Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

76.Wszędziość” (Lamior Wapstr Iopriostwi)

Sytuacja, gdy ktoś – w tym przypadku niejaki Luwrwis Datego – grzebie po cudzych kieszeniach w tłumie przechodniów, nie może skończyć się dobrze na żadnej planecie. Niekoniecznie dlatego, że zostanie przyłapany, ale czasem dlatego, że znajdzie za dużo – modem elektromagnetyczny, który ukradł, był w świecie Luwrwisa potężnym, pełnym zastosowań urządzeniem, połączonym telekomunikacyjnie z podniebnymi rzekami energetycznymi otaczającymi planetę o nazwie Weraz. Owe rzeki, szerokie na setki metrów strumienie nieizolowanego niczym prądu elektrycznego, były wytworem atmosferycznym pola magnetycznego, a dopiero z czasem zaczęły okazywać się przydatne do zasilania urządzeń, przesyłania informacji, przechowywania danych, tłumaczenia języków, aż wreszcie – po opracowaniu sposobu konwersji ludzkich komórek na kod – teleportacji. Problem w tym, że to, co znał Luwrwis, było pokaźnych rozmiarów maszynami, z tego każda wykwalifikowana do konkretnego zadania, tymczasem tutaj wszystko mieściło się w kwadracie o boku długości kilku centymetrów. Jak to możliwe? W dodatku jedną z funkcji, z których jeszcze do końca nie rozumiał, był hologram, zgodnie z jego wiedzą dopiero testowany przez naukowców. W kilka minut po kradzieży centrum miasta zostało zdemolowane przez dziwacznego robota, którego nikt wcześniej nie widział, i tylko Luwrwis miał świadomość, że to poprzedni właściciel modemu został ujawniony.
Od tej pory w jego interesie było samemu nie ujawnić się przed owym właścicielem, który na pewno niezwykłe urządzenie będzie chciał odzyskać. Przy okazji, próbując się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, Luwrwis odkrywa, że mechanicznych tworów jest więcej i mają one dość ambitne plany względem świata istot organicznych, dowiaduje się, że nie dla wszystkich ludzi ich obecność była niespodzianką, a niektórzy widzą spory użytek w tym, jak sterowaniu obywatele „układają” świat pozostałym, tak więc też będą próbowali biednego złodzieja dorwać. Wreszcie, nie mając innego wyboru i szans dowiedzenia się, kto tak naprawdę jest po jego stronie, uczy się obsługiwać modem i znikać tak we własnych hologramach i teleportować, jak i rozmywać w energetycznych rzekach. Nie wie jednak, że nie zawsze można wszystko odwrócić i zwłaszcza to ostatnie działanie nie obejdzie się bez wpływu na jego świadomość.

Wygląda na to, że pierwszy raz mam okazję zaprezentować Wam książkę z planety, w której wszystkie, kiedykolwiek i gdziekolwiek napisane utwory fabularne kręcą się wokół jednego tematu. Mieliśmy już pasjonujące naukowców szczeliny w czasie i legendarnomistyczne pociangi, które zaprzątały umysły i dawały natchnienie nadspodziewanie licznym rzeszom twórców, jednak to nic w porównaniu z Werazem, na którym naprawdę nie powstało nic, czy to kryminał, czy romans* czy nawet science fiction, w czym gigantyczne linie energetyczne nie byłyby na co najmniej drugim planie. Porównawczo to trochę tak, jakby wszyscy Ziemianie pisali tylko i wyłącznie o chmurach, bo przecież pomimo że elektryczne wielopiętrowe zjawisko zajmuje całkiem sporą część nieba, to przecież Werazianie (jak zresztą większość narodów) mogą pochwalić się czarującą historią ich cywilizacji, geografią, nauką, relacjami społecznymi i milionem innych innych spraw, o której możnaby napisać coś dobrego, nie wplatając w to motywu prądu, który jedynie we Wszędziości jest fundamentem większości odkryć i sposobów komunikacji. Po bliższym kontakcie z tą rasą nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że to nie nadzwyczajna osobliwość tego zjawiska tak przyciąga do siebie artystów (nie tylko pisarskich zresztą), a raczej jego dominujący wpływ na wszystko, co na tej planecie żyje i myśli. Podobno nawet wielu z tych, którzy powyższe zdanie potwierdzają, po zbyt długim pobycie na Werazie sami mają przemożną ochotę napisania o nim czegokolwiek. Z tego punktu widzenia naprawdę może może budzić niepokój sytuacja, gdy pewne zjawisko atmosferyczne zdaje się manipulować umysłami otaczanych przez nie istot, których układ nerwowy jak nie patrzeć opiera się na impulsach elektrycznych.
Lamior Wapstr wydaje się odczuwać podobne obawy. Historia Luwrwisa Datega, w celu napisania której autor specjalnie odizolował się od planety na parę ziemskich miesięcy na jej najdalszym księżycu, zdaje się być odbiciem jego poglądów na to, jak elektromagnetyczna aura dyskretnie zmienia ludzki sposób widzenia świata, jak manipuluje nimi bez ich świadomości zarówno w sprawach wielkich, jak i w szczegółach, nad którymi się nawet nie zastanawiają, współtworząc na równi z Werazianami politykę i sztukę. Da się to zauważyć zarówno w aferze spiskowej, która zaciska się wokół głównego bohatera od pierwszych stron, po to, co dzieje się od pewnego momentu z jego umysłem, gdy magiczny modem teleportuje go tunelami energetycznymi. O ile na początku sytuacją bez drogi ucieczki wydaje się to pierwsze i kolejni agencji czyhający na jego życie, o tyle szybko o wiele bardziej przygniatające staje się to, co niszczy świadomość Luwrwisa od środka wraz z każdą kolejną wycieczką przez rzeki informacji i innych przesyłanych świadomości. Tym bardziej, że on sam tego nie zauważa. Kolejne rozmycia jego umysłu są łagodne, niezauważalne, tak że pod koniec tylko my widzimy, że ta wiedza całego weraziańskiego „internetu”, świadomość całej wszechosobowości i wszędziości, a jednocześnie nieobecność, ślepota i zagubienie nie powinno się nigdy pojawić naraz w niczyjej głowie.
Nie wiadomo, czy naprawdę Lamior Wapstr miał na myśli napisać książkę ostrzeżenie – w końcu wkrótce wrócił na swoją planetę i stał się tym, kim był wcześniej... Mieszkańcy innych światów jednak, nawet nie wiedząc o tym, co mogło go zainspirować, zawsze odnajdują tu ten obezwładniający nieokreślony dotyk wszechobecnej kontroli.


_______________
*Tak po prawdzie, to weraziańskie romanse przypominają raczej coś w rodzaju książek do biologii, z naciskiem na element genetyczny. I rzecz jasna z podkreśleniem niebagatelnego wpływu podniebnych rzek energetycznych.

poniedziałek, 27 lipca 2015

75.Słowo smoka” (autor nieznany)

Twoo Promef Roo odkrywa w głębi jaskiń stworzenie, które my z pewnością nazwalibyśmy smokiem. Dwie pary skrzydeł, łuski i wielkie błoniaste uszy wzbudziły w mężczyźnie lęk i zdziwienie, ale potworek zdawał się być jeszcze mały i nieporadny, jakby niewiele minęło od jego przyjścia na świat. Skąd się wzięło? Nie wiadomo, jednak po ogłoszeniu znaleziska natychmiast stało się dla wszystkich jasne, dlaczego się pojawiło. Prorocy i liczbowi wróżbici natychmiast znaleźli jego miejsce w przepowiedniach i legendach, obiecujących odrodzenie krainy. Gawskoogo od wielu lat już dręczyły głód i bieda, a obce wojska coraz częściej pustoszyły okolice, jednak zagubieni oligarchowie pomimo starań nie potrafili zatrzymać postępującej katastrofy. Mieszkańcy ze smutkiem wspominali odległe czasy, gdy ich kraj słynęła z zielonych pól, dostatku oraz mądrości, dzięki której panował tu spokój i szczęście. Teraz wszystko to znów miało powrócić - za sprawą magicznego stworzenia, które obroni swoich opiekunów przed złem i na nowo nauczy rządzić państwem.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...

Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

61.Taniec na dymie” (36 An Lorwik)

Mówi się, że bez miłości nie można żyć - z pewnością nie można, a wręcz nie wolno na Aznaza. Czy może raczej takie było założenie wieki temu - kilku władców planety umyśliło sobie wtedy, że w ich świecie nie powinno być miejsca dla ludzi, którzy nie potrafią sobie w żaden sposób zapracować na czyjkolwiek szacunek i sympatię, nie próbują niczym się wsławić, komukolwiek pomagać czy choćby założyć rodziny. Początkowo jakoś to nawet działało, dopóki jeszcze było w tym uczuciu choć odrobina szczerości, jednak komputerowa racjonalność, jaką te reguły szybko wymusiły na Aznazie, sprawiła, że dziś słowo miłość stanowi tam raczej niezbyt przyjemny synonim popularności i nikt nie pamięta, czym powinna być naprawdę. W pogłębiającej się antyutopii motorem napędowym wszystkiego był strach przed samotnością; ludzie nie byli w stanie wzbudzić w sobie nawzajem zaufania robiąc wszystko z myślą o sobie, z udawaną bezinteresownością, co na starcie niszczyło szanse na prawdziwe zakochanie się. Właściwie jedynym sposobem na zdobycie miłości-popularności były media - wszechobecne historyjki i rozrywka, której bohaterowie byli lubiani przez każdego z miliardów swoich widzów choć w maleńkim stopniu, nawet przez tych, którzy byli na dnie społecznej samotności. I których większości autorem i dostawcą był B 3 Noktif, dziedzic rodzinnego kanału audiowizualnego i utalentowany śpiewak, który wśród tych, którzy naprawdę coś o nim wiedzą, jest znany jako ten, kto nie kocha nikogo prócz siebie.
Główna postać tej historii znajduje się jednak po przeciwnej stronie skali - 22 Fizril po wielokrotnych próbach nieudolnego wymuszenia zakochania się w sobie u kogokolwiek, zyskuje ocenę negatywną w kolejnym skanie powszechnym i ściąga na siebie uwagę systemu likwidacyjnego. Ostatnią deską ratunku, jaką dla siebie dostrzega, jest nowy program interaktywny - Taniec na dymie. Jego celem ma być selekcja uczestników o największych zdolnościach artystycznych, które prezentować będą na wizji, którzy otrzymają bilet do nowo utworzonej kolonii księżycowej zwolnionej od obowiązku miłości. 22 Fizril przystępując do castingu, marząc, że transmisja wywinduje go do bezpiecznego świata celebrytów. Nie podejrzewa jednak że program stanowi element chytrego planu B 3 Noktifa, który chce dzięki niemu zaskarbić sobie jeszcze większą sympatię widowni. Tylko czy Taniec na dymie nie obróci się przypadkiem przeciwko swojemu twórcy, kiedy zdeterminowany i niezdarny 22 wejdzie do akcji, popisując się przed widzami, takimi jak on? Nikt nie ma pojęcia, jak wiele nagle może się zmienić.

Ludzie mają straszne parcie na szkło, dlatego zjawisko nie jest nam obce. I choć Aznazianie są tutaj usprawiedliwieni, bo od popularności wprost zależy ich życie, ich zachowanie jest wręcz śmiesznie znajome - nie brak nastolatków głupiejących na widok witającego ich tłumu, doświadczonych nadętych artystów, ani kombinatorów, którzy zrobią wszystko i przekupią kogokolwiek, żeby wleźć jeszcze wyżej. Reakcje jury wydają się wycięte z ziemskiego Mam talent - po co oceniać poważnie i uczciwie, skoro lepiej powiedzieć coś zabawnego i zgarnąć dla siebie miłość publiczności? Wysoki profesjonalizm występów wcale nie przeszkadza w tym, że kolejne popisy taneczne przebijają się w sztucznej wesołości i nadskakiwaniu, komu popadnie, co na ironię implikuje największą sympatię u oglądających. Na szczęście mamy od czasu do czasu i wiadro zimnej wody w postaci głównego bohatera, który mimo starań jest zbyt pochłonięty ukrywaniem się przed systemem likwidującym, by podchwycić powszechną wesołość, dzięki czemu nie zawsze patrzymy na ów rozrywkowy młynek od środka. To wtedy najmocniej widać złośliwy zachwyt 36 Any Lorwika nad genialną skutecznością, z jaką audiowizualna popularność potrafi wyczyścić nam mózg i zmienić w - uwielbianą i znaną, ale jednak - laleczkę, która ku uciesze tłumu robi najbardziej cudaczne i bezsensowne rzeczy. Do tego dochodzi jeszcze finał konkursu, który przeradza się w niebezpieczną przepychankę we wciąż żartobliwych ramach, a każdy z uczestników odsłania swoją ciemną stronę, zdeterminowaną na to, żeby się z tego świata wydostać...
Aż ciężko uwierzyć, że to, o czym czytamy, na realnej Aznazie pojawia się dopiero w zarysach - autor bardzo śmiało rozwija desperacje dążenie do sławy w nadzwyczaj celną wizję świata, w którym wartość uzyskuje się jedynie robiąc bezwartościowe rzeczy, zadeptując to, czym rzekomo cały czas się kierujemy. Było to ostrzeżenie, które na rodzimej planecie pisarza na szczęście zadziałało.
Historia, która wywraca nasz, skupiony na powierzchowności i talentach, świat do góry nogami, śmieszy, przeraża i martwi jednocześnie. Mnie się bardzo podobało i uważam, że każdy Ziemianin powinien przeczytać.

poniedziałek, 2 marca 2015

54.Działa – nie działa” (Lonion Orewi)

Kiedy jakaś maszyna nie działa, wydaje się logiczne, że ktoś zaraz ją naprawi. Zaraz może być różnie rozumiane i wahać się od kilku minut do wielu dni, a nawet miesięcy. Jednak nie na planecie Uhitaln. Gdy ambitny król rodu Wspaniałych Mechaników, Pawrosteao zbudował pewnego razu system, którym chciał połączyć wszystkie elektroniczne urządzenia na świecie, i po wprowadzeniu go do miejskich sieci pojawiła się usterka, nikt nie podejrzewał, jak wiele czasu minie, gdy w końcu zostanie usunięta, oraz później, co owa naprawa za sobą pociągnie.
Początkowo, ma się rozumieć, nikogo nie cieszyło coś, z czego nie było żadnego pożytku, co marnowało czas, mieszało w danych, a co potrafiło wyświetlać jedynie dziwne błędy i przeprosiny na każdym publicznym ekranie. Niepoprawności nie udało się znaleźć, podobnie jak sposobu na łatwe i pozbawione konsekwencji usunięcie wadliwego systemu, dlatego ród Wspaniałych Mechaników odszedł do historii w niezasłużonej niesławie. Z czasem jednak blade, pełne pstrokatych napisów wyświetlacze stały się częścią miejskiego krajobrazu. Programy witały każdy nowy dzień próbą uruchomienia się i paroma restartami, nieporadnie pobierały aktualizacje ze wybrakowanych adresów, aż wreszcie, regularnie co osiemdziesiąt uhitalniańskich minut wyświetlały smutny komunikat o niemożności ukończenia operacji, stając się metodą pomiaru czasu i znacznikiem położenia geograficznego do późnej nocy, gdy cała sieć zawieszała się na amen. Z czasem awarie systemu stały się oczywistością i twórcy domowych urządzeń, nie zastanawiając się już nad abstrakcyjnym pojęciem ich naprawy, zaczęli dostosowywać swoje programy do nowych warunków. Co prawda aplikacje użytkowe wykonywały o wiele więcej funkcji niż wyświetlanie jednej informacji, jednakże chętnie korzystały z częstotliwości, z jaką pokazywał je program nadrzędny, z doskonale zaszumionych liczb losowych, powstających w miejscach, w których próbował coś zapisać, z list okolicznych tele-urządzeń, gromadzących się bezwiednie w jego pamięci... Pojawili się fascynaci niedziałającego systemu, dopatrujący się w jego przypadkowości objawów samodzielności, subiektywności, poszukiwań swej własnej drogi interpretacji świata. Kiedy wreszcie pojawia się ktoś gotowy do przywróceniu, czy raczej: nadaniu mu stanu używalności, na jego drodze staje praca niezliczonych ilości urządzeń i maszyn, których programy, dzięki jego niedeterministyczności i oderwaniu od sztywnych wymagań, wytworzyły własny wirtualny świat, bliski sieci sztucznej inteligencji, która może być zdolna do zrozumienia istot żywych i przywrócenia porządku na świecie. W końcu od czasów rodu Wspaniałych Mechaników minęło ponad dwadzieścia milionów ziemskich lat.

W pierwszej chwili, gdy poznajemy Kirlira Aniwasa Somsę - bo to właśnie on ma być tym śmiałkiem - nie widzi on w komputerach nic poza samą specyfikacją. Jeśli coś zachowuje się tak, jak to pomyślał autor - jest w porządku i urządzenie działa, w przeciwnym wypadku - nie działa i trzeba je naprawić. Nie interesował go kontekst i środowisko, w jakim jego "pacjent" się obraca, to, co go otacza, i jak według tego otoczenia jest odbierany. Jasnym celem był tylko bajeczny rozkwit techniczny, do którego prostą drogą miał prowadzić niedokończony projekt Pawrosteao. Bezgraniczne porozumienie komputerów na całej planecie, pozwalające na tak idealne rozporządzanie jej zasobami i efektywne spełnianie potrzeb mieszkańców, jakie nie było możliwe nigdy wcześniej. Tylko dlaczego nikt się nie cieszy?
Otoczenie stanowiły nie tylko programy, ale także ludzie - na zamiar ingerencji w ich codzienność patrzyli nieprzychylnie nie tylko sentymentalni filozofowie, ale i ci, którzy się nad nią nigdy dotąd nie zastanawiali. To z myślą o tych ostatnich Kirlir podjął się zadania i właśnie w zetknięciu z ich obawami zaczął się wahać. Wizja naprawienia miejskiej sieci już dawno straciła dla nich realne, nieidealistyczne znaczenie i dziś dbali tylko o to, by nie zachwiać stabilnością tego, co już jest. Bo jeśli zniknie program, nadający porządek (jakże nieuporządkowany!) ich rzeczywistości, to co zostanie? Przed Uhitalninem staje niezwykła decyzja, która nie zależy od jego umiejętności (które niewątpliwie miał), ale od woli zmieniania świata. Czy to, co jest lepsze, naprawdę jest lepsze? Czy dla tej subiektywnej poprawy warto poświęcić to, co nie jest doskonałe? Czy wolno mu decydować w imieniu całej ludzkości, co będzie dla niej właściwe? A co, jeśli zmiana decyzji nie jest już możliwa?
Dla ciekawych niespodzianek, jakie mogą się rozwinąć w źle działającym komputerze, i tego, jak bardzo mogą od nich zależeć losy świata.

poniedziałek, 16 lutego 2015

52.Drugi punkt widzenia” (Esla Gleprrifrormasla Geni)

Z radością przyjęłam propozycję czytelniczki Meg, zawartej pod poprzednim wpisem, dotyczącej wcale niebłahej kwestii porządkowania uprawnień robotów. W poszukiwania utworu zgodnego z opisem zaangażowała się cała redakcja i choć nadal nikt nie ma pewności, czy to na pewno ten, cieszę się, że taka perełka jak Drugi punkt widzenia (zwany też czasem Definicją życia) nie będzie musiała czekać na samym końcu kolejki i podejrzewam, że nie tylko Meg znajdzie tu coś dla siebie.

Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.

Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.

poniedziałek, 9 lutego 2015

51.Nieosiągalny” (Kriwo Ig Gwpt Ig)

Nie ma świata, w którym zbrodnia nie istnieje. Na niektórych planetach zło i przmoc mogą być mniej zauważalne, bardziej dyskusyjne, jednak nie istnieje miejsce, gdzie choć od czasu do czasu trzeba znaleźć i ukarać winnego. Nawet, jak wierzył Siiz Zergd Im, na planecie takiej jak Omnirgniwa, dlatego właśnie został detektywem - bodajże jedynym na tej planecie. Omnirgniwianom zawód detektywa był obcy. Nie rozumieli idei badania śladów, analiz znalezionych przedmiotów i przesłuchań świadków, a dokładniej - nie rozumieli jej sensu, skoro przecież nie było możliwości zatajenia tego, co się zrobiło. Oczywistością była tu telepatyczna wiedza o wszystkich wokół, każdym czynie i planach - cokolwiek pomyślał ktokolwiek z mieszkańców planety, słyszeli to inni, a każdy, kto choćby spróbowałby kogoś skrzywdzić, sam prędko zostałby zlinczowany. Wiedza niedostępna dla Siiza - zmysł telepatii nie rozwinął się u niego, co wymusiło u niego całkiem inny sposób myślenia. Czy jednak jest sens tracić czas na coś, co nie może się wydarzyć?
W pewnym momencie jednak szczęście uśmiecha się do Siiza, a jednoczeście - odwraca od niedowiarków, bo omnirgniwiańskimi Pływającymi Miastami wstrząsa seria morderstw i, ku ogólnemu niedowierzaniu, zabójca jest niewykrywalny. W odizolowanym zespole Miast nie pojawiła się żadna myśl, sugerująca coś na sumieniu, nie wyczuwało się żadnej anomalii - jak to możliwe? Tylko nietelepatyczny detektyw mógł rozwiązać tę zagadkę. I wyglądało na to, że ma naprawdę spore szanse, ponieważ miejsca zbrodni pełne są zdumiewających wskazówek, jakby przestępca wiedział, z kim ma do czynienia... Czy w takim razie można im ufać? To jednak dopiero początek.
Już pierwsze z nich naprowadzają go na przedstawicieli najwyżej postawionej sfery społecznej - Inteligentnych. Cieszący się niezwykłym szacunkiem i zaufaniem wybrańcy o intelekcie widocznym od urodzenia w kolorze skóry, są jednocześnie najbardziej nieznaną i hermetyczną grupą. Pomimo że Siiz otrzymuje od nich zezwolenie na przeprowadzenie śledztwa z ich udziałem, nie może oprzeć się wrażeniu, że to raczej ci inteligentni telepaci śledzą jego, przez cały czas grają, znając jego myśli na wylot, bez przerwy grając i manipulując... Dowody zdają się wskazywać na jednego z nich, stojącego z boku Alwrigra, którego wygląd sugeruje poziom inteligencji, jakiego nikt z Inteligentnych dotąd jeszcze nie miał. Czy jednak to nie złudzenie? Ile w tym prawdy, a ile celowego sterowania nim? Jaki jest cel nieznanego manipulatora, do którego detektyw nie może się dostać, choć bez przerwy czuje jego obecność? Siiz ma świadomość niebezpieczeństwa, ale pomimo że jest tak blisko, jedyne, co może zrobić, to brnąć w nie dalej, bezsilnie starając się cokolwiek zrozumieć oraz znaleźć ślad, co do którego wreszcie nie będzie miał wątpliwości.
Nie ma jednak wiele czasu do namysłu, kiedy giną kolejne ofiary, a niewinni mieszkańcy Miast, nie mogąc opanować ponurych rozmyślań, ściągają uwagę na siebie samych uwagę wyczulonych władz.

Gdy ktoś spoza Omnirgniwy czyta tę książkę, od razu zauważa rozstrzał pomiędzy sposobem opowiadania o telepatycznych zdolnościach mieszkańców a niezwykłej grupie, jaką stanowią Inteligentni. Nie bez powodu - podczas gdy ten pierwszy element stanowi dla Kriwo Ig zwykłą codzienność, o tyle wyróżniający się geniusze to czyste science fiction, efekt fantazyjnej zabawy autora. Trudno powiedzieć, na czym właściwie polega różnica w stylu - wszystkie relacje są pełne szczegółów i naturalności, z łatwością wchodzimy w sytuację zarówno słuchając nierealnych, lekko przerysowanych Inteligentnych, jak i „rozmawiając” z Siizem, który był „głuchy” podobnie jak sam pisarz na starość. Pomimo niezaprzeczalnego talentu Gwpt Ig do czarowania każdym aspektem historii, słynne jest już zabawne wrażenie, że tekst pisały na przemian dwie osoby - co wcale nie jest wadą.
Na Nieosiągalny składa się mnóstwo elementów - od rozwijającej się szybko zagadki kryminalnej, przez odrobinę polityki, po popisy psychologicznych sztuczek - jednak jak zwykle nie pozostaje też w tyle to, na czym Kriwo Ig oparł całą serię o Siizie Zergdie Imie, czyli to, jak trudny do pojęcia i odnalezienia się w nim jest świat dla człowieka tak niekompletnego i odstającego jak główny bohater. Nie jest on typem postaci, która rozpaczałaby nad swoim losem, często nawet widzi swoją przewagę w tym, że inni nie wiedzą, jak go traktować. Kiedy dochodzi jednak do spotkania z superinteligentnymi podejrzanymi, w miejscu ich myśli pojawia się pustka i uczucie, że każdy poradziłby sobie w tym zadaniu lepiej, a później wręcz lęk przed sytuacją, w której się znalazł i tym, czym może się ona skończyć. Przypomina się tu często początkowy motyw kulki telepatycznej, do której Siiz nie ma dostępu, a zawartości której nikt inny nie jest w stanie mu opisać - nie wiedząc, co inni w niej słyszą Siiz wiecznymi domysłami może znaleźć w niej o wiele więcej. Właśnie z powodu tej słabości nikt inny nie dotarłby tak daleko i nie wymyślił nielogiczności, za pomocą której morderca dał się zaskoczyć.
Książka pełna akcji i przewrotnych zaskoczeń, a jednocześnie ukrytej wszędzie głębi, która na długo pozostaje w pamięci.

poniedziałek, 17 listopada 2014

39.Nieistniejący ludzie” (Wilwa sta Tokt)

Czasami wśród nowości wydawniczych trafia się coś takiego jak polemika - jeden z czytelników wydanego dawniej dzieła czuje się zobligowany do odpowiedzi lub wyjaśnień i pisze je w formie niezależnego dzieła. Tak właśnie zdarzyło się w przypadku Wilwy sta Tokta i recenzowanej tu niegdyś powieści Sztuczni ludzie Ossy ny Urahtly. Ksaksjanina wprawiła w zdumienie odważna wizja ludzi żyjących pod kloszem kreowanej przez media, oderwanej od świata rzeczywistości, i postanowił opowiedzieć własny punkt widzenia. Co prawda do bycia wybitną nieco jej brakuje, jednak redakcja wspólnie uznała, że może on sporo wnieść do niecodziennego zjawiska występującego na tej planecie.

Wilwa sta Tokt jest statystykiem pracującym na platformie 17, poświęconej serwisom informacyjnym. Każdego dnia otrzymuje od matematyków i psychologów wyniki przeliczeń funkcji, opartych na współczynnikach rozrywki, emocjonalności, nauki, przyrody i innych danych, zawartych w dzisiejszych wiadomościach. Zanim trafią do kreatorów i programistów, Wilwa dostosowuje newsy do siebie nawzajem, układa na podstawie gęstości przekazu, w razie konieczności uzupełnia szczegóły zachowań, dodaje nowe funkcje wydarzeń. Zachwyca go to, jak na jego oczach formują się fakty i psychologia, zjawiska, dzięki którym własnoręcznie ożywiają, nadają akcję i znaczenie do każdego miejsca na świecie. Dzięki telewizji Ksaksja przestaje być pustą, nieciekawą planetą - otacza ją starannie przemyślany, samonapędzający się i żyjący własnym życiem wyższy rodzaj sztuki. Sztuki, zajmującej wszystkie wymiary oraz czas, bez której nie byłoby prawa, historii, człowieczeństwa, ani żadnego porządku. Wilwa cieszył się, że ma na to wpływ - świat nie nadawał się do tego, żeby kierować sam sobą. Nic nie byłoby w nim tak ciekawe i wartościowe, tak dalekie w skutkach i głębokie.
Pierwsza styczność ze Sztucznymi ludźmi była dla niego ogromnym szokiem, z powodu którego nie umiał powiedzieć nawet, czy w ogóle tej historii wierzyć. Czy naprawdę świat, o którym on każdego dnia opowiada, zamieszkują ludzie? I czy ci ludzie mogą żyć w przekonaniu, że on opowiada właśnie o nich? Wilwa nigdy dotąd nie zastanawiał się, dokąd dokładnie trafiają jego prace i czy jest jakiś praktyczny cel, dla którego są tworzone. Nie spodziewałby się jednak, że ktoś traktuje je jako prawdę i ceni wyżej niż to, co widzi własnymi oczami. Mimo to statystyk, podobnie jak bohater poprzedniej powieści, podejmuje się próby odszukania informacji, które mogłyby go przekonać o jednym lub drugim. Większość spotykanych osób jednakże podobnie jak on nie widziała sensu w takiej ewentualności, istnienie takich ludzi nie wydawało się prawdopodobne. Od czasu do czasu Ksaksjanin natrafiał co prawda na kogoś, kto nie chciał z nim rozmawiać, wykręcając się rangą i tajemnicą poufności, jednak nowy kierunek nadany sprawie szybko urywał się, ginąc w kolejnych stertach akt, o których już sam Wilwa nie był w stanie powiedzieć, czy są notatkami faktów czy dziełem jakiegoś innego projektanta...

Celem autora Sztucznych ludzi najprawdopodobniej było właśnie przekazanie wiedzy o tym, co tak naprawdę dzieje się za medialnymi kulisami. Na pewno się on jednak nie spodziewał, że jego utwór trafi także na drugą stroną - do osób, o których pisał i dla których wszystko, o czym mówił, powinno być oczywistością. Jednak pomimo że (z niejasnego powodu) znał dziennikarskie tendencje do fantazjowania na temat wizji świata, wygląda na to, że nie miał pojęcia o tym, jak widzą go oni na poważnie. Większość z nich, jak dowodzi książka Wilwy sta Tokta, nie poświęca żadnej uwagi temu, do czego tak naprawdę mogłyby służyć ich obliczenia, schematy i programy, oddając się w całości tworzeniem ich i doprowadzaniem do perfekcji. Podczas gdy Ossa postrzegał ich jako żądnych władzy nad planetą i stanowiących groźnego przeciwnika manipulatorów, z książki Wilwy wyłania się obraz beztroskich artystów, nie świadomych tego, jak łatwo kierować ludzkimi umysłami.
Forma, w jakiej autor i bohater Nieistniejących ludzi przedstawia swoje wątpliwości, przypomina wypunktowanie, które co prawda nie wyklucza pewnej akcji i wydarzeń (z naciskiem na problemy, jakie ściągał na siebie pracownik), skupia się jednak w zasadzie przede wszystkim na jego przemyśleniach, interpretacji różnych faktów i zachowań. Bohater bawi się w detektywa, starając się wyłapywać znaczące szczegóły z tego, co go otacza, zadawać pytania, jak też i podejmować dialog z tym, co miało miejsce w poprzedniej powieści. Tym bardziej rzuca się w oczy jak bardzo stronnicze jest jego podejście. Podczas gdy co rusz kpi z teorii ludzi wierzących w telewizję, sam nie próbuje wybiegać myślą dalej niż powinien, choćby nadal nie próbując w jakikolwiek inny sposób odpowiedzieć sobie na pytanie, jak i po co w takim razie media działają, i ignorując słyszane nie raz już wcześniej określenia takie jak oglądalność czy widownia. Większość cytowanych rozmów początkowo ostro dąży do wyjaśnienia, jednak łatwo łagodnieje i rozmija się z tematem, kiedy okazuje się, że faktycznie mogłaby przynieść jakiś efekt, i to bynajmniej nie z winy pytanego. Ukazuje się tu ironiczna wręcz różnica pomiędzy tym, jaką inteligencję i spryt widział Ossa ny Urahtla w telewizyjnych projektantach, a jacy naiwni okazali się oni faktycznie, według tego co nieświadomie mówił o sobie polemista. Można by powiedzieć, że pracownicy medialni żyli w jeszcze innej rzeczywistości, takiej, której nikt dla nich nie kreował, a którą kreowali sobie sami. Wygląda przy tym na to, że wyjście z niej jest o wiele trudniejsze.
Spodoba się każdemu, komu podobali się Sztuczni ludzie, w szczególności ci, którym przeszkadzała akcja, a którzy zamiast niej woleliby poznać bliżej mechanizm, dzięki któremu ksaksjański świat funkcjonuje i zobaczyć go od samego środka.

poniedziałek, 6 października 2014

33.Miejsce szczęśliwe” (Wireni Wirkros)

Ostatnia wojna w Narucji zakończyła się bardzo wiele lat temu i niewielu, poza starym Szarwonem Oanynem, ją pamiętało. Trwała nie dłużej niż krótki rok czy dwa, a nieznany wróg szybko dał się przepędzić, jednak wstrząsające obrazy rozpadających się na jego oczach szkieł wzniosłych metropolii i ludzi ginących pod zrzucanymi z nieba ostrzami nieusuwalnie zapisały się w jego wspomnieniach. Myślom o wojnie niezmiennie towarzyszył ból i smutek, jednakże uczucia, wywoływane przez zapoczątkowane przez nią powojenne czasy odbudowy kraju, nie dawały się Szarwonowi już tak łatwo sprecyzować. Z jednej strony musiał każdego dnia walczyć z widokiem ruiny, przypominającej mu o latach tak bardzo niedawnej świetności, z drugiej jednak... Miał wrażenie, że nigdy przedtem nie spotkało go tyle życzliwości, poświęcenia i zaufania od nawet zupełnie obcych ludzi, że otaczający go Naruci nigdy dotąd nie mieli tyle siły, wiary i tak jasnego celu, który dawał im nadzieję na każdy kolejny ciężki dzień. Nigdy nie czuł się samotny, niepotrzebny, nigdy nie dotykały go wątpliwości co do wartości, o które trzeba walczyć. Pomimo że z upływem lat miasto zostało odbudowane, a duma ze wspólnego dzieła z czasem przeminęła na korzyść wielu, wydawałoby się, o wiele spektakularniejszych wydarzeń, dla Szarwona były to najwspanialsze i najważniejsze chwile w życiu.
Dramatyczne przeżycia sprawiły, że Szarwon prawie zapomniał, że istniały jakieś czasy przed wojną. Wydawały mu się blade i nic nie znaczące. Zdał sobie z tego sprawę pewnego dnia, obserwując zachowanie ludzi dookoła. Rodzina, sąsiedzi, to jak wzajemnie się traktują i o sobie mówią, władze, wydarzenia polityczne, to co dzieje się w szkołach, mediach, na rynku pracy... Nagle zaczęły wracać do niego wspomnienia czasów przedwojennych, coraz wyraźniejsze, choć nic nie było w stanie ich przywołać przez tak długi szmat czasu. Zupełnie jak wtedy ze światem i z ludźmi działo się coś dziwnego. Słyszało się o coraz częstszych rozpadach międzypokoleniowych, zamykano wspólne wytwórnie, policja podnosiła podatki, nikt nie chciał zasiedlać nowych lasów. Zagubieni i samotni Naruci, podobnie jak sam Szarwon, nie potrafili radzić sobie ze zwykłą, pozornie bezpieczną i oswojoną codziennością, rozmawiać ze sobą, znajdywać w sobie odwagi do działania, żyjąc w ciągłym lęku przed oszustwami i odrzuceniem. Skąd to de javu? Czy jakieś podobieństwo naprawdę istnieje czy to tylko niejasna pamięć płata Szarwonowi figle? Nie zdołał powstrzymać skojarzenia, że wszystko by się zmieniło, stało znów lepsze, gdyby kraj nawiedziła kolejna wojna, równie bolesna i tragiczna w skutkach, ale przecież...
Niewinne początkowo spostrzeżenia z każdym dniem zmieniało się w prawdziwą obawę o to, co wydarzy się wkrótce. Wspomnienia wracały i nadawały szczegółom sens, który zaczynał przerażać mężczyznę, który wreszcie kazał mu spotkać się osobiście z samym prezydentem. Prawda, którą wtedy poznał, objawiła przed nim dylemat, od którego zależało wszystko, czyli życie i szczęście Narucjan.

Mówi się, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, i prawda ta dotyczy nie tylko Ziemian. Zwłaszcza w znaczeniu: czego chcą do szczęścia, które przez wieki pozostawało jedną z największych zagadek psychologii. Jako jeden z najmniej wdzięcznych materiałów badawczych, posiada zależność występowania od innych czynników praktycznie pozbawioną logiki. Osoby, po których możnaby oczekiwać uczucia szczęścia patrząc na ich zamożność, urodę czy popularność (czyli czynników, wydawałoby się, mających na nie największy wpływ), nigdy szczęśliwe nie są. Podobnie jak z miłością nic nie da gonienie za nim, choć jednocześnie nie jest możliwe wykrycie go od strony chemicznej.
Pionierami w skutecznym wywoływaniu szczęścia, sensu życia i wiary w siebie byli dopiero mieszkańcy Norfeli, którym po latach obserwacji i analiz udało się z sukcesem wykorzystać wyniki między innymi właśnie w Narucji. Podobnie jak głównemu bohaterowi Norfelianom udało się złożyć w całość pozornie wykluczające się elementy i odkryć, że do szczęścia nie doprowadzi nas porządek i dostępność wszystkiego. Podczas gdy większość nacji upatrywała jako pożądany rozkwit cywilizacji i zapewnienie dobrobytu swoim obywatelom, Norfelianie zrozumieli, że muszą im to wszystko odebrać i zmusić do walki o nie. Rozwijające się spokojnie państwo, w którym każde dobro jest już zapewnione, prowokuje ludzką naturę do szukania czego innego - pieniędzy, pozycji, każde im się wywyższać i oddalać od siebie, wyszukiwać luk w prawie i wyzyskiwać słabszych od siebie. Wireni Wirkros rewelacyjnie ukazuje logikę tego rozumowania, choć jednocześnie mówi, jak bardzo niebezpieczna jest tu logika. Otóż wystarczy jedna wojna, by znów zacząć od początku, wskazać, że najważniejsza jest współpraca, otwartość, pragnienie pomocy, zależymy od innych i tylko dając innym wszystko, co mamy, dajemy wszystko samemu sobie. Czy jednak chcielibyśmy, żeby te parę banalnych prawd zostało odkrytych? Być szczęśliwym za cenę życia, jak w niszczonej raz po raz Narucji?
Historia, która miesza wzruszenie z przerażeniem i radość ze smutkiem w sposób, wobec którego nie da się przejść obojętnie.

poniedziałek, 22 września 2014

31.Czerwona toń” (Eght Tonter Bon)

Planeta Maslalla jest bezapelacyjnie największym skupiskiem przyrodniczych terenów chronionych w południowej części Drogi Mlecznej. Dzięki konsekwentnemu minimalizowaniu degradujących architektur, takich jak elektrownie, huty i fabryki na korzyść odnawialnych źródeł energii i naturalnych metod produkcji, rezygnacji z nieekologicznych środków transportu i ograniczaniu szkodliwych nawyków społeczeństwa, udało się niemal całkowiecie odtworzyć dziewiczy stan czerwonych puszcz maslallajańskich. Modernizacje te zaowocowały diametralną przemianą całej, dotąd szeroko rozwiniętej technicznie, cywilizacji, wielbiciele ekologii nie mają jednak wątpliwości, że tylko na nich zyskała. Dzięki skoncentrowaniu starań i budżetu na działaniach proekologicznych Maslallanie mogli odejść od prowadzonych dotąd wysoce stresujących i niehumanitarnych zajęć w miejskich aglomeracjach i przenieść się na łono natury. Tam, w specjalnie wydzielonych strefach zamieszkania wplecionych w czerwone lasy, które mogą rozwijać się jak po dawnemu, bez żadnego uszczerbku z ich strony, odnaleźli swoje nowe miejsce, nową skromną pracę, domy z surowców naturalnych oraz dawno utracony spokój i zdrowie.
Tereny chronione wymagają oczywiście szczególnej troski, dlatego nie wolno wkraczać do nich bez specjalnej przepustki i sterylnego pojazdu przypominającego jednolitą, szklaną kulę. W ich przypadku nie wystarczy wyznaczenie wąskich ścieżek do poruszania się czy czerwonej odzieży, która, jak wykazano, jest najlepiej tolerowana przez zwierzęta leśne - takie regulacje obowiązują już w strefach mieszkalnych. Przestrzegania tych i innych reguł pilnuje strażnik leśny, Dandiron. Dość szybko poznajemy jego postać, podobnie jak dumę z pełnionej, bardzo wyróżniającej dodajmy, funkcji i szczytnej idei, na jakiej opiera się jego kraj. On też jest jednym z pierwszych, którzy poznają najnowszą nowelizację przepisów. Mianowicie psycholodzy doszli, że poruszanie się pomiędzy strefami nawet w antytoksycznych kulach ma oddźwięk w narodowym lesie, tak więc od dziś zostaje zakazane zarówno opuszczanie stref, jak i wychodzenie z mieszkań w tych strefach. Główny bohater ma początkowo pewne opory - jego najbliżsi, których mógł raz do roku odwiedzać, mieszkają kilka stref dalej od siedziby jego urzędu. Szybko uznaje jednak słuszność odgórnej decyzji - czyż brak możliwości widywania się z bliskimi nie jest małą ceną w zamian za nieskazitelność planety? Poza tym są też przecież dostępne wideofoniczne teletransmisje, dzięki którym w zasadzie może się z nimi widywać, kiedy i gdzie chce. Nie brakuje też rozrywek multimedialnych jak dotykogramy, obrazony i ultranet, z których można korzystać do woli, pod warunkiem, że oczywiście nie przekracza się dziennego limitu emisji szkodliwych fal elektromagnetycznych. Wygód w postaci sklepów, rynków i placów rozrywek nie brakuje. Tym większe jest zdziwienie Dandirona, gdy niespodziewanie obywatele w reakcji na wprowadzenie nowej ustawy reagują niezadowoleniem i zniechęceniem. Wśród coraz liczniej protestujących buntowników pojawiają się głosy, że człowiek stał się mniej ważny niż przyroda i że czas to zatrzymać, że wystarczy już dostosowywania się i pora wreszcie zacząć żyć jak ludzie cywilizowani. Ani Dandiron, ani nikt ze strażników starających się odeprzeć histeryczne ataki, nie jest w stanie zrozumieć ich zachowania. Skoro tak pragną wrócić do miastowego brudu, dlaczego nie przeniosą się do jednej z kilku wciąż istniejących (choć systematycznie likwidowanych) pozbawionych ograniczeń supermetropolii? Czy uda się powstrzymać katastrofę, wiszącą nad z takim trudem odchowanym czerwonym lasem?

Problem dbania o środowisko istniał razem z każdą bardziej rozwiniętą cywilizacją i nie upraszczała go odmienność ani w położeniu we Wszechświecie, ani w rodzaju produkowanych odpadów, ani w ilości wolnej przestrzeni na planecie. Niezależnie od tego wszystkiego bardzo ciężko jest zaszczepić ludziom szacunek do przyrody, umiejętność docenienia jej znaczenia dla świata i tego, że jest dla nas najważniejsza. Nawet najwspanialsze i najbardziej pożyteczne zdobycze techniki i kultury są niczym w obliczu przyszłości, w której nie zostanie ani jeden niezanieczyszczony las, a rosnące w nich niegdyś borowiki będzie można oglądać tylko na filmach. Zadaniem człowieka jest zrobić wszystko, by było jak dawniej, kiedy nie zaśmieciliśmy planety swoją pustą egoistyczną obecnością, żeby później mogły docenić ten idealny świat także nasze dzieci i wnuki. Kiedy jednak jakieś drobne niedogodności, będące skutkami niezbędnych przecież ekologicznych zmian, zaczynają dotykać nas samych, idziemy na łatwiznę i uciekamy od przyjętej drogi. Prawda jest jednak taka, że, niestety to, co jest dobre dla nas wszystkich, wymaga poświęceń. Wszyscy by chcieli żyć w zdrowym, naturalnym środowisku, jednak, jak to ze zdziwieniem zauważył Dandiron, nie bez wygód świata współczesnego, które przecież pozostają w sprzeczności z naturą. Czyż nie jest to oczywiste? Dandiron wiedział to od zawsze, odkrył jednak wiele innych cech ludzkiego charakteru, o których dotychczas nie miał pojęcia. Także tą, najdziwniejszą, że ludzie wolą korzystać z uroków przyrody już teraz, egoistycznie, zamiast myśleć o przyszłości i skromnie podziwiać ją na ekranach obserwacyjnych.
Wstrząsająca historia przestrzegająca przed skutkami krótkowzroczności i skupiania się tylko na jednej stronie rzeczywistości.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

26.Złodziej króliczków*” (Zi Irmak)

Tak naprawdę książka Irmaka nazywa się inaczej, powinnam przetłumaczyć jej tytuł raczej jako Kłótnia trzech planet. Po przeczytaniu jej nie potrafiłam jednak oprzeć się sentymentowi - wszystko wskazuje na to, że jej główny bohater był jednym z największych dziecięcych ulubieńców mojej młodszej siostry. Do dzisiaj wspominam jej zachwyty jego pokręconymi przygodami oraz to, jak na sylwestrowy bal wypchała sobie kieszenie i rękawy długiego płaszcza pluszowymi króliczkami, obwieszczając, że ona będzie Złodziejem Króliczków, ale w żaden sposób nie potrafiłam skojarzyć, skąd ten motyw się wziął. A tu proszę...

Ów główny bohater, Mari Nerti, pochodzący z Fenus zawodowy złodziej za usługach króla i międzyplanetarny podróżnik, już w pierwszych zdaniach opowieści otrzymuje list-zlecenie. Nie od swojego pracodawcy, więc nie ma przymusu przyjmowania go, jednak jego zainteresowanie wzbudziło dość skomplikowane tło całej sprawy (oraz spora zapłata). Wszystko kręciło się wokół wspomnianych króliczków. Dawno temu, z powodu sporów na wyższych szczeblach władzy, planeta, z której pochodziły, Sawlinia, znalazła się w niełasce króla planety Logmarr. Ten ostatni postanowił dokonać nietypowej zemsty za niedotrzymanie słowa - zbudowana przez jego naukowców maszyna odsysała z atmosfery każde nasionko, z jakiego mógł się rozwinąć nowy króliczek. Sawlinianie nie byli tak wyedukowanym narodem jak ich oponenci i nawet dostrzegając ten fakt, nie zdawali sobie sprawy, że króliczków może u nich kiedykolwiek zabraknąć, a jeśli nawet - jak bardzo opłakane skutki będzie to miało dla ich ekosfery. Dopiero dziś, kiedy wszystkie stworzonka przepadły i ich planecie grozi zagłada, zdecydowali się zwrócić o pomoc do najsłynniejszego złodzieja w lokalnej grupie układów słonecznych, żeby zdobył dla nich okazy odhodowane na Logmarrze.
Ostatecznie Mari Nerti decyduje się podjąć wyzwanie, jednak w przeciwieństwie do proszących o ratunek ma świadomość, że nie będzie ono łatwe. Po pierwsze - czy aby na pewno gatunek, który rozwinął się na nowej planecie, będzie mógł jeszcze w im pomóc? Fenusianin spodziewa się też, że potomkowie króla Logmarr tylko czekają na kogoś, kto spróbuje pokrzyżować ich mściwe plany. Czarne chmury nadejdą jednak również ze strony, z której wcale ich nie oczekiwał – okaże się, że król jego własnej planety, Sigs Jakri, miał swój udział w historii z króliczkami i nie ucieszy się na wieść, że jego najlepszy człowiek postanowił się w nią wmieszać. Jest coś, dzięki czemu stworzonka mogą doprowadzić jego panowanie do upadku - ale czy ktokolwiek oprócz samego zagrożonego ma właściwie o tym pojęcie? Na szczęście o wiele bardziej skore do współpracy będą same króliczki, które pomimo że się zmieniły, nadal mogą zdziałać bardzo dużo.

Może zaskakiwać, że książka pozornie przepełniona tak misternymi, zaskakującymi intrygami mogłaby się spodobać kilkuletniemu dziecku. Niepotrzebnie - jest to jeden z tych utworów, w których każdy widzi to, co chce i co lubi. Pomiędzy kolejnymi retrospekcjami i wskazówkami przeprowadzają nas pełne charakteru, zapadające w pamięć postaci, jaskrawo reprezentujące planetę, z której pochodzą. Główny bohater, jako typowy Fenusianin (i typowy złodziej), kombinuje, oszukuje, wszędzie doszukuje się drugiego dna i zawsze udaje, że wie mniej niż w rzeczywistości. Jednakże humor i ironia, z jaką sam podchodzi do siebie i swoich pokrętnych i nie zawsze krystalicznych działań, wzbudza sympatię i dodaje mu uroku, które wyróżniają go na tle innych mieszkańców jego planety i nawet na jego popisy tchórzliwości każą patrzeć z uśmiechem. W przeciwieństwie choćby do Sigsa Jakri, który choć od strony osobowości wydaje się być niekiedy lustrzanym odbiciem Mari Nerti, budzi niechęć, lęk i od pierwszej chwili, gdy poruszył temat niegdysiejszych poczynań Logmarran, zdaje się mieć z tym coś wspólnego. Co tylko potwierdzają sami Logmarranie, niezmiennie od dziesięcioleci chciwi, egocentryczni i kłótliwi, którzy niekiedy sprawiają wrażenie, że nie zrobią nic, jeśli ktoś mądrzejszy im tego nie zasugeruje.
A króliczki? One są najciekawsze i o nich opowiedzieć najtrudniej, bo efekty międzyplanetarnej metamorfozy autor ujawnia stopniowo, niepozornie zarówno dla czytelnika, jak i głównego bohatera. Mari Nerti nie wiedział, co zastanie, i faktycznie nie były to te same bezwolne, ufne stworzonka, o jakich dowiadywał się z listu i na jakie bez wątpienia wychowałaby je Sawlinia. Niewiele też jednak wzięły od wywyższających się Logmarran, choć zyskały swego rodzaju tupet i spryt, który nie raz przydał się Mari Nerti. Nie był to jednak tupet i spryt właściwy dla istot inteligentnych - takich cech zdawały się niekiedy nie posiadać w ogóle, jakby przedkładając nad troskę o siebie i swoje zdanie coś, o czym nie powinny wiedzieć. Sam Mari Nerti, choć miał z tymi postaciami styczność od prawie połowy książki, nie był w stanie do niczego porównać ich osobowości, tego, dlaczego chciały go słuchać lub nie, albo czemu się bały. On i zdumiewająca magia króliczków mogłaby z powodzeniem przysłonić każdemu dziecku wszystkie podchody, zdrady i pułapki, których od pierwszych stron nie brakowało na drodze zawodowego złodzieja. Tak samo jak paranormalne dywagacje usuną się w cień, kiedy spróbujemy nadążyć za jego tokiem myślenia i zagłębimy się w pełen niuansów świat przekrętów i manipulacji.
Niesamowitą frajdą było dla mnie to czytać i na nowo poznawać niezrównanego Złodzieja Króliczków. Myślę, że i wam się spodoba, czegokolwiek byście się po tej opowieści nie spodziewali.


_______________
*Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, nie możemy mieć do czynienia z typowymi przedstawicielami rodzaju Sylvilagus. Tym bardziej, że z wyglądu i tego, jak się rozwijają, podobne są raczej do ziemskich ukwiałów. Jednakże z jakiegoś powodu najchętniej podkreślanymi przez autora cechami tych istot są długie narządy słuchowe (w liczbie około dwudziestu sześciu) i mięciutkie futerko. Chętnie to podłapali nie tylko twórcy licznych ekranizacji, jak i tłumacze właśnie, bez dłuższych wyjaśnień oddając tę rolę mniej rozwiniętym cywilizacyjnie mieszkańcom swojej planety o długich uszach i uroczym wyglądzie. Nic więc dziwnego, że w ziemskiej przyszłości sprawa jest jasna i nie tylko Jan Kaszanka przyrównuje je do naszych królików. Mogę więc powiedzieć, że tak się po prostu utarło.

poniedziałek, 19 maja 2014

13.Zobaczyć deszcz” (Onga Falta 23 G)

Tym razem dość długo nie miałam pomysłu, co tym razem dla Was opisać, dopóki nie wyjrzałam przez okno. Pada. Stary dobry ziemski deszcz...

Trwa właśnie Sylwester rozpoczynający rok 2998, gdy dwustuletnią* mieszkankę Księżyca, Jawidgę Ri Kamnię zaczynają nachodzić nostalgiczne przemyślenia na temat świata Powierzchni, którą akurat tej nocy, jak co osiemnaście dni, ma okazję podziwiać na nieboskłonie. Pomimo że urodziła się i spędziła pierwsze lata życia na planecie, wkrótce cała jej rodzina wyprowadziła się stamtąd, przez co bardziej znała to miejsce z barwnych czasopism niż własnych wspomnień. Zdawała sobie sprawę ze zdumiewających różnic rozwojowych, skutkach kilku wieków wytężonej pracy nad przystosowaniem suchej skałki do zamieszkania, które zepchnęły Powierzchnię do rangi pełnej bałaganu i niewygód wioski. Często rozmyślała o zaletach pobytu tutaj, o ruchomych podjazdach i pomocnych robojednostkach, dzięki którym starość prawie jej nie doskwierała. Tego wieczora postanowiła jednak poznać bliżej świat, w którym tak naprawdę nigdy nie była, pełen miast zbudowanych z własnej historii i niehodowanej fauny i flory. Czekała tam na nią jedna z ostatnich krewnych, kuzynka, która już niedługo miała ją oprowadzić i przedstawić oczywistości, o których Jawidga nawet nie śniła. Jednym z pierwszych jej życzeń po dotarciu na miejsce jest zobaczyć deszcz...

Tym co wyróżniło dość krótkie opowiadanie Ongi od innych, kierowanych do seniorów anty-planetarnych tekstów propagandowych, dało mu rozgłos i zainteresowanie krytyków, był efekt - odwrotny do zamierzonego. Polityka zarządzania ludnością Księżyca i Powierzchni dążyła do uporządkowania ludzi według wieku, wyrobienia w nich przeświadczenia, że tylko jedno konkretne miejsce z tych dwóch jest w stanie zapewnić im wygodę, rozrywkę, karierę i wszystko, czego tylko mogliby potrzebować. Gdy tylko oparty na sztucznej inteligencji przemysł księżycowy uniezależnił się całkowicie od wsparcia planety, rozpoczęły się liczne kampanie oraz druk artykułów przedstawiających rozwinięty technologicznie monotonny Księżyc jako idealne miejsce na spędzenie spokojnej i bezpiecznej emerytury, natomiast Markuril na dole - jako środowisko przeznaczone dla nauki, pracy i rozrywki. Pojawiająca się w tamtym czasie literatura, jeśli tylko adresowana była do określonej grupy wiekowej, niemal zawsze zawierała sugestię, wartościowanie - w książeczkach dla dzieci "górny" świat był ukazywany jako ponury i groźny, w prasie dla dojrzałych pań - jako szczyt nudy, a dopiero w magazynach dla istot w wieku podeszłym - jako jedyna na świecie ostoja spokoju. System ten oparty był na wiedzy o potrzebach i oczekiwaniach Markurilian i po jego udanym wdrożeniu szybko zanotowano ogólną poprawę zdrowia i przedłużenie życia wszystkich mieszkańców.
Falta 23 G, pomimo że napisał Zobaczyć deszcz z najszczerszym zamiarem dalszego zachęcania do trzymania się schematu, popełnił wiele błędów, które przesądziły o opacznym odbiorze dzieła i które do dziś nauczeni już doświadczeniem nauczyciele wykorzystują do kształcenia młodych marketingowców. Przede wszystkim Falta sam był wtedy dopiero początkującym promotorem i nie potrafił jeszcze wyzbyć się obiektywizmu. W jego wizji oba światy są jednakowo wartościowe, z czego, co gorsza, główna bohaterka zdaje sobie sprawę. Pomimo wielkiego szacunku dla swojego księżycowego domu, sprawia wrażenie nieco zmęczonej prostym minimalizmem, wyspecjalizowaniem i profesjonalizmem, który okrawa świat ze wszystkiego co jest choć odrobinę zbędne. Pomimo że prędko odkryła, że niespodzianki na Powierzchni nie zawsze były miłe - jak wszechobecny brud, korki na drogach i brak sympatii nieznajomych - to wrodzony entuzjazm pozwala jej na przyjmowanie ich z dziecinną ciekawością i zaufaniem. Sama Jawidga, co było nie mniejszą nowością, również nie została wyposażona w same zalety - jej niedomyślność i, często, zwykła naiwność wprowadzają mnóstwo okazji do uśmiechu i sprawiają, że zarówno na rzeczywistość księżycową, jak i planetarną patrzymy z przymrużeniem oka. Księżycanka do samego końca nie mogła się przyzwyczaić, że otaczające ją drzewa nie są pomysłową dekoracją, co było widać w każdej jej wypowiedzi na ich temat. Nie mieścił jej się w głowie naturalny stan rzeczy na planecie, według którego zaniedbana ziemia sama zarasta trawą, a w nieużywanych zbiornikach wodnych lęgną się owady. Bardzo długo męczyła się też z rozróżnianiem, które cechy należą do którego zwierzęcia - na dobre weszło już do użytku dziennego lekceważące powiedzenie, które moglibyśmy tłumaczyć jak Daj się rybce wybiegać, mające dać rozmówcy do zrozumienia, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Najbardziej charakterystyczne jest jednak zdziwienie, którym Jawidga reaguje na informację, że ten słynny "samoczynny" deszcz nie pada o konkretnej godzinie, co ustalony czas - że trzeba na niego najzwyczajniej w świecie cierpliwie poczekać.
Jedno niepozorne opowiadanie nakręciło wielką, samonapędzającą się rewolucję, która, na szczęście dla autora, rozwijała się zbyt powoli, żeby mógł on dożyć odnalezienia jej przyczyny. Ku niepokojowi rządu ludzie nagle odkryli w sobie ciekawość, zapragnęli zwiedzać i porównywać miejsca, które nie były dla nich przeznaczone, uczyć się i zastanawiać. W międzyczasie Onga Falta 23 G napisał jeszcze parę krótkich opowiadań (jak choćby Zgubiony szalik i Całkiem niepodobna osoba) w celu dalszej popularyzacji podziału wiekowego, jednak ponieważ z czasem nauczył się, jak powinien to robić, żadne nie miało takiego przyjęcia wśród czytelników i nie doczekało się tak wielu analiz wśród znawców.
Dla nas będzie to "tylko" zabawna historyjka o babci, która postanowiła pierwszy raz w życiu opuścić ciepły dom. Niezależnie jednak od rasy (i miejsca zamieszkania, bo w końcu my mieszkamy akurat na planecie) niezmiennie zaraża ona chęcią poznania, otwartością i potrzebą zastanowienia się nad tym, co oczywiste. Warto przeczytać.


_______________
*Czas obiegu planety centralnej, Markurila, jest bardzo zbliżony do ziemskiego, podobnie długość życia mieszkańców jego i jego księżyca.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

10.Czasy Króla” (Elghan Rut Siibiars)

Małe obwieszczenie: miło mi ogłosić, że właśnie dobrnęliśmy do dziesiątej recenzji! Dziękuję wszystkim Czytającym w imieniu całego Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i z radością zapraszam do czytania. Tym razem polityka w zamętach pokręconych linii czasu...


W objętej niedawno opieką Wielkiej Zgody państwie Farftacsja dzieje się coś dziwnego. Po wyzwoleniu jej spod rządów absolutnych wnuka założyciela, sprzecznych z jej pierwotnym rozproszeniem i brakiem władzy wyższej niż lokalne rady starszych, Wielka Zgoda zadecydowała o wprowadzeniu demokracji. Studia nad genezą państwa i analizy najbardziej cenionych politologów planety Mandegret wykazały, że będzie to idealny sposób na powrót do korzeni – nie obniżający efektywności rozwoju gospodarczego kraju, ale dający każdej jednostce liczący się głos w wyborze rządu, który będzie go kształtować. Tak jak przewidywano, nowe zarządzenie wywołało liczne protesty wśród mniej ambitnych i niewystarczająco wyedukowanych Farftacyjczyków, wkrótce miały one jednak ustąpić, a idące za demokracją zmiany konstytucji – zostać ufnie przyjęte. Nietrudno się zatem domyślić, że kiedy wyciszenie nastrojów rzeczywiście nadeszło, obawy, że nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, nie zostały uznane jako coś wartego uwagi. Świadczy o tym mianowicie symulacja stworzona przez pewnego niżej postawionego politologa, jednego z najbardziej zorientowanego w historii i kulturze Sema Irftaźe, który z dumą spostrzega, że negatywne reakcje urwały się jak ucięte nożem. Widząc brak zainteresowania Wielkiej Zgody, kontynuuje obserwacje na własną rękę. Z niepokojem odkrywa, że nie tylko nie może odnaleźć milczących sceptyków, którzy zdaniem jego przełożonych zmienili zdanie, ale też, z czasem bardziej optymistycznie nastawionych mieszkańców. Ludzie po prostu znikali – z dnia na dzień, wkrótce po wyrażeniu pierwszego, większego rozczarowania nowym typem ustroju. Wkrótce także media zaczęły zastanawiać się nad upadającymi fabrykami i porzucanymi w połowie budowami, odpowiedzi jednak nie było. Także dla samej Wielkiej Zgody, która była jednak bardziej zaabsorbowana poparciem dla opracowanej przez siebie polityki, które naturalną koleją rzeczy rosło proporcjonalnie do ilości zaginionych osób. Jedynie Sam widział, że niewzruszeni pozostali jedynie sami mieszkańcy, jakby wiedzieli coś więcej niż wszyscy nad nimi. Zaskakiwały go nawet własna pamięć, według której czasy Króla wydawały mu się z każdym wspomnieniem piękniejszymi czasami, zdumiewał się nachodzącą go coraz częściej pojawiającą się chęcią porzucenia opiekującej się jego światem mądrej Wielkiej Zgody. Dopiero, kiedy zagłębia się w tajemnicę jeszcze bardziej, odkrywa popularyzujące się właśnie systemy podróży w czasie, co pozwala mu powiązać zjawisko właśnie z nimi i dostrzec zmierzającą do katastrofy czasowspomnieniową reakcję łańcuchową...

Ustrój polityczny w Farftacsji nie był skomplikowany, mimo to można było mówić o nim bez końca. Państwo powstało jako monarchia króla Wahsarikta, podczas jego podbojów, gdy zajął, rozbudował i rozwinął wiele nowych, prawie niezaludnionych wcześniej terenów. Wielkiej Zgodzie, grupie krajów starszych powstałych dziesiątki pokoleń wcześniej, trudno było pojąć, że władca choć nie zapytał nikogo o zdanie, realizował swoje plany tyleż stanowczo, co powoli, cierpliwie i z poszanowaniem tego, co zastał, w zamian wzbogacając kulturę nowomianowanych państw w wiedzę i zdobycze techniki. Nie wszyscy mieszkańcy byli zadowoleni z obcych osadników, wprowadzających typowe dla bardziej cywilizowanego świata narzędzia, pojazdy, profesje i instytucje, mieli oni jednak czas odnaleźć się w nowym świecie, który wraz z kolejnymi następcami bardzo łagodnie zmieniał to, co ich otaczało. Władająca światem Wielka Zgoda, nie pojmująca rządów jednej osoby inaczej niż jako tyranii, nie była w stanie docenić i zrozumieć tego, jak wiele dały Farftacyjczykom czasy Króla. Tym samym nie mogła zrozumieć przyczyny tego, co zaczęło się dziać, dostrzec i zatrzymać biegu wydarzeń.
Nie jest to oczywiste (nawet podczas czytania), ale to nie polityka czy nawet poszukiwania Sema Irftaźe, ale właśnie ten bieg wydarzeń gra tu główną rolę. Trudne do powiązania ze sobą przemiany coraz większych szczegółów rzeczywistości, odkrycia dokonywane we własnej pamięci, sprzeczności przeskoków z minuty na minutę – to jest to, za pomocą czego Elghan Rut Siibiars lubi bawić się światem literackim najbardziej. I czym skłania nas do podziwiania go – przerażający z naszej perspektywy, a nie łatwy do zauważenia od wewnątrz, rozpad teraźniejszości zdumiewa i każe nam czekać, co stanie się dalej. Nie jest tu ważne, jak skończą się poszukiwania Sama – po prostu idziemy krok w krok za nim i staramy się nie pogubić, rozróżniać to, co dzieje się nadal, od tego, co już nie istnieje i co już nie jest ważne, oddzielić jedną sprzeczność od drugiej. Niezmienny zachwyt wywołuje to, z jaką łatwością Elghan bawi się myślą i pamięcią Czytelnika, jak niewiarygodne następstwa mają u niego niepozorne wydarzenia, jak duże znaczenie mają u niego najmniejsze drobiazgi, które z każdą kolejną stroną konsekwentnie składają się na jedyne możliwe rozwiązanie.
Jak mało kiedy zarówno fani mocnego sci-fi, jak i politycznych rozważań znajdą tu coś dla siebie.

poniedziałek, 31 marca 2014

06.Sztuczni ludzie” (Ossa ny Urahtla)

Spokojne życie Mikona del Ele, wypełnione dotąd pracą oraz troską o żony i potomków, zmienia się gwałtownie z powodu pewnej popołudniowej transmisji wiadomości kręconej na żywo w okolicy jego jaskini. Mianowicie dostrzega w ich tle wypadek motokołowy i poszkodowanego strącanego z urwiska. Wypadek o tyle dziwny, że całkowicie niezauważony przez relacjonujących inne wydarzenia dziennikarzy i kilkunastu gapiów oraz totalnie zignorowany przez samego sprawcę. Kiedy jednak zdenerwowany Mikon w ciągu minuty lub dwóch dobiega na miejsce, nie ma tam już najmniejszego śladu ani po rannym, ani po ekipie telewizyjnej. Nic nie zauważyli także przechodzący tamtędy akurat spacerowicze, oczywiście za wyjątkiem tych, którzy dopiero co odeszli od telewizorów i nie mieli wątpliwości, że autorzy programu najwyraźniej zdążyli już się spakować...
Wspomnienie nieznajomej postaci nie daje głównemu bohaterowi spokoju. Swoje początkowe dążenia do znalezienia poszkodowanego lub też kierowcy szybko jednak zamienia na podejrzliwość wobec redaktorów telewizyjnych, których nigdy dotąd nie udało mu się spotkać, nawet gdy ich transmisje, wywiady czy zdjęcia dotyczyły jego najbliższego sąsiedztwa. Obserwacje i pytania Mikona przenoszą się z okolicznych relacji na seriale telewizyjne, ogólnonarodowe imprezy sportowe i relacje z siedziby prezydenta. Zastanawia się, co właściwie widzi na wydrukach i słyszy w rozgłośniach dźwiękowych. Dopiero wyjątkowy zbieg okoliczności sprawia, że zostaje uznany za jednego z pracowników telewizyjnych i wprowadzony w świat, o którego istnieniu nawet nie miał pojęcia, ponadto dowiadując się tam o nieistnieniu mnóstwa rzeczy, o których pojęcie miał.

Można myśleć, że jest to kryminał, jednak wątek tajemniczego wypadku szybko się wyjaśnia i na długo urywa, a uwaga powieści przekierowuje się zupełnie w inną stronę. Wraz z Mikonem del Ele trafiamy do miejsca, które umożliwia mu obserwację pozornie dobrze sobie znanej prostej i jasnej rzeczywistości planety Ksaksji z całkiem innej perspektywy - z perspektywy mediów, które nie manipulują faktami i prawdą, ale powołują je do istnienia, projektują najkorzystniejsze i najbardziej chwytliwe wydarzenia, kreują nazwiska. Mikon już przy pierwszej lepszej okazji dowiaduje się, że nie miał miejsca żaden wypadek, ale też nie było wizyty dziennikarzy w jego mieście, ani też motokołowcy, dziennikarzy i gapiów, którzy zostali stworzeni specjalnie dla tej audycji. A to dopiero początek. Z czasem, gdy Mikon przypomina sobie o zagadce wypadku na nagraniu i postanawia odnaleźć grafika, który (celowo?) zaprogramował jego treść, trafia na schemat budowy kandydata na idealnego prezydenta...
Co ciekawe, jednym z najciekawszych i najbardziej wciągających elementów historii jest, tuż obok zakręconej fabuły, sam Mikon. Pomimo narastającej ciekawości, a wraz z nią i szoku, raz po raz wytrącającego go z równowagi, bardzo zgrabnie idzie mu udawanie naiwnego scenarzysty-nowicjusza (zapewne dlatego, że na co dzień zajmuje się wydobywaniem węgla, co w jego stronach wymaga nie lada sprytu). W ten sposób zagłębia się coraz bardziej w sens tego, co uważał dotąd za prawdę. Zabawne jest, jak i o co zagaduje mijanych pracowników, jak wykorzystuje przeciwko nim ich własną gadatliwość, co stanowi dobry kontrast do niekiedy przerażającej powagi sytuacji, o której słyszy. Szczególne wrażenie robi jego popisowa obojętność, gdy zostaje wciągnięty w cyniczną naradę na temat następnego odcinka popularnego reality show i projektów nowych kłótni pomiędzy parą jego idoli. Potrafi on jednak nie tylko ukrywać się i robić uniki - prawda o zbliżających się wyborach sprawia, że pojawia się w nim poczucie obowiązku i odwaga. Do tego po wielu godzinach wędrowania po siedzibie mediów w jego plany wtrąca się tęsknota za rodziną.
Trudno powiedzieć, co w tej książce bardziej zdumiewa - fantazja niewidzialnych władców Ksaksji, pomysłowość Mikona (który niekiedy okazuje się niegorszym manipulatorem niż jego wrogowie) czy może ignorancja i bezkrytyczny sposób myślenia większości Ksaksjan (fragment, gdy cała rodzina, zamiast wyjrzeć przez okno, ogląda w telewizji pochód, odbywający się rzekomo na sąsiadującej z ich jaskinią ulicy, niezapomniany). Nie mówiąc już o samych pomysłach tych pierwszych, które raz są śmieszne, innym razem bezczelne, ale w osłupienie wprawiają niezmiennie. Szkoda jedynie, że melodii piosenek, które jako jedyne musiały naprawdę zostać przez kogoś napisane i wyłamywały się z tego systemu, nie udało się zapisać "na tekście" tak jak w oryginale. Ale, podążając za myślą autora, być może wcale nie trudno byłoby nam sobie samym wmówić, że ta melodia jest.