czymś pośrodku. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć parę rzeczy o tym, jak specyficznym biznesem była tam telewizja.
Techniki przekazu audiowizualnego na Tetunie rozwinięto do perfekcji nieporównywalnej z ziemską, jednakże coś takiego, jak aktorstwo, nie było tam w żadnym stopniu tolerowane. Widzowie oczekiwali bezwzględnej szczerości, prawdziwości, wiary postaci w to, co mówią postacie na wizji, w przeciwnym wypadku uważając to za karygodne oszustwo i kpinę. Dlatego o ile wszelakiego rodzaju serwisy informacyjne, filmy dokumentalne i transmisje rozwijały się w podobny sposób, co u nas, o tyle podejście do nagrywania „sztucznych” seriale, a szczególnie reklam, poszło tam w zupełnie innym kierunku. Nie można mówić szczerze o tym, co jest celową fikcją, co nie istnieje, podobnie nie można szczerze reklamować produktu ze świadomością jego wad, które z pewnością przecież posiada. Co jednak, jeśli stworzyć istoty, które nie były tych wad i fikcyjności świadome? Jeśli wychowywałyby się w świecie idealnym opartym na tym, o czym mówią i o czym nie potrafiłyby myśleć inaczej niż w superlatywach?
Rozwijająca się dotąd powoli, acz skutecznie, inżynieria genetyczna, dała nowatorskim producentom natychmiastową szansę do przetestowania tej tezy. Równolegle do prawdziwej rzeczywistości, zaczęło powstawać tysiące mikroświatów opartych o odpowiednio spreparowany sens istnienia i system wartości oraz zamieszkiwanych przez specjalnie zaprojektowanych ludzi o sposobie myślenia, który pozwoli im naturalnie się w owym sensie i systemie wartości orientować. To właśnie jeden z takich światów zamieszkuje Ef Lona. Jest ideałem reklatonki, uważającej biel i zapach za najwyższą wartość pod słońcem i marzącej tylko o tym, żeby jej ubrania nigdy nie poszarzały. Wszystkim, czego potrzebuje jest Op, który z jej punktu widzenia zapewnia jej szczęście, spokój i lepsze jutro.
Wszystko do czasu, gdy istota działania reklam dociera do oglądających. Mikroświaty stają się kontrowersyjnym tematem debat, jednak jeszcze przed ich zakończeniem twórcy programów, żeby uniknąć odpowiedzialności, załamują się i otwierają je, zmuszając reklatonów do przeniesienia się do rzeczywistości, która jest dla nich (i dla ich psychiki) kompletnie obca i niezrozumiała, wręcz niekompatybilna. Przed Ef Loną staje zadanie, o którym jej twórcy nawet nie pomyśleli, a które jest dla niej nie do przeskoczenia - ma się nauczyć żyć w świecie bez wybielacza, gdzie nie wystarczy zrobić pranie, żeby wszystko skończyło się dobrze. Dziewczyna nie poddaje się jednak - podejmuje się heroicznej walki odszukania nowego sensu życia i czegoś innego, co mogłaby bezkreśnie kochać...

Można powiedzieć, że tak naprawdę, w chwili, gdy Rowru Antg pisał tę historię, Tetunianie stali o krok przed podjęciem decyzji, która doprowadziłaby do stworzenia czegoś w rodzaju reklatonów. Nigdy nie mógł znieść ciemnoty swoich współrodaków, którzy nie pojmowali idei sztuki i fikcji, z góry zaliczając każdą rozbieżność od faktów do podłego kłamstwa. Także, zresztą, i tę w jego książce, za co mu się mocno oberwało, jednakże już nie od wszystkich. Wizja świata podzielonego na pół, w którego jednej części prawdą jest prawda, a w drugiej dowolna fikcja, była wystarczająco sugestywna i zapoczątkowała, burzliwy początkowo, zwyczaj dyskutowania i interpretacji. Rowru nie był co ciekawe pierwszym, którego dręczył możliwość i skutki tego rodzaju manipulacji nad ludzkim umysłem - wielu jego poprzedników rozważało wewnętrzne wypaczenie istot żyjących w serialach kryminalnych i komediach romantycznych. Ale to dopiero świat reklamowy, o wiele mniejszy i niewiarygodnie ograniczony psychicznie, dał czytelnikom na całej planecie do myślenia, jednocześnie przerażając ich, zasmucając i powodując jakiś bolesny komizm. Bo chyba nie ma tu jednej sceny, która nie łączyłaby w sobie wszystkich tych emocji. Tragikomiczna jest dla nas zarówno Ef Lona tryskająca radością pod koniec pięciominutowej reklamy, nagrywanego na żywo fragmentu z jej dnia codziennego, gdy niedoczyszczone brudne pranie groziło rozstaniem z największą przyjaciółką, jak i Ef Lona załamana, gdy krótko po trafieniu do prawdziwego świata męczy się z pojęciem problemu, dlaczego nie udało jej się zdobyć serca przystojniaka na ulicy, gdy pochwaliła śnieżną biel jego bluzki. Autor nie pozostawia nam wątpliwości, że pomimo iż tworzenie takich światów i utrzymywanie ich istnienia zdaje się okrutne, to nie jest rozwiązaniem po prostu otwarcie ich i pozwolenie ich mieszkańcom żyć, bo oni już żyć i myśleć w naszych znaczeniu tych słów nie będą potrafili. Inna prawda, do której zostali przystosowani, ułożona ze specjalnie okrojonych, subiektywnych cech całości, nie da się zastąpić przez żadną inną, jakkolwiek byłaby nielogiczna i wypaczona. Z drugiej strony dla nas taka prawda nadal będzie nieprawdą, do której nie przekona nas nawet nieskazitelna szczerość reklatonki.
Książka, która, jak się rzekło, na każdym kroku smuci, przeraża i wzbudza absurdalny uśmiech. Próba zrozumienia tego, czym kieruje się Ef Lona, jest dla nas za każdym razem tak samo ciężka, jak dla niej, gdy patrzyła na nas.

poniedziałek, 23 lutego 2015

53.Magia” (Loriwargt 14)

Dawno temu ktoś w Agrawlii wynalazł kinematografię. Nie wiadomo, kto - nie zapamiętuje się przecież wynalazców niewypałów. Trudno zresztą nawet odgadnąć, jak ów ktoś wpadł na cudaczny pomysł przekazywania treści za pomocą obrazów oderwanych od osoby ich autora, którego w takim razie nie można dotknąć, by poznać jego myśli, emocje i podejścia, nie można zobaczyć już jego osobowości. O ile proste formy przekazu, którym można wiele wybaczyć, nie są Agrawlianom obce, o tyle przedstawianie całych ludzkich historii w tak wypaczony, podziurawiony sposób nie mogło się spotkać z pozytywnym przyjęciem. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że o tym dziwacznym rodzaju wszyscy już zapomnieli i nic po nim nie zostało. Pomimo jednak jednoznacznej nijakości, a nawet pewnej szkodliwości wciąż, po paru dziesiątkach długich lat, istnieją mniejsze lub większe fragmenty nagranych niegdyś dzieł, maleńki ułamek dawnych bibliotek multimedialnych, których nie udało się zniszczyć. Podobnie jak, pomimo jawnego sprzeciwu władz i rozsądniejszej części społeczeństwa, wciąż istnieją ludzie, którzy te kinematograficzne twory oglądają, trawiąc całe godziny na odgadywaniu ich ukrytych znaczeń, intencji bohaterów i wizji kogoś, kto już dawno nie żyje. Nie dziwią wszechobecne obawy i szeroko zakrojone kampanie, ostrzegające przed bezsensownymi obrazkami, które zmuszają uzależnione od nich osoby do ukrywania się w zakamarkach miast, by pozostawać z nimi tylko sam na sam, i które odrywają od rzeczywistości tych, którzy mogliby poświęcać się innym ludziom pracując, ucząc, budując i zakładając rodziny. Mimo to Arghlo 113 był jeszcze zbyt młody, by rozumieć, czym grozi oglądanie sztucznej rzeczywistości, którą pewnego pamiętnego dnia ktoś mu pokazał w tajemnicy przed jego nauczycielami. Nie było to łatwe doświadczenie – malec nie potrafił przyjąć do siebie faktu, że nie może dotknąć autora i że wszystko, czego mógłby się od niego dowiedzieć, zostało zakodowane w zachowaniach ludzi-kukiełek bez duszy. Pierwszy seans pozostał jednak w jego wspomnieniach nie tylko jako coś smutnego, ale też i kusząco niezrozumiałego, do czego będzie musiał wrócić. Wreszcie u progu dorosłości powraca do dawnej fascynacji, poznając wciąż nowe filmy i animacje i czując jak coraz bardziej zapada się w złudny świat innych nierzeczywistych czasów. Zanim odkryje, jak bardzo utracił kontrolę nad tym, co się z nim dzieje, stanie przed nim zadanie powiedzenia prawdy ukochanej kobiecie, bynajmniej nie darzącej kinematografii sympatią. Jakby tego było mało, wszystko wskazuje na to, że jego tajemnica już wyszła na jaw i na jego tropie jest już policja...

Agrawlianie borykają się z problemem kinematografii, odkąd tylko została wynaleziona. Przyzwyczaja do bierności, miesza w głowie, uczy nieprzydatnych w codzienności rzeczy – a jednak wciąż, rok po roku, znajdują się nowi ludzie, którzy widzą w niej coś zachwycającego, znajdują przyjemność w interpretowaniu jej niejednoznaczności i przekonują do oglądania innych. Władze, nie mogąc zrozumieć prawdziwej istoty magii ruchomych obrazków były bezradne wobec niej, nie mniej jak sami oglądający, którzy nawet w bardzo rozwiniętej fazie potrzeby kontaktu z tym rodzajem „sztuki” wierzyli, że są w stanie nad nią zapanować. Dopiero spotkanie jednego z uzależnionych, istniejącego naprawdę Arghlo 113, ze słynącym ze swojej obiektywności Loriwargtem 14, mogło być pierwszym krokiem w stronę radykalnej minimalizacji problemu. Wyszło jednak coś więcej niż studium przypadku mające nas przestrzec przed pójściem w ślady bohatera. Loriwargt 14, którego jedyną oceną jest samokrytyka Arghlo 113, ukazuje nie tylko jego pogłębiające się niedopasowanie do społeczeństwa, problemy w relacjach z najbliższymi, którzy nie rozumieli jego nagłej niechęci do czytania ich myśli i wiecznego zamyślenia. Równie dużo, jak nie więcej, jest niezamierzonej radości z obcowania z tym, czego na pierwszy rzut oka nie można się dowiedzieć, a czego trzeba się nauczyć czytać z twarzy, sytuacji i dochodzić do tego powoli jak do rozwiązania zagadki. Ten element najczęściej okazywał się naprzemiennie darem i przekleństwem – im bardziej Arghlo 113 potrafił zrozumieć z oglądanej, zdystansowanej fikcji, im bardziej wyrabiała się w nim czułość na ekranowe okazywanie emocji, tym bardziej banalny wydawał mu się świat „na zewnątrz” i tym mniej interesowali go Agrawlianie, którzy wymieniają się uczuciami jak jednoznacznymi informacjami, z kamiennymi twarzami, bez problemów z ich nieokreślonością i nieuchwytnością. Zresztą samo za siebie mówi opanowanie, z jakim Loriwargt 14 słucha i spisuje zwierzenia Arghlo 113. Ze słów tego ostatniego bije pełna wrażliwości euforia, przechodząca na przemian w dramatyczność i rozdarcie, przerażenie nieodwracalnością błędów, które popełnił, a jednocześnie lęk wobec tego, że kiedykolwiek mógłby przestać je popełniać – burza emocji i przemyśleń, jakich, zdaje się, sam pisarz nigdy nie odważy się okazać.

poniedziałek, 16 lutego 2015

52.Drugi punkt widzenia” (Esla Gleprrifrormasla Geni)

Z radością przyjęłam propozycję czytelniczki Meg, zawartej pod poprzednim wpisem, dotyczącej wcale niebłahej kwestii porządkowania uprawnień robotów. W poszukiwania utworu zgodnego z opisem zaangażowała się cała redakcja i choć nadal nikt nie ma pewności, czy to na pewno ten, cieszę się, że taka perełka jak Drugi punkt widzenia (zwany też czasem Definicją życia) nie będzie musiała czekać na samym końcu kolejki i podejrzewam, że nie tylko Meg znajdzie tu coś dla siebie.

Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.

Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

49.Niebezpieczeństwo” (Jor 33 Waltan)

Jor opowiada nam trzy oparte na faktach historie kilku zwyczajnych postaci, których zdaje się nie łączyć nic poza realiami, w których mają miejsce - najnowsze wieki Patranikty 18, stolicy układu o nazwie Pana Tranikta. Planeta, poza nadzwyczajnie pięknymi łąkami, pełnymi bujnych, delikatnych roślin, słynie we Wszechświecie z wyjątkowo niesprecyzowanego podejścia do kwestii tzw. awatarów - mechanicznych zastępców, które dzięki specjalnemu bio-połączeniu mogą wykonywać za nas każdą czynność od jedzenia po podróże, pozostając w naszej kontroli i izolując od potencjalnych zagrożeń czyhających za progiem. Pomimo nowoczesności pomysłu przeszkodą były tu nie sprawy techniczne, a właśnie brak jednomyślności Patraniktanian, których nastroje wahają się od absolutnego unikania wszelkiej elektroniki udającej życie, choćby chodziło o zwykłe protezy, po skrajne zapatrzenie w nią, sprawiające, że od lat nie wychodzą z domu.
Do tych ostatnich należą rodzice głównego bohatera pierwszej historii, których troska sprawiła, że nigdy nie doświadczył „osobiście” świata na zewnątrz. Z wiekiem dostrzega dziwną radość, z jaką nie posiadający robotów rówieśnicy oddają się najprostszym zabawom i ostatecznie, przekonany o sprzeciwie rodzicieli, decyduje się potajemnie zamienić miejscami ze swoim awatarem. Kolejna opowiada o zakochanym chłopaku, który nie wierząc, że zasługuje na miłość swojej wybranki, decyduje się zdobyć jej serce za pośrednictwem wyidealizowanej wersji siebie. Kiedy robot wypełnia zadanie, młodzieniec tym bardziej nie jest w stanie ujawnić się przed nią, spotyka się wyłącznie za jego pośrednictwem, aż wreszcie dochodzi do wniosku, że najlepszym dla niej będzie nigdy go nie poznać. Trzecią postacią jest mieszkający samotnie pan rodziny, który wykorzystuje myślącą maszynę do prostej pomocy w odpowiadaniu na korespondencję. Gdy jednak jego stan zdrowia pogarsza się, nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli o konieczności pozostawienia najbliższych i każe kontynuować robotowi odpowiadanie na listy nawet po swojej śmierci, jak gdyby nic się nie stało.

Życie jest niebezpieczne, bo prowadzi do śmierci - zwykł mawiać Figten Fef 2, jeden z największych zwolenników robotów-zastępców oraz, co właściwie pośrednio wynikało z poprzedniego, pięćdziesiąty trzeci prezydent Patranikty 18. Zdobył sobie uwielbienie tłumów będąc pierwszym, który nie tylko zapewnił szeroki, łatwy dostęp do wynalazku, ale również wprowadził liczne dotacje i refundacje dla konstruktorów oraz potrzebujących. Szczerze uważał awatary za ratunek dla świata pełen nieprzewidzianych wypadków i wykluczających ze społeczeństwa chorób, i w najlepszej wierze śmiało dążył do tego, żeby wyeliminować z „obiegu” prawdziwych ludzi. W pamięci kolejnych pokoleń zapisał się jednak nie jako dobroczyńca, a krótkowzroczny głupiec - naprawa skutków masowych kradzieży tożsamości, manipulacji i nagięć prawnych zajęła wiele lat, a echo dawnych problemów nigdy nie zniknęło. Pomimo oficjalnych zakazów bardziej wpływowe czy majętne osoby do dzisiaj mogą zamówić sobie swoją kopię do najróżniejszych celów i o dowolnym stopniu „ulepszenia” - już nigdy nie można było być pewnym sukcesu podczas zawierania umowy między władcami kontynentów czy podczas aresztowania potężnego terrorysty.
Książka Jora 33 Waltana również zalicza się do nurtu historii "po-awatarowych", w przeciwieństwie do wielu skupia się jednak na najmniej sensacyjnej, obyczajowej stronie tematu, gdzie nikt nie dąży do władzy i bogacenia się. Jedynym celem jest dobro i szczęście - nasze oraz osób które kochamy - których jednoznaczność niespodziewanie komplikuje się w obliczu nowej metody, jaką być może uda nam się je osiągnąć. Autor na jasnych, bliskich każdemu scenariuszach opowiada nam w zachwycający sposób, że ta droga na skróty, choć pozornie oszczędza wszystkim bólu czy trudności, zawsze jest zła. Pomimo wieku, który z kolejnymi opowiadaniami przechodził z dzieciństwa przez dojrzałość po późną starość, człowiek okazywał się być zawsze tak samo podatny na słabość wobec własnej niedoskonałości, na wmawianie sobie, że da się go zastąpić czy poprawić przez przedmiot złożony z większej ilości zalet, spełniający wyższe oczekiwania, oraz że ów przedmiot uszczęśliwi kogoś bardziej niż naturalna prawda, choćby samego uszczęśliwiającego. Tymczasem życie bez życia zawsze jest oszustwem - nie tylko wtedy, kiedy chodzi o wielkie międzyplanetarne przekręty, a może nawet bardziej, gdyż nikt nie oszukuje nas lepiej niż my sami.
Zaskakująca książka w której chwilami będziecie daleko w kosmosie wśród najnowocześniejszej i najbardziej niezrozumiałej technologii, a chwilami, zdawałoby się, tu, na Ziemi.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

48.Ta niezwykła osobowość” (Wterg Bsys Awzona Too Iuwi)

Bohaterem książki jest chłopak imieniem Alaksanir Omniwi Bsys, jednak opowiada ona nie tyle o nim i jego ucieczce z rozpadającej się planety, Egminy, ale o osobliwości życia na tej planecie, podług której się ono rozwinęło. Widocznej nie na pierwszy rzut oka - gdybyśmy odwiedzili ją przed katastrofą, zobaczylibyśmy przyjazne przestrzenie urozmaicone górami i jeziorami, rośliny o całkiem znajomych kształtach oraz oczywiście mieszkańców - nadzwyczaj podobne do ludzi drobne istoty o jasnej skórze i zastanawiająco zielonych oczach - zasiedlających maleńkie, złożone z glinianych domków przyleśne osady. Zachowanie owych ludzi wydałoby się nam jednak dziwne - zamiast polować czy uprawiać pola, większość czasu poświęcali na milczące spacery lub po prostu coś, co przypominało nasłuchiwanie. To, do czego my potrzebowalibyśmy snu i jedzenia, im zastępowało wchłanianie tego, co było rozproszonego w powietrzu. Czego? Trudno opisać to osobie, która nie jest Fizonionem, jak nazywali siebie inteligentni Egminianie, ale podobno stanowiło coś w rodzaju informacji, prostej, nie dotyczącej niczego konkretnego wiedzy, posiadanej, rozwijanej i rozpylanej przede wszystkim przez rośliny, ale też przetwarzanej przez innych "słuchających". Niecodziennym widokiem było patrzeć jak dziesiątki na wpół zamyślonych Fizonionów stoi nieruchomo pośród falujących trawowych liści i... po prostu słucha.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...

Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

44.Świąteczna historia Frankilano” (autor nieznany)

Bardzo serdecznie przepraszam Czytelników za wielkie opóźnienie :( Ja napisałam recenzję na czas, ale Blogger żadną siłą nie chciał załadować strony dodawania nowego wpisu i wyszło jak wyszło...


Z czym mi się kojarzą Święta, hmm...

Równikowe tereny planety Parsika porasta gigantyczny las. Tam, gdzie zaczynają się grube na setki metrów gałęzie, powierzchnia chowa się pod szerokimi konarami, a powietrze przypomina niekończące się drewniane tunele. To właśnie ten las jest celem corocznej wędrówki mieszkańców Kasztori Writ, jednego z miast położonego w północnych krainach. Obchody Końca Roku zgodnie z tradycją są dla nich okazją do wyrażenia miłości i szacunku wobec swoich rodziców, których obdarowują owocami jego drzew, wielkimi ciemnoczerwonymi wiśniowicami.
Jeden obrót Parsiki dookoła słońca trwa trzydzieści razy dłużej niż u nas, więc jest to rzadkie wydarzenie, ponadto sama wędrówka, pomimo iż świąteczna, rozpoczynana jest wiele lat. Nic więc dziwnego że wielu z podróżujących ma tremę co do tego jak wypadnie przed dawno niewidzianymi najbliższymi. Zwłaszcza główny bohater, Frankilano, który ma zobaczyć las dopiero po raz pierwszy, jest szczególnie przejęty i bardzo obawia się o to, jak poradzi sobie z transportem większego od siebie owocu. Wokół panuje radość, niosą się kolędy i opowieści o świątecznych bohaterach, a z nieba padają, niczym płatki śniegu, duże zielonawe krople lekkiego metanu. Chłopakowi nie udziela się jednak ta atmosfera i wciąż nie daje spokoju, co będzie, jeśli ta jedyna, pierwsza wyjątkowa szansa się nie powiedzie. Czy rodzice mu wybaczą? Czy nie sprowadzi na nich jakiegoś nieszczęścia?
Wkrótce niestety ma okazję się o tym przekonać - parę dni po opuszczeniu owocowej części lasu, dochodzi do małej katastrofy i wielka czerwona kulka spada mu z pleców w przepaść. Pozostaje mu teraz trudny wybór pomiędzy powrotem z pustymi rękami, a samotną drogą po kolejnego wiśniowica. Na szczęście ma też przyjaciół, którzy nie pozostawią go samego z tym smutnym dylematem...

Wiśniowice weszły w tradycję Parsiki tak głęboko, że nikt już nie pamięta, że ich nasiona trafiły tu w zasadzie całkiem niedawno, przypadkiem, z przelatującej obok komety. Do tego ich zaborczy rozrost wzbudzał przez pierwszą dekadę straszny chaos, grożąc objęciem nie tylko pustynnego równika, ale i reszty kontynentów. Na szczęście okolice stref umiarkowanych okazały się zbyt chłodne, a owoce nowych drzew wzbudziły zachwyt, objawiając się po raz pierwszy w samo święto, w południe, gdy słońce wkraczało w nowy rok. Odtąd świat Parsikian się zmienił, przeformowało się znaczenie ich legend, a część z nich w ogóle zaniknęło, jeśli nie było w nich miejsca na motyw leśnego owocu. Tym samym obchody Końca Roku stały się dwuetapowe i przy okazji zyskały na energiczności i uroku. Najpierw młodsza część społeczności udaje się całymi dziesiątkami w radosną podróż do niezwykłej puszczy, umilając sobie czas błyskaniem widocznymi z daleka barwnymi światełkami, które w ich sposobie porozumiewania są odpowiednikiem śpiewu i opowieści. Po powrocie natomiast wszyscy wspólnie przygotowują z wiśniowic sto potraw, a z ich skórek wycinają latawce i sukienki, czego też nigdy dotąd nie było. Barwność i euforię z zakończenia długiej ciemnej zimy, można porównać w zasadzie tylko do ziemskiego Sylwestra w Rio de Janeiro.
Świąteczna historia Frankilano jest jedną z bezimiennych bajek, powstałych tuż po rozszerzeniu tradycji, opowiadanych światełkami podczas wędrówki do lasu wiśniowców, a spisanych dopiero przez niejakiego Pei Lohni Licze. W odróżnieniu od samych obchodów mocno zauważalne są jej spokój i ciepło, w dodatku skontrastowane z niepokojami głównego bohatera, z punktu widzenia którego zawsze się ją opowiada. Nie jest to dziwne, jeśli wie się, że (w sumie podobnie jak u nas) celem tych opowiastek było nie zabawianie, a raczej przekazanie pewnej nauki, która podczas przy tej okazji może się nam przydać. Frankilano bardzo dobrze wpisuje się w kanon wiernego syna i dzielnego ucznia, choć wciąż jeszcze targanego zagubieniem, który dla Parsikian jest bardzo związany ze świętem Końca Roku. Pomimo tego, że jest to w zasadzie dzień ich rodziców (a także dziadków), to właśnie dla ich dzieci jest to sprawdzian dojrzałości i nabierania świadomości tego, co naprawdę chcą dać innym i jak rozumieją miłość oraz to, że im na kimś zależy.
W sam raz na nasze Święta i do tego daje do myślenia.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

41.Ucieczka z kosmosu” (Kwiin Lonial)

Do pewnego momentu astronomia nie zajmowała specjalnego miejsca w cywilizacji planety Ijknont, rozwijając się po prostu jako nauka o najbliższych gwiazdach i ich układach. Także potencjał astronautyki nie cieszył się zainteresowaniem u mało ambitnych i flegmatycznych istot - pomimo dość znacznych postępów technologicznych, w tej konkretnej dziedzinie pozostawali w tyle za ziemską Ameryką połowy XX wieku. W zasadzie skupiano się tu tylko na tych naukach i wynalazkach, które mogły lękliwym Ijknontianom w jakiś sposób ułatwić życie lub też uchronić przed szeroko rozumianym niebezpieczeństwem. Te bardziej rozwojowe czy nawet rozrywkowe tkwiły na dalszym planie, co jednak nie znaczy, że nie rozwijały się w ogóle.
Fangenaworl zajmował się czymś, co możnaby nazwać astromatematyką - noce spędzał na obserwacjach nieba, a w dzień starał się wyliczyć zasadę rządzącą rozkładem kosmicznych fal elektromagnetycznych. Na Ijknont panowało przekonanie o jednolitości Wszechświata, która ogólnie rzecz biorąc zakładała, że gwiazdy niczym się od siebie nie różnią, a cała ciemność poza nimi stanowi idealną próżnię. Uczony prędko doszedł do wniosku, że jest to nieprawda, jednak pod koniec kompletowania dowodów zauważył coś o wiele ciekawszego. Po kilkudziesięciu miliardach lat świetlnych od niego liczba gwiazd gwałtownie wzrastała i dochodziła do gęstości, której nawet nawet on nie przewidywał. Obliczenia przestawały się zgadzać, zwiększało się natężenie anomalii przestrzeni, a fale elektromagnetyczne uginały w nienaturalny sposób. Czyżby Wszechświat miał granice?
Wiadomość o rewolucyjnym odkryciu rozchodziła się początkowo spokojnie, wraz z tomami publikacji Fangenaworla, a potem - wzbudzając coraz większą sensację i ogarniając kolejne państwa jak burza. Niedowierzanie mieszało się z przerażeniem. Czy to możliwe, żeby stabilny i niezmienny, jak się wydawało, kosmos, okazał się w rzeczywistości niedoskonały i skończony? Czyżby dobrze im znane, pewne otoczenie było tylko małą skupiskiem wydzielonej przestrzeni? Sam naukowiec był zdumiony lawiną wydarzeń, którą spowodowała jego obserwacja. Ludzie nie rozumieli, dlaczego jakaś tajemnicza siła odgrodziła ich od tego, co znajduje się poza Wszechświatem, co za nią stoi i co ona zamierza. Nie pomagały wyjaśnienia innych astronomów i fizyków - z dnia na dzień wzrastała wszechobecna panika, powodowana przez niepewność najbliższej przyszłości. Wreszcie protesty dotarły do rządu, zarażając grozą najwyższe szczeble władz. Tam po wielu godzinach gorączkowych przemyśleń i narad podjęto decyzję o budowie pierwszego w historii ijknontiańskiego świata wehikułu, który umożliwi im wydostanie się z Wszechświata. Do udziału w tworzeniu projektu i budowie wyznaczono między innymi oczywiście Fangenaworla...

Rola Fangenaworla w tej historii początkowo wydaje się banalna, ale szybko okazuje się, że tylko on traktuje fakt, który poznał, czysto naukowo. Pozostali Ijknontianie, nieprzywykli do myślenia oderwanego od codzienności, bardziej abstrakcyjnego, dostrzegli w nim zagrożenie, które ich ogranicza, i zamach na swoją wolność. Kosmiczna cecha przestrzeni, będąca bez znaczenia dla ich życia i przyszłości, stała się nagle czymś bliskim, realnym, i im bardziej trudnym do pojęcia i niejasnym, tym bardziej sprawiającym wrażenie czegoś, czemu należy się przeciwstawić. Niezwykłą ironią stało się to, że istoty, które całe wieki strach trzymał blisko ziemi, tym razem pcha je w daleką przestrzeń. Tylko Fangenaworl, jako przedstawiciel nielicznych ijknontiańskich naukowców, ma świadomość tego, że granica kosmosu jest rzeczą niemal abstrakcyjną i prawdopodobnie nie można jej tak po prostu przekroczyć. Podobnie jak tego, że już samo dotarcie tam nie jest wykonalne, w szczególności dla technologii, która nigdy dotąd (nawet pod postacią samolotu!) nie wzbiła się w powietrze.
Najciekawszą rzeczą, oprócz zdumiewającej (a niekiedy zabawnej) reakcji społeczeństwa, jest właśnie ta rozterka głównego bohatera. W przeciwieństwie do tłumów, przyzwyczajony jest właśnie do myślenia kategoriami teorii i wzorów, co sprawia, że nie jest mu łatwo przejść do działań bardziej "praktycznych". Na szczęście i wśród nie-naukowców znajdują się myślący ludzie, z którymi odkrywa, jak można znaleźć wyjście z problemu w ten sam sposób, w jaki się on pojawił...
Gdy parę wieków* temu Kwiin Lonial pisał Ucieczkę z kosmosu, jego zamierzeniem było przede wszystkim zażartowanie sobie z bojaźni jego współrodaków, która hamowała ich rozwój i odkrycia. Nie miał przy tym pojęcia, że naukowy element jego dzieła okaże się proroczy. Dziś, kiedy skończoność Wszechświata jest już faktem ogólnie przyjętym nawet na naszej planecie, odbiór utworu się trochę zmienił. Niezmiennie jednak pozostaje ciekawą i nieco wstrząsającą opowieścią o dziwactwach natury stworzeń myślących.


_______________
*A pamiętajmy, że w porównaniu z ziemskimi wiekami te ijknontiańskie są jakieś dwanaście razy dłuższe.