Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzwiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzwiek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

88.Bzzzzzzyt” (Jelio Dref Żżerhwoz Dref, Pertre Diks Perwiniowento)

Oryginalne brzmienie i przekaz tytułu nie są łatwe do odzwierciedlenia – chodzi tu o dźwięk wydawany przez strumień prądu przebiegający przez cienkie włókno opakowane w przezroczystą obudowę, innymi słowy: przez żarówkę. Może wprawić w zdumienie, jak nagle i nieodwracalnie ten niepozorny element ziemskiej architektury zawładnął strukturami mieszkalnymi na Oriolie. Celem stworzenia oświetlenia aktywnie dostosowującego swoją jasność, temperaturę i kolor w zależności od pory roku, okoliczności i zwykłych zachcianek właścicieli, uczyniono je inteligentnym. Podłączonym do podręcznych urządzeń komunikacji, światowej sieci informacji, a także, później, do nadsieci – telepatycznego eteru, z którego inteligentne żarówki mogłyby czytać polecenia bezpośrednio z umysłów swoich właścicieli, zanim ci zdążyliby o tym pomyśleć, a następnie przekazując polecenie sąsiednim żarówkom. Jednak tam, gdzie są duże możliwości i wygoda, tam też są zagrożenia...
Początkowo każdemu wydawało się, że ich nie ma. Oczywiście miano świadomość, że przejęcie kontroli nad żarówkami przez kogoś niepowołanego groziłoby nie tylko problemami z jasnością w pomieszczeniach, ale i otwierałoby szerokie możliwości wyciągnięcia różnorodnych, tajnych informacji na temat tych, którzy się z nimi komunikują. Jak jednak doprowadzić do negatywnego zachowania coś, do czego jedyną ścieżką dostępu jest odbiornik, który każdą otrzymaną z zewnątrz instrukcję, czy to od ludzi czy innych żarówek, filtruje zakresami bezpieczeństwa? Należałoby przeprogramować mikromózg urządzenia, ale szklana bańka, niczym ścianka bomby, była czuła na najmniejszy nacisk i nie pozwalała na wprowadzenie najmniejszych zmian.
Droga jednak istniała – wiedziała to pewna grupka wyjątkowo ambitnych hakerów – trzeba było tylko ją znaleźć. Szansa na to pojawia się z nieoczekiwanej strony, gdy trafiają na ekstrawaganckiego hodowcę owadów i eksperymentatora genetycznego. Zauważył on, że brzęczenie hałaśliwych Ziskuzów podejrzanie przypomina buczenie wydawane właśnie przez żarówki, co jego zdaniem sugeruje jakiś rodzaj komunikacji pomiędzy jednymi a drugimi. Owady, za pomocą odpowiednich wibracji, miałyby posiadać umiejętność odczytywania i wprowadzania danych do elektronicznej pamięci, tak jak robią to w przypadku innych owadów. Czy to możliwe? Cyberwłamywacze postanawiają zaryzykować i poświęcić nieco czasu na bliższe zapoznanie się z dziwacznymi stworzeniami. Wreszcie pozwalają opiekunowi Ziskuzów wprowadzić ich w niezwykłą sztukę programowania genetycznego, dzięki któremu mogliby zmienić żywe stworzenia w zdalnie sterowane żarówkowe wytrychy.

Jeśli historie o hakerach kojarzą się wam z przekombinowaną hermetyczną terminologią i wyczynianiem z maszynami magicznych rzeczy – spokojnie, tutaj jest o wiele bardziej obrazowo i przystępnie, pewnie dlatego, że sam Jelio Dref Żżerhwoz Dref się na komputerach kompletnie nie znał. Na genetyce zresztą też nie. Wszystko co potrafił i robił przez całe życie (nie licząc pisania szczególnego rodzaju science ficion) było hodowanie owadów podobnych do ziemskich pszczół i przerabianie ich kolców na igły. Do wynalezienia żarówek brakowało mu współczesnym jeszcze trochę czasu – na razie najnowszą zdobyczą techniki ogniska i krzemienie. Ale za to Jelio Dref był wspaniałym wizjonerem, dzięki czemu dobrze udaje, że wie, o czym pisze. W momentach, których już nie wiedział zbyt wyraźnie i przygody kilkorgu hakerów przypominają już bardziej zaklęcia szamańskie, do akcji wchodzi Pertre Diks. Ten oto nowożytny archeolog podczas jednej z wypraw odkrył gęsto zapisane owadzie skrzydła, pozostawione wieki temu przez Jelia Drefa, i tak zachwycił się zabawną, pomysłową historią, że postanowił „przetłumaczyć” na sposób myślenia ludzi z czasów przyszłości. Pomimo że jemu nie obce były już obce ani genetyka, ani najcwańsze metody łamania zabezpieczeń komputerowych wzorem pierwszego autora nie popisuje się szczegółami technicznymi, jednak uzupełnia zawsze gdy mogą one zaciekawić lub uwiarygodnić to, co się dzieje, pozostawiając niekiedy wręcz bajkową malowniczość podobieństwa między dwoma tak odległymi od siebie dziedzinami nauki.
Celność tego, jak Jelio Dref podchodził do pojęcia żarówki, jak trafnie wyobrażał sobie jej działanie i budowę, to, że mogłaby komunikować się z człowiekiem w tak bardzo nie fizyczny sposób, aż wreszcie i to, że mogłaby być „magicznym” nośnikiem wiedzy i instrumentem do niesienia zniszczenia, oczarowuje, gdy przypomnimy sobie, że mógł mieć zielonego pojęcia o elektryczności. Opisy nauki posługiwania się „cegiełkami życia” chwilami nawet prześcigają to, co dotąd zostało osiągnięte, jednak ani na chwilę nic nie wydaje się ani zbyt proste i pozbawione trudności, ani nieprawdopodobne. Wreszcie nie zawodzi także ciąg dalszy, gdy hakerzy szykują zastęp programowanych owadów do ataku na miejską sieć energetyczną, w którym również Pertre Diks nie pomagał fabularnie. Do ostatniej chwili nie wiadomo, czy włamywacze osiągną swój cel, czy uda im się uciec przed wszechobecnymi stróżami prawa nie mniej bystrymi niż oni. A jeśli – to jak będą chcieli wykorzystać zdobytą władzę? Dla pieniędzy? Siania chaosu i zniszczenia? A może jednak nauczyli się jednak od samotnego i przemądrzałego hodowcy owadów, z którym być może Jelio Dref się utożsamiał, że lepiej jest naprawiać i dawać, czegoś ich nauczyło?
Błyskotliwa, porywająca historia, trafiająca do każdego niezależnie od wiedzy i czasów, w jakich żyje i jak wyobraża sobie prawdziwy hacking.

poniedziałek, 30 marca 2015

58.Ostrze dźwięku” (Sestro 17 Wawha)

Bohater tej historii, Fou 4 Egwniroln, poświęcił życie pracy nad tajemniczym zjawiskiem rezonansu dźwiękowego i jego niekorzystnym wpływem na organizmy żywe zamieszkujące jego rodzimą planetę, Onię 1 Gdis. Początkowo zajmował się nim jako detektw-fizyk, którego zadaniem było wykrywanie niebezpiecznych sytuacji i ratowanie ludzi przed paraliżem, potem przeszedł do pracy naukowej, poszukiwań przyczyny i przede wszystkim badań, jak pomóc tym, którzy w melodyczną pułapkę już wpadli. Oniański umysł jest specyficzny, jeśli chodzi o reakcję na regularne dźwięki. Na ich podstawie opiera się cały proces przesyłania informacji myślowych w ciele, przez co już pojedynczy powtarzany sygnał zewnętrzny prowadzi do zamroczenia i utraty kontroli nad sobą. Kiedy współgrających dźwięków jest więcej, umysł wchodzi w stan półprzytomnego oderwania od świadomości, z którego nie jest w stanie się wydostać nawet po ustaniu melodii. Uwięziony w częstotliwości dźwięku umysł traci zdolność myślenia inaczej niż według danej piosenki i zostaje wyczyszczony z własnej świadomości. Nic dziwnego, że każdy rodzaj muzyki w świecie Fou 4 jest zabroniony - wystarczy kilka minut melodii w eterze, żeby sparaliżować wszystko w zasięgu jej głośności. Nie wszyscy jednak podporządkowują się prawu...
Fou 4 Egwniroln jest bliski opracowania rozstrajającego antydźwięku, gdy dochodzi do serii przestępstw, których celem padają kolejne urzędy bankowe. Prędko wychodzi na jaw, że bronią złodziei jest właśnie dźwięk, którego krótkimi seriami hipnotyzują, kogo zechcą. Dlaczego jednak dźwięk nie oddziałuje na ich samych? I dlaczego większość z potencjalnych ofiar zostaje oszczędzona? Nie trudno się domyślić, że do rozwiązania zagadki zostanie wyznaczony, jako zasłużony naukowiec i doświadczony detektyw, oczywiście Fou 4. Pomimo obaw zgodził się on, choć niechętnie, głównie z poczucia obowiązku oraz możliwości poszerzenia wiedzy o nowe „obiekty badawcze”. Wkrótce okazało się, że otrzyma aż nadto zarówno od strony naukowej, jak i śledczej - z jakiegoś powodu omamieni dźwiękiem ludzie budzą się z niewybudzalnego rezonansu, nie zachowują się już jednak tak jak dotychczas. Jednocześnie Fou 4 odkrywa, że za wszystkim stoi Dealir 10 Rofnoeh - król złodziei, który dawniej wielokrotnie stawał mu na drodze. Kariera Dealira 10 skończyła się jednak wraz ze wpadnięciem w pułapkę melodyczną wiele lat temu. Więc...?

Zabawne, że ze zwykłej awersji do muzyki powstał na Onii 1 cały, i to bardzo efektowny, gatunek literacki. Tak naprawdę „uwięzienie w piosence” nigdy Onianom nie groziło - po prostu mieli wrodzony antytalent do tworzenia dobrej muzyki. Kolejne pokolenia, bardziej już kosmopolityczne, którym nikt nie miał ochoty wyjaśnić, dlaczego na ulicach jest tak cicho, znalazły na to własne wyjaśnienie, które pchnęło do przodu kryminalno-sensacyjną część twórczości ich świata. Razem z owym pokoleniem na planecie niedługo pojawiły się oczywiście międzyplanetarne utwory muzyczne, co przyczyniło się do znacznego złagodzenia pełnej mroku i tajemniczości sławy akustyki, jednak dzieła takie jak Ostrze dźwięku pozostały i do dziś wzbudzają podziw.
Sestro 17 Wawha działa tu na bardzo wielu płaszczyznach. Z jednej strony nie wiadomo, czy eksperymentalny lek Fou 4 zadziała, a nie jest łatwo się tego dowiedzieć nie tylko dlatego, że pacjenci mu pouciekali - do oderwanego od rzeczywistości człowieka dźwięk już nie dociera. Z drugiej - dlaczego „styl” włamań, miejscówki i uczestnicy kojarzą się z kimś, kto, z praktycznego punktu widzenia, przestał żyć? Z tego ostatniego można trafnie wnioskować o wątku naukowym, który nam nieco objaśni - okaże się, że Fou 4 ma w tej dziedzinie konkurenta do nagrody Saspresa (odpowiadającej naszej nagrodzie Nobla), który co prawda uśpionego umysłu nie potrafi uwolnić, ale potrafi zrobić z nim coś o wiele ambitniejszego i paskudnego, co pozwoli zmusić „nastrojonych” wybrańców z banku do kontynuowania planów bandy w najdrobniejszych szczegółach. Nie zabraknie też paru słów o tym, dlaczego właściwie każdy (nie tylko główny) bohater jest tutaj tak zdeterminowany na osiągnięcie celu. Czy zawsze chodzi tylko o dobro świata albo tylko o pieniądze?
Pomimo że groźne zjawisko tak naprawdę nie istnieje, czytając tę książkę ciężko o tym pamiętać - autor fantastycznie orientuje się nie tylko w tym, jak mogłoby wyglądać wnętrze umysłu opętanej osoby, ale przede wszystkim w tym, jak na rozpętaną muzyczną psychozę reagowałyby pojedyncze (mniej lub bardziej charakterystyczne) jednostki i całe społeczeństwa. Nie będzie pewnie zaskoczeniem fakt, że jest to kolejny z elementów gry, w jaką wciąga nas Sestro 17 rękami genialnych przestępców.
Warto przeczytać choćby dla jednego z tych aspektów i przerazić się, co by mogło się zdarzyć, gdyby coś tak wspaniałego jak muzyka, mogło mieć na nas tak destrukcyjne oddziaływanie.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

42.Życie i twórczość Nikolasa Waazona” (Estra Pagani)

Posiadacze nazwiska rodowego Waazon słyną z nieprzeciętnych charakterystyk i pamiętnych biografii. Mieszkający w położonej na południu łotewskiej wsi Nikolas Waazon, brat niesamowitego Kolonasa Waazona, całkowicie wpisywał się w tę regułę. Tak jak wspomniany Kolonas zapisał się w historii jako legendarny łotewski komandos, któremu w całej jego karierze, spadochron nigdy jeszcze się nie otwarł, tak też Nikolas jest znany jako kompozytor, który w całej swojej karierze nie skomponował ani jednego utworu. Ta drobna niedogodność nie stanęła jednak na przeszkodzie jego krytykom oraz bardzo licznym fanom, którzy docenili subtelność i wyszukanie dziesiątków sonetów, oper i baletów, które by stworzył. Jego symfonie cechowałyby się starodawną elegancją, a jednocześnie ich nastrój z wyjątkową lekkością docierałby do każdego słuchacza, przed którym otwierałaby się głębie emocjonalnych przeżyć i niuanse dekadenckich wzruszeń. Jako jeden z najbardziej utalentowanych autorów nawiązałby do mistrzów renesansu i romantyzmu, wzbogacając brzmienia klasycznych stylów muzycznych, a wielu z nim nadając całkiem nowy kierunek. W jego bogatym dorobku, który by miał, gdyby poświęcił mu życie, nie brak byłoby dzieł wybitnych i bliskich każdemu miłośnikowi muzyki klasycznej. Nic zatem dziwnego, że Nikolas Waazon stał się wzorem dla wielu obiecujących kompozytorów, którzy również zdecydowali się wnieść swój wkład do tej wzniosłej dziedziny sztuki, nic nie robiąc.

Estra Pagani był zafascynowany osobą Nikolasa. Jeszcze zanim wyruszył w kosmos z zamiarem popularyzacji jego działalności, zyskał miano jedynego recenzenta i analizatora tej nadzwyczajnej sztuki. Z każdej strony książki przebija pasja i zaangażowanie, z jakimi Pagani prześwietlał kolejne tendencje, znaczenia i szczegóły w budzących zachwyt melodiach, które jego idol mógłby mieć na myśli, gdyby cokolwiek skomponował. Niezrażony tym, iż notatki biograficznych sugerują, że sam zainteresowany najprawdopodobniej nie odróżniał fletu od wiolonczeli, Pagani wykonał tytaniczną pracę, zbierając i porządkując dzieła, które powstałyby w poszczególnych okresach życia i rozwoju artysty. Cierpliwie odsłania przed nami ukryte w nich niekończące się metafory, wśród których nie brakowałoby odniesień zarówno do prywatnych wzlotów i upadków Waazona i jego dzieciństwa, jak i lokalnej kultury, dążeń patriotycznych, mniejszości narodowych i stanu duchowego całego świata. Liczne cytaty fragmentów paryturowych podkreślają zręczność i wyczucie, jakie wyrażałby Nikolas w swoich rękopisach. Jednakże na tych przykładach Pagani tłumaczy nam, oprócz swego podziwu, także swoje uwagi i wątpliwości co do prawidłowości wybranych tonacji, od których Waazon by zaczynał, a które poprawiałby wraz z nabywaniem wieku i doświadczenia.
Nie jeden znawca sztuki zaczął swoją przygodę w ziemską klasyką właśnie od Życie i twórczość Nikolasa Waazona, ucząc się na jej podstawie muzycznej wrażliwości i krytycyzmu, a często znajdując w takim rodzaju komponowania swoje miejsce. Co prawda wielu z nich nie przekonuje kompozytor, który nie komponuje, i często odnosiło się do analiz Paganiego ze sceptycyzmem. Wielu komentatorów niższych lotów chciałoby po prostu usłyszeć opisywane utwory „na własne uszy” i tak ocenić ich jakość, tak też nie godzą się przyjmować zdolności muzycznych Waazona jako fakt. Aczkolwiek szerokie grono jego fanów, a także liczne rasy, w szczególności te, dla których prawdopodobieństwo i czas były sprawami względnymi, niezmiennie przyznaje mu rację, twierdząc, iż w istocie Nikolas takie dzieła mógłby stworzyć, gdyby tylko to zrobił.
Warto dać się poprowadzić temu najbardziej spostrzegawczemu z interpretatorów i pozwolić sobie przybliżyć nieobjawiony talent łotewskiego muzyka. Podobnie jak przybliżył tę postać wielu już obcym cywilizacjom, które bez jego charyzmy i poświęcenia pewnie nigdy nie dowiedziałyby się, że Nikolas Waazon nic nie napisał.

poniedziałek, 3 listopada 2014

37.Mechanizm nieba” (Iwres Jej Renwolwist)

Wśród tych, którzy go znali, Abronzeon słynął ze swoich ambicji, pomysłowości i talentów konstrukcyjnych. Nie miał wątpliwości, że jego wynalazki mogłyby odmienić cały świat, każdemu pomóc i każdemu ułatwić życie. Niestety, nie do niego należało decydowanie, jak świat będzie wyglądał i kto wywrze na niego wpływ - na Skiawli wszystko zależy od świętych pieśni, modlitw. Jednakże znaczenie miały modlitwy przychodzące nie od takich ludzi jak Abronzeon, żyjących w bliskich słońca eterycznych miastach chmur. Skiawlanie wierzyli, że daleko pod nimi, gdzieś w głębi ciemnej i zimnej warstwie nieprzeniknionej atmosfery planety Dumtrii żyją ich potomkowie, pośród których dawno temu sami żyli, i którzy dziś z troski i szacunku wznoszą modlitwy ku ich pamięci. Każde słowo świętej pieśni wypowiedzianej z myślą o danej osobie jest dla niej źródłem energii, która daje szczęście i natchnienie, siłę do działania i tworzenia. Ci, o których pamiętano i często obsypywano modlitwami, cieszyli się zdrowiem, dostatkiem i optymizmem, podczas gdy zaniedbywane dusze snuły się bez życia, mając siłę jedynie na oczekiwanie kolejnej okazji, gdy ktoś o nich wspomni.
Nieszczęście Abronzeona polegało na tym, że z jakiegoś powodu jego imię było jednym z najrzadziej wywoływanych na dole. Podobnie jak inni przedstawiciele najbardziej pogardzanych warstw społecznych, większość czasu wędrował po mieście półświadomie niczym cień, pochłonięty nowatorskimi myślami, na których realizację mógł wykorzystać tylko nieliczne, krótkie chwile. Przy okazji jednego z takich ożywień doznał olśnienia - a co, gdyby poddać analizie modlitewne fale dźwiękowe, ich ton i głośność, i spróbować odtworzyć wszystkie produkowane przez nich częstotliwości? Dzięki sporym osiągnięciom Skiawlan w zakresie muzyki, pomocy zaintrygowanych przyjaciół oraz odrobinie sprzyjającej passy, krótkie badania pozwalają mężczyźnie opracować sztuczny generator świętych pieśni. W jednej chwili możliwe staje się uniezależnienie od nieinteresującymi się ich losem Dumtrian i uczynienie wszystkich mieszkańców podniebnego świata równymi, jednakowo zdolnymi do życia, szczęścia i rozwoju. Wynalazek działa, jednak... czy naprawdę uda się go wykorzystać w skali światowej? Jak na wieść o nim zareagują inni Skiawlanie, zwłaszcza ci wysoko postawieni, opływający w szczęście, oraz ci najbardziej konserwatywni, widzący w oczekiwaniu modlitwy sens swojego istnienia?

Niewiele jest ras, które pod względem modlitw znajdują się po stronie biernej, będąc stworzonymi do wychwytywania jedynej energii życiowej z czystych, pozytywnych uczuć. Skiawlanie posiadają swego rodzaju więź ze spokrewnionymi mieszkańcami niższych partii planety, która pozwala im żywić się brzmieniem i energią wyzwalanymi i przenoszonymi przez pieśni, czego modlący się nawet nie są w stanie zauważyć.
Dla Iwresa Jeja Renwolwista, Skiawlanin właśnie, nie jest to jednak tylko ciekawostka teologiczna, ale realny problem. Istoty, mające moc modlenia się, rzadko są świadome wagi swoich działań, nie rozumiejąc ich lub ignorując. Naiwnie nie wierząc w istnienia kogoś, kto by na owe działania czekał, prowadzą do smutnych nierówności i cierpień w uzależnionych od nich światach. Renwolwist sam znajdował się w dobrej sytuacji, ciesząc się troską i pamięcią ludzi na dole, wykorzystywał więc dany mu czas na podnoszenie kwestii niesprawiedliwości, przez którą cudze życie zależało od łaski zupełnie innych stworzeń. Mechanizm nieba oprócz tradycyjnej już tu roli szerzenia wiedzy, był eksperymentem, mającym zachęcić do działania i zbadać reakcje na zdumiewający w pierwszej chwili pomysł zmechanizowania modlitewnej energetyki. Jak na razie pomysł ten nawet wydaje się mało realny do wykonania w rzeczywistości po paru pokoleniach od wydania powieści i będzie trzeba włożyć w badania na ten temat o wiele więcej wysiłku, niż to zrobił Abronzeon, jednak Renwolwist wierzy, że wspólnymi siłami wreszcie uda się znaleźć rozwiązanie i uzdrowić świat Skiawlan. W końcu, jak to mówimy na Ziemi, wiara czyni cuda.
Naprawdę warto przeczytać - zarówno po to, żeby móc kibicować pełnemu inwencji Abronzeon, jak też żeby zachwycić się podniebnym światem, zbudowanym z chmur.

poniedziałek, 29 września 2014

32.Obok” (Ulam Grarr)

Magia odgłosów, wydawanych przez morskie muszle, jest znana w każdej cywilizacji, w której natura (lub coś jeszcze innego) wykształciła strukturę podobną do muszli. Na Raktliwionie Olwigsnym z muszli wytwarzanych przez kwiaty nie wydobywał się jednak tajemniczy szum, który łatwo wziąć za złudzenie, ale prawdziwa, nie budząca niczyich wątpliwości melodia. Było to dziwne zjawisko. Niezależne od tego, jaką kwiat wykorzystywało się jako odbiornik, a wykazujące związek z miejscem i porą dnia. Najbardziej jednak z osobą, która słuchała, choć szybko dowiedziono, iż ta różnica nie polega po prostu na odmiennym odbiorze tego samego dźwięku. Zdawało się, że każdy Raktliwionianin, biorąc muszelkową roślinę do ręki, powodował u niego skupianie konkretnej kombinacji fal, w ciągu kilkunastu minut* przestrajając odbiornik samą swoją obecnością. Z upływem godzin i wraz z przemieszczaniem się melodia zdążała zwykle parokrotnie zmienić się w zupełnie inną, jednak nie zawsze - czasami parę konkretnych dźwięków wracało po pewnym czasie, by zawsze towarzyszyć danej osobie. Dlatego, choć zjawisko wciąż pozostawało niezbadane, było bliskie każdemu Raktliwionianinowi, a wielu z nich uważało "zaprzyjaźnione" piosenki za swój największy skarb.
Nołsa słuchała kwiatowej muzyki zawsze w tej samej muszli i zawsze o tej samej porze, w samym środku nocy. Odcinała się od świata, wyłączając w sobie wszystkie funkcje czuciowe poza słuchem, co wprawiało ją w stan podobny do snu. Nie każdemu udawało się znaleźć swoje melodie, także i ona za każdym razem słyszała inny dźwięk. Do czasu, gdy jeden z nich okazał się zupełnie inny - wyższy, jednak jednocześnie wolniejszy, wypełniony ledwo słyszalnym tłem i z dziwną głębią... Choć przecież nie było w niej słów, czuła, jakby kryła się w nim jakaś treść, jakby mówił bezpośrednio do niej, choć nie rozumiała, o czym. Początkowo melodia zachwyciła ją, potem oczarowała, aż wreszcie, kiedy nowe nuty nie opuszczały jej myśli przez cały następny dzień, uświadomiła sobie, że jest to najpiękniejsze, co kiedykolwiek słyszała i usłyszy w życiu. Odtąd Nołsa słyszała już tylko tę jedną niekończącą się piosenkę. Tę samą, choć za każdym razem trochę inną, jakby coraz bardziej smutną i przepełnioną tęsknotą. Nic, co zdarzyło jej się słyszeć wcześniej, nigdy nie sprawiło, że czuła się tak jak teraz. Wszystko zdawało jej kojarzyć się z tą jedną melodią, jakby opowiadała o całym świecie i o każdej chwili jej życia. Wciąż jednak nie wiedziała, o czym jest naprawdę. Coś podpowiadało jej, że jest to prośba i chodzi o coś niezwykle pilnego. A może to wszystko tylko jej się wydaje?
Niespodziewanie pewnej nocy ogarnęło ją coś, czego nie doświadczył jeszcze nikt na jej planecie - sen, który pod wpływem dźwięku uformował się w wołanie o pomoc. O odnalezienie kilku skradzionych elementów kryształowej konstrukcji, która swoimi harmonicznymi drganiami przez stulecia pobudzała do istnienia cały dźwiękowy świat, i bez której muzyka Raktliwionu Olwigsnego powoli zaniknie. Ale czy to rzeczywiście prawda? Czy naprawdę istnieje obok naszego cały dźwiękowy świat? Nieznane życie, które zniknie? Jedynym, co do czego Nołsa miała pewność, było to, że nie mogłaby żyć, nie mogąc więcej usłyszeć swojej jedynej melodii i że zrobi wszystko, żeby ją uratować. W trakcie wędrówki zaczęła też nabierać niezwykłej pewności, że także ta melodia nie może żyć bez niej i nie chodzi wcale o konieczność naprawienia akustycznej konstrukcji...

Ulam Grarr uwielbia pisać o muzyce i tonach, jednak krytycy są zgodni, że w Obok przeszedł sam siebie. O ile zazwyczaj dźwięk był u niego najważniejszą przyczyną i motorem napędowym akcji, o tyle tutaj stał się jej uczestnikiem, dosłownie: jednym z bohaterów. A właściwie nie jednym, bo całym światem postaci, cywilizacją niemal analogiczną do naszej. Autor zrobił coś, o czym nikt dotąd nawet nie myślał - tchnął w dźwięk, w drgania powietrza, życie, nadał mu strukturę fizyczną, samoświadomość, charakter, inteligencję, własne potrzeby, obawy i... uczucia. Uczucia, o których przekonała się główna (a właściwie jedynie bardziej materialna) bohaterka, Nołsa, choć nie od razu. Grarr idealnie oddał subtelność różnicy pomiędzy zwykłym pięknem a kierowaną do kogoś miłością, między delikatnością kompozycji a szacunkiem i wdzięcznością. Czy w ogóle jest jakakolwiek różnica? Czy pozostaje tylko w nią uwierzyć?
Dźwiękowa istota (o imieniu, które łatwiej byłoby zapisać na pięciolinii niż fonetycznie) staje ponadto przed nie lada wyzwaniem, wspierając Nołsę w podróży - jak wskazywać jej drogę i udzielać wskazówek jedynie językiem muzyki i wywoływanych nią uczuć? Jak wyrażać lęk i dawać ostrzeżenia? Nołsa, opuszczając znane sobie okolice i przekraczając granicę górzystych terenów, znalazła się w, pozornie pustym tak dla nas, jak i dla niej, świecie dudniących skał i echa, w którym zdana była już tylko i wyłącznie na swojego niewidzialnego przyjaciela. Więcej nie pojawił się już żaden sen, który mógłby potwierdzić jej przeczucia. Pozostaje jej zaufać jemu i samej sobie.
Pełna niespodzianek i muzycznej magii wizja Grarr, w której ujrzymy i osiągniemy wszystko, jeśli tylko się na to otworzymy.


_______________
*Długość minut, sekund i godzin na Raktliwionie Olwigsnym różni się od, bardziej oficjalnych miar długości, przyjętych w Raktliwionie Wargliongsym i Raktliwionie Rontrahorksym, jednak ogólnie są one około 2,92 raza krótsze od swoich ziemskich odpowiedników, podobnie zresztą jak sama doba.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

27.Udźwiękawianie” (Jagnis Zoi Dżagrafis)

Pewnego razu, podczas samotnego spaceru po rzadziej uczęszczanych rejonach lasów niciowych, mały mieszkaniec planety Łion natrafia na tajemniczy, niespotkany nigdy dotąd melodyjny dźwięk. Chwilę wsłuchuje się w niego, jednak pomimo coraz większych starań nie potrafi ustalić, co jest jego źródłem, ani jakie zwierzę czy instrument mogłoby go wytwarzać. W żadnym miejscu lasu melodia nie była głośniejsza niż w innych, nie płynęła z żadnego konkretnego kierunku i nie ustawała. Chłopiec odnosił wrażenie, że to same cząsteczki powietrza ją powodują stykając się ze sobą, że unosi się ona podobnie jak zapach czy pyłek w przestrzeni.
Po czasie porównywalnym do naszego tygodnia spotykamy naniebnego konstruktora-artystę, który rozbijając bloki wędrujących w atmosferze wysepek natrafia na cały dźwiękowy bąbel. Po wejściu do niego Łionianin również słyszy unoszącą się wokół melodię znikąd, głośną i wyraźną, która milknie jak ucięta nożem po minięciu granicy bąbla. W kolejnych dniach zwiększa się liczba osób, które doświadczyły niezrozumiałego zjawiska - w lasach, w wodzie, z czasem wreszcie coraz głębiej w miastach, tunelach szybkiego ruchu, między poziomami budynków i nad drabinami komunikacyjnymi dla pieszych. Krok po kroku mieszkańcy orientują się, że nie są to omamy pojedynczych z nich, że pojawiający się w coraz większej ilości dźwięk słyszy każdy, zawsze ten sam układ dźwięków, tak samo bezźródłowy i nieuzasadniony. Z coraz większym lękiem obserwują postępujący proces pochłaniania ciszy przez melodię, zdając sobie sprawę, że nie znają ani jej pochodzenia i przyczyny, ani sposobu na powstrzymanie tego, co się dzieje.

Do czego może doprowadzić wszechobecne pojawienie się dźwięku, który nic nie znaczy, niczego nie przekazuje, nie zapowiada? Dżagrafis odpowiada: do wszystkiego. Łionianie szybko przechodzą z tępego zdziwienia do działania - służby wydzielają podejrzane miejsca, opracowują statystyki i pomiary, rozpoczynają się badania, a media błyskawicznie nagłaśniają sprawę, zbierając świadków i podejmując pierwsze próby jej wyjaśnienia. Wszystko po to, by dać obywatelom poczucie kontroli nad sytuacją i ukryć wrażenie bezsilności wobec tego, że tak naprawdę nic się nie zmienia. Zagadkowa melodia nie reagowała na ich protesty, zdawała się być obojętna, oderwana od wszystkiego, na co mieliby wpływ. Mimo to istniała, a to według twórców kolejnych teorii wystarczyło, żeby w bliższej lub dalszej przyszłości jej obecność nabrała sensu. Czy to kosmiczni najeźdźcy chcą przejąć władzę nad ich umysłami? A może to efekt zamachu na ekosferę planety? Czy może wszystko to zwidy spowodowane trującymi oparami lub zarazkami? Łionianie niebywale chętnie uciekają przed faktami w wyjaśniające je tłumaczenia, pasujące do siebie opisy powstawania dźwięku, jego działania i toku myślenia tych, którzy go stworzyli. Ale co, jeśli tak naprawdę nie ma żadnych autorów? Żadnego celu, przyczyny, planu, któremu można zapobiec? Jeśli oprócz łagodnej muzycznej ekspansji nie dzieje się dosłownie nic?
Mało kto jak Dżagrafis potrafi ukazać dziwaczność natury stworzeń myślących. Wystarczy, żeby coś nie pasowało do ogólnego sensu, znanej wszystkim codzienności, nie było logiczne czy użyteczne, żebyśmy sami wmówili sobie zagrożenie, zobaczyli w nieznanym coś, przed czym musimy się bronić i walczyć, co budzi w nas lęk, choć nie widzimy ataku. Nie ma znaczenia, jak duży problem jest to od strony fizycznej - wystarczy samo nierozumienie, by nasz umysł, postrzegający jako część siebie cały otaczający go porządek, zaczął oszukiwać nas wrażeniem osaczenia i zmuszał do pustych poszukiwań. Sens jest tym, co zdaje się trzymać nas przy życiu - kiedy coś w nim przestaje działać, przestaje działać także nasze poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Stąd cała paranoiczna przemiana mieszkańców Łionu od obojętności przez zdziwienie po przerażenie i histerię jak z najokropniejszych horrorów, która zmieniła w ruiny wspaniałą cywilizację, a niedobitkom kazała uciekać w przestrzeń kosmiczną. Przywodzi to na myśl fabuły książek ziemskiego pisarza, Stephena Kinga, pozbawione jednak tego najważniejszego ostatniego elementu, który wynurzał się z mgły i którego można się było bać naprawdę. U Dżagrafisa próżno szukać takich usprawiedliwień i to jest naprawdę straszne.
Dla wielbicieli gier psychologicznych i powieści grozy, które choć tak fantastyczne, wydają się przestrzegać nas samych przed tym, co mogłoby się wydarzyć. Historii mrożących krew w żyłach, choć niezwykłych, bo spowodowanych przez niewinną melodię, która, jak tylko sam autor miał odwagę przyznać, była naprawdę piękna.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

16.Słowa i myśli” (Prikate Eona Aksta)

Mieszkańcy Filawenii są rasą dziwną i trudną do pojęcia nawet jak na standardy kosmosu. Jedną z charakterystycznych tylko dla nich cech jest to, że o ile większość z typowych istot rozumnych (w tym Ziemianie) posiada dwa poziomy umysłu, świadomość i podświadomość, z których tylko nad jednym mają kontrolę, o tyle u Filawenian elementy te stanowią właściwie dwie rozłączne jaźnie, dwie osobowości, o różnych poglądach i predyspozycjach, z których każda zdolna jest do przejęcia odpowiedzialności za myślenie. Jednakże to, że jest to możliwe, nie znaczy, że łatwo jest jaźń podświadomą „zmusić” do wejścia w ten stan, a nawet jeśli - wciąż zachowuje ona naturę podświadomości, interpretującą odbieraną wzrokowo rzeczywistość we właściwy dla niej nielogiczny, odrealniony i najeżony skojarzeniami sposób. Sztuką jest więc zarówno kontaktowanie się z drugą stroną swojej osobowości, przywoływanie jej, jak i umiejętność patrzenia przez nią na świat, odczytanie jej „rozumowania”. Pogodzenie ze sobą dwóch składowych swojego umysłu, zdolność traktowania ich na równi ze sobą, jest trudna do wypracowania, można porównać ją do buddyjskiej nirwany, która za to nadaje słowom takiego kogoś magiczną moc manipulowania światem - zarówno „świadomą”, obiektywną rzeczywistością, jak i „podświadomym” światem snów i myśli.
Jak dotąd historia Filawenii pamięta tylko kilkoro takich mędrców, zwanych Filologami. Za czasów, w których rozgrywa się powieść, było ich dwóch, którzy wraz z kilkudziesięcioma Filozofami (Prawie Słownymi), prowadzili Anegeli - coś pomiędzy akademią umiejętności a świątynią dla kilkuset młodych adeptów tej najbardziej cenionej na planecie sztuki.
Nie trzeba przeglądać statystyk uczelnianych, żeby zauważyć, że niewielu studentów jest w stanie dostąpić zaszczytu otrzymania choćby tytułu Filozofa. Jednym z tych, którzy jakiś czas temu stracili na to szansę, jest młody Kaprian - pomimo szczerych starań i wiary, że takie właśnie jest jego przeznaczenie, lekceważony przez nauczycieli. Niesłusznie, bo choć on sam nie zdaje sobie z tego sprawy, jego podświadomość już od dawna nauczyła się przeskakiwać do jego myśli, co sprawi, że jako jedyny będzie w stanie powstrzymać dziwaczny, mroczny obłęd, ogarniający mury Anegeli i myśli jego mieszkańców. Ale czy tak naprawdę połapie się, co się dzieje? Czy magia faktycznie nie jest w zasięgu ręki Kapriana?

Nie jest to książka łatwa. Przeskoki do dość surrealistycznej perspektywy podświadomej i zapowiedziane mogłyby zaprowadzić wystarczający bałagan w narracji, co natomiast powiedzieć, gdy wiecznie przygnębionemu Kaprianowi, z którego perspektywy oglądamy świat, zdarzają się zawsze z zaskoczenia, nierozróżnialne od „pierwszej” świadomości nawet dla niego? Zastanawiający (i przy okazji najwyraźniejszy) jest chociażby powracający motyw walących się wież - chłopak widzi je wielokrotnie, ale zawsze tylko kątem oka; kiedy odwraca się w tamtą stronę, odległe budowle stoją nienaruszone. Czy obraz ten jest nie dającą się zrozumieć interpretacją jego uzewnętrznionej jaźni, wizją przyszłości czy jedynie złudzeniem?
Właśnie obrazy, zagadkowe i coraz bardziej niepokojące, są tym, co towarzyszy nam na każdym kroku, gdyż uczelnianych wspomnień Kapriana, opowiedzianych łagodnym, wdzięcznym stylem Eony Aksty, nie urozmaicają niemal żadne dialogi. Obowiązuje raczej bogaty język gestykulacji, gdyż reguły Anegeli, jako uczelni nadającej słowu mówionemu wyjątkową wartość, nakazują unikania używania go bez powodu, czego główny bohater, choć już nie jest studentem, wiernie przestrzega, snując się po uczelni w poszukiwaniu szansy na ponowne przyjęcie. Owe wędrówki po akademii są zresztą okazją do odwiedzin sal wykładowych i prezentowania czytelnikowi tyleż niejasnych, co urokliwych zajęć lekcyjnych - wtedy najczęściej pojawiają się dialogi (a właściwie monologi) i wtedy też pojawia się jedyna nie budząca tu wątpliwości magia. W dużej mierze ma tu więc miejsce zwyczajne życie studenckie, historia młodzieńca mającego nadzieję, że jego dążenia mają sens, co naprawdę porusza, a kwestia, czy bohater w końcu zostanie doceniony, niekiedy zaprząta całą uwagę. Tajemnicze przemiany mają miejsce stopniowo, niejako w tle i początkowo nie budzą podejrzeń w ogóle, dopiero bliżej końca składają się w całość. Mnie szczególnie zapadł w pamięć widok mędrca perorującego zawzięcie do pustych ławek. Dopiero w którymś momencie uświadamiamy sobie, że pojawiające się wcześniej pozbawione sensu motywy oblewania studentów z powodu jednego spojrzenia, czy palące się całymi dniami świece, mają znaczenie, ale takie, jakiego nikt by się nie spodziewał...
Wyjątkowy, surrealistyczny dramat z odrobiną horroru i thillera (jak to na studiach ;) ). Trudne, zakręcone, ale zachwycające i wciągające.