Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2015

81.Przeszłość, wierność odtwarzania i sens” (Ginioiniilka)

Gdybyście mogli kiedyś zobaczyć miasta kolonii Oneonu, zachwycilibyście się – wielkie, srebrne wieżowce i oplatające je niekończące się sieci szklanych tuneli metra wywindowane aż do rozgwieżdżonego kolorowo nieba, bez jednej nieidealnej rysy. Pierwsze wrażenie nie myliło – świat ten wyprzedzał tysiące innych pod względem umiejętności zdobywania wiedzy, panowania nad planetą, ułatwiania życia i poszerzania możliwości umysłu. Postęp, jaki kolonizatorzy poczynili od nawiązania pierwszego kontaktu z pierwszymi, dość prymitywnymi mieszkańcami, robił wrażenie po dziś dzień. Dopiero głęboko, bardzo głęboko w sercu tego wszystkiego tkwiło coś nieprawdopodobnie bardziej starego i niepozbawionego wad. Było to coś oczywistego, a jednocześnie nadzwyczaj mało znanego, coś, czego nikt nigdy do końca nie miał ochoty wyjaśniać.
Nikt niepowołany nie poznał jednak istoty rzeczy, dopóki pewien rdzenny mieszkaniec planety, która nazywała się Zilz, pewnego dnia nie usłyszał w przepełniającym powietrze motywacyjnym prądzie informacyjnym pogłosu myśli swojego rodzica. Było to coś bardzo delikatnego, niewyraźnego, zaledwie odcień w barwnym szumie opisów, dzienników, map, obliczeń, dyskusji i elaboratów, charakterystyczny sposób myślenia wykrywalny jedynie dla kogoś bliskiego, takiego jak Ohksi, który w dodatku zaraz rozmył się, jakby nigdy go nie było. Nie byłoby to dziwne dla Zilzianian, którzy cudze myśli potrafią odczuwać i odtwarzać jak swoje własne poprzez samą obecność czegokolwiek związanego z daną osobą, nawet jeśli przyczyna tych myśli znajdowała się bardzo daleko. Jak jednak zrozumieć obecność rodzica bohatera, skoro ten ktoś już od dawna nie żyje? Zwłaszcza w prądzie informacji, w którym mogłyby się pojawić najwyżej myśli o nim, nie jego własne? Czy mogło to być tylko złudzenie?
Ohksi zaczyna szukać i z rzeczy zwyczajnych, spotykanych na co dzień, przechodzi stopniowo do takich, o których niemal nikomu nie wolno było wiedzieć i których sam pewnie wolałby nigdy nie poznać. Nagle, paroma sprytnymi oszustwami i niespodziewanymi pytaniami odkrywa, skąd biorą się nieskończone treści, z których wielu autorstwa nikt nie znał i które wydawały się być raczej wyciągnięte z najdawniejszej historii Zilzu, pomimo że wciąż tworzone na bieżąco i na nowo. Oczywiście natychmiast znajdują się ci, którzy nie chcą, by ktokolwiek wiedział tyle, co oni, i którzy zamiast tego postarają się, żeby Ohksi dołączył do swojego cudownie odnalezionego rodzica...

Opiekunowie kultury Oneonu dobrze wiedzieli, kiedy okres w ich historii był czasem największego rozkwitu, dobrobytu i współpracy, oraz wiedzieli, co zrobić, żeby najprostszą drogą do niego powrócić i stan ten utrzymać. Magraoneona sprzed piętnastu tysięcy lat, z której wyruszyli pierwsi podróżnicy, była punktem zwrotnym w swojej historii, w którym pchnięto do przodu więcej niż kiedykolwiek dziedzin nauki, dokonano przełomowych wynalazków, dopracowano system społeczny, zbadano nowe kontynenty i ocalono setki istnień przed kataklizmami. Pojawiło się bezpieczeństwo i nowe możliwości, które sprawiły, że ludziach zaczęła błyskawicznie rozwijać się niespotykana wcześniej ciekawość, zaufanie i pragnienie pomagania sobie nawzajem. Mniej więcej dzięki temu również w tamtym czasie powstał pierwszy układ sygnałowy, który stał się kumulacją całego tego okresu. Dzięki niemu każdy mógł podzielić się swoją refleksją, zaproponować swój nowatorski pomysł i zostać wysłuchanym na równi z każdym. Już sama niezwykła atmosfera tej zbiorowej pracy, otwartości i wpływu na otaczającą rzeczywistość wywarła, przenikając umysły Magraoneonian, mocny optymistyczny wpływ, prowadząc ich do kolejnych kamieni milowych.
Nie trzeba było długo czekać, jak zdolni naukowcy znaleźli sposób na podróże międzyplanetarne i w ciągu jednego stulecia większymi lub mniejszymi grupkami rozproszyli się po Wszechświecie. Niestety, tam jednak zasięg transmisji sygnałowych nie dochodził, czego Magraoneonianom prędko zaczęło brakować. Z pomocą przyszli im tubylcy jednej z odwiedzonych planet, którzy, zafascynowani przybyszami, zaproponowali, że przy pomocy swojej umiejętności odtwarzania cudzych myśli, chętnie wcielą się w największe umysły świata swoich gości, odtwarzając na nowo ich tok rozumowania i bieg historii, a tym samym – pomogą rozkręcić na nowo myślowy prąd motywacyjny.
Tylko że później coś zaczęło iść nie tak. Oneonianie, jak zaczęła mianować się nowa nacja, nie miała aż tyle z charakteru swoich przodków i woleli biernie korzystać z ich osiągnięć w celu dalszych postępów, zamiast je współtworzyć. Początkowo skromna, kilkudziesięcioosobowa pomoc Zilzianian czyniona z uprzejmości przeszła stopniowo w coraz szersze, bardziej zorganizowane grupy pracownicze, w których odtwarzający cudzą osobowość właściwie stawali się naśladowanymi osobami, żyjąc w otoczeniu cudzych przedmiotów i w imitacjach miejsc, w których niegdyś pracowali słynni Magraoneonianie. Kiedy i to dla chciwych Oneonian okazało się nie być wystarczające, a jednocześnie zmęczeni Zilzianianie zaczęli się upominać o prawo do własnego życia, wybuchła wojna domowa, której efektem było to, co znalazł Ohksi – niepamięć i nieświadomość własnej tożsamości. A wszystko to działo się w podziemiach zachwycających miast, prawie na oczach żyjących w pokoju zwyczajnych Oneonian i Zilzianian...
Ginioiniilka, jako jeden z kolonizatorów, bardzo ubolewa nad tym faktem. Oczami głównego bohatera pokazuje nam wszystko – od dobrych konsekwencji pomysłu, których potrzeba wydawała się do pewnego stopnia usprawiedliwiać początki, po rozpacz i krzywdę, której już nie dało się cofnąć.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

49.Niebezpieczeństwo” (Jor 33 Waltan)

Jor opowiada nam trzy oparte na faktach historie kilku zwyczajnych postaci, których zdaje się nie łączyć nic poza realiami, w których mają miejsce - najnowsze wieki Patranikty 18, stolicy układu o nazwie Pana Tranikta. Planeta, poza nadzwyczajnie pięknymi łąkami, pełnymi bujnych, delikatnych roślin, słynie we Wszechświecie z wyjątkowo niesprecyzowanego podejścia do kwestii tzw. awatarów - mechanicznych zastępców, które dzięki specjalnemu bio-połączeniu mogą wykonywać za nas każdą czynność od jedzenia po podróże, pozostając w naszej kontroli i izolując od potencjalnych zagrożeń czyhających za progiem. Pomimo nowoczesności pomysłu przeszkodą były tu nie sprawy techniczne, a właśnie brak jednomyślności Patraniktanian, których nastroje wahają się od absolutnego unikania wszelkiej elektroniki udającej życie, choćby chodziło o zwykłe protezy, po skrajne zapatrzenie w nią, sprawiające, że od lat nie wychodzą z domu.
Do tych ostatnich należą rodzice głównego bohatera pierwszej historii, których troska sprawiła, że nigdy nie doświadczył „osobiście” świata na zewnątrz. Z wiekiem dostrzega dziwną radość, z jaką nie posiadający robotów rówieśnicy oddają się najprostszym zabawom i ostatecznie, przekonany o sprzeciwie rodzicieli, decyduje się potajemnie zamienić miejscami ze swoim awatarem. Kolejna opowiada o zakochanym chłopaku, który nie wierząc, że zasługuje na miłość swojej wybranki, decyduje się zdobyć jej serce za pośrednictwem wyidealizowanej wersji siebie. Kiedy robot wypełnia zadanie, młodzieniec tym bardziej nie jest w stanie ujawnić się przed nią, spotyka się wyłącznie za jego pośrednictwem, aż wreszcie dochodzi do wniosku, że najlepszym dla niej będzie nigdy go nie poznać. Trzecią postacią jest mieszkający samotnie pan rodziny, który wykorzystuje myślącą maszynę do prostej pomocy w odpowiadaniu na korespondencję. Gdy jednak jego stan zdrowia pogarsza się, nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli o konieczności pozostawienia najbliższych i każe kontynuować robotowi odpowiadanie na listy nawet po swojej śmierci, jak gdyby nic się nie stało.

Życie jest niebezpieczne, bo prowadzi do śmierci - zwykł mawiać Figten Fef 2, jeden z największych zwolenników robotów-zastępców oraz, co właściwie pośrednio wynikało z poprzedniego, pięćdziesiąty trzeci prezydent Patranikty 18. Zdobył sobie uwielbienie tłumów będąc pierwszym, który nie tylko zapewnił szeroki, łatwy dostęp do wynalazku, ale również wprowadził liczne dotacje i refundacje dla konstruktorów oraz potrzebujących. Szczerze uważał awatary za ratunek dla świata pełen nieprzewidzianych wypadków i wykluczających ze społeczeństwa chorób, i w najlepszej wierze śmiało dążył do tego, żeby wyeliminować z „obiegu” prawdziwych ludzi. W pamięci kolejnych pokoleń zapisał się jednak nie jako dobroczyńca, a krótkowzroczny głupiec - naprawa skutków masowych kradzieży tożsamości, manipulacji i nagięć prawnych zajęła wiele lat, a echo dawnych problemów nigdy nie zniknęło. Pomimo oficjalnych zakazów bardziej wpływowe czy majętne osoby do dzisiaj mogą zamówić sobie swoją kopię do najróżniejszych celów i o dowolnym stopniu „ulepszenia” - już nigdy nie można było być pewnym sukcesu podczas zawierania umowy między władcami kontynentów czy podczas aresztowania potężnego terrorysty.
Książka Jora 33 Waltana również zalicza się do nurtu historii "po-awatarowych", w przeciwieństwie do wielu skupia się jednak na najmniej sensacyjnej, obyczajowej stronie tematu, gdzie nikt nie dąży do władzy i bogacenia się. Jedynym celem jest dobro i szczęście - nasze oraz osób które kochamy - których jednoznaczność niespodziewanie komplikuje się w obliczu nowej metody, jaką być może uda nam się je osiągnąć. Autor na jasnych, bliskich każdemu scenariuszach opowiada nam w zachwycający sposób, że ta droga na skróty, choć pozornie oszczędza wszystkim bólu czy trudności, zawsze jest zła. Pomimo wieku, który z kolejnymi opowiadaniami przechodził z dzieciństwa przez dojrzałość po późną starość, człowiek okazywał się być zawsze tak samo podatny na słabość wobec własnej niedoskonałości, na wmawianie sobie, że da się go zastąpić czy poprawić przez przedmiot złożony z większej ilości zalet, spełniający wyższe oczekiwania, oraz że ów przedmiot uszczęśliwi kogoś bardziej niż naturalna prawda, choćby samego uszczęśliwiającego. Tymczasem życie bez życia zawsze jest oszustwem - nie tylko wtedy, kiedy chodzi o wielkie międzyplanetarne przekręty, a może nawet bardziej, gdyż nikt nie oszukuje nas lepiej niż my sami.
Zaskakująca książka w której chwilami będziecie daleko w kosmosie wśród najnowocześniejszej i najbardziej niezrozumiałej technologii, a chwilami, zdawałoby się, tu, na Ziemi.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

44.Świąteczna historia Frankilano” (autor nieznany)

Bardzo serdecznie przepraszam Czytelników za wielkie opóźnienie :( Ja napisałam recenzję na czas, ale Blogger żadną siłą nie chciał załadować strony dodawania nowego wpisu i wyszło jak wyszło...


Z czym mi się kojarzą Święta, hmm...

Równikowe tereny planety Parsika porasta gigantyczny las. Tam, gdzie zaczynają się grube na setki metrów gałęzie, powierzchnia chowa się pod szerokimi konarami, a powietrze przypomina niekończące się drewniane tunele. To właśnie ten las jest celem corocznej wędrówki mieszkańców Kasztori Writ, jednego z miast położonego w północnych krainach. Obchody Końca Roku zgodnie z tradycją są dla nich okazją do wyrażenia miłości i szacunku wobec swoich rodziców, których obdarowują owocami jego drzew, wielkimi ciemnoczerwonymi wiśniowicami.
Jeden obrót Parsiki dookoła słońca trwa trzydzieści razy dłużej niż u nas, więc jest to rzadkie wydarzenie, ponadto sama wędrówka, pomimo iż świąteczna, rozpoczynana jest wiele lat. Nic więc dziwnego że wielu z podróżujących ma tremę co do tego jak wypadnie przed dawno niewidzianymi najbliższymi. Zwłaszcza główny bohater, Frankilano, który ma zobaczyć las dopiero po raz pierwszy, jest szczególnie przejęty i bardzo obawia się o to, jak poradzi sobie z transportem większego od siebie owocu. Wokół panuje radość, niosą się kolędy i opowieści o świątecznych bohaterach, a z nieba padają, niczym płatki śniegu, duże zielonawe krople lekkiego metanu. Chłopakowi nie udziela się jednak ta atmosfera i wciąż nie daje spokoju, co będzie, jeśli ta jedyna, pierwsza wyjątkowa szansa się nie powiedzie. Czy rodzice mu wybaczą? Czy nie sprowadzi na nich jakiegoś nieszczęścia?
Wkrótce niestety ma okazję się o tym przekonać - parę dni po opuszczeniu owocowej części lasu, dochodzi do małej katastrofy i wielka czerwona kulka spada mu z pleców w przepaść. Pozostaje mu teraz trudny wybór pomiędzy powrotem z pustymi rękami, a samotną drogą po kolejnego wiśniowica. Na szczęście ma też przyjaciół, którzy nie pozostawią go samego z tym smutnym dylematem...

Wiśniowice weszły w tradycję Parsiki tak głęboko, że nikt już nie pamięta, że ich nasiona trafiły tu w zasadzie całkiem niedawno, przypadkiem, z przelatującej obok komety. Do tego ich zaborczy rozrost wzbudzał przez pierwszą dekadę straszny chaos, grożąc objęciem nie tylko pustynnego równika, ale i reszty kontynentów. Na szczęście okolice stref umiarkowanych okazały się zbyt chłodne, a owoce nowych drzew wzbudziły zachwyt, objawiając się po raz pierwszy w samo święto, w południe, gdy słońce wkraczało w nowy rok. Odtąd świat Parsikian się zmienił, przeformowało się znaczenie ich legend, a część z nich w ogóle zaniknęło, jeśli nie było w nich miejsca na motyw leśnego owocu. Tym samym obchody Końca Roku stały się dwuetapowe i przy okazji zyskały na energiczności i uroku. Najpierw młodsza część społeczności udaje się całymi dziesiątkami w radosną podróż do niezwykłej puszczy, umilając sobie czas błyskaniem widocznymi z daleka barwnymi światełkami, które w ich sposobie porozumiewania są odpowiednikiem śpiewu i opowieści. Po powrocie natomiast wszyscy wspólnie przygotowują z wiśniowic sto potraw, a z ich skórek wycinają latawce i sukienki, czego też nigdy dotąd nie było. Barwność i euforię z zakończenia długiej ciemnej zimy, można porównać w zasadzie tylko do ziemskiego Sylwestra w Rio de Janeiro.
Świąteczna historia Frankilano jest jedną z bezimiennych bajek, powstałych tuż po rozszerzeniu tradycji, opowiadanych światełkami podczas wędrówki do lasu wiśniowców, a spisanych dopiero przez niejakiego Pei Lohni Licze. W odróżnieniu od samych obchodów mocno zauważalne są jej spokój i ciepło, w dodatku skontrastowane z niepokojami głównego bohatera, z punktu widzenia którego zawsze się ją opowiada. Nie jest to dziwne, jeśli wie się, że (w sumie podobnie jak u nas) celem tych opowiastek było nie zabawianie, a raczej przekazanie pewnej nauki, która podczas przy tej okazji może się nam przydać. Frankilano bardzo dobrze wpisuje się w kanon wiernego syna i dzielnego ucznia, choć wciąż jeszcze targanego zagubieniem, który dla Parsikian jest bardzo związany ze świętem Końca Roku. Pomimo tego, że jest to w zasadzie dzień ich rodziców (a także dziadków), to właśnie dla ich dzieci jest to sprawdzian dojrzałości i nabierania świadomości tego, co naprawdę chcą dać innym i jak rozumieją miłość oraz to, że im na kimś zależy.
W sam raz na nasze Święta i do tego daje do myślenia.

poniedziałek, 6 października 2014

33.Miejsce szczęśliwe” (Wireni Wirkros)

Ostatnia wojna w Narucji zakończyła się bardzo wiele lat temu i niewielu, poza starym Szarwonem Oanynem, ją pamiętało. Trwała nie dłużej niż krótki rok czy dwa, a nieznany wróg szybko dał się przepędzić, jednak wstrząsające obrazy rozpadających się na jego oczach szkieł wzniosłych metropolii i ludzi ginących pod zrzucanymi z nieba ostrzami nieusuwalnie zapisały się w jego wspomnieniach. Myślom o wojnie niezmiennie towarzyszył ból i smutek, jednakże uczucia, wywoływane przez zapoczątkowane przez nią powojenne czasy odbudowy kraju, nie dawały się Szarwonowi już tak łatwo sprecyzować. Z jednej strony musiał każdego dnia walczyć z widokiem ruiny, przypominającej mu o latach tak bardzo niedawnej świetności, z drugiej jednak... Miał wrażenie, że nigdy przedtem nie spotkało go tyle życzliwości, poświęcenia i zaufania od nawet zupełnie obcych ludzi, że otaczający go Naruci nigdy dotąd nie mieli tyle siły, wiary i tak jasnego celu, który dawał im nadzieję na każdy kolejny ciężki dzień. Nigdy nie czuł się samotny, niepotrzebny, nigdy nie dotykały go wątpliwości co do wartości, o które trzeba walczyć. Pomimo że z upływem lat miasto zostało odbudowane, a duma ze wspólnego dzieła z czasem przeminęła na korzyść wielu, wydawałoby się, o wiele spektakularniejszych wydarzeń, dla Szarwona były to najwspanialsze i najważniejsze chwile w życiu.
Dramatyczne przeżycia sprawiły, że Szarwon prawie zapomniał, że istniały jakieś czasy przed wojną. Wydawały mu się blade i nic nie znaczące. Zdał sobie z tego sprawę pewnego dnia, obserwując zachowanie ludzi dookoła. Rodzina, sąsiedzi, to jak wzajemnie się traktują i o sobie mówią, władze, wydarzenia polityczne, to co dzieje się w szkołach, mediach, na rynku pracy... Nagle zaczęły wracać do niego wspomnienia czasów przedwojennych, coraz wyraźniejsze, choć nic nie było w stanie ich przywołać przez tak długi szmat czasu. Zupełnie jak wtedy ze światem i z ludźmi działo się coś dziwnego. Słyszało się o coraz częstszych rozpadach międzypokoleniowych, zamykano wspólne wytwórnie, policja podnosiła podatki, nikt nie chciał zasiedlać nowych lasów. Zagubieni i samotni Naruci, podobnie jak sam Szarwon, nie potrafili radzić sobie ze zwykłą, pozornie bezpieczną i oswojoną codziennością, rozmawiać ze sobą, znajdywać w sobie odwagi do działania, żyjąc w ciągłym lęku przed oszustwami i odrzuceniem. Skąd to de javu? Czy jakieś podobieństwo naprawdę istnieje czy to tylko niejasna pamięć płata Szarwonowi figle? Nie zdołał powstrzymać skojarzenia, że wszystko by się zmieniło, stało znów lepsze, gdyby kraj nawiedziła kolejna wojna, równie bolesna i tragiczna w skutkach, ale przecież...
Niewinne początkowo spostrzeżenia z każdym dniem zmieniało się w prawdziwą obawę o to, co wydarzy się wkrótce. Wspomnienia wracały i nadawały szczegółom sens, który zaczynał przerażać mężczyznę, który wreszcie kazał mu spotkać się osobiście z samym prezydentem. Prawda, którą wtedy poznał, objawiła przed nim dylemat, od którego zależało wszystko, czyli życie i szczęście Narucjan.

Mówi się, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, i prawda ta dotyczy nie tylko Ziemian. Zwłaszcza w znaczeniu: czego chcą do szczęścia, które przez wieki pozostawało jedną z największych zagadek psychologii. Jako jeden z najmniej wdzięcznych materiałów badawczych, posiada zależność występowania od innych czynników praktycznie pozbawioną logiki. Osoby, po których możnaby oczekiwać uczucia szczęścia patrząc na ich zamożność, urodę czy popularność (czyli czynników, wydawałoby się, mających na nie największy wpływ), nigdy szczęśliwe nie są. Podobnie jak z miłością nic nie da gonienie za nim, choć jednocześnie nie jest możliwe wykrycie go od strony chemicznej.
Pionierami w skutecznym wywoływaniu szczęścia, sensu życia i wiary w siebie byli dopiero mieszkańcy Norfeli, którym po latach obserwacji i analiz udało się z sukcesem wykorzystać wyniki między innymi właśnie w Narucji. Podobnie jak głównemu bohaterowi Norfelianom udało się złożyć w całość pozornie wykluczające się elementy i odkryć, że do szczęścia nie doprowadzi nas porządek i dostępność wszystkiego. Podczas gdy większość nacji upatrywała jako pożądany rozkwit cywilizacji i zapewnienie dobrobytu swoim obywatelom, Norfelianie zrozumieli, że muszą im to wszystko odebrać i zmusić do walki o nie. Rozwijające się spokojnie państwo, w którym każde dobro jest już zapewnione, prowokuje ludzką naturę do szukania czego innego - pieniędzy, pozycji, każde im się wywyższać i oddalać od siebie, wyszukiwać luk w prawie i wyzyskiwać słabszych od siebie. Wireni Wirkros rewelacyjnie ukazuje logikę tego rozumowania, choć jednocześnie mówi, jak bardzo niebezpieczna jest tu logika. Otóż wystarczy jedna wojna, by znów zacząć od początku, wskazać, że najważniejsza jest współpraca, otwartość, pragnienie pomocy, zależymy od innych i tylko dając innym wszystko, co mamy, dajemy wszystko samemu sobie. Czy jednak chcielibyśmy, żeby te parę banalnych prawd zostało odkrytych? Być szczęśliwym za cenę życia, jak w niszczonej raz po raz Narucji?
Historia, która miesza wzruszenie z przerażeniem i radość ze smutkiem w sposób, wobec którego nie da się przejść obojętnie.

poniedziałek, 1 września 2014

28.Narodzony Zimą” (Veona Janknai)

Obrazem, z którym młody, na naszą miarę nastoletni, Sueja najmocniej kojarzył swoje dzieciństwo i cały otaczający go świat, były od zawsze zatopione w śniegu i w chmurach wzgórza Naniwigurii na sąsiedniej aerowyspie oraz niekończące się białe równiny, otaczające namiot ich plemienia, Eusenna. Śnieg padał, odkąd tylko sięgał pamięcią, wędrując od szarej ciemności nieba ku szarej ciemności między aerowyspami i młodzieniec nie wyobrażał sobie, żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Co prawda wielokrotnie słyszał legendy, głoszące, że parę dziesięcioleci temu, czyli mniej więcej przed jego urodzinami, światem rządziło siedem pór roku, a po jednym dniu zimy prędko nadchodziła gorąca i mokra latowiosna, nie uważał ich jednak za bardziej wiarygodne niż inne bajki wioskowej starszyzny. Jako jeden z nielicznych w ogóle niewiele uwagi poświęcał wierze i przesądom, które zdawały się być podstawą egzystencji jego sąsiadów, wątpił we wszystko, czego nie mógł zobaczyć i jasno powiązać z przyczyną. Tak samo nie znajdywał przyczyny, która miałaby uniemożliwić nadejście latowiosny, choć wielu z jego pobratymców wierzyło, że takowa istnieje.
Wszystko zmienia się, gdy jego wioskę odwiedza podróżnik ze wzgórz Naniwigurii. Trafia do niej przypadkowo, jednak od razu rozpoznaje imię Sueja, oznaczające Narodzony Zimą i jego związek ze znaną mu legendą. Opowiada on historię swojego plemienia, jak pewnej z costuletnich zimowych nocy wszystkich nawiedził sen o dziecku, z powodu którego zima się nie skończy. W tym samym śnie pojawił się też nakaz zabicia go jako jedyny ratunek przed wiecznym zimnem. Oczywiście jednak matka, z której pąków dziecko wtedy się zrodziło, zdążyła wysłać je maleńkim balonem za krawędź aerowyspy, i choć inni ludzie natychmiast wyruszyli lotomatami w pogoń, kołyska na dobre zniknęła pośród płatków śniegu. Od tego czasu chłopca nikt nie widział - jak twierdził przybysz, aż do teraz, jasno wskazując Sueję jako winnego nieszczęścia.
W pierwszej chwili chłopak wyśmiewa jego teorie - każdy w namiocie znał go przecież od dziecka i nie pozwoli zrobić krzywdy. Świat Sueji legł w gruzach, kiedy jego matka natychmiast ustąpiła, przyznając, że znalazła go lata temu w śniegu. Kiedy wszyscy pozostali, najbliżsi, których darzył zaufaniem i szacunkiem, którzy go wychowali i byli dla niego wszystkim, wycofują się poruszeni opowieścią nieznajomego, Sueja rozumie, że musi uciekać, tak jak lata temu nauczyła go prawdziwa matka. Jego ucieczka prędko zmienia się w poszukiwania - na temat tego, kim jest i co takiego może łączyć go z porami roku i snami. Odkrywa tajemnice zabobonów, a także zamarznięte ruiny krain, które kiedyś istniały, co stawia go pod coraz trudniejszymi dylematami...

Choć aerowyspa Sueji i plemię Eusenna dość szybko pozostają w tyle, a główny bohater zostaje sam, już praktycznie bez żadnych obaw o pościg, nie znaczy to, że będzie mógł zapomnieć o tych wydarzeniach. Wręcz przeciwnie - nagłe wyparcie się go ze strony pobratymców bardzo mocno się w nim odbiło i na wiele swoich późniejszych przygód nie umiał patrzeć inaczej niż przez pryzmat tego, co mu się przytrafiło. Nie mógłby się z nimi kłócić - rozumiał okrucieństwo wiecznej zimy, z każdym kolejnym dniem dziesiątkującej tę i sąsiednie wioski i pragnienie zakończenia jej za wszelką cenę. Nie budzi wątpliwości, że naprawdę potrafiłby się poświęcić dla innych, nawet jeśli nie do końca wierzyłby w skuteczność takiego rozwiązania - Dłoń Mrozu dopadnie go w końcu prędzej czy później. Oczekiwał jednak odrobiny zrozumienia, chwili zastanowienia nad ofiarą, tego, że po prostu zostanie wysłuchany. Nie mógł wybaczyć tej obojętności i bezwzględnego wyparcia się go przez ludzi, których przecież kochał. W jednej chwili stali mu się zupełnie obcy, jakby spotkali go wczoraj. Czy naprawdę nic dla nich nie znaczył? Czy będą za nim tęsknić?
Uczucie rozdarcia pomiędzy wyrzutami a żalem rozłąki nie odstępowało go na krok. Zarówno gdy po wielu godzinach rozmyślań był o krok od poddaniu się wyrokowi legendy i oddaniem życia w zamian za odmianę pogody, jak i gdy zamyślał się nieznanymi aerowyspami zabudowanymi czarownymi kolumnadami, na które nagła katastrofa sprowadziła metaforyczną wieczną zmarzlinę i zapomnienie. To jednak wciąż tylko jego punkt widzenia, który autor tylko w nielicznych przypadkach podsuwa nam wyraźnie. O wiele więcej jest rzeczy „jednoznacznych”, jak wspomniane porzucone miasta, po których pozostały zaledwie namioty półdzikich plemion, czy tajemnice skryte za kolejnymi warstwami chmur, które bez pośpiechu ukazują nam kolejne elementy układanki przeznaczenia Sueji i sens tego, co dotąd wydawało się nie mieć sensu.
Barwna, pomimo bieli śniegu, opowieść, pełna pięknych odkryć i zaskoczeń tak w sensie dosłownym, jak metaforycznym, które z czasem zmazują ból największych rozczarowań.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

25.W jedną stronę” (Was Woagnerkonistrajanotta)

Niebo nad Lunikontem tym różniło się od nieba ziemskiego czy dowolnego innego, że nigdy nie stało puste. I nie chodzi tu o chmury czy księżyce, które tu nie przyciągały większej uwagi. W najwyższych partie atmosfery Lunikontu żyły niespotykane nigdzie indziej stworzenia o wyglądzie gigantycznych, ciągnących się na kilometry dżdżownic, zwanych Pociangami. Plątanina nieustannie poruszających się, wędrujących stworzeń zasnuwała całe niebo i była stałym elementem świata Lunikontian, choć nikt na dole nie miał pojęcia, czym dokładnie są oraz skąd i dokąd wędrują. Po maleńkich towarzyszących im punktach i ich spokojnym zachowaniu rozpoznawano jednak, że są to istoty pokojowo nastawione - tymi "punktami" byli Lunikontianie, którzy zdecydowali się opuścić ziemię i spędzić resztę życia wśród dziwacznych Pociangów. Czasami ktoś z dołu dostrzegał na niebie swojego brata czy kuzyna, nie miały jednak sensu próby nawiązania kontaktu. Podobnie jak nie miałoby sensu oczekiwanie na powrót tej osoby - proces samonapełniania powietrzem był nieodwracalny i, umożliwiając życie w niebie, na zawsze odcinał od życia na powierzchni.
Główny bohater, Dimk Demansionarasowaktaktaloter, być może nigdy nie miałby bliższej styczności ze podniebną częścią społeczeństwa, gdyby nie drobny incydent, w którym jego ojciec przypadkowo obraził pana ich osiedla, Kra Kromiktowatolimijaka. W ramach zadośćuczynienia i tym samym uratowania rodziny przed wyeksmitowaniem ze społeczności, rozsądny i niezbyt przebojowy młodzieniec musi przenieść się do świata Pociangów. Co ma tam robić dalej? Nawet Kr nie wie, jakimi regułami się on rządzi, jakie dążenia i potrzeby wymusza u swoich mieszkańców, jakimi uczuciami darzą się oni nawzajem i jakie grożą im niebezpieczeństwa. Dimk już wkrótce miał się tego dowiedzieć...

Pierwszym autorem, który oparł swą powieść na próbie odgadnięcia, co dzieje się nad powierzchnią rodzimej planety, był niejaki Ban Banktawolinatorsasaddow i on też dał początek całemu gatunkowi z ogromnymi dżdżownicami w roli głównej. Pociangitony, bo tak się dzieła z tego gatunku nazywają, zdumiewają różnorodnością utworów, które mieszczą się w tej grupie -znajdziemy tu zarówno spokojne "kino drogi", zakładające, że istotą życia w przestworzach jest podziwianie okolic z grzbietów przyjaznych zwierzaków, jak i pełne dynamizmu i wojowniczości dzieła, kojarzące się z naszymi bajki o podbojach kosmosu czy westerny. Nikt, kto pozostał na ziemi, nie ma pojęcia, co znalazłby pod chmurami, więc każda z odpowiedzi jest dobra, każdemu autorowi wolno interpretować nieznany świat po swojemu.
Pomimo śmiałości, której od czasu pierwszego Tam, gdzie kwitną chmury, przez dość krótkie lunikontiańskie stulecia nabrali autorzy, i nowych perspektyw, które dzięki tej śmiałości się pojawiły, Was wraca do założeń, które postawił sobie Ban. Pociangi w jego historii nie są ani potworami, z którymi trzeba walczyć, ani pradawnymi bogami, od których zachcianek zależy bieg wszechrzeczy, nie są też jednak jak zwykli ludzie. Sztuką jest wzbudzić zaufanie, przyzwyczaić do siebie, zbliżyć się i nie odstraszyć, tymczasem jest to konieczne, bo w przeciwieństwie do nich napompowani Lunikontianie, w przeciwieństwie do samych dżdżownic, nie mogą unosić się o własnych siłach bez końca, potrzebują oparcia wielkich władców nieba, bez których zwyczajnie spadną. Ciągnący się bez końca, bujający niczym łódka grzbiet staje się miejscem odpoczynku, podróży, spotkań i zawierania nowych znajomości, całym mikroświatem, gdzie stykają się najróżniejsze osobowości, które z jakiegoś powodu na dłuższą lub krótszą chwilę zdecydowały się ze sobą mieszkać.
Tu jednak Was rozstaje się z sielankową wizją Bana i kontynuuje poszukiwania, przed którymi tamten się zatrzymał. Czym właściwie są Pociangi? Jaka energia lub ambicje nimi kierują? I po co ten ich, zdaje się, bezsensowny podniebny ruch? Na jednym z podróżujących stworów, na który trafia Dimk, wszyscy zdają się znać odpowiedź - każdy inną. Większość uważa je za myślące istoty, są jednak tacy, którzy uważają je za maszyny. Paru widzi w nich przyszłe wcielenia ich przodków, a dla niektórych filonaukowców to jedynie zagubione w polu magnetycznym planety elektroniczne złudzenia, którym tylko zbite wokół nich cząsteczki powietrza nadają kształt. Co jest prawdą? Gdzie i w jaki sposób jej szukać? Dla Dimka nie ma to jednak znaczenia, nie przyleciał tu forsować się z faktami, a jego myśli biegną całkiem innymi torami niż u pozostałych. Co dzieje się z jego rodziną? Czy jego czyn wystarczył, żeby zadowolić Kra? Czy wszyscy już są bezpieczni? Nie wiadomo, czy to jego smutek i tęsknota, czy zwykły przypadek sprawiają, że pewnego dnia, gdy Dimk budzi się na grzbiecie samotnego Pocianga, udaje mu się zobaczyć przejście w niebie, którym podniebne zwierzęta wędrują do innych światów. Tu Was otwiera przed nami kolejną, jeszcze niezwyklejszą i tym razem zupełnie swoją własną historię, do której, jak wierzy, mogłaby prowadzić znajomość z dziwacznymi dżdżownicami wędrującymi po niebie.
Pomimo że pociangitonów napisano i nagrano tysiące, ta książka błyszczy najmocniej. Być może dlatego, że zdaje się zawierać w sobie znaczenie każdej z nich jednocześnie, być może dlatego, że wyprzedza je swoimi wizjami, być może dlatego, że nie jest tylko o Pociangach, ale na pewno dlatego, że jest naprawdę dobra.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

24.Kradzież młodości” (Fen Ziarses)

Dziś, drodzy Czytelnicy, odcinek wyjątkowy - w recenzji pomoże mi jeden z najznakomistszych i najbardziej zasłużonych członków Korpusu Sinestra, Lambertus Domin. Nieprzypadkowo, ponieważ posiadane przez niego talenty sądowniczo negocjatorskie być może pomogą nam w walce z dylematem, jaki stawia przed nami Fen Ziarses, a który jak dotąd nie dał się nikomu sprawiedliwie rozstrzygnąć.

Książka opowiada historię Niktana Oogta. Prowadzi on coś w rodzaju firmy przewozowej w południowej, nadmorskiej części Fragonii. Odkąd pamiętał, mieszkał tam z rodziną, a także, od niedawna, z żoną i dziećmi. Jego życie nie obfitowało w ekscytujące wydarzenia, jednak wystarczyło mu do szczęścia, a osiągnięcia zawodowe i społeczne zapewniały mu ogólny szacunek i stabilizację.
Wszystko zmienia się, gdy na progu jego domu staje przedstawiciel Wilaniańskiej Organizacji Powrotu...
Przedstawiciel ów życzy sobie zabrać gdzieś naszego bohatera, (Wbrew jego woli, rzecz jasna) ale ów nie ma pojęcia, co to ma być za miejsce, ani czemu to właśnie on... przynajmniej do czasu. Rodzice Niktana postanawiają nie dopuścić, by ów wpadł w niegodziwe łapska przedstawiciela i szykują potomkowi ucieczkę. Gdybym tam tylko był z kolegami z naszego Korpusu, to byśmy nauczyli tego gościa z organizacji praworządności, spralibyśmy po grzebiecie i już! Jak mówi nasza przysięga: „W najjaśniejszy dzień, w najciemniejszą noc, strzeż się twych lę...
Rzecz w tym, że to nie takie proste, Lambertusie. Organizacja wydaje się być wrogo nastawiona do Oogta, jednak kiedy wreszcie udaje się jej go dopaść, okazuje się, że nikt tam nie chce zrobić mu krzywdy. Wręcz przeciwnie - z długo oczekiwanych wyjaśnień Niktan dowiaduje się, że w dzieciństwie został uprowadzony ze swojej ojczystej planety, Wilani, odseparowany od swoich prawdziwych krewnych przez udawanych rodziców i dziś wreszcie ma okazję wrócić do świata, do którego tak naprawdę należy, a który nigdy o nim nie zapomniał.
Wysłałbym tych udawanych rodziców na tortury, jak nic. Ja rozumiem, że chcieli mieć potomka, no ale odbierać go prawdziwej rodzinie? Wrzucać go w środowisko, do którego może się nie przystosować? Przy okazji powinni też oberwać wszyscy, którzy wiedzieli o tym niecnym procederze. W bonusie jeszcze samo istnienie tej Organizacji Powrotu, oprócz przywracania obywateli tam, gdzie ich miejsce, sprawi, że domorośli porywacze zaczną się bać! Wszak „W najjaśniejszy dzień, w najciemniejszą...

Problem w tym jednak, że przymusowa wyprowadzka na Wilanię wcale nie uśmiechała się głównemu bohaterowi. Była to dla niego całkowicie obca planeta, z której nie mógł przypomnieć nawet najodleglejszych wspomnień, o której nic nie wiedział, nie rozumiał i, czego od początku nie ukrywał, z którą nie chciał mieć nic wspólnego. Dla Organizacji Wilanian jednak jego zdanie nie miało większego znaczenia, widzieli w nim tylko zagubione dziecko, które należy odwieźć do domu i które samo nie wie, co jest dla niego najlepsze. Pomimo że rodzice, do których trafił, naprawdę go kochali i wszystkie poprzedzające spotkanie lata spędzili na niestrudzonych, pełnych tęsknoty poszukiwaniach, byli dla niego zupełnie obcymi osobami, do tego z przerażająco odległej cywilizacji, o której nie wiedział nic i w której nic nie znaczył. To, co naprawdę się dla niego liczyło, kochane przez niego osoby i świat, w którym miał swoje miejsce i w którym tak wiele osiągnął, zostało uznane w jednej chwili za złe i skazane na zapomnienie.
Nie mam pojęcia, kto tu jest bardziej, a kto mniej winny, ale mój szef, Sinestro, po prostu skazałby i jednych i drugich na tortury. Lepiej torturować kogoś, kto nie zasłużył, niż pominąć kogoś faktycznie winnego, tak jest skuteczniej. „W najjaśniejszy dzie...
Nie przejmuj się, sam autor też nie wie, kto jest winny. Podobnie Niktan, który chciałby uszczęśliwić i usprawiedliwić wszystkich, skacząc od egoizmu do poświęcenia - kolejne rozdziały pełne są jego składanych w rozterkach sprzecznych deklaracji, prób zdecydowania, kogo powinien kochać, a kogo nienawidzić. Szybko przywiązuje się do swoich biologicznych rodziców, którzy natychmiast układają mu miejsce w nowym świecie, nie jest jednak w stanie wyegzekwować od siebie odpowiedniego podejścia do ludzi, którzy go niegdyś uprowadzili, ale jednak wychowali, troszcząc się i nie szczędząc niczego. Nieraz ma zamiar porzucić wszystko i wrócić na Fragonię, jednak czuje, że pozostawieni tam bliscy nie byliby już dla niego tym, czym byli kiedyś. Także przedstawiciele Organizacji, którzy w najszczerszych intencjach pragnęli jedynie pomagać i nieść szczęście ponownie scalonym rodzinom, a teraz nie byli w stanie pojąć, co w ich działaniu poszło nie tak. Nawet wilaniańscy rodzice, którzy początkowo starali się nie zauważać tego, co dzieje się z Niktanem, zaczynają dostrzegać, że kierując się wyłącznie tym, co im się należy, zrobili krzywdę osobie, na której tak bardzo im zależy.
Tak jest. Połamać im kilka kości, a ich myślenie o dobru potomka radykalnie się zwiększy, widziałem to już wiele razy! W końcu, jak głosi nasza przysię...
Zapewne nie będzie zaskoczeniem fakt, iż książka w pewnym momencie urywa się, nie dając rozwiązania dla żadnego problemu. Nie wiadomo, jak dalej potoczą się losy Oogta, jakie będą jego decyzje, co zrobią jego rodzice i Organizacja Powrotu, jednak czuje się, że właściwej odpowiedzi już nie ma. Każdy czytelnik sam może dopisać własne zakończenie, dzięki któremu może kiedyś wszystko skończy się dobrze. Pięknie napisana, zapadająca historia, polecam.
Korzystając z okazji chciałbym zachęcić czytelników do przyłączenia się do naszego Korpusu. Oferujemy przyjemną pracę w ciekawym zespole, wymagamy tylko poczucia sprawiedliwości, umiejętności wzbudzania wielkiego strachu i skutecznego wymierzania uczciwej kary. CV prosimy wysyłać na planetę Korugar, jedenasta konstelacja na prawo od Drogi Mlecznej.

poniedziałek, 7 lipca 2014

20.Niespodziewana powinność zwykłego obywatela” (Fazion Odf)

Marzeniem Ratutiko - wzorowego pracownika korporacji metalurgicznej oraz głowy niewielkiej, trzypokoleniowej rodziny - od zawsze był udział w tak zwanej Magicznej Fuzji. Zjawisko to było jednym z przejawów wyjątkowej, rozproszonej inteligencji planety, Anafraboli 2. W razie niebezpieczeństwa swojego lub mieszkających na niej istot potrafiła ona skupić ogromną ilość energii w jednej, wytypowanej przez siebie osobie, której tym samym powierzała zadanie i obowiązek pokonania zła. Niezwykła moc oczywiście nie była oddawana na wieczność - w zależności od swoich cech, wiedzy i umiejętności Wybrańcem Fuzji stawała się za każdym razem inna osoba. Czasami na godziny, czasami na tygodnie, w zależności od tego kim lub czym był przeciwnik, co jednak w zupełności wystarczyło, by stać się niezapomnianym bohaterem, którego szlachetność wyśpiewywałyby przez dziesięciolecia publiczne światowe radia.
Ratutiko bacznie śledził obiegające świat nowinki o pogromcach grabieżców, łapaczach uszkodzonych samolotów i geniuszach kryzysów, i w niezachwianej wierze niecierpliwie myślał o chwili, gdy i on okaże się jedynym zdolnym do uratowania świata. Kiedy jednak ta chwila nareszcie nadchodzi, okazuje się, że porzucenie poukładanej codzienności choćby dla najbardziej heroicznego czynu nie jest dla niego takie proste.

Do legendy przeszła już scena, gdy sekundę po wchłonięciu energii Magicznej Fuzji, stojący w korku Ratutiko rozważa, czy od razu rzucić się do walki przeciwko Złemu Myśliwemu, czy najpierw odwieźć do naprawy swoją lodówkę. Na tym jednak dylematy się nie kończą - wbrew ambitnym planom musi natychmiast zająć się domowym akumulatorem i przebudować podwórko. Zwykłe sprawy, objawiające się pilnymi rachunkami, nieprzyciętym dachem, opieką nad dziećmi i analizami w firmie, nie dają mu spokoju ani na moment. Anafrabolanin, początkowo cieszący się z długo wyczekiwanego wyróżnienia, czuje się coraz bardziej bezradny i skonfundowany. Widzi jak kolejnymi etapami Zły Myśliwy realizuje swój złowieszczy plan, ale przecież nie rzuci się tak po prostu, bezinteresownie na ratunek światu!
Fazion Odf wyraźnie ubolewa nad zmianą obyczajów na swojej planecie. Podczas gdy u zarania cywilizacji odwaga i poświęcenie prostych ludzi budowała spokój i szczęście kolejnych pokoleń, dziś nawet Wybrańcy Fuzji ani na moment nie przestają myśleć przede wszystkim o sobie, o swoim bezpieczeństwie i dobrobycie. Stworzona przez nią postać, jakby odzwierciedlając naiwność innych mieszkańców Anafraboli 2, winą za swoje niezdecydowanie obarcza samą planetę, która wybrała go nie wtedy, kiedy powinna, mogąc zrobić to kiedykolwiek wcześniej lub później, kiedy nie będzie miał innych obowiązków. Oczekiwał, że zaszczyt spotka go, gdy będzie mógł go przyjąć, nie zdając sobie sprawy z prostego faktu, że życie i jego wyzwania nie pytają o zgodę, że w każdej chwili trzeba być gotowym na wydarzenia, które przesądzą o losach ludzkości. Autorka nie traci jednak nadziei - o krok od zagłady świata Ratutiko decyduje się wreszcie usłuchać głosu serca, porzuca wszystko, co ma i staje twarzą w twarz z przeznaczeniem. Dopiero wtedy dociera do niego, że tak naprawdę nie od Magicznej Fuzji zawsze zależało, czy stanie się bohaterem i co będzie w życiu robił, ale od niego samego. Dopiero wtedy jest gotowy na swój największy pojedynek...
Niesamowita historia pełna szalonej akcji i popisowych scen zniszczenia skontrastowanych z próbami pogodzenia ich z bezpieczną codziennością. Nie bez powodu otrzymała statuetkę Mautrinisa.

poniedziałek, 19 maja 2014

13.Zobaczyć deszcz” (Onga Falta 23 G)

Tym razem dość długo nie miałam pomysłu, co tym razem dla Was opisać, dopóki nie wyjrzałam przez okno. Pada. Stary dobry ziemski deszcz...

Trwa właśnie Sylwester rozpoczynający rok 2998, gdy dwustuletnią* mieszkankę Księżyca, Jawidgę Ri Kamnię zaczynają nachodzić nostalgiczne przemyślenia na temat świata Powierzchni, którą akurat tej nocy, jak co osiemnaście dni, ma okazję podziwiać na nieboskłonie. Pomimo że urodziła się i spędziła pierwsze lata życia na planecie, wkrótce cała jej rodzina wyprowadziła się stamtąd, przez co bardziej znała to miejsce z barwnych czasopism niż własnych wspomnień. Zdawała sobie sprawę ze zdumiewających różnic rozwojowych, skutkach kilku wieków wytężonej pracy nad przystosowaniem suchej skałki do zamieszkania, które zepchnęły Powierzchnię do rangi pełnej bałaganu i niewygód wioski. Często rozmyślała o zaletach pobytu tutaj, o ruchomych podjazdach i pomocnych robojednostkach, dzięki którym starość prawie jej nie doskwierała. Tego wieczora postanowiła jednak poznać bliżej świat, w którym tak naprawdę nigdy nie była, pełen miast zbudowanych z własnej historii i niehodowanej fauny i flory. Czekała tam na nią jedna z ostatnich krewnych, kuzynka, która już niedługo miała ją oprowadzić i przedstawić oczywistości, o których Jawidga nawet nie śniła. Jednym z pierwszych jej życzeń po dotarciu na miejsce jest zobaczyć deszcz...

Tym co wyróżniło dość krótkie opowiadanie Ongi od innych, kierowanych do seniorów anty-planetarnych tekstów propagandowych, dało mu rozgłos i zainteresowanie krytyków, był efekt - odwrotny do zamierzonego. Polityka zarządzania ludnością Księżyca i Powierzchni dążyła do uporządkowania ludzi według wieku, wyrobienia w nich przeświadczenia, że tylko jedno konkretne miejsce z tych dwóch jest w stanie zapewnić im wygodę, rozrywkę, karierę i wszystko, czego tylko mogliby potrzebować. Gdy tylko oparty na sztucznej inteligencji przemysł księżycowy uniezależnił się całkowicie od wsparcia planety, rozpoczęły się liczne kampanie oraz druk artykułów przedstawiających rozwinięty technologicznie monotonny Księżyc jako idealne miejsce na spędzenie spokojnej i bezpiecznej emerytury, natomiast Markuril na dole - jako środowisko przeznaczone dla nauki, pracy i rozrywki. Pojawiająca się w tamtym czasie literatura, jeśli tylko adresowana była do określonej grupy wiekowej, niemal zawsze zawierała sugestię, wartościowanie - w książeczkach dla dzieci "górny" świat był ukazywany jako ponury i groźny, w prasie dla dojrzałych pań - jako szczyt nudy, a dopiero w magazynach dla istot w wieku podeszłym - jako jedyna na świecie ostoja spokoju. System ten oparty był na wiedzy o potrzebach i oczekiwaniach Markurilian i po jego udanym wdrożeniu szybko zanotowano ogólną poprawę zdrowia i przedłużenie życia wszystkich mieszkańców.
Falta 23 G, pomimo że napisał Zobaczyć deszcz z najszczerszym zamiarem dalszego zachęcania do trzymania się schematu, popełnił wiele błędów, które przesądziły o opacznym odbiorze dzieła i które do dziś nauczeni już doświadczeniem nauczyciele wykorzystują do kształcenia młodych marketingowców. Przede wszystkim Falta sam był wtedy dopiero początkującym promotorem i nie potrafił jeszcze wyzbyć się obiektywizmu. W jego wizji oba światy są jednakowo wartościowe, z czego, co gorsza, główna bohaterka zdaje sobie sprawę. Pomimo wielkiego szacunku dla swojego księżycowego domu, sprawia wrażenie nieco zmęczonej prostym minimalizmem, wyspecjalizowaniem i profesjonalizmem, który okrawa świat ze wszystkiego co jest choć odrobinę zbędne. Pomimo że prędko odkryła, że niespodzianki na Powierzchni nie zawsze były miłe - jak wszechobecny brud, korki na drogach i brak sympatii nieznajomych - to wrodzony entuzjazm pozwala jej na przyjmowanie ich z dziecinną ciekawością i zaufaniem. Sama Jawidga, co było nie mniejszą nowością, również nie została wyposażona w same zalety - jej niedomyślność i, często, zwykła naiwność wprowadzają mnóstwo okazji do uśmiechu i sprawiają, że zarówno na rzeczywistość księżycową, jak i planetarną patrzymy z przymrużeniem oka. Księżycanka do samego końca nie mogła się przyzwyczaić, że otaczające ją drzewa nie są pomysłową dekoracją, co było widać w każdej jej wypowiedzi na ich temat. Nie mieścił jej się w głowie naturalny stan rzeczy na planecie, według którego zaniedbana ziemia sama zarasta trawą, a w nieużywanych zbiornikach wodnych lęgną się owady. Bardzo długo męczyła się też z rozróżnianiem, które cechy należą do którego zwierzęcia - na dobre weszło już do użytku dziennego lekceważące powiedzenie, które moglibyśmy tłumaczyć jak Daj się rybce wybiegać, mające dać rozmówcy do zrozumienia, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Najbardziej charakterystyczne jest jednak zdziwienie, którym Jawidga reaguje na informację, że ten słynny "samoczynny" deszcz nie pada o konkretnej godzinie, co ustalony czas - że trzeba na niego najzwyczajniej w świecie cierpliwie poczekać.
Jedno niepozorne opowiadanie nakręciło wielką, samonapędzającą się rewolucję, która, na szczęście dla autora, rozwijała się zbyt powoli, żeby mógł on dożyć odnalezienia jej przyczyny. Ku niepokojowi rządu ludzie nagle odkryli w sobie ciekawość, zapragnęli zwiedzać i porównywać miejsca, które nie były dla nich przeznaczone, uczyć się i zastanawiać. W międzyczasie Onga Falta 23 G napisał jeszcze parę krótkich opowiadań (jak choćby Zgubiony szalik i Całkiem niepodobna osoba) w celu dalszej popularyzacji podziału wiekowego, jednak ponieważ z czasem nauczył się, jak powinien to robić, żadne nie miało takiego przyjęcia wśród czytelników i nie doczekało się tak wielu analiz wśród znawców.
Dla nas będzie to "tylko" zabawna historyjka o babci, która postanowiła pierwszy raz w życiu opuścić ciepły dom. Niezależnie jednak od rasy (i miejsca zamieszkania, bo w końcu my mieszkamy akurat na planecie) niezmiennie zaraża ona chęcią poznania, otwartością i potrzebą zastanowienia się nad tym, co oczywiste. Warto przeczytać.


_______________
*Czas obiegu planety centralnej, Markurila, jest bardzo zbliżony do ziemskiego, podobnie długość życia mieszkańców jego i jego księżyca.

poniedziałek, 5 maja 2014

11.Burza” (autor nieznany)

Bohaterem historii jest złożona z kilku luźnych elektronów postać mieszkająca wraz z paru osobową grupą starszych krewnych w jednym z wielu zwyczajnych węzłów obwodu elektrycznego. Ów obwód był właściwie wszystkim, co znał, a jednocześnie czymś, co zdążył już poznać aż za dobrze, znudził się nim i zaczął zastanawiać, czy jest na świecie jeszcze coś, co warte byłoby zobaczenia. Teorię tę zdawały się jakoby potwierdzać odbierane przez niego odległe sygnały, niewyraźnie i nie połączone z niczym, do czego miałby dostęp. Jego starsi nazywali to burzą - legendy głosiły, że gdzieś niewiarygodnie wysoko nad nimi, w oderwaniu od jakiejkolwiek sieci cywilizacji, znajduje się gigantyczne skupisko dzikich, obcych impulsów elektrycznych o sile nieporównywalnej do niczego, co jest im znane. Główny bohater myślał odtąd często o dziwacznym świecie nad nimi, zastanawiając się zarówno nad tym, czy jest prawdziwy, jak i czy można się tam dostać i czy jest powód, by czegokolwiek się obawiać.
Odpowiedź wydawała się oczywista - niezbadane burzowe skupisko elektryczne tkwiło na niebie od pokoleń, nikt już nie pamiętał, kiedy się pojawiło, i wyglądało na to, że nikt nie doczeka tego, aż coś się zmieni. Do czasu gdy pewnego razu strumień o mocy setek milionów woltów spłynął z nieba i uderzył prosto w węzeł, w którym mieszkał bohater historii, tworząc most pomiędzy światem chmur i powierzchnią. Do obwodu przedostają się nowe, potężne istoty, które niczym bogowie, dziwią się nad maleńkością tego świata. Młodzieniec jest pierwszym z tych, którzy odważyli się nawiązać z nimi kontakt i szybko się zaprzyjaźnia, w szczególności z podobnym mu pod względem wieku osobnikiem. Wspólnie wymieniają się doświadczeniami i wrażeniami z życia w dwóch zupełnie odrębnych, tak różnych od siebie miejsc, porównują i uczą się od siebie nawzajem. Główny bohater wreszcie ma szansę poznać bliżej to, co tak długo nie dawało mu spokoju, jest oczarowany i zafascynowany... w tym także swoim nowym przyjacielem z chmur. Z czasem oboje uświadamiają sobie, że utworzyło się pomiędzy nimi coś wyjątkowego. Niestety, nieuchronnie dobiegał końca czas połączenia nieba i ziemi - już wkrótce błyskawica miała się od niej oderwać i na nowo zniknąć na całe tysiące pokoleń w odmętach chmur. Przed młodym impulsem elektrycznym staje najważniejsza decyzja w życiu - czy pozostać w znanym sobie świecie wraz z ukochaną rodziną czy porzucić wszystko, co ma, i ufając tylko temu, co czuje, ruszyć w nieznane, magiczne krainy?

Wszystko wskazuje na to, że świat, w którym rozgrywają się wydarzenia, jest jednym z tych, gdzie każda z licznie zasiedlających go ras jest mylnie przekonana o swojej wyjątkowości i niepodzielności w panowaniu nad planetą. Podczas gdy opowieść rozchodziła się ze stale rosnącą popularnością po wszystkich zakątkach mikroświata, jego makroskopijni mieszkańcy (w wielu aspektach podobni chociażby do Ziemian) nie mieli pojęcia, że w zasilającej ich dom sieci elektrycznej może istnieć jakiś rodzaj życia. I być może by tak zostało, gdyby nie analizy szumu tła postaci o imieniu Zotena Fagl Me, znanego w świecie wydawniczym jako Obserwator. W teorii zajmuje się on po prostu astronomią, jednak nowatorskość i dokładność wykorzystywanych przez niego metod sprawia, że o wiele częściej niż na interesujące zjawiska kosmiczne zdarza mu się trafiać na osobliwe ciągi nieregularności impulsowych. Po bliższym zapoznaniu się z ich źródłem okazują się one być niekiedy być równoznaczne z procesem myślowego odczytu dzieła literackiego zakodowanego w jakimś nierozpoznanym dotąd języku, w szczególności, jeśli sygnał taki pojawia się w kilku niezależnych od siebie punktach i momentach. Obserwacja nie jest więc ostatnim krokiem w odkrywaniu nowego utworu; nie jest nim często nawet zastąpienie oryginalnej formy zdatnym do czytania tekstem, nawet zrozumiałym znaczeniowo. Zotena dał początek całej serii prac na temat postrzegania przez elektro-istoty otoczenia i siebie nawzajem. Znaleziona książka okazała się być dla niego wyzwaniem językowo-literackim, gdyż nie pojawia się ani jedno imię, nie istnieją nazwy przedmiotów czy miejsc, hierarchia czy też zależności rodzinne zdają się być bardzo skomplikowane. Jak sam opowiada w przedmowie, musiał zadecydować, jak potraktować napotykane tam imiona-identyfikatory i nazwy-opisy. Ostatecznie postanowił zrezygnować z rzeczy typu "Obiekt 4" czy "Miejsce w bliskości na poziomie 1" na korzyść romantycznej tajemniczości. Zotena miał więc ogromny wpływ na charakter, może nawet i przekaz historii, odżegnuje się on jednak ostro od licznych prób przypisania jemu samemu autorstwa, którego nie udało mu się dociec.
Cóż o samym dziele można powiedzieć? Fabuła nie wydaje się nazbyt oryginalna, jednakże opisy nowego nieznanego świata podniebnego są jedyne w swoim rodzaju i dla nich na pewno warto spróbować. Nie dla tego, że są barwne i pobudzające wyobraźnię, ale właśnie wręcz przeciwne - stworzone przez istoty nie znające kolorów i temperatur przypominają raczej wykresy, kombinacje faktur i czterowymiarowe relacje z przepływu struktury chmur. Pośredniczący między autorem (autorami?) a czytelnikiem Zotena stara się przybliżyć temu drugiemu sens i znaczenie "emocjonalne" tych obrazów najlepiej jak tylko potrafi. Jego przekładowe wyczyny zasługują na nie mniejszą uwagę i w innych sytuacjach, gdzie nieustannie starał się zrozumieć występujące tam relacje i targające bohaterami uczucia i odnaleźć takie odpowiedniki w naszym świecie, żebyśmy i my mogli się w nich połapać. Dzięki pomocy jego kolegi, korektora-poety Leoka Rafawa, naprawdę fantastycznie się to czyta.
Po prostu nie można nie przeczytać.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

08.Tajemnica” (Epi Potrik)

Dawno, dawno temu, żyła sobie rasa Jaone. Ziemianin porównałby ich do wilków - pomimo gęstego szarego owłosienia, wielkich spiczastych uszu i kłów kryły w sobie pokojową, stadną naturę i szacunek do wszystkiego, co je otacza. Swoją troską i mądrością dbały nawzajem o swoje szczęście oraz o harmonię świata, który zdawał się odwdzięczać jej półdzikiej cywilizacji tym samym - każdemu wilkowi Jaone zostaje przypisany wilk do pary, "druga połówka" narodzona dokładnie w tej samej chwili gdzieś na planecie, wraz z którą miał cieszyć się zrozumieniem i radością do końca życia. Wilki były tego świadome i dumne z porządku świata, doceniały go i czuły się bezpieczne.
Nietrudno więc wyobrazić sobie ich zdziwienie, gdy na świat przychodzi dziecko inne niż wszystkie, podobne do wilka, a jednak niepodobne, z małymi uszami i bez kłów. Folwi, czyli, jak możnaby przetłumaczyć jej imię, tajemnica albo też niespodzianka czy pytanie, szybko zauważyła, że różni się od innych dziewczynek. Także sposobem bycia przypominającym bardziej koci niż wilczy, ciekawością świata i dziwnym, nierozumianym przez nikogo niepokojem, niepozwalającym jej znaleźć sobie miejsca - zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Nie raz nie spała całymi nocami wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, nie mogąc pojąć dręczących ją dziwnych, nieokreślonych myśli, że to nie w tym świecie czeka jej "druga połówka". Czy rację mają jej najbliżsi, wierzący, że znajdzie szczęście i zrozumienie dopiero wtedy, gdy coraz bardziej nieufne społeczeństwo przyjmie ją do siebie? Czy faktycznie zostanie wtedy zrozumiana i zazna szczęścia?

Biografia czy baśń? Nie jest to do końca jasne, ponieważ zależnie od tego, w którym punkcie historii jesteśmy, opisywane tam zdarzenia raz brzmią bardziej wiarygodnie, innym razem mniej, raz szczegóły zdają się bardzo konkretnie odnosić do głównej bohaterki, innym razem stają się ogólnymi wskazówkami bliskimi każdemu z nas. Nie ma pewności, że Jaone naprawdę istnieli, nie wiadomo, gdzie znajdowała się ich planeta, z drugiej strony jednak nie można wykluczyć tego, że gdzieś jednak była.
Wszystkie te pytania schodzą jednak na dalszy plan pod wpływem przejmujących, chaotycznych wspomnień Folwi, pełnych lęku i wiecznej niepewności co do sensu i trafności tego, jak sama widzi świat. Wydaje się, że każde napisane przez nią zdanie nosi ciężar mierzenia się z wielotysiącletnią wiedzą i doświadczeniami jej współrodaków przy każdej próbie znalezienia własnych wartości i znaczenia, odpowiedzenia sobie na pytanie, co dla niej samej jest najważniejsze. Wielokrotnie w książce Folwi zmienia nastawienie, nie mogąc pogodzić tego, kim czuje, że jest, z tym za kogo jest uważana, ryzykuje, albo starając się dostosować na przekór zagubieniu, albo odsuwając się od społeczeństwa, wybiera między wiernością sobie, a bliskim, którzy mimo wszystko wciąż wierzą, że może stać się taka jak wszyscy.
Jej zachowanie nie przechodzi bez echa - zwraca tu uwagę, jak łatwo zostaje podana w wątpliwość konieczność tolerancji i szacunku w stosunku do każdej istoty. Czy Folwi powinna być traktowana tak samo jak wszyscy przy swojej odrębności? Czy faktycznie odrębność jest wadą? Zrewidować ogólnie przyjęte wartości musi więc nie tylko główna bohaterka, ale i cała jej cywilizacja, stająca w obliczu zaprzeczenia tego, na czym się zawsze opierała - niedoskonałości, niedopasowania, nieznanego. Czy więc tak naprawdę darzyli miłością świat, czy tylko jego łatwy do przyjęcia porządek, piękno, własną przynależność do niego? Czy wolno im cokolwiek określać jako złe lub dobre? Droga do znalezienia odpowiedzi na te pytania jest długa i niekoniecznie skończona, najważniejsze jednak, że wreszcie została podjęta. I to przez każdego Jaone z osobna.
Nie ma więc pewności, że Jaone naprawdę istnieli, pewne jest natomiast, czego Epi Potrik nauczył tą opowieścią mieszkańców swojej planety - otwartości, umiejętności słuchania i nienarzucania własnego zdania, nawet jeśli faktycznie jest słuszne. W końcu - jak udało się to odkryć Jaone - Wszechświat zamieszkują nie tylko wilki i nie każdy jest szczęśliwy w ten sam sposób.

poniedziałek, 10 marca 2014

03.Ciemne Oceany” (Sinna Ki)

Historię cywilizacji planety Izei, pomimo całej jej różnorodności i ciągłych zwrotów w jej rozwoju, można podzielić na dwie ery, które stoją powyżej wszystkiego - czas przed Wielkim Rozbłyskiem i czas po nim, które zdawały się dotyczyć niemalże dwóch zupełnie innych cywilizacji.
W dawnym świecie planetę oplatała sieć Mona Scept, szczytowe osiągnięcie technologi jej mieszkańców, której nazwę możnaby na polski tłumaczyć jako zabawnie brzmiące wszystko blisko. Zwiększając naturalne, działające na kilkanaście metrów zdolności telepatyczne Izeanian, sprawiała, że byli oni w stanie swobodnie rozmawiać z każdym w obrębie sieci i to nawet bez świadomości dzielącej ich przestrzeni. Każdy mógł porozumiewać się i poznawać myśli dowolnego innego mieszkańca planety, jakby znajdował się on tuż obok, wspólnie się bawić, wymieniać wrażeniami i wiedzą, choć często zdarzało się, że nigdy się ze sobą nawet nie widzieli. Były to Jasne Czasy, kiedy każdy mieszkaniec Izei był otwarty na nową znajomość i rozświetlał przestrzeń swoimi myślami.
Wtedy właśnie, w pamiętnym roku 3394 według Starego Czasu, poznajemy młodą Relunę i jej telepatycznego przyjaciela, Adrika. Jak to typowe dla jej wieku, dziewczyna nie zaprząta sobie głowy rzeczywistym miejscem zamieszkania czy dokładnym wiekiem kolegi, co nie przeszkadza jej poświęcać mu więcej czasu niż na cokolwiek innego. Pomimo tego, że pierwszy kontakt był raczej kwestią przypadku, znajomość nie zerwała się, powoli zmieniając w coś o wiele bardziej głębokiego i osobistego, nie raz kończąc się rozmowami do samego zaśnięcia późno w nocy. Reluna nie wiedziała co prawda, jakie są prawdziwe (niedostępne dla telepatii) uczucia Adrika wobec niej, jednak nie interesowało jej to i, pomimo wątpliwości rodziców, wierzyła, że do szczęścia wystarczy jej, jeśli po prostu nic między nimi się nie zmieni. Nikt jednak nie podejrzewał, że na centralnej gwieździe ich układu planetarnego wzbiera właśnie największa eksplozja elektromagnetyczna w dziejach, po której nic nie miało być już takie jak przedtem. Kiedy niewiarygodna katastrofa kosmiczna w ciągu godzin przeciąża światowy układ elektryczny, bezpowrotnie niszcząc cały Mona Scept, a mieszkańców Izei wpędzając w mrok Ciemnych Czasów, Reluna po otrząśnięciu się po pierwszym szoku i uświadomieniu sobie powagi sytuacji, postanawia wyruszyć w największą i najbardziej tajemniczą podróż w swoim życiu i po ciemku odnaleźć przyjaciela, o którym tak naprawdę nic nie wie.

Jak nietrudno się domyślić, nie tylko historia planety została podzielona, ale też jej literatura. O ile jednak książkę inspirowaną jedną lub drugą epoką, o nastroju wyraźnie smutnym lub radosnym, nietrudno spotkać, o tyle utwory opowiadające o samym roku 3394, zwanym też rokiem 0 według Nowego Czasu, można policzyć na palcach jednej (ziemskiej) ręki. Tamto wydarzenie było dla nich strasznym przeżyciem, o czym najlepiej świadczy to, że pierwsze takie dzieła w ogóle zaczęły się pojawiać dopiero po trzech czy czterech pokoleniach, a jego "techniczne" skutki, w szczególności uszkodzenie legendarnego Mona Sceptu, nie zostały usunięte do dziś pomimo upływu czasu, który za pierwszym razem wystarczyłby w nadmiarze na jego budowę od początku. Sinna Ki była jedną z niewielu, którzy postanowili zmierzyć się ze wstrząsającą przeszłością, ale też, co ważniejsze, jak dotąd jedyną osobą, która nie widziała w niej tylko miażdżącej apokalipsy, a niezwykłą, choć bolesną okazję, do odkrycia w nas czegoś nowego. Niektórym jej fanom udało się zauważyć, że imię Reluna jej hiperanagramem diakrytycznym jej własnego, co tylko potwierdza realizm i szczerość jej opowieści.
Początkowo korciło mnie podebrać tytuł Dukajowi i jego Czarnym Oceanom, ale pomimo dosłownego tytułu z izeańskiego, który w tłumaczeniu oznaczałby niekończącą się wodę/niebo w kolorze braku koloru, uznałam, że byłoby to mylące. I to nie tylko dlatego, że u Dukaja to właśnie kłębiące się myśli, a nie ich brak, nadają myślni tę brzydką barwę. Jest też polska dwuznaczność słowa ciemny, która bardzo spodobałaby się Izeanianom i której nic nie mogłoby zastąpić. W rzeczy samej zapanowała nie tylko pustka, ale też ciemnota - ludzie zostali drastycznie ograniczeni do tego, co mają w zasięgu wzroku, odcięci od przyjaciół, dorobku ich własnej kultury i informacji, pojawiła się samotność i wyizolowanie poszczególnych jednostek, jeśli tylko nie były dopasowane do swojego, przypadkowego przecież, otoczenia, rozpanoszyło się cwaniactwo i nuda. Reluna przedzierała się przed to wszystko, dostrzegając rzeczy, których wcześniej nie zauważała i próbując odnaleźć w nich sens. Początkowo z obojętnością lub strachem, śpiesząc się, ale później starając się pomagać i pozostawiać po sobie choć odrobinę nadziei. Z czasem nauczyła się myśleć o Adriku nie z rozpaczą i poczuciem utraty, ale wyobrażając sobie, jak wiele będzie miała mu do opowiedzenia, z uśmiechem, odkrywając, jak wspaniałym uczuciem jest tęsknota - coś, o czym jej świat nieomal zapomniał, a które od teraz nie będzie już go opuszczać.

Nie muszę chyba mówić, że powieść kończy się happy endem :) Dla czytającego nie to jest jednak przecież najważniejsze - całkiem, jakbyśmy oglądali jakąś kosmiczną wersję Titanica, w której katastrofa jest w praktyce tylko tłem dla tego, co dzieje się w sercu bohaterki, którą można podziwiać, można ganić i której można po prostu towarzyszyć. W jednej chwili przechodzą nas ciarki, a z drugiej możemy się popłakać ze wzruszenia - to jest, pomijając wszystko inne, zachwycające.