Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spor. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2015

87.1386940335” (7689498301)

Roboty przydają się ludziom do wielu rzeczy. A do czego mogliby przydać się ludzie robotom? Tytułowy bohater tej historii jeszcze na jej początku powiedziałby, że – nie licząc ożywienia mechanicznego projektu – do niczego. Roboty na planecie Gargra (przez nich zwanej po prostu jako 1) już od dawna doskonale radziły sobie same. Czego sam 1386940335 codziennie był świadkiem, ponieważ pracował w szpitalu – nowoczesnym laboratorium, gdzie starsze i mniej sprawne roboty mogły poprosić o naprawę i dodatkowe funkcje, które na bieżąco rozwijano, ale też popracować nad strukturą swojego charakteru, przeprogramować upodobania lub nawyki. Człowiek, pomimo że sam był twórcą tych urządzeń, nie byłby w stanie wprowadzać podobnych zmian w obwodach, jego precyzja i zwinność były za małe, wiedza ograniczona. Szybko zaczął wyręczać się mechaniką, nie zauważając, jak jej uniwersalność powoli spycha go na margines społeczny. Nie minęło wiele czasu, jak miasta przystosowały się stopniowo do nowych obywateli, zmienił się transport, ekonomia i prawo. 1386940335 należał już do tego pokolenia, które nigdy nie miało styczności z istotą organiczną, wątpił też, że kiedykolwiek mu się to przydarzy.
A jednak – pewnego dnia w szpitalu zaczęli się pojawiać pacjenci z dziwną, nie spotykaną dotąd, dziwną dysfunkcyjnością. Dziwną, bo nie można było dojść, skąd się brała. Wyglądało to jakby cały układ impulsowy został nie uszkodzony, a porażony jakimś nieznanym zjawiskiem od wewnątrz, co powodowało zaburzenia w całym systemie przekazowym od chaotycznych drgawek po nieciągłość mówienia i myślenia. Co gorsza, jak szybko się okazało, nie były to odosobnione przypadki, bo robotów potrzebujących pomocy było coraz więcej. Było to coś zupełnie nowego – dotąd mechaniczny system uważany był za niezawodny za wyjątkiem przypadkowych urazów z zewnątrz, gdy wystarczyło jedynie zastąpić niedziałającą część lub nastroić do stanu początkowego. To mechaniczni lekarze umieli najlepiej, tego nauczyli się od ludzi i teraz zdali sobie sprawę, że pomimo czynionych od lat postępów w badaniach nad samymi sobą, nie wyszli poza zastępowanie starego nowym, uzupełnianie i manipulowanie ustawieniami w tym, co zawsze było. Ale co jeśli to nie wystarczy, jeśli testy każdego elementu z osobna nie sugerują nawet najmniejszego błędu, a słabość zdaje się tkwić w samej istocie systemu? Statyczne umysły elektroniczne okazały się bezradne wobec rozpędzającej się epidemii, dopóki ktoś wreszcie nie odważył się przyznać, że konieczne będzie odnalezienie ludzkiego programisty. Tylko czy opuszczonej przez cywilizację dziczy, w ostatnim miejscu, w którym oddychanie nie jest zakazane, uda się znaleźć kogokolwiek, kto wie coś o komputerach? A jeśli tak, czy będzie chciał pomóc?

Źle jest odcinać się od własnych korzeni i wmawiać sobie, że możemy poradzić sobie bez nich, ale jeszcze trudniej potem do nich wrócić i połączyć na nowo dwie drogi, z których każda rozwinęła się w inną stronę. 1386940335 wyobrażał to sobie o wiele za prosto. Oczekiwał gromadki pogrążonych w marazmie i stagnacji, choć sprawnych intelektualnie, pustelników, marzących o szansie na powrót do cywilizacji, którą on, istota wyższa i doskonalsza, będzie mógł ich uszczęśliwić. Tymczasem zastał samodzielny, całkiem uniezależniony od cywilizacji dziki-naukowy mikroświat, w którym ludzie, choć już nie pamiętają czasów sprzed podziału, starają się pomimo ograniczonej przestrzeni żyć po swojemu, z pracy na roli i handlu, wznosząc skomplikowane budowle i produkując energię z piasku. Roboty, choć nie są obiektem nienawiści, wzbudzają raczej niechęć i jeśli już trafią się jakieś z zewnątrz, są przymusowo przystosowywane do usługiwania człowiekowi i ciężkich prac fizycznych, z dala od tych wymagających inteligencji. Co zresztą bardzo pomaga 1386940335 szybko znaleźć kogoś znającego się na urządzeniach, choć zdecydowanie nie w okolicznościach, jakie by mu się podobały. Nie da się ukryć, że jako wyjątkowo uzdolniony przedstawiciel swojego „gatunku”, musiał ściągnąć na siebie kłopoty. A to dopiero ich początek, kiedy wychodzą na jaw dalsze informacje o tajemniczej chorobie i niektórych z naukowców.
Wydaje się, że w ludzkim mieście nie ma niczego wyjątkowego, ale tętniące życiem, głośne, pełne zamętu skupisko to dla uporządkowanej, spokojnej sztucznej inteligencji o wiele za dużo. Ludzie zarazem zachwycają i przerażają 1386940335 swoją nieprzewidywalnością, impulsywnością, bezmyślnością, a jednocześnie tym, jak często tego rodzaju reakcja okazuje się najskuteczniejsza. Co prawda losy powolnego, wiecznie zamyślonego mechanicznego introwertyka takiego jak byłyby tutaj szybko przesądzone, zanim zdążyłby on to wszystko zaobserwować, na szczęście znalazł się pewien ciekawski informatyk, który, pomimo własnych niejasnych „planów”, dostrzegł w nim potencjał na coś więcej niż pożyteczny automat. Dzięki temu udaje się jemu i nam poznać trochę ten dziwny, sprzeczny wewnętrznie świat współpracy z nieskażoną naturą, w którego nieskończonych podziemiach wciąż rozwijają się obce większości śmiertelników niewiarygodne technologie, a mroczne plany zemsty czekają na realizację. Nie wystarczy jednak tylko się przyglądać – żeby coś zdziałać, sprzeciwić się, a do tego znaleźć pomoc, trzeba wejść w ten świat głębiej, a im głębiej wchodzi w ludzki świat 1386940335, tym wyraźniej widzi, że za jego paskudne wypaczenie odpowiedzialni są nie naukowcy, ale właśnie... tacy jak on.
Mroczna, przejmująca wizja przyszłości, w której nie wiadomo, kogo obwiniać, komu kibicować, bo jedyne działanie, które można podjąć, to tylko obrona przed przyszłym albo minionym złem.

poniedziałek, 5 października 2015

85.Książka o książkach” (Flajijwomistroh Hohigomig Daflijimi)

Co to jest książka? Wydaje się, że już kiedyś sama odpowiedziałam sobie wyczerpująco na to pytanie – że jest to rodzaj zapisu, wykluczający multimedia, unikając wieloznaczności i niejednorodności treści. Ale co z „celowością” zapisu? Czy jeżeli powstał on samorzutnie, bez żadnego zamiaru stworzenia znaczenia, to nadal jest zapis? Czy wystarczające jest samo to, że da się go przeczytać?

Największa biblioteka Saufghinu, Alganka, w przeciwieństwie do innych tego typu instytucji na tej planecie, nie zawiera żadnej książki, którą ktoś świadomie zaplanowałby na fabułę, postacie i cokolwiek sensownego. Tym, co je pisze, a właściwie – tworzy czytelne wzory na papierze, są Rulieiny, płaskie stworzenia wielkości interpunkcji, słynące z tendencji do układania się na kontrastującym z nimi kolorystycznie materiale. Oczywiście same Rulieiny nie robią tego z zamiarem stworzenia czegokolwiek – odwrotnie, to Saufghinianie nauczyli się przypisywać wartość znaczeniową temu, co znajdywali niegdyś na liściach i kamieniach, a co potem składali w kartki nietypowych książek. Zmiana środowiska Rulieinom bynajmniej nie przeszkadzała, a nawet przeciwnie – chętnie rozprzestrzeniały się na inne, pozostawione dla nich w pobliżu czyste kartki, które potem saufghiniańscy czytelnicy mogli czytać jak hieroglify, rozkoszując się tajemniczością i głębią tekstu. Jego jednoznaczność jest niezaprzeczalna – na całym Saufghinie obowiązuje jeden standard interpretacji znaków, jeden język obrazkowy i jedna szkoła czytania, co sprawia, że każdy na wstępie dostaje to samo. Złożoność i nieuchwytność tekstu bierze się z kontekstu poszczególnych znaków, które oczywiście nieczęsto układają się z sensem, przez co, podobnie jak w poezji czy bardzo nowoczesnej ziemskiej prozie, trzeba się go trochę naszukać. Albo też założyć, że w ogóle nie jest potrzebny i potraktować dziwną historię jako metafizyczną wizję, zabawę dla podświadomości. Nic dziwnego, że książki faktycznie napisane przez autora, zaplanowane, przemyślane, choć niezmiennie powstawały, nie cieszyły się aż takim szacunkiem jako banalne i niepodatne na interpretację.
Pewnego dnia jednak zaczęły się problemy, które także Saufghinian zmusiły do zastanowienia się, czym jest książka, czy istnieje granica, za jaką utwór nie nadaje się już do czytania i jak wiele swobody można zostawić Rulieinom. Owe problemy objęły całą Algankę i trwają do teraz, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do tego, jak uratować teksty przed drastycznymi przemianami zachodzących dzień po dniu w każdym z nich. Niektórzy, co bardziej spostrzegawczy, nazwali proces Wojną Przecinków z Kropkami.

Zaskakujące, jak niewiele okazali się wiedzieć Saufghinianie o kwiecie własnej literatury. Oczywiście – mieli wspaniały podział na rulieinowe dziedziny, zabiegi stylistyczne, udało im się stworzyć nawet encyklopedię herosów „wymyślonych” przez płaskie robaczki, wraz z opisem osobowości i genealogią. Ale kiedy pojawiła się konieczność działania, zapobieżenia realnej katastrofie grożącej wymazaniem większości z tego, co cenili, okazuje się, że o samych „piszących” nie wiadomo niemal nic. Wyłączając nielicznych biologów fascynatów, którzy dość szybko zrozumieli, że ruch na kartkach wziął się z konfliktu i żądzy władzy dwóch podgatunków, przeciętny Saufghinian nie zdawał sobie sprawy, że patrząc na zadrukowaną kartkę, ma do czynienia z całym mikroświatem. Mało kto zdawał sobie sprawę z losowości zmian – popularne stało się podejście, według którego książki same tworzą swój ciąg dalszy i rozwinięcia, otwierają się nowe, a nawet samodzielne, interpretacje. Zmieniająca się treść sprawiała wrażenie bardziej agresywnej, chaotycznej, co fascynowało zwolenników, zwracających uwagę na jej energię wewnętrzną i lepszy kontakt z podświadomością. Powodowało to niewiedzę, co robić dalej z książkowym zjawiskiem i straszny dualizm pomiędzy tymi, którzy nawoływali, żeby go nie powstrzymywać, a zamiast tego korzystać z aktywności zapisu i czytać za każdym razem od nowa, oraz tymi, którzy zmienionych utworów najchętniej od razu by się pozbyli. Argumentami nadal były jednak tylko kwestie interpretacyjne, metafizyczne.
Flajijwomistroh był pierwszą osobą, która spojrzała na to, co się dzieje, pod kątem zachowań Rulieinów, a nie książek, traktując te ostatnie zdecydowanie jako skutek uboczny. Jako jeden z biologów, badających robaczki także przed Wojną, był w stanie przedstawić mniej zorientowanym (a teraz bardzo zorientowania potrzebującym) kolegom, na czym proces rozkładania się na czystych kartkach właściwie polega, dlaczego wzory są tak równe i regularne, i wreszcie jaki jest jego cel z punktu widzenia Rulieinów. Po serii ciekawostek przybliżających zespoły gatunkowe, rozwój gromady i porządek społeczny w jej obrębie czytelnik zostaje wprowadzony w prawdziwą historię i przyczyny Wojny Przecinków z Kropkami. Trudno sobie wyobrazić, że można z taką pasją opowiadać o przejawach agresji żywych plamek na przestrzeni kilkunastu centymetrów kwadratowych – a jednak można, bo zachowanie to zaczyna interesować, zaskakiwać, bawić, wzbudzać pytania i każe w napięciu wyczekiwać na zakończenie starcia, choć wiemy przecież, że ono i tak na razie niestety nie nastąpi. Dopiero na tle tego opisu jesteśmy w stanie zrozumieć, jak bardzo niepoważne są kłótnie fascynatów literatury, perorujących z dumą o interpretacji i rozwoju, zamiast po prostu jak najszybciej kopiować to, co jeszcze się do tego nadaje. W końcu to my, mówi Flajijwomistroh, jesteśmy tymi, którzy chcieliby przekazać tę wartość dla potomnych, nie bezmyślne Rulieiny, stanowiące jedynie czcionkę, a same nie przejmujące się tym, czy cokolwiek dla kogokolwiek znaczą. Zjawiskowość ich zachowania jest unikatowa na skalę międzyplanetarną i teraz właśnie jest okazja naprawdę to docenić – ratując te nieświadome dzieła przed ich własną destrukcją.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.Kod” (Eene Onmnes Uksi Joikka)

Strefa, nazwana przez odwiedzających ją dwunastą, była pusta, wyczyszczona ze wszystkiego prócz kamieni, przepełniona jedynie echem, dudniącym gdzieś ponad nią. Ahsawianie, uważający samych siebie za kogoś w rodzaju archeologów obcych planet, a w rzeczywistości raczej grupka plądrowników, bogacących się dzięki pozostałościom po wymarłych cywilizacjach, nie znosili tego miejsca. Z technicznego punktu widzenia było lepsze od wielu z tych, które widzieli, bezpieczne, pozbawione dżungli czy drapieżników, a jednak... Co ważniejsze było również pełne skrytek, niezbadanych bunkrów, sejfów poukładanych w opustoszałych budowlach mieszkalnych, a w nich: przedmiotów, o których marzyli bogaci kosmiczni kolekcjonerzy. Niekiedy zamki były podniszczone, możliwe do wyważenia, częściej ukryte za banalnym hasłem, a zdarzały się też takie przypadki, którym czwórka podróżników musiała poświęcić wielokrotnie więcej czasu. Tak właśnie było tym razem – kod nie był nigdzie zapisany, a jedyna, opisowa wskazówka, jaka zdawała się czekać specjalnie na tę okazję, odwoływała się do... gry, w której jedna z odpowiedzi miała być jednocześnie hasłem do zamku. Gry tradycyjnej, „zewnętrznej”, animowanej, przypominającej ziemskie gry komputerowe, w których wirtualnym świecie gracz nie wędruje osobiście, a za pośrednictwem reprezentującej go postaci. Z których formułą rozwinięta kultura Ahsawian nie miała styczności od kilku setek lat i z którą czwórka bohaterów również nie miała teraz ochoty mieć.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.

Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 27 lipca 2015

75.Słowo smoka” (autor nieznany)

Twoo Promef Roo odkrywa w głębi jaskiń stworzenie, które my z pewnością nazwalibyśmy smokiem. Dwie pary skrzydeł, łuski i wielkie błoniaste uszy wzbudziły w mężczyźnie lęk i zdziwienie, ale potworek zdawał się być jeszcze mały i nieporadny, jakby niewiele minęło od jego przyjścia na świat. Skąd się wzięło? Nie wiadomo, jednak po ogłoszeniu znaleziska natychmiast stało się dla wszystkich jasne, dlaczego się pojawiło. Prorocy i liczbowi wróżbici natychmiast znaleźli jego miejsce w przepowiedniach i legendach, obiecujących odrodzenie krainy. Gawskoogo od wielu lat już dręczyły głód i bieda, a obce wojska coraz częściej pustoszyły okolice, jednak zagubieni oligarchowie pomimo starań nie potrafili zatrzymać postępującej katastrofy. Mieszkańcy ze smutkiem wspominali odległe czasy, gdy ich kraj słynęła z zielonych pól, dostatku oraz mądrości, dzięki której panował tu spokój i szczęście. Teraz wszystko to znów miało powrócić - za sprawą magicznego stworzenia, które obroni swoich opiekunów przed złem i na nowo nauczy rządzić państwem.
Twoo z dumą przyjął na siebie odpowiedzialność za zajmowanie się małym smokiem. Dopełnianie przepowiedni było niewątpliwym zaszczytem, jednak jego bardziej interesowała pomoc zwierzęciu, którego tajemniczy urok od razu wzbudził w nim sympatię i zaufanie. Nie wiedział, jaką ich dwójkę czeka przyszłość (i nie do końca chciał też wiedzieć), ale rozpowiadane w miastach historie matemalogów działały na wyobraźnię. Według niektórych już wkrótce miał przejąć panowanie nad królestwem, według innych toczyć zwycięskie boje na grzbiecie skrzydlatego potwora... Cokolwiek miało to być, Twoo obiecał sobie zrobić co w jego mocy, by sprostać wyzwaniu i uratować świat.
Nikt nie spodziewał się wizyty jeszcze kogoś innego – nieznanego człowieka przedstawiającego się jako Kworwgang, który jako pierwsze po przybyciu do królestwa zapytał właśnie o „potwora”. Nikt nie wiedział, co mu odpowiedzieć – żadne proroctwo nie wspominało nic o żadnym obcym tak znacząco zamieszanym w legendę (zwłaszcza obcym z innej planety, jak sam Kworwgang uzupełniał). Twierdził, że jego misją jest unicestwianie takich stworzeń, które nasłano wyłącznie po to, żeby dostosowały się do nowego świata, poznały go, a następnie zniszczyły wszystko w swoim zasięgu. Decyzja władców nie była jednak trudna - nic nie mogło zagrozić nadziei przyszłości Gawskoogo, dlatego to wyjaśnienia nieznajomego nazwano kłamstwem, a jego skazano na śmierć za szpiegostwo. Nikt nie spytał o zdanie samego Twoo Promefa, który poczuł się odpowiedzialny za stworzenie, które wychowuje i tym samym za człowieka, który ma umrzeć z jego powodu. Minęło już trochę czasu odkąd zaczął zajmować się smokiem, jednak malec wciąż był tak samo zamknięty w sobie, niekontaktowy, milczący i pomimo nieustającej sympatii, którą budził, nie ustawał też pierwszy lęk, do którego Twoo spodziwał się przyzwyczaić. Kworwgang zdawał się być jedyną osobą, która może mu cokolwiek o nim powiedzieć. Niestety, nie udało mu się go uratować przed wyrokiem, a jedyne i ostatnie, o co udało mu się zrobić, było wysłanie telepatycznego pytania „Jak poznać prawdę?”. Na co Kworwgang odpowiedział mu wskazówką i prośbą o odnalezienie jego statku kosmicznego...

Z opowieściami science fiction bywa różnie, ale z pewnością nie każda zaczyna się jak dostojna, pełna szczegółów legenda przypominająca ziemskie wczesne średniowiecze. Początkowo zamiast kosmicznych niebezpieczeństw mamy (o wiele trudniejsze i boleśniejsze) problemy codzienności, a w miejscu nowoczesnej technologi - towarzyszące władcom magię i wróżby, jedyny sposób na oswojenie wymykającej się z rąk rzeczywistości, który raz pomagał, raz nie. Twoo Promef Roo stał się ich elementem tylko przypadkowo - wyludnione jaskinie odwiedzał nie dla przygód, a w poszukiwaniu cennych skamieniałych muszli, które były dla niego jednym z ostatnich sposobów na pomoc dla przyjaciół. Można zauważyć, że za każdym jego działaniem, które popychało jego życie do przodu, stała zwykła dobroć – najpierw dla przyjaciół właśnie, potem dla smoka, potem dla Kworwganga, aż wreszcie dla całego kraju i świata. W chwili, gdy znajduje samotny statek dużą rolę gra też ciekawość, ale jednak to dzięki tej dobroci Twoo opierał się strachowi i chęci wycofania się.
W ten sposób wprowadza nas w dobrze nam znaną (a dla siebie całkiem obcą) rzeczywistość fantastyki naukowej. To, co dla nas było oczywiste i dość czytelne, odkąd obcy kosmita opowiedział o planach swoich wrogów, którzy podrzucają potworne stworzenia do innych wymiarów, by potem monitować, co się z nimi dzieje, dla Twoo było porażające. Gdyby nie sztuczna oddanego mu inteligencja statku kosmicznego, nie skończyłby pewnie inaczej niż inne obiekty laboratoryjne. Przy odrobinie szczęścia jednak mógł dołączyć do innych niszczycieli smoków, popisać się umiejętnościami grotołaza i znajomością minerałów, a ostatecznie (co pewnie nas też nie zdziwi) zniszczyć gigantyczne laboratorium nie zastanawiając się, czy sam zdąży odlecieć...
Próżno tu jednak szukać jakiejś idealizacji, zachwytów i wzniosłych monologów - to nie o to chodzi. Legendom winazjańskim, do których ta historia przekazywana z pokolenie na pokolenie należy, nie chodziło o wyróżnianie konkretnych osób czy bohaterów, ale o samo konkretne działanie, walkę o innych i poszukiwanie prawdy, chęć zmiany na lepsze przewyższającą troskę o siebie. Dla nich takie zachowanie jest naturalne, jedyne, które warte jest uwagi i zapamiętania, także jeśli poprzedza je strach, rozpacz, pomyłki czy egoistyczne myśli o ucieczce. Pewnie dlatego o wiele bardziej, zamiast podkreślania zalet, rzucają się w oczy choćby wady tych, którzy bezmyślnie zignorowali ostrzeżenie Kworwganga, woląc oszukiwać samych siebie niż się zastanowić. To oni wypadają sztucznie, karykaturalnie, jak ktoś nieprawdziwy, kogo w pełni tam nie było. Twoo Promef Roo naprawdę był i naprawdę fajnie sobie poradził.

poniedziałek, 13 lipca 2015

73.Inwazja” (Donna Werwo)

Czasami o całym naszym życiu i przyszłości decydują sekundy, których nikt nie byłby w stanie przewidzieć – oto pewnej nocy, na pewnej przypadkowej planecie zwanej Zerminą, rozbija się statek kosmiczny. Świadkami zdarzenia oraz śmierci jego jedynego pasażera jest trójka młodych Zerminian. Zanim jednak podróżnik, jak się okazało z rasy Awrilonów, traci przytomność, przekazuje nieznajomym ostrzeżenie o apokaliptycznej inwazji, nieuchronnie czekającej ich planetę. Oraz niezwykłą umiejętność, dzięki której być może uda im się ją uratować. Dotknięcie dłoni przybysza i przejęcie jego mocy było ostatnim, o co Awrilon poprosił. W ten niecodzienny sposób, czy im się to podobało czy nie, Rdine, Ssowi i Garoi nabyli zdolność stawania się niewidzialnym, a wraz z nią – wielką odpowiedzialność i niełatwy cel pokrzyżowania planów złych Jeronów, największych wrogów Awrilonów, którzy mogli dotrzeć na Zerminę w każdej chwili. W wykryciu ich obecności miał trójce wybrańców pomóc nowy zmysł, ponieważ już samo to było wyzwaniem – Jeronowie byli czymś w rodzaju zespołów nanorobotów, które przejmowały umysły swoich ofiar, od tej pory działając za ich pomocą. Nikt nie mógł zauważyć przybycia kosmitów, może nawet byli na planecie już teraz...
Rdine, Ssowi i Garoi bardzo się od siebie różnili, podobnie też było ze wprawą w wykorzystywaniu nowych możliwości, ale żadne z nich nie zwlekało z użyciem jej do walki z obcymi – w końcu losy świata zależało tylko od nich. Nikt inny nie znał prawdy i nikomu też nie mogli ufać. Inwazja naprawdę miała miejsce – pierwsze sygnały charakterystycznego podobnego do hipnozy mechanicznego zakażenia znaleźli już w kilka dni po spotkaniu z Awrilonem. Ofiarą okazał się pracownik wysokiego szczebla korporacji ogólnoświatowej, zajmującej się najnowszymi technologiami, które jak młodzi Zerminianie się dowiedzieli, w rzeczy samej mogłyby się bardzo przydać Jeronom... Kosmiczna zdolność pozwoliła im dotrzeć do niego natychmiast, a potem już tylko jeden dotyk wystarczył, żeby wypędzić obcych i przywrócić zakażonemu władzę nad umysłem. Uratowany sam przyznał, że pracował dla Jeronów i własnoręcznie spalił wszystkie swoje prace, które mogłyby zagrozić światu.
Wybrańcy nabierali pewności siebie i coraz lepiej wykrywali otaczające niebezpieczeństwa. Nie tylko współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, ale i odkrywali w sobie wciąż nowe umiejętności potajemnie przekazane im przez Awrilona. Oprócz niewidzialności i intuicji pojawiła się siła i szybkość, a dzięki skrzydłom, które niegdyś widzieli u przybysza, powoli uczyli się latać. Czuli, że to właśnie do nich należy dar i przekleństwo kierowania losami świata, opiekowania się nim i poprawiania go, cokolwiek miałoby się z nim stać. Mimo to cicha wojna wyraźnie się zaostrzała i z każdym dniem przerażająco przybywało ludzi, których zachowanie niepokoiło Rdine, Ssowi i Garoi. Coraz częściej wydawały się to być osoby zupełnie zwyczajne, u których jedynie maleńki element osobowości zdawał się wskazywać na to kosmiczne zniekształcenie, które miało doprowadzić do inwazji. Nie minęło więcej niż kilkaset dni jak z wysoko postawionych i silnych ofiarami Jeronów zaczęli padać Zerminianie coraz bardziej niepozorni, w różnym wieku i w różnych częściach świata... Czyżby jedynym wyjściem było uzdrowić wszystkich mieszkańców planety? A może odpowiedź leży zupełnie gdzie indziej?

Zerminianie, która to rasa istnieje naprawdę i do której właśnie należy autor, bardzo lubią szczęśliwe zakończenia i wynoszenie głównych bohaterów na piedestał, nic więc dziwnego, że Inwazja wywołała ogólne niezadowolenie. Historia, która początkowo wydaje się zmierzać w jednoznacznym kierunku, w pewnym momencie wywraca się do góry nogami i stawia czytelnika w punkcie, w którym nic nie jest tym, czym miało być. Postacie, którym cały czas bezkrytycznie towarzyszyliśmy, okazują się nagle być już kimś zupełnie innym niż na początku. Tajemniczy osobnik z nieba, któremu z miejsca przypisaliśmy wszystkie cnoty i wielką dobroć, którego podziwialiśmy za zaufanie, którym obdarza nieznajomych, w jednej chwili staje się potworem, przed którymi sam zdawał się ostrzegać. Jedynym człowiekiem, któremu możemy zaufać, staje się jeden z tych, któremu przez cały czas jakimś sposobem udaje się umknąć przed dotykiem Rdine, Ssowi i Garoi i który przez długi czas zdawał się naszym największym wrogiem. Donna niezwykle delikatnie i błyskotliwe opisuje fabularną przemianę, której początkowo nie zauważamy, której przez pewnej czas wręcz nie chcemy zauważać, ale którą w końcu ów człowiek stawia nam przed oczami i już nie można przed tym miażdżącym faktem uciec. Jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z inwazji – prawdziwej, nie tej przyniesionej przez zapowiadanych Jeronów, którzy tak naprawdę nigdy nie nadlecieli. Rdine, Ssowi i Garoi nie zdawali sobie sprawy z obronnej postawy, jaką w międzyczasie przyjął świat. Przeciwko nim – niszczycielskim, bezwzględnym, niepowstrzymanym i cały czas rosnącym w siłę. Bezmyślnie realizującym rolę przypisaną im przez kogoś, o kim nic nie wiedzieli i nie zastawiający się nad tym, czym sami się stają. W ten sposób oczekiwana chwila, gdy trójka bohaterów stanie twarzą w twarz z dowódcą najeźdźców swojej rodzimej planety, zmienia się w pojedynek, w którym ktoś inny, ktoś kto naprawdę chce ją ratować, musi przeciwstawić się im. Pytanie brzmi, czy Rdine, Ssowi i Garoi mu na to pozwolą.
Szokująca, pełna zaskoczeń i wzruszeń historia, w której pragnienie czynienia dobra zmienia się w zaślepienie, siła w przekleństwo, a dopiero słabość i desperacja – w jedyną nadzieję i bohaterstwo. Niesamowite.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

71.Instynkt” (Intrawik aw Łelora)

Tak oto dotarliśmy do ostatniego tomu serii przygód Juno Jowtli, a wraz z nim do ostatniego żywiołu z układanki Intrawika aw Łelory, czyli tak zwanemu instynktowi...

Pomimo, że różnice między roślinami z Ziemi oraz Karwilane występują niezaprzeczalnie, można powiedzieć, że instynkt stanowi w nich dokładnie to samo – to, co Ziemianie, a także bardziej wyedukowani Karwilanianie nazywają ogólnie tropizmem. Nowoczesne nauki tej planety już dawno rozwiązały zagadkę tajemniczej inteligencji liściastych włosów i wypustek, które niezależnie od woli ich właściciela dostosowywały swoje ustawienie do okoliczności, przede wszystkim światła i grawitacji. Dowiedziono, że odpowiadają za to niektóre komórki, posiadające zdolność reakcji na bodźce, dzięki której bez pomocy żadnych mięśni są w stanie szybko zwiększyć swoją objętość i wygiąć w danym miejscu całą roślinę. Co nie zmienia faktu, że przez całe (o wiele krótsze, pamiętajmy) tysiąclecia zjawisko to uważano za nieznaną siłę, łączono z bóstwami i magią, a wielu Karwilanian do dziś zalicza ją do żywiołów i samemu sobie składa ofiary.

Wstęp w pierwszej chwili sprawia wrażenie, jakby autor chciał naprawić pewien brak w poprzedniej części – pierwszą postacią, jaką spotykamy, jest nie tak jak zawsze Juno, ale sam Uwoskammu. Spacerując od pnia do pnia w jednej ze swoich fortec pierwszy raz waha się on, rozmyśla nad swoimi ostatnimi działaniami i zastanawia, czy jego decyzje były właściwe. Nie pozostaje wątpliwości, że jest to coś naprawdę strasznego, co będzie miało wpływ na przyszłość całej planety, myśli te nie wychodzą jednak poza ogólniki i nadal nie wyjaśnia się nic ponad to, czego domyślaliśmy się od początku. I to, czego dowiedzieliśmy się na końcu – Juno, jeszcze niedawno zagubiony wraz z Rardem wśród wyschniętych drewnianych badyli i prowadzących donikąd pustyń, teraz stał przed czymś, z czym jego umysł nie mógł sobie poradzić. Sytuacja wyglądała coraz gorzej – wody dookoła było coraz mniej zarówno w ziemi i powietrzu, a nieprzygotowany na dłuższą podróż detektyw stał przed niemiłym wyborem, czy przeć dalej przed siebie i narazić się na wysuszenie, czy wrócić do nieprzyjaznej wioski. Ale czy był sens jeszcze czegokolwiek tutaj szukać?
Jak się okazało, był – wymarły las zamieszkiwały dziwaczne istoty rośliny – zielone jak on i zbudowane z liści – ale nie-rośliny – bo oderwane od powierzchni, wyposażone w liczne kończyny i poruszające się energicznie po gałęziach. Nie przypominały ociężałych mieszkańców Królestwa Liści u kresu życia, którzy swój czas na drzewie mieli już za sobą i teraz poruszali się jedynie z wiatrem, powoli tracąc kolor. To było coś zupełnie innego, coś co nie powinno istnieć. Stworzenia, z którymi w dodatku nie można się było dogadać, reagujące tylko na światło, na dotyk, jednak nie odzywające się, jakby pozbawione rozumu i nie zwracające na obcych uwagi. Juno nie mógł zrozumieć, kim są, jednak obca-nieobca forma życia zafascynowała go, zdumiewała bijąca od niej sztuczność. Nie wiedział, że czas na ewentualne badania szybko się kończy i to nie tylko z dramatycznego dla niego i Rarda braku wody, ale bardziej z powodu kilku grup poszukiwawczych, dowodzonych nie tylko przed rządnych sprawiedliwości sędziów, ale też przez Fradleha Mogaca Gonpfi, który nauczony ciężkimi doświadczeniami z Nieprawdziwego deszczu jest gotowy spalić na swojej drodze wszystko, co wygląda podejrzanie. Ale wkrótce z nieba przyleci także ktoś znajomy i bardzo bliski Juno...

Książka ta zaczyna się bardziej wywrotowo niż którakolwiek inna. Uwoskammu ma wątpliwości? Obawia się zniszczenia planety? Czyżby (co wyjątkowo zdumiało karwilańskich czytelników) nie był już zainteresowany spaleniem rozpalonym metanem wszystkich zamieszkałych planet tego zespołu układów planetarnych? Aw Łelora wychodzi tu z ram, które sam postawił, żeby teraz zamieszać w głowie Karwilanianinowi, gotowemu na zawsze jedyne możliwe zakończenie. A to dopiero początek – nie dość, że Uwoskammu tym razem nie chce niszczyć, to okazało się, że jedna nieprzewidziana sytuacja i chwila słabości sprawiła, że tym razem to „ci dobrzy” zapałali rządzą zniszczenia wobec niewinnych rezydentów wysuszonych lasów. Zresztą przez połowę historii owa ich niewinność jest poddawana wielu próbom – bo jakim sposobem same utrzymują się przy życiu, jeśli nie mają nic wspólnego z kradzieżą wody? Dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują? Kiedy już zresztą przestają być tajemnicą i dowiadujemy się o nich prawdy, ta prawda jest wystarczająco straszna, żeby ich nie lubić. W końcu czy to, że są dziełem Uwoskammu, powstałymi z połączenia instynktowych części innych roślin, nie powinno przesądzić o ich losie?
A jednak Juno ma inne zdanie. Pierwszy raz naprawdę nie waha się otworzyć na to, czego jeszcze nie widział, poznawać dzielące ich różnice, próbować nawiązać kontakt. Stał się naukowcem, który choć miał ograniczone możliwości i coraz mniej sił, chciał się dowiedzieć, skąd tajemnicze stworzenia się wzięły i jaki jest ich związek z brakiem wody. Co zresztą uratowało mu życie, bo bez nich nie odnalazłby (i nie domyśliłby się istnienia) kolejnego szokującego wynalazku swojego wroga, jakim było zebranie całej wody w postaci wydzielonej sztucznie rzeki. Pomimo że logicznym byłoby zniszczyć nierozumne istoty, będące w końcu częścią planu najmroczniejszej postaci na Karwilane, o których nic nie było wiadomo i które nie wydawały się potrzebne, jest gotowy bronić ich przed tymi, po których stronie powinien stanąć. A także przed tymi, po których stronie zdecydowanie stanąć nie powinien, bo w końcu i chce się ich pozbyć także Uwoskammu, także przejęty tym, co uzyskał i jak bardzo eksperyment, mający mu usługiwać i grzecznie władać planetą, wymknął się spod kontroli.
To wyjątkowy odcinek, pełen wątpliwości i lęku, które ma tutaj każdy, która zmienia plany, charaktery, wymusza w nas to, czego byśmy się po sobie nie spodziewali i miesza ze sobą wszystko, doprowadzając do nieprawdopodobnego. W takich sytuacjach tylko całkowita pewność co do słusznej drogi może nas uratować i Juno, który nauczył się już wystarczająco dużo o sobie i o świecie, tej pewność już nabrał.


Mam nadzieję, że Wam się podobało, podobnie jak cała seria ;) Że planeta Karwilane stała się Wam bliższa, a rządzące nią mechanizmy i tradycje, zaciekawiły Was i zainteresowały. Mnie bardzo, przyznam, że mnie samą zaskoczyło jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Juno. Może aw Łelora jeszcze coś z nim kiedyś napisze pod naporem próśb wielbicieli?

poniedziałek, 22 czerwca 2015

70.Katastrofa” (Intrawik aw Łelora)

Zapraszam Czytelników Literatyki na recenzję piątej części serii Intrawika aw Łelory. Ciekawej nie tylko dlatego, że poświęcona jest żywiołowi najważniejszemu dla roślin, ale także dlatego, że także ku mojemu zdziwieniu, okazała się być ona dopiero pierwszą połową dłuższej historii...

Jak już wiadomo, na Karwilane nie buduje się z kamieni. Pomimo że w Złodzieju kamieni mówi się o wioskach, tak naprawdę nie stawia się tam ani miast, ani domów w żadnym z ziemskich znaczeń tego słowa. Tego rodzaju określenia opierają się raczej na skupiskach leśnych, między którymi zamieszkuje myśląca część mieszkańców planety. Co nie dziwi przy fakcie, że na Karwilane nie ma skrawka suchej powierzchni, bo 99% z niej zalane jest płytkimi jeziorami, natomiast gęste powietrze - nasycone parą wodną, co upodabnia ją do szklarni.
Ogólnodostępny kontakt z wodą czyni z niej nie tylko pożywienie, ale i naturalne dla Karwilanian medium komunikacji. Stałe trzymanie korzeni w wodzie umożliwia roślinoludziom nie tylko zwykła rozmowę, ale także, bez działu żadnych technologii, wymianę informacji między społeczeństwem a jego rządem. Popularne we Wszechświecie zmysły wzroku i słuchu praktycznie u nich nie istnieją, przez co dobrze znany poza planetą aw Łelora nie mógł doświadczyć większości z ekranizacji swoich dzieł.

Fradleh Mogac Gonpfi, który w poprzednim odcinku pomagał naszemu detektywowi, w przeciwieństwie o tego ostatniego nie był tak przyzwyczajony do pozaziemskich przygód, przez co bardzo ciężko zniósł podniebną podróż i wizytę w metalowej, „martwej” maszynie. Postanawia natychmiast wrócić do rodzimej Garrifanzy, w czym Juno postanawia mu towarzyszyć (licząc po cichu, że także i jemu uda się wreszcie ruszyć w podróż do domu). Podejrzane wydarzenia zaczynają się jednak jeszcze długo zanim docierają do odległego miasta – w którejś z przypadkowo odwiedzonych wiosek ma miejsce dyskusja nad karą dla jednego z mieszkańców, Rarda Grwodrs, który wedle powszechnej opinii, postradał rozum. Juno nie może przejść wobec takiej sytuacji obojętnie, tak więc czując poczucie obowiązku (jako znawca kryminologii) oraz okazję do pofilozofowania, oferuje swoją pomoc. Pomimo że bezsens okrzyków obwinionego o tajemniczym osuszonym kawałku ziemi parę kilometrów dalej nie budzi wątpliwości Juno (ani nikogo innego), jest on pierwszą osobą, która faktycznie interesuje się ich prawdziwością, zabiera małą eskortę i idzie sprawdzić miejsce, która tamten wskazuje. Oględziny potwierdzają jedyną możliwą wersję wydarzeń – woda... jest tam, tak samo jak i wszędzie indziej. Kiedy wydaje się, że nic już nie uratuje Rarda przed linczem, Juno doznaje olśnienia i zdaje sobie sprawę z paru faktów. Jak Rard może mówić o rozległych suchych wydmach, jeśli nigdy ich nie widział? I dlaczego kałuże, na które tam trafili, były takie płytkie? Kiedy niewiele przed ostatnim procesem idzie tam ponownie, odkrywa nie tylko, że wody jest jeszcze mniej, ale i że zanurzone w niej małe korzenie są bardzo wysuszone, a piasek pod cienką warstwą wilgoci – suchy. Choć ciężko było to sobie wyobrazić, wszystko wskazywało na to, że ktoś naprawdę odpompował stąd wodę na dłuży czas, a potem wlał jej trochę z powrotem, żeby zaszkodzić jedynej osobie, która się o tym dowiedziała. Ale kto? Jak wkrótce się okaże, Juno będzie miał do pomocy w rozwiązywaniu tej kwestii samego Rarda, który wydostał się z zamknięcia, widząc w podążaniu za detektywem jedyną drogę na uratowanie. Tym samym oczywiście wpędzając go w kłopoty, zarówno ze strony sędziów, jak i kogoś, kto postanowił zabrać ludziom to, co mają najcenniejsze.

Katastrofa w krótkim czasie po wydaniu wywołała, zgodnie z nazwą, prawdziwą burzę i ogromny wstrząs, szokując miliony Karwilanian pomysłem, że ziemię naprawdę da się osuszyć. Książka zapoczątkowała lawinę rozpraw i dyskusji na temat tego, czy jest to wykonalne, a wielu do dziś podaje tę informację w wątpliwość, w tym paru wydawców, którzy pierwszy raz przeklasyfikowali dzieło aw Łelory z działu obyczajowego do science fiction. Po raz kolejny autor, przedstawiając nam wspaniałą, wciągającą akcję, przemyca w niej coś, co wśród jego pobratymców było nie do pomyślenia. Podobnie jak z kradzieżą kamieni, które na Karwilane są obiektem uwielbienia i symbolem stałości, będącym nieoderwalnym elementem przyrody, tak teraz z brakiem wody, esencji, bez której wszystko miało się rozlecieć. Długo trwały debaty na temat tego, czy zmiana ilości cząsteczek w glebie i powietrzu, nie wpłynie na stabilność powierzchni i siłę grawitacji, zanim Karwilanianie zdołali odsunąć na bok przesądy i otworzyć się na fakt, że prawa fizyki nie działają u nich inaczej, w zależności od tego w co wierzą. Ciekawa jest właśnie ta (nie pierwsza już u aw Łelory) zabawa z Czytelnikiem, który najpierw stawiany jest przed jasną oczywistością, która dopiero potem, wymuszając logikę wbrew logice, staje się zagadką do rozwiązania. Trudno powiedzieć, czy pisarz zakłada u niego pewne postępy poznawcze, bo choć u samego Juno Jowtli ujawnia się bardzo już rozwinięta otwartość i sceptycyzm wobec tego, co niemożliwe, to narratorowi wciąż dopisuje sympatyczny i pełen wdzięku humor w kwestii dziwaczności niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Już samo osądzanie czyjejś winy czy stopnia normalności bez sprawdzenia tego, jak rzecz się przedstawia naprawdę, jest dobrym przykładem na to, jak rzecz bez wątpienia dziwaczna i niesprawiedliwa dla Ziemianina XXI, dla Karwilanianina okazuje się taka dopiero po zestawieniu z późniejszymi wydarzeniami, a to dopiero początek, gdy dochodzimy do kwestii wody, nauki i „tego, co być powinno”.
Walka z uprzedzeniami to jednak jedynie tło dla upartego jak nigdy przedtem Juno, który wyłapując kolejne szczegóły i odkrywając wciąż nowe połacie suchej ziemi, ma przeczucie co do nadciągającej katastrofy. I przede wszystkim pytanie: dlaczego? Na co komu przyda się jałowa ziemia, z której żadna roślina nie będzie w stanie czerpać wody? Rozwiązanie, na które trafi na ostatnich stronach tej części, a od którego zaczniemy kolejną recenzję, wytrąci go z równowagi na dłuższy czas niż zazwyczaj...
Miła odmiana po najeżonych niebezpieczeństwami poprzednich częściach. Katastrofa czaruje najbardziej typowym dla aw Łelory zachwytem nad przyrodą, po cichu jedynie przemycając obawę wobec tego, jak łatwo jest ją zniszczyć.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

68.Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)

Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:

Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.

Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?

Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.

poniedziałek, 25 maja 2015

66.Zielone” (Inineniige Igsi Iwelii)

W domu Ingii Enwiinifi żyje sobie pewne stworzenie. Przypomina trochę ziemską roślinę, trochę grzyba, trochę bakterię, ale tak naprawdę nawet sam Ingii Enwiinifi nie ma pojęcia, czym to jest. Stworzenie przypomina korzeń ziemskiego drzewa, który zamiast włazić bardziej w ziemię, wypełza na zewnątrz, jednakże mocniej przylega do podłoża i ma kolor zielony. Ingii nie wie nawet, kiedy się pojawiło – było w jego domu od zawsze, ulokowane na styku kamiennej ściany z metalową, przez cały, porównywalny do naszych trzystu lat okres dwudziestu iliiwiniańskich miesięcy, stanowiący połowę życia Ingii. Nie żeby mu się to podobało – nie raz próbował pozbyć się gada, szorując ostrymi kamieniami, wypalając ogniem, próbując odcinać po kawałku czy starając się wykopać. Nic nie było w stanie w jakikolwiek sposób naruszyć struktury dziwacznej struktury, choćby zadrapać jego powierzchni. Oczywiście niby Ingii mógł się wyprowadzić, ale... w zasadzie nic go z domu nie wyganiało. Stworzenie po prostu tam było, siedząc jak wyjątkowo osobliwa ozdoba pokoju, nieruchomo, zawsze w tym samym rogu. Jednak Iliiwinianin, pomimo tego, że się nie wyprowadzał, martwi się, bo dziw nieco się zmieniał. Z ciekawości co jakiś czas bardziej się nim interesował i dzięki temu udało mu się zmierzyć, że przez pierwsze sześć miesięcy „ramiona” żyjątka wydłużyły się o jeden igsiil, równy mniej niż milimetrowi. Przez następne sześć natomiast o dwa igsille. Przez następne o cztery...
Jednym z największych cudów techniki Iliiwi jest dostępne dla każdego urządzenie stanowiące połączenie przepowiadacza przyszłości z wehikułem czasu – coś, co pozwala nam przelecieć kilka alternatyw przyszłości i powołać do istnienia tylko tę, która nam się podoba. Ingii Enwiinifi często jest pytany, dlaczego nie wykorzysta czaso-mysłu do usunięcia dziwactwa ze swojego domu, ale uparcie pozostaje przy swoim – nie zrobi tego i nie powie, dlaczego. Ale to nie jest prawda – Ingii już dawno wykorzystał możliwości dawane mu przez urządzenie, zarówno próbując zniszczyć zielone stworzenie za wszelką cenę, włącznie ze swoim domem, jak i sprawdzając opcję powiedzenia komukolwiek o swoich przemyśleniach oraz przenosząc się w najodleglejszą przyszłość w celu ich sprawdzenia. Niestety przewidywania potwierdziły się – jego zielony współlokator działał zgodnie z matematyką, nieosłabiony przez czas ani odległość. Po około siedemdziesięciu miesiącach, których już Ingii nie doczeka, wpływ dziwadła stanie się odczuwalny dla jego domu i naprawdę widoczny, natomiast po kolejnych siedemdziesięciu... Nie było jednak żadnego rozwiązania, ani jedna wersja wydarzeń nie dawała szans na ocalenie świata, tajemnicze paskudztwo zawsze przeżywało, niezależnie od tego, jak wiele nacji jednoczyło się, by je stąd wygryźć i jak wielu ludzi było gotowych zginąć razem z nim. Tym, co Ingii wybrał jako najrozsądniejsze, to zachowanie wiedzy na temat tego, co zobaczył, dla siebie, i wiara, że mieszkańcy Iliiwi wykorzystają pozostałe im kilka setek miesięcy na szczytne cele, szerzenie dobroci wobec siebie i zdobywanie doświadczeń, zamiast marnować je na wieczną walkę z czymś, czego nie można pokonać.

Trudno powiedzieć, dlaczego Inineniige napisał tę książkę, tym samym zdania krytyków są podzielone i bardzo różnorodne. Według niektórych jego zamiarem był horror psychologiczny oparty na wewnętrznej tragedii głównego bohatera i jego wizjach, w których miesza się to, co widział podczas swoich samotnych podróży, z tym, co po prostu przychodzi mu do głowy. Inni twierdzą, że to właśnie te abstrakcyjne, nierealne wizje były głównym celem artystycznym, a motyw niezwykłego stworzenia (które czasem też jest tu zaliczane do urojeń) jest tylko pretekstem do snucia cudacznych rozważań. Są też tacy (w większości pochodzący z konstelacji planet Imperium Zyngwozian), którzy twierdzą, że najmocniejszy nacisk został tu położony na motywy bitewne, całkiem często w tych wizjach się pojawiające, i że książka stanowi zachętę i pochwałę prób walki o własne życie, nawet jeśli nie ma to wpływu na nasze przeznaczenie. Nie chciałabym oczywiście sugerować wyższości którejkolwiek*, jednak do mnie najbardziej przemawia ta, zgodnie z którą zielone coś jest metaforą nieuchronnego końca, który w mniejszej czy większej skali stoi na drodze wszystkiego co robimy lub czym jesteśmy, i którego świadomość nigdy nas nie odstępuje. Mam wrażenie, że można bardzo dosłownie potraktować ostatnie wnioski głównego bohatera, który postanawia nie obarczać współrodaków wiedzą o zbliżającej się apokalipsie, pozwalając im się cieszyć życiem i wszystkim, co mają, i nie tracić sił na próbę zapobiegnięcia czemuś, do czego i tak musi dojść. Świadomość końca nie powinna nas zatrzymywać, ograniczać, bo myśląc o nim i bojąc się nie zyskamy czasu ani niczego innego. Autor zdaje się pochwalać beztroskie zapomnienie, w którym możemy się poczuć szczęśliwi oraz dawać szczęście innym, choć pozornie wydaje się to niezbyt mądre. Obawy i zastanowienie budzi jedynie Ingii Enwiinifi właśnie, który wie i już się tej wiedzy nie pozbędzie. Ukrywając ją przed innymi, a nawet niekiedy walcząc o to, by ktoś inny nie wykorzystał czaso-mysłu do poszukiwań, czyni się nieszczęśliwym i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ma się wrażenie, że dręczy go odpowiedzialność za los całej planety, jak gdyby to on swoją decyzją wybrał dla niej zakończenie.
Coś bardzo frapującego, zastanawiającego i zyskującego dziwną iskierkę nadziei dokładnie wtedy, gdy przepadają ostatnie szanse na dobre zakończenie.


A na zakończenie – niespodzianka! Następna recenzja otworzy nam miesiąc czerwiec i tym samym będzie pierwszą z tematycznej serii Czerwiec z Intrawikiem aw Łelorą, który ponad rok temu podbił serca Czytelników książką Złodziej kamieni. Wierzę, że sprostam wyzwaniu i się Wam spodoba ;)


_______________
*Sam Inineniige Igsi Iwelii odżegnuje się jednakowo od każdej teorii, powtarzając uparcie, że nic nie pamięta. Co to idei i zamiarów tego zachowania interpretatorzy również nie są zgodni.

poniedziałek, 11 maja 2015

64.Ukrywanie i szukanie” (Kwaćin Oprera)

Odkąd Cawil Plangnić opuścił swoją rodzimą planetę, Luzję, pogrążoną w wojnie domowej o ostatnie nadające się do życia tereny, i zadomowił się na oddalonym o jeden układ planetarny spokojnym, rozwiniętym Ranglonie, wydawało się, że los wreszcie się do niego uśmiechnął. Wielu Luzjan podjęło się ucieczki – nie tylko z powodu obawy o własne życie, ale także przez wzgląd na swoją naturalną zdolność odczuwania historii przedmiotów i emocji ludzi, którzy się z nimi zetknęli, która sprawiała, że w chwili obecnej egzystować na zniszczonej planecie byli już w stanie tylko nieczuli na nic szaleńcy. Ranglonianie nie byli ślepi na to, co działo się u ich sąsiadów, dlatego przerażeni ich destrukcyjną chciwością ustanowili dla nich zakaz osiedlania się na swojej planecie. Wyprowadzka właśnie w te strony wydawała się więc ryzykowna, mimo to Cawil nie miał dużego wyboru. W praktyce jednak prędko okazało się, że Ranglonianie nie znają Luzjan na tyle, żeby rozróżnić ich od setek innych ras, które ich odwiedzają – poza ową szczególną umiejętnością odczuwania. Tak oto groźba natychmiastowego wyrzucenia pozostawała na papierze, dopóki tylko Plangnić nie ujawniał się z tym, co czasami udaje mu się zobaczyć...
Jego sytuacja komplikuje się w chwili znalezienia porzuconego noża. Jeden dotyk kamiennego ostrza wystraczy, by Luzjanin stał się świadkiem okrutnego morderstwa, odbierając emocje ofiary i widząc twarz zabójcy. Nie mogąc pozostać obojętnym wobec tego, co zobaczył, a jednocześnie będąc zmuszonym do ukrywania swojej tajemnicy, nawiązuje współpracę z detektywem Soawruemem Deltem Swi, pracującym nad tą sprawą. Od tej pory, wciąż nie zdradzając, kim jest, Cawil pomaga mu w szukaniu śladów oraz, niepostrzeżenie, nakierowuje go podpowiedziami na właściwe rozwiązania. Jednocześnie wciąż nie rozstaje się z okruchem kamiennego narzędzia, który pozostał w jego kieszeni – początkowo z powodu potrzeby poznania niezauważonych wcześniej szczegółów, ale potem także z powodu zamordowanej dziewczyny, której osobowość zaczęła go coraz bardziej oczarowywać. Nie tylko jednak punkt widzenia jest ważny – doskonale udający naiwnego Soawruem coraz wyraźniej dostrzega, że jego kolega wie więcej niż powinien i z coraz większym trudem zmaga się z dwoma, równie nieprzyjemnymi, podejrzeniami wobec niego. Jednocześnie cały czas w tle towarzyszy nam niewyraźny plan samego mordercy, w którym, jak się prędko okaże, parę zabójstw jest dopiero sposobem na cel, nie samym celem.

Kłopot mają to obaj bohaterowie i trudno ocenić, kto większy. Cawil już wystarczająco napatrzył się na śmierć i cierpienie jeszcze na Luzji i teraz wielokrotnie staje o krok przed decyzją powiedzenia Soawruemowi prawdy, jeśli tylko mógłby w swojej ostatniej woli po prostu wskazać winnego. Sam Delt Swi, jak na detektywa przystało, szybko dostrzega, że ma u swojego boku oszusta, jednak nie jest pewien, jakiego rodzaju. Czy raczej: nie chce mieć pewności. Wsparcie bardzo mu się przydaje (przed tajemniczym pojawieniem się Luzjanina nie był w stanie ustalić prawie nic) i natychmiast polubił Plangnića z jego troskliwym zaangażowaniem i nerwowymi talentami dedukcyjnymi. Dlatego tym trudniejsza jest dla niego świadomość, że jeśli naprawdę jest on Luzjanem albo, co gorsza, jest w morderstwo w jakiś sposób zamieszany, on, jako przedstawiciel prawa, będzie musiał go ukarać albo sam narazi się na niebezpieczeństwo.
Te dwa przejawy wewnętrznej walki są tym, co rzuca się nam w oczy jako pierwsze, jednak z rozwojem akcji zauważamy i w samym śledztwie coś charakterystycznego – że wskazówki zdają się być poukładane tak, żeby tylko Luzjanin był je w stanie znaleźć. I żeby każda kolejna z nich coraz bardziej narażała go i zmuszała do przyznania się. Albo wycofania się, czego (jak pewnie przewidywał plan) zakochany w nieżyjącej dziewczynie Cawil nie jest w stanie zrobić... Co rusz zastanawiamy się, co lub kto naprawdę jest zamiarem przestępcy – złamanie tych, którzy chcą go schwytać, zniszczenie ich, czy może jakaś własna wizja skuteczniejszej sprawiedliwości, która ściągnie nieszczęście na wszystkich Luzjan mieszkających kątem na planecie. Dlatego właśnie nadciągający koniec jest tak emocjonujący – nie z powodu mordercy, którego znamy od początku (no, prawie, ale bez spoilerów), ale z powodu tej walki o własne (i nie tylko) życie i bezpieczeństwo, którą Plangnić i Soawruem muszą podejmować coraz bardziej świadomie i z większym ryzykiem, oszukując wzajemne zaufanie i samych siebie, ale z myślą o czymś o wiele ważniejszym.
Gdyby nie sprawna ręka autora (właśnie Ranglonianin którego to rasa właśnie zmagała się z podobnego rodzaju imigrantami), nigdy nie wątpiącego w mądrość sprawiedliwości i to, jak wiele nam może dać szczere poświęcenie, ciężko byłoby wierzyć w dobre, a jednocześnie prawdopodobne i naprawdę błyskotliwe zakończenie.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

59.Lodowa” (Sejfen Sezoni Czirofru)

Czyżbyśmy znów mieli Wielkanoc? ;) Ziemia rotuje tak szybko. Wygląda na to, że będziemy się spotykać regularnie w drugi dzień świąt i że co roku będę mogła życzyć Wam spokojnych chwil z rodziną, wesołego jajka i pięknej pogody. A tymczasem... Każdy z nas słyszał o nierównościach klasowych – o tym, jak bardzo ludzie mogą się od siebie różnić, jak mogą z tego powodu cierpieć i jak wielki oporem potrafi reagować świat, gdy osobom pochodzącym z różnych warstw społecznych mimo wszystko uda się zbudować nić porozumienia. A co, gdyby same te różnice sprawiałyby, że nie powinni się do siebie zbliżyć?

Dżosidiu przyciągała uwagę tym, że zawsze trzymała się w odosobnieniu. Nie było to co prawda całkowicie możliwe na Trzecim Uniwersytecie, jednym z dwudziestu dwóch na Nowronie, gdzie główny bohater, Alefi, ją spotkał, dało się jednak zauważyć, że unika dłuższych rozmów, uśmiechów, jakby bała się zaprzyjaźnić. Było to dla chłopaka coś zupełnie nowego – jako wychowanek Chmurnych Domów, z których pochodzili w zasadzie wszyscy uczniowie, żył wśród ludzi, dla których codziennością była radość, otwartość, okazywane każdemu sympatia i zaufanie. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro tam, gdzie się wychowywał, niczego nie brakowało, niekończące się ciepło i światło słoneczne sprawiało, że naniebne owoce szybko dojrzewały, a z powietrznej piany kwitły wspaniałe budowle. Nie było powodów do smutku czy walki o cokolwiek. Na tle tego wszystkiego Dżosidiu niezwykle się wyróżniała, odbierał ją jako tajemniczą i niezrozumiałą, choć wcześniej nie było rzeczy, do której pasowałyby mu te słowa. Na jego próby poznania jej bliżej, reagowała nieśmiałością i wycofywała się, i to tym bardziej im więcej uprzejmości i ciepła jej okazywał. Tym też jednak bardziej on nie ustępował w swoich staraniach i niedługo trwało, nim całe zainteresowanie, poświęcone dotąd nauce, przeniósł na nieznajomą koleżankę, która jednocześnie, bez swojej wiedzy, stała się najbliższą mu osobą.
Dopiero niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Dżosidiu spojrzała na niego inaczej, otworzyła się nieco, a Alefi jej odtąd niezmiennie towarzyszył, pomagając i poprawiając humor każdego dnia. Pomimo ciągłej zachowawczości, ich spotkania przestały dotyczyć szkoły i obowiązków. Dziewczyna widziała, jak bardzo Alefi zależy na tym, by ją rozbawić, jak bardzo się o nią troszczy i jak wielką przyjemność sprawia mu jej uśmiech, który teraz coraz częściej się pojawiał i była przy nim szczęśliwa. Czuła, że przy nim staje się kimś lepszym, takim jak on, pełnym optymizmu i ciepła. Wiedziała jednak też, że jako wychowanka Domów Lodu nikim innym stać się nie może i że wkrótce musi powiedzieć mu prawdę. Od tego zależy jej życie.

Przez większość lektury, podobnie jak Alefi, nie wiemy wiele o Dżosidiu, choć czytelnicy bardziej zorientowani w układzie społecznym na Nowronie dość szybko mogą się domyślić, o co chodzi. Już zresztą sam romantyczny charakter historii sugeruje tragiczność sytuacji i to, że Dżosidiu jest ostatnią osobą, której Alefi powinien okazywać miłość. Podczas gdy on pochodził ze świata jasności, tacy ludzie jak Dżosidiu, mieszkający setki kilometrów pod nim, musieli żyć bez styczności ze słońcem, w wiecznym mroku i zimnie. Nie brakowało oczywiście społeczności, które znalazły sobie miejsce pośrodku, na tyle silnych, żeby nie spaść niżej, a przy tym na tyle słabych, że nie byliby w stanie utrzymać się bliżej nieba. Natomiast im dalej od ciepłych chmur, tym bardziej potrzebne było przyzwyczajenie się do ciemności i mrozu, które Nowronom zapewniał składnik lodu w ich komórkach. To była najskuteczniejsza strategia – mieszkańcy nizin nie odczuwali zimna, bo było ono ich częścią, podobnie nie odczuwali bólu, głodu i samotności. Co za tym idzie niestety, nie odczuwali też niczego innego, co lód w nich rozwijał i w czym byli pogrążeni – smutku, rozpaczy i zagubienia. Lód sprawiał, że pozytywne uczucia, tak typowe dla szczęśliwców na górze, jak optymizm i radość, stawały obojętne, obce, a im niżej, tym trudniej ludziom było je w sobie znaleźć.
Domy Lodu były położone najniżej, tak że ciało Dżosidiu w całości rozwinęło się w czystą bryłę lodu. Sejfen Sezoni nie odpowiada nam na pytanie, jak ktoś wychowanemu w takim marazmie i braku wiary w siebie znalazł się na Uniwersytecie (przez co jest to dość fantastyczne zjawisko), w zupełności poświęcając się ciężarowi konsekwencji lodowej budowy, który już ani na chwilę nie budzi wątpliwości. Dżosidiu chciała po prostu się uczyć, nie spodziewając się, że wśród ludzi może spotkać ją jeszcze coś innego (ani że od ludzi można oczekiwać czegokolwiek) i, wbrew pozorom, jest wtedy bezpieczna – pomimo że, choć sama jeszcze tego nie wie, nieszczęśliwa. Trzymając się z dala od ciepła i zaufania może być w pełni sobą, niezmiennym zimnym lodem, któremu nie grozi rozgrzanie i stopienie. Pojawienie się beztroskiego Alefi w zachwycający i przerażający zarazem sposób burzy porządek jej świata, pokazuje, że życiu można nadać sens i uczynić każdy dzień wyjątkowym. Nowe uczucia czynią ją szczęśliwą, musi jednak walczyć ze świadomością, że mogą ją zniszczyć. Każda chwila i kolejne krople rozmarzającej wody zdają się przybliżać nas do katastrofy, gdy w końcu Dżosidiu traci poczucie, co tak naprawdę będzie dla niej śmiercią – rozstanie się z życiem czy z ukochanym. Wszystko zależy od niej i od Alefi, który nigdy, nawet na odległość, nie zostawi jej samej.
O miłości, która bardziej niż uczuciem jest walką z samym sobą. Polecam nie tylko romantykom.

poniedziałek, 2 marca 2015

54.Działa – nie działa” (Lonion Orewi)

Kiedy jakaś maszyna nie działa, wydaje się logiczne, że ktoś zaraz ją naprawi. Zaraz może być różnie rozumiane i wahać się od kilku minut do wielu dni, a nawet miesięcy. Jednak nie na planecie Uhitaln. Gdy ambitny król rodu Wspaniałych Mechaników, Pawrosteao zbudował pewnego razu system, którym chciał połączyć wszystkie elektroniczne urządzenia na świecie, i po wprowadzeniu go do miejskich sieci pojawiła się usterka, nikt nie podejrzewał, jak wiele czasu minie, gdy w końcu zostanie usunięta, oraz później, co owa naprawa za sobą pociągnie.
Początkowo, ma się rozumieć, nikogo nie cieszyło coś, z czego nie było żadnego pożytku, co marnowało czas, mieszało w danych, a co potrafiło wyświetlać jedynie dziwne błędy i przeprosiny na każdym publicznym ekranie. Niepoprawności nie udało się znaleźć, podobnie jak sposobu na łatwe i pozbawione konsekwencji usunięcie wadliwego systemu, dlatego ród Wspaniałych Mechaników odszedł do historii w niezasłużonej niesławie. Z czasem jednak blade, pełne pstrokatych napisów wyświetlacze stały się częścią miejskiego krajobrazu. Programy witały każdy nowy dzień próbą uruchomienia się i paroma restartami, nieporadnie pobierały aktualizacje ze wybrakowanych adresów, aż wreszcie, regularnie co osiemdziesiąt uhitalniańskich minut wyświetlały smutny komunikat o niemożności ukończenia operacji, stając się metodą pomiaru czasu i znacznikiem położenia geograficznego do późnej nocy, gdy cała sieć zawieszała się na amen. Z czasem awarie systemu stały się oczywistością i twórcy domowych urządzeń, nie zastanawiając się już nad abstrakcyjnym pojęciem ich naprawy, zaczęli dostosowywać swoje programy do nowych warunków. Co prawda aplikacje użytkowe wykonywały o wiele więcej funkcji niż wyświetlanie jednej informacji, jednakże chętnie korzystały z częstotliwości, z jaką pokazywał je program nadrzędny, z doskonale zaszumionych liczb losowych, powstających w miejscach, w których próbował coś zapisać, z list okolicznych tele-urządzeń, gromadzących się bezwiednie w jego pamięci... Pojawili się fascynaci niedziałającego systemu, dopatrujący się w jego przypadkowości objawów samodzielności, subiektywności, poszukiwań swej własnej drogi interpretacji świata. Kiedy wreszcie pojawia się ktoś gotowy do przywróceniu, czy raczej: nadaniu mu stanu używalności, na jego drodze staje praca niezliczonych ilości urządzeń i maszyn, których programy, dzięki jego niedeterministyczności i oderwaniu od sztywnych wymagań, wytworzyły własny wirtualny świat, bliski sieci sztucznej inteligencji, która może być zdolna do zrozumienia istot żywych i przywrócenia porządku na świecie. W końcu od czasów rodu Wspaniałych Mechaników minęło ponad dwadzieścia milionów ziemskich lat.

W pierwszej chwili, gdy poznajemy Kirlira Aniwasa Somsę - bo to właśnie on ma być tym śmiałkiem - nie widzi on w komputerach nic poza samą specyfikacją. Jeśli coś zachowuje się tak, jak to pomyślał autor - jest w porządku i urządzenie działa, w przeciwnym wypadku - nie działa i trzeba je naprawić. Nie interesował go kontekst i środowisko, w jakim jego "pacjent" się obraca, to, co go otacza, i jak według tego otoczenia jest odbierany. Jasnym celem był tylko bajeczny rozkwit techniczny, do którego prostą drogą miał prowadzić niedokończony projekt Pawrosteao. Bezgraniczne porozumienie komputerów na całej planecie, pozwalające na tak idealne rozporządzanie jej zasobami i efektywne spełnianie potrzeb mieszkańców, jakie nie było możliwe nigdy wcześniej. Tylko dlaczego nikt się nie cieszy?
Otoczenie stanowiły nie tylko programy, ale także ludzie - na zamiar ingerencji w ich codzienność patrzyli nieprzychylnie nie tylko sentymentalni filozofowie, ale i ci, którzy się nad nią nigdy dotąd nie zastanawiali. To z myślą o tych ostatnich Kirlir podjął się zadania i właśnie w zetknięciu z ich obawami zaczął się wahać. Wizja naprawienia miejskiej sieci już dawno straciła dla nich realne, nieidealistyczne znaczenie i dziś dbali tylko o to, by nie zachwiać stabilnością tego, co już jest. Bo jeśli zniknie program, nadający porządek (jakże nieuporządkowany!) ich rzeczywistości, to co zostanie? Przed Uhitalninem staje niezwykła decyzja, która nie zależy od jego umiejętności (które niewątpliwie miał), ale od woli zmieniania świata. Czy to, co jest lepsze, naprawdę jest lepsze? Czy dla tej subiektywnej poprawy warto poświęcić to, co nie jest doskonałe? Czy wolno mu decydować w imieniu całej ludzkości, co będzie dla niej właściwe? A co, jeśli zmiana decyzji nie jest już możliwa?
Dla ciekawych niespodzianek, jakie mogą się rozwinąć w źle działającym komputerze, i tego, jak bardzo mogą od nich zależeć losy świata.

poniedziałek, 23 lutego 2015

53.Magia” (Loriwargt 14)

Dawno temu ktoś w Agrawlii wynalazł kinematografię. Nie wiadomo, kto - nie zapamiętuje się przecież wynalazców niewypałów. Trudno zresztą nawet odgadnąć, jak ów ktoś wpadł na cudaczny pomysł przekazywania treści za pomocą obrazów oderwanych od osoby ich autora, którego w takim razie nie można dotknąć, by poznać jego myśli, emocje i podejścia, nie można zobaczyć już jego osobowości. O ile proste formy przekazu, którym można wiele wybaczyć, nie są Agrawlianom obce, o tyle przedstawianie całych ludzkich historii w tak wypaczony, podziurawiony sposób nie mogło się spotkać z pozytywnym przyjęciem. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że o tym dziwacznym rodzaju wszyscy już zapomnieli i nic po nim nie zostało. Pomimo jednak jednoznacznej nijakości, a nawet pewnej szkodliwości wciąż, po paru dziesiątkach długich lat, istnieją mniejsze lub większe fragmenty nagranych niegdyś dzieł, maleńki ułamek dawnych bibliotek multimedialnych, których nie udało się zniszczyć. Podobnie jak, pomimo jawnego sprzeciwu władz i rozsądniejszej części społeczeństwa, wciąż istnieją ludzie, którzy te kinematograficzne twory oglądają, trawiąc całe godziny na odgadywaniu ich ukrytych znaczeń, intencji bohaterów i wizji kogoś, kto już dawno nie żyje. Nie dziwią wszechobecne obawy i szeroko zakrojone kampanie, ostrzegające przed bezsensownymi obrazkami, które zmuszają uzależnione od nich osoby do ukrywania się w zakamarkach miast, by pozostawać z nimi tylko sam na sam, i które odrywają od rzeczywistości tych, którzy mogliby poświęcać się innym ludziom pracując, ucząc, budując i zakładając rodziny. Mimo to Arghlo 113 był jeszcze zbyt młody, by rozumieć, czym grozi oglądanie sztucznej rzeczywistości, którą pewnego pamiętnego dnia ktoś mu pokazał w tajemnicy przed jego nauczycielami. Nie było to łatwe doświadczenie – malec nie potrafił przyjąć do siebie faktu, że nie może dotknąć autora i że wszystko, czego mógłby się od niego dowiedzieć, zostało zakodowane w zachowaniach ludzi-kukiełek bez duszy. Pierwszy seans pozostał jednak w jego wspomnieniach nie tylko jako coś smutnego, ale też i kusząco niezrozumiałego, do czego będzie musiał wrócić. Wreszcie u progu dorosłości powraca do dawnej fascynacji, poznając wciąż nowe filmy i animacje i czując jak coraz bardziej zapada się w złudny świat innych nierzeczywistych czasów. Zanim odkryje, jak bardzo utracił kontrolę nad tym, co się z nim dzieje, stanie przed nim zadanie powiedzenia prawdy ukochanej kobiecie, bynajmniej nie darzącej kinematografii sympatią. Jakby tego było mało, wszystko wskazuje na to, że jego tajemnica już wyszła na jaw i na jego tropie jest już policja...

Agrawlianie borykają się z problemem kinematografii, odkąd tylko została wynaleziona. Przyzwyczaja do bierności, miesza w głowie, uczy nieprzydatnych w codzienności rzeczy – a jednak wciąż, rok po roku, znajdują się nowi ludzie, którzy widzą w niej coś zachwycającego, znajdują przyjemność w interpretowaniu jej niejednoznaczności i przekonują do oglądania innych. Władze, nie mogąc zrozumieć prawdziwej istoty magii ruchomych obrazków były bezradne wobec niej, nie mniej jak sami oglądający, którzy nawet w bardzo rozwiniętej fazie potrzeby kontaktu z tym rodzajem „sztuki” wierzyli, że są w stanie nad nią zapanować. Dopiero spotkanie jednego z uzależnionych, istniejącego naprawdę Arghlo 113, ze słynącym ze swojej obiektywności Loriwargtem 14, mogło być pierwszym krokiem w stronę radykalnej minimalizacji problemu. Wyszło jednak coś więcej niż studium przypadku mające nas przestrzec przed pójściem w ślady bohatera. Loriwargt 14, którego jedyną oceną jest samokrytyka Arghlo 113, ukazuje nie tylko jego pogłębiające się niedopasowanie do społeczeństwa, problemy w relacjach z najbliższymi, którzy nie rozumieli jego nagłej niechęci do czytania ich myśli i wiecznego zamyślenia. Równie dużo, jak nie więcej, jest niezamierzonej radości z obcowania z tym, czego na pierwszy rzut oka nie można się dowiedzieć, a czego trzeba się nauczyć czytać z twarzy, sytuacji i dochodzić do tego powoli jak do rozwiązania zagadki. Ten element najczęściej okazywał się naprzemiennie darem i przekleństwem – im bardziej Arghlo 113 potrafił zrozumieć z oglądanej, zdystansowanej fikcji, im bardziej wyrabiała się w nim czułość na ekranowe okazywanie emocji, tym bardziej banalny wydawał mu się świat „na zewnątrz” i tym mniej interesowali go Agrawlianie, którzy wymieniają się uczuciami jak jednoznacznymi informacjami, z kamiennymi twarzami, bez problemów z ich nieokreślonością i nieuchwytnością. Zresztą samo za siebie mówi opanowanie, z jakim Loriwargt 14 słucha i spisuje zwierzenia Arghlo 113. Ze słów tego ostatniego bije pełna wrażliwości euforia, przechodząca na przemian w dramatyczność i rozdarcie, przerażenie nieodwracalnością błędów, które popełnił, a jednocześnie lęk wobec tego, że kiedykolwiek mógłby przestać je popełniać – burza emocji i przemyśleń, jakich, zdaje się, sam pisarz nigdy nie odważy się okazać.

poniedziałek, 16 lutego 2015

52.Drugi punkt widzenia” (Esla Gleprrifrormasla Geni)

Z radością przyjęłam propozycję czytelniczki Meg, zawartej pod poprzednim wpisem, dotyczącej wcale niebłahej kwestii porządkowania uprawnień robotów. W poszukiwania utworu zgodnego z opisem zaangażowała się cała redakcja i choć nadal nikt nie ma pewności, czy to na pewno ten, cieszę się, że taka perełka jak Drugi punkt widzenia (zwany też czasem Definicją życia) nie będzie musiała czekać na samym końcu kolejki i podejrzewam, że nie tylko Meg znajdzie tu coś dla siebie.

Mieszkańcy Kwartamu od zarania dziejów kierowali się wrodzoną, łagodną demokracją nieokreśloną przez żadne przepisy, nic więc dziwnego, że kiedy przyszło im opracowywać prawa, którymi miałyby się kierować ich mechaniczne dzieła, wynikom daleko było do perfekcji. Nie pomagały również wszelakie poprawki i uzupełnienia, dochodzące do listy nawet dwa razy do (trzykrotnie krótszego niż ziemski) roku. Właśnie po jednej z nich miało miejsce bezprecedensowe zdarzenie, które wstrząsną robotyczną opinią publiczną i analizatorami sprzeczności psychologicznych w całym ich układzie planetarnym – morderstwo dokonane przez cybota o imieniu Czerdan FR IĘ na jego wiekowym podopiecznym, Milanie zin Wignawwawie.
Klasa FR IĘ oznaczała maszyny pielęgniarskie, słynące z nadzwyczaj dużych uprawnień w kontaktach z ludźmi, którymi się zajmowały - a to za sprawą wbudowanego w nich układu bezwzględnej ofiarności, empatii, bezkonfliktowości i, najważniejsze, całkowitej niezdolności do przemocy. Roboty-pielęgniarze darzyły powierzone im osoby miłością najwyższego stopnia, szczególnym rodzajem troski i wierności. Jak więc mogło dojść do tego, że pozbawił życia kogoś, kogo szanował najbardziej na świecie? Pierwsze oględziny Czerdana obwodów dały jasność co do tego, że nie była to wina usterki. Co więc się stało? Rozwiązanie przyniósł dogłębny przegląd ostatnich rozszerzeń kodeksu prawnego robotów, w szczególności dotyczącego dążenia do zapewnienia towarzyszącym mu istotom żyjącym długofalowego szczęścia. Oraz... zeznania samego zamordowanego, który faktycznie stracił życie, ale w zamian zyskał dostęp do zupełnie nowego świata - wszechwiedzy, nieśmiertelności i wolności od ludzkich ograniczeń, o czym zawsze marzył. Nagle stało się jasne, jak niewielką ceną może być życie wobec zwykłej dla maszyn egzystencji bez niego, ignorowanych dotąd jako jednostki bez samodzielności, opinii, prawdziwych praw i miejsca w społeczeństwie. Motywacje czynu Czerdana są jednak tak samo niejednoznaczne, jak słowa kogoś, kto, choć był człowiekiem, już nim nie jest. Czy ktoś taki może rozumować wciąż niezmiennie tak samo? Czy ma świadomość tego, co go spotkało? Czy miał ją, kiedy jeszcze żył? Pewne jest, że odpowiedzi na te pytania - jakiekolwiek by one nie były - wywołają rewolucję i wprowadzą planetę w zupełnie nową erę relacji ludzi z robotami. Do tego na horyzoncie rysuje się niespodziewane starcie z odwiecznie wrogimi sąsiadami i ich mechaniczną armią, chcącymi wykorzystać chwilową słabość Kwartamu. Nagle okaże się, że tylko specyficzna, pośrednia natura Milana może pozwolić pojąć i przechytrzyć reguły myślowe potrafiących przybrać dowolne formy Mawsian. Najpierw trzeba jednak wygrać ze stworzonym przez siebie mętlikiem prawnym i zakorzenionymi głęboko stereotypami.

Pomimo że nie jest to księga prawnicza, ciężar wywierany roboty przez logikę, której mają się podporządkowywać, czuje się na każdym kroku. Przy czym niewiele ma ona wspólnego z legendarną prostotą praw Asimova. Najbardziej oszałamiają fragmenty o wizytach w poradnio-szkołach robotów, które dowodzą, jak wiele dwuznaczności i pytań pojawia się w komputerowych umysłach po automatycznych aktualizacjach oraz jak bardzo ludzkie zdolności interpretacyjne dzięki nim wykiełkowały. Choć główny wątek o wielopoziomowej walce łagodnego cybota z „systemem” bez wątpienia ciekawi i budzi niepokój do samego końca, równie interesujące są małe potyczki, które stacza każdy inny, choćby najmniej znaczący mechaniczny bohater powieści, żeby zachować spokój sumienia. To właśnie uderza najbardziej - nie lęk przed karą, dbałość o porządek społeczności czy nawet troska o człowieka (wbrew pozorom bliska nie każdemu robotowi), ale spokój surowego, elektronicznego sumienia, zmieniającego się wraz z przepisami, jest tym, co najczęściej decydowało o wyborach mechanicznych ludzi. Nierzadko chęci nie wystarczyły i niemożliwe było działanie zgodnie z daną normą bez złamania innej. Wtedy, choć nikt nie podważa najwyższych autorytetów, wśród robotów pojawiają się ich zwolennicy i przeciwnicy, niekiedy słychać protesty, frustracje, jakby oni sami nie wiedzieli, co się z nimi naprawdę dzieje. To już wiemy jedynie my, gdyż ta, zaszczepiona nieumyślnie i niepotrzebnie, sztuka interpretacji i nieustanne pragnienie poszukiwania właściwej odpowiedzi niespodziewanie zmienia perfekcyjne, potężne maszyny w słabe, wiecznie niepewne i zagubione istoty, jakimi sami jesteśmy. Niezwykłe jest nagle zdać sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, jak wiele o naturze istot żywych może powiedzieć nam obserwacja czegoś, wydawałoby się, skrajnie przeciwnego.

poniedziałek, 2 lutego 2015

50.Zbyt wiele” (Kasismongowsgrafo)

System dziesiętny odgrywa na Ziemi rolę większą niż w którymkolwiek zakątku Wszechświata, tak więc dziś, na półmetku drogi do pełnej setki, czuję się w obowiązku powiedzieć parę słów i podziękować za zainteresowanie i współtworzenie bloga wszystkim, którzy go czytają. Za nami dokładnie 49 recenzji, podczas których poznawaliście wraz ze mną lunikontańskie Pociangi i dosiadających ich podróżników, mechanikę modlitw na Skiawli, niewidzialnego przyjaciela Nołsy z Raktliwionu Olwigsnego, las myślących drzew na Lapsarze... Nie wiadomo nawet, kiedy to zleciało, prawda? W tym czasie wielu Ziemian poznało obco-planetarne sposoby odczuwania, ideały, historię i rodzaje egzystencji. Cieszę się, że mogę pośredniczyć między Wami, a nieskończoną kosmiczną wiedzą, której sama wciąż jeszcze nie jestem w stanie do końca pojąć - tym samym mogę się uczyć razem z Wami. Mam nadzieję, że Wam się to podoba, bo mnie tak. Bez takich czytelników jak Wy to nie byłoby to samo :) Ponadto, korzystając z tej drobnej okazji, radośnie zapowiadam, że wielkimi krokami zbliża się pierwsza rocznica ziemskiego działu Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego, gdy minie dokładnie 365 dni od momentu, gdy powiedziałam Wam Cześć, a wraz z nią - szykowane z tej okazji przez redakcję wydarzenie-niespodzianka. Wyjątkowy, niedzielny wpis już wkrótce.
Tymczasem - zapraszam na recenzję numer 50, która niewątpliwie na ten majestatyczny numer zasłużyła. Historię o języku, liczbach i... czarnych dziurach.

Nie wszystkie historie muszą zaczynać się na planetach. Niektóre siedliska życia mogły zadomowić się w pozbawionych konkretnej struktury zagięciach przestrzeni, które niczym tunele łączą sąsiadujące ze sobą rzeczywistości. Jedno ze szczególnie skomplikowanych skrzyżowań takich kosmicznych tuneli nosiło nazwę Namjot. W każdej chwili przemieszczały się nim dziesiątki bytów, niekiedy tak różnych od siebie nawzajem, że nawet nie są w stanie się nawzajem zauważyć, a co dopiero zrozumieć. W centrum tego wszystkiego jest miejsce dla ludzi takich jak Eslęl Orino, specjalistów od szeroko pojętego językoznawstwa i jeszcze szerzej pojętej komunikacji międzygatunkowej. Umiejętność znajdywania wspólnej mowy w takich warunkach jest czymś daleko trudniejszym niż gdy w grę wchodzą planety z jednego wymiaru wspólnego wszechświata i wymaga cechy mózgu i zmysłów tyleż pożądanej, co nienaturalnej - zdolności elastycznego dostosowywania się do czasoprzestrzeni. O ile niestabilność struktury całego ciała była charakterystyczna dla każdego mieszkańca Namjotu, o tyle „lepszą wersję” mózgu można było uzyskać tylko w czymś w rodzaju specjalistycznej hodowli na styku kilku światów, bez przynależności do żadnego z nich - co czyni takich tłumaczy istotami bez wszechświata, bez daty urodzin i bez umysłu, ale za to z wrodzonym darem do rozumienia wszystkiego.
Eslęl Orino dobrze czuł się w przypisanej sobie roli - konieczność udziału podczas pośrednictwa między ambasadorami oraz wyłączność na przepisywanie wiedzy z innych rzeczywistości była dla takich jak on powodem do dumy, czyniła cenionym i szanowanym. Zwłaszcza że oprócz rzadko spotykanych talentów komunikacyjnych miał też rękę do całkiem „przyziemnych” dziedzin jak handel i marketing. W przeciwieństwie do większości swoich kolegów po fachu nie czekał biernie, aż prośba odszukania danej informacji do niego przyjdzie, ale sam często wybierał się na wycieczki w poszukiwaniu odpowiedzi na niezadane jeszcze pytanie, która, jak wiedział, w którymś z obcych światów na pewno istniała, a później zwyczajnie sprzedawał znalezisko.
Była jednak pewna tajemnica, która zawsze mu się wymykała - czarne dziury. Potworne kule nie pozwalające się wydostać żadnej informacji i zakrzywiające wszystkie wymiary włącznie z czasem do wnętrza, które nie pozwalało się do siebie zbliżyć, to niewiadoma nie tylko dla naszego Wszechświata - istnieją one wszędzie. Co jest w ich wnętrzu? Dlaczego wraz z tym, czego nie można zobaczyć, zawodzą też metody teorii i dedukcji naukowych? Spragniony sensacji tłumacz jako pierwszy zdaje sobie sprawę, że problem jest właśnie z powszechnie używaną matematyką, która załamuje się po wejściu do krainy nieskończoności. Czy jest inna matematyka? Czy istnieje jakikolwiek sposób, żeby podzielić liczbę przez zero i tym samym dostać się do wnętrza czarnej dziury? Nowy kierunek poszukiwań szybko przynosi efekty, jednak ich rozmiar i skutki nie dały się przewidzieć nawet tak doświadczonemu tłumaczowi jak Eslęl Orino.

Próby zrozumienia, czym są czarne dziury, od wieków prowadziły astronomów, odkrywców i filozofów w nieznane i, pomimo powszechnej już dzisiaj wiedzy na ich temat, prowadzą nadal. Były również pisarskie próby pokonania bariery wiedzy i wyobraźni, które zresztą pojawiały się już na Literatyce (w wykonaniu Horyzontu zdarzeń Mundeno), jednak żadna z nich nie przyniosła one tyle bólu głównemu bohaterowi, co w Zbyt wiele i to właśnie dlatego, że poznał on odpowiedź. Zdaje się być to karą za dociekliwość, która w świecie poza literackim Kasismongowsgrafa sprzeczna jest z naturą tłumaczy, a która każe pchać się bohaterowi w każde miejsce, przed którym go ostrzegają. Goniąc za nieskończoną matematyką nie zauważa, jak bardzo podczas zbliżania się do niej przemienia się jego umysł, jak szybko przestaje rozumieć to, co oczywiste było dla niego w bliższych Namjotowi cześciach wszechświatów i wreszcie: że nie jest już w stanie wyobrazić sobie sensu pytania, z którym tu przyszedł. W świecie Kwadrylionów, w którym dzielenie przez zero ma sens, a budowa czarnych dziur jest prosta, poznawalna i absolutnie przewidywalna, zrozumiałe są tylko nieskończoności i zera, tylko to, czego nie ma i nie powinno istnieć. Nie ma znaczenia że Eslęl Orino może wrócić, że nikt go nie zatrzymuje - nie będzie mógł zatrzymać wiedzy i jasności problemu, gdy jego mózg dostosuje się z powrotem do świata, który zna. I, przy naturalnym dla siebie dążeniu do rozumienia wszystkiego, nie będzie mógł braku tej wiedzy znieść. Zresztą: czy naprawdę znów jest sobą, skoro wie i rozumie mniej niż on sam przed chwilą? A może to wtedy był kimś, kiedy nigdy nie powinien się stać? Jak bardzo może się zbliżyć do rozwiązania, żeby złożyć je w całość?
Nie znam drugiej książki, która tak celnie ukazuje wewnętrzną sprzeczność Wszechświata (tego i każdego innego), przekładając ją jednocześnie na na naszą własną sprzeczność wewnętrzną, tentencje do dążeń, z których jedno ukazuje nielogiczność drugiego, nie dając nam nigdy spokoju. Fantastyczne.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

49.Niebezpieczeństwo” (Jor 33 Waltan)

Jor opowiada nam trzy oparte na faktach historie kilku zwyczajnych postaci, których zdaje się nie łączyć nic poza realiami, w których mają miejsce - najnowsze wieki Patranikty 18, stolicy układu o nazwie Pana Tranikta. Planeta, poza nadzwyczajnie pięknymi łąkami, pełnymi bujnych, delikatnych roślin, słynie we Wszechświecie z wyjątkowo niesprecyzowanego podejścia do kwestii tzw. awatarów - mechanicznych zastępców, które dzięki specjalnemu bio-połączeniu mogą wykonywać za nas każdą czynność od jedzenia po podróże, pozostając w naszej kontroli i izolując od potencjalnych zagrożeń czyhających za progiem. Pomimo nowoczesności pomysłu przeszkodą były tu nie sprawy techniczne, a właśnie brak jednomyślności Patraniktanian, których nastroje wahają się od absolutnego unikania wszelkiej elektroniki udającej życie, choćby chodziło o zwykłe protezy, po skrajne zapatrzenie w nią, sprawiające, że od lat nie wychodzą z domu.
Do tych ostatnich należą rodzice głównego bohatera pierwszej historii, których troska sprawiła, że nigdy nie doświadczył „osobiście” świata na zewnątrz. Z wiekiem dostrzega dziwną radość, z jaką nie posiadający robotów rówieśnicy oddają się najprostszym zabawom i ostatecznie, przekonany o sprzeciwie rodzicieli, decyduje się potajemnie zamienić miejscami ze swoim awatarem. Kolejna opowiada o zakochanym chłopaku, który nie wierząc, że zasługuje na miłość swojej wybranki, decyduje się zdobyć jej serce za pośrednictwem wyidealizowanej wersji siebie. Kiedy robot wypełnia zadanie, młodzieniec tym bardziej nie jest w stanie ujawnić się przed nią, spotyka się wyłącznie za jego pośrednictwem, aż wreszcie dochodzi do wniosku, że najlepszym dla niej będzie nigdy go nie poznać. Trzecią postacią jest mieszkający samotnie pan rodziny, który wykorzystuje myślącą maszynę do prostej pomocy w odpowiadaniu na korespondencję. Gdy jednak jego stan zdrowia pogarsza się, nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli o konieczności pozostawienia najbliższych i każe kontynuować robotowi odpowiadanie na listy nawet po swojej śmierci, jak gdyby nic się nie stało.

Życie jest niebezpieczne, bo prowadzi do śmierci - zwykł mawiać Figten Fef 2, jeden z największych zwolenników robotów-zastępców oraz, co właściwie pośrednio wynikało z poprzedniego, pięćdziesiąty trzeci prezydent Patranikty 18. Zdobył sobie uwielbienie tłumów będąc pierwszym, który nie tylko zapewnił szeroki, łatwy dostęp do wynalazku, ale również wprowadził liczne dotacje i refundacje dla konstruktorów oraz potrzebujących. Szczerze uważał awatary za ratunek dla świata pełen nieprzewidzianych wypadków i wykluczających ze społeczeństwa chorób, i w najlepszej wierze śmiało dążył do tego, żeby wyeliminować z „obiegu” prawdziwych ludzi. W pamięci kolejnych pokoleń zapisał się jednak nie jako dobroczyńca, a krótkowzroczny głupiec - naprawa skutków masowych kradzieży tożsamości, manipulacji i nagięć prawnych zajęła wiele lat, a echo dawnych problemów nigdy nie zniknęło. Pomimo oficjalnych zakazów bardziej wpływowe czy majętne osoby do dzisiaj mogą zamówić sobie swoją kopię do najróżniejszych celów i o dowolnym stopniu „ulepszenia” - już nigdy nie można było być pewnym sukcesu podczas zawierania umowy między władcami kontynentów czy podczas aresztowania potężnego terrorysty.
Książka Jora 33 Waltana również zalicza się do nurtu historii "po-awatarowych", w przeciwieństwie do wielu skupia się jednak na najmniej sensacyjnej, obyczajowej stronie tematu, gdzie nikt nie dąży do władzy i bogacenia się. Jedynym celem jest dobro i szczęście - nasze oraz osób które kochamy - których jednoznaczność niespodziewanie komplikuje się w obliczu nowej metody, jaką być może uda nam się je osiągnąć. Autor na jasnych, bliskich każdemu scenariuszach opowiada nam w zachwycający sposób, że ta droga na skróty, choć pozornie oszczędza wszystkim bólu czy trudności, zawsze jest zła. Pomimo wieku, który z kolejnymi opowiadaniami przechodził z dzieciństwa przez dojrzałość po późną starość, człowiek okazywał się być zawsze tak samo podatny na słabość wobec własnej niedoskonałości, na wmawianie sobie, że da się go zastąpić czy poprawić przez przedmiot złożony z większej ilości zalet, spełniający wyższe oczekiwania, oraz że ów przedmiot uszczęśliwi kogoś bardziej niż naturalna prawda, choćby samego uszczęśliwiającego. Tymczasem życie bez życia zawsze jest oszustwem - nie tylko wtedy, kiedy chodzi o wielkie międzyplanetarne przekręty, a może nawet bardziej, gdyż nikt nie oszukuje nas lepiej niż my sami.
Zaskakująca książka w której chwilami będziecie daleko w kosmosie wśród najnowocześniejszej i najbardziej niezrozumiałej technologii, a chwilami, zdawałoby się, tu, na Ziemi.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

48.Ta niezwykła osobowość” (Wterg Bsys Awzona Too Iuwi)

Bohaterem książki jest chłopak imieniem Alaksanir Omniwi Bsys, jednak opowiada ona nie tyle o nim i jego ucieczce z rozpadającej się planety, Egminy, ale o osobliwości życia na tej planecie, podług której się ono rozwinęło. Widocznej nie na pierwszy rzut oka - gdybyśmy odwiedzili ją przed katastrofą, zobaczylibyśmy przyjazne przestrzenie urozmaicone górami i jeziorami, rośliny o całkiem znajomych kształtach oraz oczywiście mieszkańców - nadzwyczaj podobne do ludzi drobne istoty o jasnej skórze i zastanawiająco zielonych oczach - zasiedlających maleńkie, złożone z glinianych domków przyleśne osady. Zachowanie owych ludzi wydałoby się nam jednak dziwne - zamiast polować czy uprawiać pola, większość czasu poświęcali na milczące spacery lub po prostu coś, co przypominało nasłuchiwanie. To, do czego my potrzebowalibyśmy snu i jedzenia, im zastępowało wchłanianie tego, co było rozproszonego w powietrzu. Czego? Trudno opisać to osobie, która nie jest Fizonionem, jak nazywali siebie inteligentni Egminianie, ale podobno stanowiło coś w rodzaju informacji, prostej, nie dotyczącej niczego konkretnego wiedzy, posiadanej, rozwijanej i rozpylanej przede wszystkim przez rośliny, ale też przetwarzanej przez innych "słuchających". Niecodziennym widokiem było patrzeć jak dziesiątki na wpół zamyślonych Fizonionów stoi nieruchomo pośród falujących trawowych liści i... po prostu słucha.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...

Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.