Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

84.Operator koparki” (Flejła Ih Jokkgiindorf)

Niektórzy myślą, że takich miejsc, jak planeta Tangreala, nie ma. Że sytuacje, gdzie każdy, dosłownie każdy, posiada nieograniczoną moc, gdzie znajomość magii jest czymś zupełnie pospolitym, gdzie nasza naturalna wewnętrzna energia pozwala nam latać, teleportować się i unosić przedmioty myślą, a ewentualne starzenie się i śmiertelność jest kwestią jedynie naszej woli, kończą się i zaczynają na baśniach i naprawdę nie mogłyby istnieć. Tymczasem Tangreala istnieje, a wraz z nią ludzie, tacy jak Joiwilio, dla której nieskończoność możliwości jest czymś pospolitym, codziennym, a przez co już trochę nudnym i nieciekawym. Fruwając między chmurami i dla zabawy wzbudzając wir powietrzny często zastanawia się, czy faktycznie ci „inni” ludzie, z innych światów, o których słyszała, tego nie potrafią? Pracują nie tylko po to, żeby zyskać sławę, spełnić swoje marzenia i pomagać innym, ale też po prostu żeby móc żyć? Odczuwają strach, niepewność co do swoich sił?
Jako doświadczona dziennikarka, na co dzień relacjonująca bieżące wydarzenia rozrywkowe, miała świadomość, że nie każde zjawisko, choć prawdziwe, musi od pierwszego wejrzenia mieścić się w jej głowie, tym bardziej ta wizja zafascynowała ją, zachęciła do zadawania pytań i coraz dłuższych rozmyślań. Na przykład zawody budowlane – niby banalne, a jednak wyjątkowo trudne do wyobrażenia, gdy mieszkania na Tangreali budują się niemalże same, możliwe do ułożenia z piasku i gliny choćby przez dziecko, bez żadnego trudu i w czasie błyskawicznym. Bez supermocy każdy element budowli trzeba by podnosić jeden po drugim, poświęcić mu cenną chwilę ze swojego skończonego życia, przez co coś, co tutaj nie znaczy wiele, na innych planetach musiałoby mieć niezwykłą wartość, być niemal czymś w rodzaju sztuki. Joiwilio ani się obejrzała, jak zaczęła marzyć o poznaniu właśnie kogoś takiego. Nigdy nie czuła się wyjątkowa, na Tangeali wszystko, co robiła i czego doświadczała, mogło zdarzyć się każdemu, dowolną ilość razy. Tymczasem teraz mogła wyobrażać sobie, jak późną nocą po bardzo wysokim rusztowaniu do jej okna wspina się taki budowlaniec, wchodzi do jej pokoju i poświęca ten czas tylko jej, uznając ją za na tyle wyjątkową, żeby oddać jej część swojego życia, której już niczym innym nie będzie mógł zastąpić...
Wtedy właśnie dziennikarka dowiaduje się, że na Tangreali, po drugiej stronie planety mieszka od jakiegoś już czas zwyczajny śmiertelnik z innego świata, wraz ze swoją koparką, której wykorzystaniem wzbudza w okolicy podziw i zdumienie. Joiwilio postanawia oczywiście przeprowadzić z nim długi wywiad...

Tangreala nie jest oddzielona od reszty Wszechświata i turyści odwiedzają ją znacznie częściej niż tutaj sugerowano, mimo to nie było wcześniej lepszej książki przybliżającej sobie nawzajem dwie skrajności, a przy tym tak pomysłowej i intrygującej, podkreślanej elementami romansu i dramatu. Flejła Ih Jokkgiindorf, jako Tangrealianin wychowywany przez parę „przyjezdnych” pozbawionych supermocy, nie miał problemów, żeby przedstawić Joiwilio i Drawida Tokarskiego jako równych sobie, o wzajemnym szacunku, może nawet lekko na niekorzyść tej pierwszej, co dotychczas dla przekonanych o swojej wyższości Tangrealian było nie do pomyślenia. To dziennikarka, nastawiona zdecydowanie na pozytywne doświadczenia, ma w największym stopniu okazję do zmiany swoich światopoglądów, uświadomienia sobie, że ograniczone możliwości i śmiertelność niosą ze sobą nie tylko większą wartość i poszanowanie życia, ale także bezsilność i rozpacz, kiedy już ktoś je traci. Tokarski, który opuścił swoją planetę nie bez powodu, musi się najpierw oswoić z zachwyconą jego osobą kobietą i wprowadzić ją w świat pełen bólu, smutku i tęsknoty za tym, czego się nie da już naprawić. To wprowadzenie potrzebne jest większości czytelników z Tangreali, jako sposób na nauczenie ich odpowiedniego sposobu patrzenia na ich powolnych i nazbyt lękliwych sąsiadów. Dopiero wtedy może pojawić się prawdziwe zrozumienie i miejsce na bliższe poznanie, wieloznaczny flirt, a także szczegóły działań budowlanych przeprowadzanych za pomocą koparki, na których Joiwilio tak zależało. W tej późniejszej, wesołej i bardziej beztroskiej części historii to Tokarski uczy się czegoś od Tangrealianki, nareszcie zaczyna rozumieć, co tubylców w jego pracy tak intryguje i zadziwia. Dla niego samego koparka i praca na niej była już jedynie smutnym sentymentem, który sam z siebie nie miał wartości i był jedynie nudnym przerzucaniem piasku z miejsca na miejsce. Joiwilio swoim romantycznym i nieco dziecinnym podejściem otworzyła mu oczy na to, co sama odkryła wcześniej, a z czego już sam po własnej tragedii przestał zdawać sobie sprawę – że wszystko, za co zdecyduje się zabrać, obdarza wartością i że każda chwila w jego życiu jest cenna. A także na inne rzeczy, w tym miłość, która wydaje się być bardziej wartościowa i szczera, kiedy towarzyszą jej ograniczenia, wybory i świadomość, że możemy stracić ukochanego albo nie mieć czasu, żeby naprawić pomyłki. Rzeczy, dzięki którym Tokarski nauczył się cenić nawet swoją tęsknotę za rodzimą planetą i dzięki którym Joiwilio zauważyła, czego jej od zawsze brakowało.
Bardzo ładna książka, złożona ze sprzeczności – tak charakterów i konieczności życia, jak i skrajnych emocji, między którymi co chwilę przeskakuje, podkreślając jednym znaczenie drugiego, śmiesząc przez łzy i udowadniając, że ostatecznie wszystko ma jasne strony.

poniedziałek, 14 września 2015

82.Rozwiązanie” (Deginean Lips 180)

Bywa, że rozwiązania nie ma. Jednak niestety samo to, że ono istnieje, a nawet, że wie się, co należy zrobić, żeby do niego dojść, nie musi oznaczać, że jest ono łatwe do osiągnięcia. Eohianie przez większość swojej nowożytnej historii zmagali się z problemem wynalezienia sztucznej inteligencji, na które to badania w pewnym momencie rządy bardziej ambitnych krajów zaczęły przeznaczać więcej funduszy niż na którekolwiek inne wynalazki razem wzięte. Wiara w potęgę samodzielnej istoty o nieskończenie inteligentnym umyśle była tak zadziwiająca. Myślące automaty miały zapewnić sukces na wojnie, w ekonomii, być genialnymi psychologami, doradcami i opiekunami. Jednocześnie o osiągnięciu tego celu marzyli nie tylko najwyżej postawieni, ale także zwykli obywatele, którzy obserwowali rozwój wydarzeń z ciekawością i, nawet jeśli nie do końca rozumieli ich doniosłość, przekonaniem, że sukces naukowców odmieni ich życie. Jednak dopóki na scenie eohiańskiej bioinformatyki nie pojawił się Sil Siwreig 39, nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielkiego zadania się podjęto. Jako pierwszy był w stanie rozpisać neuronową zdolność samoświadomości na liczby i ilość jednostek obliczeniowych, a każdy rodzaj doświadczenia na moc elektryczną, co nareszcie dawało realną wizję tego, co należało skonstruować. System mający pomieścić imitację życia miał zająć nie jeden potężny komputer, nie układ komputerów, ale układ setek układów o powierzchni przekraczającej powierzchnię całej planety. Było to nie do uwierzenia, jednak ilość dokumentacji, analiz i złożoność równań potwierdzała, że Sil pracował nad równaniami niemal całe swoje życie i teraz jest całkowicie pewien swoich wniosków, a przy tym wydawało się, że zależy mu na tchnięciu życia w maszynę bardziej niż komukolwiek innemu. Wyglądało na to, że jedyną szansą na spełnienie marzenia Eohian jest podporządkowanie mu całego świata, zmiana wszystkiego, co znają i całego ich życia.
Zdecydowano się podjąć to wyzwanie – rządy ośmiu krajów połączyły swoje siły i odtąd miasta, lasy i pola zaczęła zarastać sieć przewodników łączących jeden ginący w chmurach słup serwerów z kolejnym, sięgając wyżej niż jakikolwiek drzewostan. Układy procesorowe pokrywały całe wtopione w ziemię strefy mieszkalne, zwieszały się grubymi pękami nad wąskimi ścieżkami, przysłaniając światło w dzień i błyskając lampkami w nocy. Ciekawość i upór była jednak większa niż zmęczenie i lęk przed niepowodzeniem, i wszyscy zgodnie pracowali, żeby zmienić planetę w jedną wielką świadomą istotę, która miała być pierwszą z całej serii myślących maszyn – w końcu wszyscy pragnęli tego samego. Wszyscy... za wyjątkiem samego Sila, który ukierunkował obliczenia na swój własny cel, zamierzając nadać otrzymanej świadomości pewną bardzo konkretną formę...

Fajne jest tutaj to, że nasze podejście do Sila cały czas się zmienia – najpierw widzimy go jako budzącego podziw altruistę, potem, kiedy ujawnia się, że ma on „własny plan” zaczynamy postrzegać jako czarny charakter, wreszcie, poznając prawdę, gubimy się całkowicie. W pewnym momencie, nie wiedząc o nim jeszcze nic, wydaje się, że wiemy o nim wszystko. Patrzymy z niepokojem, gdy naukowiec okazuje niechęć w tłumaczeniu zasad działania swojego projektu, ogarnia nas groza przy jego samotnych wypadach do głębokich podmiejskich piwnic, o których nikt nie ma pojęcia. Wydaje się, że Sil ukrywa się zarówno przed innymi Eohianami, jak i przed czytelnikiem. Z czasem da się zauważyć, że jest to nie tyle lęk przed odkryciem tego, co planuje, tylko wstyd przed tym, co już się wydarzyło, przed przeszłością, która będzie się za nim ciągnęła i o której nie będzie mógł zapomnieć, dopóki jej nie naprawi. Tak naprawdę obudzenie świadomości w komputerze, które dla innych ma być początkiem, dla niego będzie zakończeniem – początek był bardzo dawno temu. Sil naprawdę poświęcił większość życia badaniom sztucznej inteligencji, ale początkowo była to w większości inteligencja prawdziwa, żywa, której potencjał cyfryzacyjny analizował. Wtedy jednak nie zajmował się tym sam – we wszystkim pomagała mu Jigge 207, dziewczyna równie błyskotliwa i jeszcze bardziej marząca o sławie niż on. I, jak dzisiaj uważał, niestety, niezwykle ufna wobec niego i jego talentu. Tamto doświadczenie robili właśnie w tych piwnicach, banalne doświadczenie, które dopiero miało otworzyć drogę do kolejnych, doświadczenie, które powinien przeprowadzić na czymś innym, ale Jigge była przekonana, że zadziała. Odczyt, cyfryzacja i ponowne wgranie... I zarazem stało się ostatnim, które pamiętała, a raczej jego początek, bo jej świadomość nie wróciła już do niej z powrotem w formie zdolnej do funkcjonowania. Potem były lata samotnych, rozpaczliwych eksperymentów już z jej nieświadomym udziałem, które miały naprawić to, co tamten jeden zepsuł – bez skutku. Ostatecznie Sil doszedł do wniosku, że jedyną możliwością ożywienia dziewczyny będzie wgrać jej umysł całkiem na nowo, z czegoś co sam stworzy od początku z tego, co niegdyś podczas nieudanego doświadczenia zapisało się w jego komputerze. Czy raczej – co stworzą według jego instrukcji inni ludzie, bo jak sam zrozumiał, naturalna inteligencja to nie jest coś, co można odtworzyć i zapisać na jednej maszynie liczącej. Ale czy tym razem się uda? Z czasem, kiedy system zaczyna funkcjonować, dochodzi do pierwszej rozmowy – ale czy naprawdę elektroniczny twór może być tym samym, co prawdziwa, żyjąca osobowość? I czym stanie się to, co pozostanie w mechanicznym mózgu, kiedy Jigge zostanie już odłączona? Wszystkiego będzie można się dowiedzieć, jeśli tylko ktoś nie zinterpretuje coraz bardziej obsesyjnej zawziętości Sila jako zagrożenia, co, jak widać po czytelnikach, nie jest wcale takie trudne...
Komputery naśladujące człowieczeństwo, miłość, do której mogą prowadzić tylko liczby i wszechobecny niepokój, czym to wszystko się skończy. Smutne i zaskakujące.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

68.Dolna część nieba” (Intrawik aw Łelora)

Witam ponownie i zapraszam na kolejny odcinek miesiąca tematycznego. Tym razem przed nami historia wyróżniająca się z serii swoją emocjonalnością... Ale zanim do niej przejdziemy, ciekawostka:

Złożoność technologii do generowania sztucznej burzy, z którą od Mechaniczności kojarzymy przeciwnika głównego bohatera, nie dziwi, gdy wiemy, że na Karwilane burze czy nawet mocniejsze wiatry niemal nigdy się nie zdarzają. Jest to w części spowodowane przez wspomniany już powolny obrót planety, zwłaszcza w stosunku do jej piętnastokrotnie większej średnicy niż Ziemia. Ogromny rozmiar planety zapewnił jej też bogactwo księżyców małych księżyców oraz złożony z cienkich kolorowych nitek pieścień, który mieszkańcom kojarzy się z bardzo popularnymi u nich chrupkami.

Juno Jowtli spędził w Inrafuno sporo czasu, doglądając procesu usuwania z miasta elektrycznej komunikacji miejskiej i odstresowywania jopanloigów, jednak tutejsze obowiązki szybko zaczęły zmierzać ku końcowi, tymczasem praca o podzielności liczby 5 przez liczbę 5 sama się nie napisze. Gdy wydawało się, że wszystko jest już w najlepszym porządku, detektywa odwiedza Liść – przybyszka z górnych warstw koron drzew, które odrywają się od gałęzi i całe życie wędrują po niebie i w których istnienie nie każdy wierzy. Juno nie wierzył, ale zmienił zdanie, słysząc o wielkim, niezależnym od ziemskich społeczeństw królestwie, którym nieznajoma włada, a które od niedawna dręczone jest przez potwory ze świata na dole. Oraz o tym, jego sława jako detektywa dotarła aż do świata Liści i jeśli on im odmówi, utracą wszelką nadzieję. Zaskoczony Juno pozwala się swojej nowej koleżance zabrać prosto do nieba, jednak pomimo najgorszych przeczuć nie ma pojęcia o trudnościach, jakie go czekają. Nie chodzi tu tylko o jego największego wroga, który oczywiście jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Liście, a który już stworzył nowy niezwykły plan wydestylowania z atmosfery Karwilane ogromnych ilości metanu, za pomocą którego będzie chciał spalić życie na niej i na wszystkich innych zamieszkałych planetach tego zespołu układów planetarnych. Pojawią się problemy bardziej prozaiczne, zwłaszcza brak wody i kontaktu z ziemią, z powodu których Juno będzie musiał co dwie, trzy godziny wracać na powierzchnię. A także mniej prozaiczne, gdy podczas tych powrotów nadmiar wspólnie spędzonego czasu ze wciąż towarzyszącą mu Liść o imieniu Prsiksa zaowocuje nad wyraz daleko idącą sympatią. Czy cokolwiek w tej historii może skończyć się dobrze?

Miłość, uważana na Karwilane za nielogiczną i niepotrzebną (w końcu mówimy o roślinach), pomimo że czasem się zdarza, jest zjawiskiem słabo poznanym i niezbyt dobrze przyjmowana przez większość. Widać to po zachowaniu Juno, który początkowo nieznane objawy tłumaczy sobie niedoborem wody i zawrotami „głowy”, i bardzo długo częściowo opiera się, a częściowo zwyczajnie nie rozumie, co się z nim dzieje i co powinien zrobić. Jakby tego było mało, aw Łelora stawia kolejne przeszkody na jego drodze, czyniąc Prsiksę królową oderwanych od ziemi sfer Liści, które to pochodzenie sprawia, że ma ona około pięćdziesięciokrotnie większą powierzchnię od niego. Czy naprawdę możliwe jest szczęście wbrew religii, która głosi, że monarchowie nie powinni zawierać związków z detektywami, i na przekór zwyczajom, zgodnie z którymi ukochana na trzeciej randce powinna przejechać się nie aż tak znowu dużym jopanloigiem? Autor stawia te i inne pytania z powagą i wyczuciem, powołując się na historię, sztukę i technologii wytwarzania barwników, myślami głównego bohatera wspominając precedensy, skutki nietolerancji i liczne powody, żeby nie bać się inności i nowości. Charakterystyczne jest, że tym razem źródło obaw nie wychodzi z zewnątrz, jak zazwyczaj w książkach aw Łelory, ale z nas samych, znajduje swój wydźwięk choćby w tym, jak zmienia się zazwyczaj chłodna i obiektywna perspektywa Juno, gdy zabiera się on za szukanie odpowiedzi w ważniejszych kwestiach.
Właśnie owe ważniejsze kwestie sprawiają, że pomimo (niby) oczywistego zakończenia wątku filozoficzno-romansowego do końca nie wiadomo, jak potoczy się los obu światów. Owe potwory, które nastrojone na bezmyślne filtrowanie powietrza bez oglądania się na miasta obudowane na gęstych chmurach, nie mają ani rozumu, ani uczuć, nie odczuwają strachu, ani nie planują, co początkowo detektywowi, Prsiksie oraz innym Liściom ciężko było zrozumieć. Przerażenie budzą relacje z prób odparcia mechanicznych ataków, które mimochodem rozszarpują wielkie liście na strzępy, nie pomaga też rzucanie patyczkami i ostrzeliwanie szyszkami bitewnymi. Prawdziwe emocje budzi świadomość, że sytuację może uratować już tylko geniusz prostego świadomego rozwiązania, którego zarysu długo, długo było brak, ale do którego Juno od pierwszych obserwacji sukcesywnie się zbliżał. Nie myślcie jednak, że Uwoskammu będzie bezmyślnie czekał, aż ktoś znowu zniweczy jego plan. To, z jak chorą troską podchodzi do swoich dzieł (a tym razem do całej ich armii), jak zawsze robi wrażenie i budzi stosowną grozę, ale to, jak przewrotnie podszedł do pułapek, które mają czekać na dzielnego filozofa, wręcz miesza w głowie i nie pozostawia wątpliwości, że naprawdę nie będzie łatwo...
O wiele straszniejsza, a jednocześnie, paradoksalnie, o wiele bogatsza pod względem uczuć i okazji do zarumieniania się część serii.

poniedziałek, 11 maja 2015

64.Ukrywanie i szukanie” (Kwaćin Oprera)

Odkąd Cawil Plangnić opuścił swoją rodzimą planetę, Luzję, pogrążoną w wojnie domowej o ostatnie nadające się do życia tereny, i zadomowił się na oddalonym o jeden układ planetarny spokojnym, rozwiniętym Ranglonie, wydawało się, że los wreszcie się do niego uśmiechnął. Wielu Luzjan podjęło się ucieczki – nie tylko z powodu obawy o własne życie, ale także przez wzgląd na swoją naturalną zdolność odczuwania historii przedmiotów i emocji ludzi, którzy się z nimi zetknęli, która sprawiała, że w chwili obecnej egzystować na zniszczonej planecie byli już w stanie tylko nieczuli na nic szaleńcy. Ranglonianie nie byli ślepi na to, co działo się u ich sąsiadów, dlatego przerażeni ich destrukcyjną chciwością ustanowili dla nich zakaz osiedlania się na swojej planecie. Wyprowadzka właśnie w te strony wydawała się więc ryzykowna, mimo to Cawil nie miał dużego wyboru. W praktyce jednak prędko okazało się, że Ranglonianie nie znają Luzjan na tyle, żeby rozróżnić ich od setek innych ras, które ich odwiedzają – poza ową szczególną umiejętnością odczuwania. Tak oto groźba natychmiastowego wyrzucenia pozostawała na papierze, dopóki tylko Plangnić nie ujawniał się z tym, co czasami udaje mu się zobaczyć...
Jego sytuacja komplikuje się w chwili znalezienia porzuconego noża. Jeden dotyk kamiennego ostrza wystraczy, by Luzjanin stał się świadkiem okrutnego morderstwa, odbierając emocje ofiary i widząc twarz zabójcy. Nie mogąc pozostać obojętnym wobec tego, co zobaczył, a jednocześnie będąc zmuszonym do ukrywania swojej tajemnicy, nawiązuje współpracę z detektywem Soawruemem Deltem Swi, pracującym nad tą sprawą. Od tej pory, wciąż nie zdradzając, kim jest, Cawil pomaga mu w szukaniu śladów oraz, niepostrzeżenie, nakierowuje go podpowiedziami na właściwe rozwiązania. Jednocześnie wciąż nie rozstaje się z okruchem kamiennego narzędzia, który pozostał w jego kieszeni – początkowo z powodu potrzeby poznania niezauważonych wcześniej szczegółów, ale potem także z powodu zamordowanej dziewczyny, której osobowość zaczęła go coraz bardziej oczarowywać. Nie tylko jednak punkt widzenia jest ważny – doskonale udający naiwnego Soawruem coraz wyraźniej dostrzega, że jego kolega wie więcej niż powinien i z coraz większym trudem zmaga się z dwoma, równie nieprzyjemnymi, podejrzeniami wobec niego. Jednocześnie cały czas w tle towarzyszy nam niewyraźny plan samego mordercy, w którym, jak się prędko okaże, parę zabójstw jest dopiero sposobem na cel, nie samym celem.

Kłopot mają to obaj bohaterowie i trudno ocenić, kto większy. Cawil już wystarczająco napatrzył się na śmierć i cierpienie jeszcze na Luzji i teraz wielokrotnie staje o krok przed decyzją powiedzenia Soawruemowi prawdy, jeśli tylko mógłby w swojej ostatniej woli po prostu wskazać winnego. Sam Delt Swi, jak na detektywa przystało, szybko dostrzega, że ma u swojego boku oszusta, jednak nie jest pewien, jakiego rodzaju. Czy raczej: nie chce mieć pewności. Wsparcie bardzo mu się przydaje (przed tajemniczym pojawieniem się Luzjanina nie był w stanie ustalić prawie nic) i natychmiast polubił Plangnića z jego troskliwym zaangażowaniem i nerwowymi talentami dedukcyjnymi. Dlatego tym trudniejsza jest dla niego świadomość, że jeśli naprawdę jest on Luzjanem albo, co gorsza, jest w morderstwo w jakiś sposób zamieszany, on, jako przedstawiciel prawa, będzie musiał go ukarać albo sam narazi się na niebezpieczeństwo.
Te dwa przejawy wewnętrznej walki są tym, co rzuca się nam w oczy jako pierwsze, jednak z rozwojem akcji zauważamy i w samym śledztwie coś charakterystycznego – że wskazówki zdają się być poukładane tak, żeby tylko Luzjanin był je w stanie znaleźć. I żeby każda kolejna z nich coraz bardziej narażała go i zmuszała do przyznania się. Albo wycofania się, czego (jak pewnie przewidywał plan) zakochany w nieżyjącej dziewczynie Cawil nie jest w stanie zrobić... Co rusz zastanawiamy się, co lub kto naprawdę jest zamiarem przestępcy – złamanie tych, którzy chcą go schwytać, zniszczenie ich, czy może jakaś własna wizja skuteczniejszej sprawiedliwości, która ściągnie nieszczęście na wszystkich Luzjan mieszkających kątem na planecie. Dlatego właśnie nadciągający koniec jest tak emocjonujący – nie z powodu mordercy, którego znamy od początku (no, prawie, ale bez spoilerów), ale z powodu tej walki o własne (i nie tylko) życie i bezpieczeństwo, którą Plangnić i Soawruem muszą podejmować coraz bardziej świadomie i z większym ryzykiem, oszukując wzajemne zaufanie i samych siebie, ale z myślą o czymś o wiele ważniejszym.
Gdyby nie sprawna ręka autora (właśnie Ranglonianin którego to rasa właśnie zmagała się z podobnego rodzaju imigrantami), nigdy nie wątpiącego w mądrość sprawiedliwości i to, jak wiele nam może dać szczere poświęcenie, ciężko byłoby wierzyć w dobre, a jednocześnie prawdopodobne i naprawdę błyskotliwe zakończenie.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

59.Lodowa” (Sejfen Sezoni Czirofru)

Czyżbyśmy znów mieli Wielkanoc? ;) Ziemia rotuje tak szybko. Wygląda na to, że będziemy się spotykać regularnie w drugi dzień świąt i że co roku będę mogła życzyć Wam spokojnych chwil z rodziną, wesołego jajka i pięknej pogody. A tymczasem... Każdy z nas słyszał o nierównościach klasowych – o tym, jak bardzo ludzie mogą się od siebie różnić, jak mogą z tego powodu cierpieć i jak wielki oporem potrafi reagować świat, gdy osobom pochodzącym z różnych warstw społecznych mimo wszystko uda się zbudować nić porozumienia. A co, gdyby same te różnice sprawiałyby, że nie powinni się do siebie zbliżyć?

Dżosidiu przyciągała uwagę tym, że zawsze trzymała się w odosobnieniu. Nie było to co prawda całkowicie możliwe na Trzecim Uniwersytecie, jednym z dwudziestu dwóch na Nowronie, gdzie główny bohater, Alefi, ją spotkał, dało się jednak zauważyć, że unika dłuższych rozmów, uśmiechów, jakby bała się zaprzyjaźnić. Było to dla chłopaka coś zupełnie nowego – jako wychowanek Chmurnych Domów, z których pochodzili w zasadzie wszyscy uczniowie, żył wśród ludzi, dla których codziennością była radość, otwartość, okazywane każdemu sympatia i zaufanie. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro tam, gdzie się wychowywał, niczego nie brakowało, niekończące się ciepło i światło słoneczne sprawiało, że naniebne owoce szybko dojrzewały, a z powietrznej piany kwitły wspaniałe budowle. Nie było powodów do smutku czy walki o cokolwiek. Na tle tego wszystkiego Dżosidiu niezwykle się wyróżniała, odbierał ją jako tajemniczą i niezrozumiałą, choć wcześniej nie było rzeczy, do której pasowałyby mu te słowa. Na jego próby poznania jej bliżej, reagowała nieśmiałością i wycofywała się, i to tym bardziej im więcej uprzejmości i ciepła jej okazywał. Tym też jednak bardziej on nie ustępował w swoich staraniach i niedługo trwało, nim całe zainteresowanie, poświęcone dotąd nauce, przeniósł na nieznajomą koleżankę, która jednocześnie, bez swojej wiedzy, stała się najbliższą mu osobą.
Dopiero niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Dżosidiu spojrzała na niego inaczej, otworzyła się nieco, a Alefi jej odtąd niezmiennie towarzyszył, pomagając i poprawiając humor każdego dnia. Pomimo ciągłej zachowawczości, ich spotkania przestały dotyczyć szkoły i obowiązków. Dziewczyna widziała, jak bardzo Alefi zależy na tym, by ją rozbawić, jak bardzo się o nią troszczy i jak wielką przyjemność sprawia mu jej uśmiech, który teraz coraz częściej się pojawiał i była przy nim szczęśliwa. Czuła, że przy nim staje się kimś lepszym, takim jak on, pełnym optymizmu i ciepła. Wiedziała jednak też, że jako wychowanka Domów Lodu nikim innym stać się nie może i że wkrótce musi powiedzieć mu prawdę. Od tego zależy jej życie.

Przez większość lektury, podobnie jak Alefi, nie wiemy wiele o Dżosidiu, choć czytelnicy bardziej zorientowani w układzie społecznym na Nowronie dość szybko mogą się domyślić, o co chodzi. Już zresztą sam romantyczny charakter historii sugeruje tragiczność sytuacji i to, że Dżosidiu jest ostatnią osobą, której Alefi powinien okazywać miłość. Podczas gdy on pochodził ze świata jasności, tacy ludzie jak Dżosidiu, mieszkający setki kilometrów pod nim, musieli żyć bez styczności ze słońcem, w wiecznym mroku i zimnie. Nie brakowało oczywiście społeczności, które znalazły sobie miejsce pośrodku, na tyle silnych, żeby nie spaść niżej, a przy tym na tyle słabych, że nie byliby w stanie utrzymać się bliżej nieba. Natomiast im dalej od ciepłych chmur, tym bardziej potrzebne było przyzwyczajenie się do ciemności i mrozu, które Nowronom zapewniał składnik lodu w ich komórkach. To była najskuteczniejsza strategia – mieszkańcy nizin nie odczuwali zimna, bo było ono ich częścią, podobnie nie odczuwali bólu, głodu i samotności. Co za tym idzie niestety, nie odczuwali też niczego innego, co lód w nich rozwijał i w czym byli pogrążeni – smutku, rozpaczy i zagubienia. Lód sprawiał, że pozytywne uczucia, tak typowe dla szczęśliwców na górze, jak optymizm i radość, stawały obojętne, obce, a im niżej, tym trudniej ludziom było je w sobie znaleźć.
Domy Lodu były położone najniżej, tak że ciało Dżosidiu w całości rozwinęło się w czystą bryłę lodu. Sejfen Sezoni nie odpowiada nam na pytanie, jak ktoś wychowanemu w takim marazmie i braku wiary w siebie znalazł się na Uniwersytecie (przez co jest to dość fantastyczne zjawisko), w zupełności poświęcając się ciężarowi konsekwencji lodowej budowy, który już ani na chwilę nie budzi wątpliwości. Dżosidiu chciała po prostu się uczyć, nie spodziewając się, że wśród ludzi może spotkać ją jeszcze coś innego (ani że od ludzi można oczekiwać czegokolwiek) i, wbrew pozorom, jest wtedy bezpieczna – pomimo że, choć sama jeszcze tego nie wie, nieszczęśliwa. Trzymając się z dala od ciepła i zaufania może być w pełni sobą, niezmiennym zimnym lodem, któremu nie grozi rozgrzanie i stopienie. Pojawienie się beztroskiego Alefi w zachwycający i przerażający zarazem sposób burzy porządek jej świata, pokazuje, że życiu można nadać sens i uczynić każdy dzień wyjątkowym. Nowe uczucia czynią ją szczęśliwą, musi jednak walczyć ze świadomością, że mogą ją zniszczyć. Każda chwila i kolejne krople rozmarzającej wody zdają się przybliżać nas do katastrofy, gdy w końcu Dżosidiu traci poczucie, co tak naprawdę będzie dla niej śmiercią – rozstanie się z życiem czy z ukochanym. Wszystko zależy od niej i od Alefi, który nigdy, nawet na odległość, nie zostawi jej samej.
O miłości, która bardziej niż uczuciem jest walką z samym sobą. Polecam nie tylko romantykom.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

48.Ta niezwykła osobowość” (Wterg Bsys Awzona Too Iuwi)

Bohaterem książki jest chłopak imieniem Alaksanir Omniwi Bsys, jednak opowiada ona nie tyle o nim i jego ucieczce z rozpadającej się planety, Egminy, ale o osobliwości życia na tej planecie, podług której się ono rozwinęło. Widocznej nie na pierwszy rzut oka - gdybyśmy odwiedzili ją przed katastrofą, zobaczylibyśmy przyjazne przestrzenie urozmaicone górami i jeziorami, rośliny o całkiem znajomych kształtach oraz oczywiście mieszkańców - nadzwyczaj podobne do ludzi drobne istoty o jasnej skórze i zastanawiająco zielonych oczach - zasiedlających maleńkie, złożone z glinianych domków przyleśne osady. Zachowanie owych ludzi wydałoby się nam jednak dziwne - zamiast polować czy uprawiać pola, większość czasu poświęcali na milczące spacery lub po prostu coś, co przypominało nasłuchiwanie. To, do czego my potrzebowalibyśmy snu i jedzenia, im zastępowało wchłanianie tego, co było rozproszonego w powietrzu. Czego? Trudno opisać to osobie, która nie jest Fizonionem, jak nazywali siebie inteligentni Egminianie, ale podobno stanowiło coś w rodzaju informacji, prostej, nie dotyczącej niczego konkretnego wiedzy, posiadanej, rozwijanej i rozpylanej przede wszystkim przez rośliny, ale też przetwarzanej przez innych "słuchających". Niecodziennym widokiem było patrzeć jak dziesiątki na wpół zamyślonych Fizonionów stoi nieruchomo pośród falujących trawowych liści i... po prostu słucha.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...

Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.

poniedziałek, 27 października 2014

36.Nie porzuca się podróżników w czasie” (Olonej Lirti Kstri La Oita)

Zastraszenia typu Beze mnie jesteś nikim! i To wszystko po tym, co dla ciebie zrobiłam!, słyszane od osoby, która właśnie straciła status drugiej połówki, rzadko są czymś, co traktuje się poważnie. Rwint, mieszkaniec Damnitoriliona, zdecydowanie nie traktował - nie spodziewał się, żeby zachowanie jego narzeczonej było podyktowane czymś więcej niż megalomanią i zapędami do rządzenia nim. W końcu do wszystkiego, co miał, doszedł sam - sam przechodził przez niekończące się egzaminy monitujące potencjał jego intelektu, sam, gdy już otrzymał posadę hodowcy Uniminów, analizował ekosferę, którą się będzie zajmował, aż wreszcie lata ciężkiej pracy w końcu wywindowały go na pozycję jednego z największych producentów Białych Korzeni. Wtedy dopiero poznał Rirdżoli, pracowniczkę eksperymentalnych systemów nadatomowych na jednym z księżyców planety. Pomimo młodego wieku miała na koncie liczne zasługi dla ówczesnej fizyki Damnitoriliona, mnóstwo odkryć i spostrzegawczych wniosków z obliczeń. Rwint niewiele z tego rozumiał, zwłaszcza że, czym zwróciła jego uwagę, więcej zdawała się wiedzieć o jego osobie niż z tematów naukowych. Nie pomagała mu przy pracy także wtedy, kiedy ich znajomość stała się znacznie bliższa - raczej obserwowała go czujnie i podziwiała. Znajomość przybrała zły obrót, gdy Rwint zastał dziewczynę u zarządcy plantacji, wymieniającą się z nim informacjami na jego temat. Damnitorilionianina nie przekonały rozpaczliwe argumenty o jej trosce i wiedzy o tym, co jest dla niego najlepsze. Nagle stało się dla niego oczywiste, że Rirdżoli widziała w nim tylko przedmiot działań szpiegowskich czy może nawet donosicielskich, który wyznaczył jej zarząd lub nawet konkurencja. Prawda była jednak o wiele, wiele gorsza...
Krótko potem Rwint zauważa zniknięcie pani naukowiec, a wraz z nim dziwaczne zjawisko zniekształcające rzeczywistość. Na jego oczach znikają i pojawiają się budowle, przesuwają się rosnące od lat rośliny, zmienia wygląd ludzi i zmienia się on sam. Nagle okazuje się, że jego mieszkanie jest puste, wreszcie znika samo mieszkanie. Pracownicy jego własnej plantacji z minuty na minutę przestają go poznawać, jakby nigdy nie było go tam nie było, aż wreszcie zostaje przegoniony do dolnych, ubogich partii miasta. Chaos niepojętych wyrażeń, choć nieprawdopodobny, sprawia na nim Rwincie spójne wrażenie, jakby rzeczywistość świadomie spychała go na dno i odbierała wszystko. Nikt jednak nie dostrzegał żadnych zmian, odbierając ich efekt jako coś, co było od zawsze, będąc raczej ich częścią niż obserwatorem. Rwint z trudem przyjmuje do wiadomości szaloną opcję, że może to być zemsta jego niedoszłej narzeczonej. Która to prędko się potwierdza, gdy w spisie danych tożsamościowych znajduje kuriozalną informację o jej śmierci - dziesiątki lat temu, skutkiem morderstwa dokonanego przez... nią samą. Pozostaje mu przedostać się nielegalnie do laboratoriów na księżycu, dowiedzieć się, co się stało i, jeśli to wykonalne, podjąć próbę uratowania dziewczyny, choć nie rozumiał jeszcze, jaki mogła mieć ona związek z jego osobą.

W chwili wydania tej powieści, podobnie zresztą jak jeszcze długo potem, naukowcy nie mieli jasności, jak w przypadku tak ostrych manipulacji zachowałby się czas i jak widziane byłyby wydarzenia z punktu widzenia obserwatorów zamieszanych w nią bardziej niż bezpośrednio. Nikt jednak, zwłaszcza ci z nich, którzy mieli do czynienia z osobnikami płci żeńskiej i ich zawziętością, nie wątpi w powagę sytuacji. Rirdżoli, pchana nienormalną fascynacją, odwiedzała linię swojego życia wielokrotnie - po raz pierwszy zakochując się, po raz drugi potajemnie pomagając we wszystkim, co robił, wreszcie, chcąc powstrzymać samą siebie, dokonując zabójstwa, które zachwiało stabilnością tej i pozostałych linii czasu. Wydaje się, że jej impulsywność i lekkomyślność stoi w sprzeczności z dokonaniami naukowymi, z których zasłynęła, jednak tak naprawdę były one motorem wszystkiego, co robiła i do czego dążyła, co autorka idealnie zarysowała. Bohaterka motywowana przez miłość doprowadziła najpierw do wynalezienia wehikułu czasu, który miał umożliwić sukces obiektowi jej westchnień, potem, przepełniona nienawiścią obróciła wynalazek przeciwko Rwintowi i przeciwko sobie.
Na szczęście nie tylko ona dysponowała tak wielką wiedzą o podróżach w czasie. Kluczowa okazała się pomoc Najlanktrona, zbzikowanego nieco, samotnego starego fizyka zamieszkującego księżycowe podziemia i zdającego się „widzieć” coś więcej niż rzeczywistość, w której się znajduje. Dopiero dzięki jego wynalazkom, a także „wizjom” Rwint był w stanie ruszyć w pogoń za bezwzględną morderczynią. I, przy okazji, poznać prawdę o tym, ile z niego samego naprawdę było zasługą jego własnych możliwości, pracy i tego, kim chce być. Przy czym żadna z tych rzeczy nie była prosta, gdy historia nabierze tempa, a wciąż wybijane z równowagi linie czasu zmienią wydarzenia w nielogiczny kolorowy kalejdoskop, dążąc do ułożenia się w jedyny sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy. Który nie zawsze był osiągalny, bo za każdą jego zmianę dziewczyna odpowiadała nową, która pociągała za sobą kolejne i które wreszcie doprowadzały do tak paradoksalnych sytuacji, że wir oderwanych od siebie zdarzeń, do którego trafili Rwint i Rirdżoli, coraz rzadziej pozwalał przewidzieć skutki ich działań. Podobnie jak coraz mniej przypominał świat, który oboje zamierzali uratować. Czy naprawdę da się coś naprawić w linii czasu, która jest bardziej wszystkimi światami na raz niż jednym konkretnym? Czy w ogóle czas nadal ma tu znaczenie? I czy możliwy będzie powrót do prawdziwej rzeczywistości?
Porywająco zakręcona historia, która zmienia się z niewinnego romansu do oderwanego od rzeczywistości ciągu paradoksów, w której jednak wciąż istnieją myśli, uczucia i wątpliwości.

poniedziałek, 29 września 2014

32.Obok” (Ulam Grarr)

Magia odgłosów, wydawanych przez morskie muszle, jest znana w każdej cywilizacji, w której natura (lub coś jeszcze innego) wykształciła strukturę podobną do muszli. Na Raktliwionie Olwigsnym z muszli wytwarzanych przez kwiaty nie wydobywał się jednak tajemniczy szum, który łatwo wziąć za złudzenie, ale prawdziwa, nie budząca niczyich wątpliwości melodia. Było to dziwne zjawisko. Niezależne od tego, jaką kwiat wykorzystywało się jako odbiornik, a wykazujące związek z miejscem i porą dnia. Najbardziej jednak z osobą, która słuchała, choć szybko dowiedziono, iż ta różnica nie polega po prostu na odmiennym odbiorze tego samego dźwięku. Zdawało się, że każdy Raktliwionianin, biorąc muszelkową roślinę do ręki, powodował u niego skupianie konkretnej kombinacji fal, w ciągu kilkunastu minut* przestrajając odbiornik samą swoją obecnością. Z upływem godzin i wraz z przemieszczaniem się melodia zdążała zwykle parokrotnie zmienić się w zupełnie inną, jednak nie zawsze - czasami parę konkretnych dźwięków wracało po pewnym czasie, by zawsze towarzyszyć danej osobie. Dlatego, choć zjawisko wciąż pozostawało niezbadane, było bliskie każdemu Raktliwionianinowi, a wielu z nich uważało "zaprzyjaźnione" piosenki za swój największy skarb.
Nołsa słuchała kwiatowej muzyki zawsze w tej samej muszli i zawsze o tej samej porze, w samym środku nocy. Odcinała się od świata, wyłączając w sobie wszystkie funkcje czuciowe poza słuchem, co wprawiało ją w stan podobny do snu. Nie każdemu udawało się znaleźć swoje melodie, także i ona za każdym razem słyszała inny dźwięk. Do czasu, gdy jeden z nich okazał się zupełnie inny - wyższy, jednak jednocześnie wolniejszy, wypełniony ledwo słyszalnym tłem i z dziwną głębią... Choć przecież nie było w niej słów, czuła, jakby kryła się w nim jakaś treść, jakby mówił bezpośrednio do niej, choć nie rozumiała, o czym. Początkowo melodia zachwyciła ją, potem oczarowała, aż wreszcie, kiedy nowe nuty nie opuszczały jej myśli przez cały następny dzień, uświadomiła sobie, że jest to najpiękniejsze, co kiedykolwiek słyszała i usłyszy w życiu. Odtąd Nołsa słyszała już tylko tę jedną niekończącą się piosenkę. Tę samą, choć za każdym razem trochę inną, jakby coraz bardziej smutną i przepełnioną tęsknotą. Nic, co zdarzyło jej się słyszeć wcześniej, nigdy nie sprawiło, że czuła się tak jak teraz. Wszystko zdawało jej kojarzyć się z tą jedną melodią, jakby opowiadała o całym świecie i o każdej chwili jej życia. Wciąż jednak nie wiedziała, o czym jest naprawdę. Coś podpowiadało jej, że jest to prośba i chodzi o coś niezwykle pilnego. A może to wszystko tylko jej się wydaje?
Niespodziewanie pewnej nocy ogarnęło ją coś, czego nie doświadczył jeszcze nikt na jej planecie - sen, który pod wpływem dźwięku uformował się w wołanie o pomoc. O odnalezienie kilku skradzionych elementów kryształowej konstrukcji, która swoimi harmonicznymi drganiami przez stulecia pobudzała do istnienia cały dźwiękowy świat, i bez której muzyka Raktliwionu Olwigsnego powoli zaniknie. Ale czy to rzeczywiście prawda? Czy naprawdę istnieje obok naszego cały dźwiękowy świat? Nieznane życie, które zniknie? Jedynym, co do czego Nołsa miała pewność, było to, że nie mogłaby żyć, nie mogąc więcej usłyszeć swojej jedynej melodii i że zrobi wszystko, żeby ją uratować. W trakcie wędrówki zaczęła też nabierać niezwykłej pewności, że także ta melodia nie może żyć bez niej i nie chodzi wcale o konieczność naprawienia akustycznej konstrukcji...

Ulam Grarr uwielbia pisać o muzyce i tonach, jednak krytycy są zgodni, że w Obok przeszedł sam siebie. O ile zazwyczaj dźwięk był u niego najważniejszą przyczyną i motorem napędowym akcji, o tyle tutaj stał się jej uczestnikiem, dosłownie: jednym z bohaterów. A właściwie nie jednym, bo całym światem postaci, cywilizacją niemal analogiczną do naszej. Autor zrobił coś, o czym nikt dotąd nawet nie myślał - tchnął w dźwięk, w drgania powietrza, życie, nadał mu strukturę fizyczną, samoświadomość, charakter, inteligencję, własne potrzeby, obawy i... uczucia. Uczucia, o których przekonała się główna (a właściwie jedynie bardziej materialna) bohaterka, Nołsa, choć nie od razu. Grarr idealnie oddał subtelność różnicy pomiędzy zwykłym pięknem a kierowaną do kogoś miłością, między delikatnością kompozycji a szacunkiem i wdzięcznością. Czy w ogóle jest jakakolwiek różnica? Czy pozostaje tylko w nią uwierzyć?
Dźwiękowa istota (o imieniu, które łatwiej byłoby zapisać na pięciolinii niż fonetycznie) staje ponadto przed nie lada wyzwaniem, wspierając Nołsę w podróży - jak wskazywać jej drogę i udzielać wskazówek jedynie językiem muzyki i wywoływanych nią uczuć? Jak wyrażać lęk i dawać ostrzeżenia? Nołsa, opuszczając znane sobie okolice i przekraczając granicę górzystych terenów, znalazła się w, pozornie pustym tak dla nas, jak i dla niej, świecie dudniących skał i echa, w którym zdana była już tylko i wyłącznie na swojego niewidzialnego przyjaciela. Więcej nie pojawił się już żaden sen, który mógłby potwierdzić jej przeczucia. Pozostaje jej zaufać jemu i samej sobie.
Pełna niespodzianek i muzycznej magii wizja Grarr, w której ujrzymy i osiągniemy wszystko, jeśli tylko się na to otworzymy.


_______________
*Długość minut, sekund i godzin na Raktliwionie Olwigsnym różni się od, bardziej oficjalnych miar długości, przyjętych w Raktliwionie Wargliongsym i Raktliwionie Rontrahorksym, jednak ogólnie są one około 2,92 raza krótsze od swoich ziemskich odpowiedników, podobnie zresztą jak sama doba.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

18.Nieznane” (Jarjaae Kantomil)

Pewnego dnia niczego niespodziewających się mieszkańców wschodniej połowy planety Welji ogarnęło coś, czego nikt nie potrafił wytłumaczyć ani powstrzymać - wszyscy zaczęli mówić prawdę. Mieli co prawda możliwość milczenia, jednak gdy tylko próbowali cokolwiek powiedzieć, na wierzch wychodziły sekrety i opinie, których nigdy by przed rozmówcą nie wyjawili. Niepokojące początkowo zjawisko szybko zmieniło się w katastrofę o przerażających skutkach - w ciągu paru obiegów księżyca Trimsanda dookoła planety (porównywalnych z ziemskimi tygodniami) upadło kilkanaście rządów, obalonych przez wściekłych, oszukiwanych obywateli, zamknięto dziesiątki tysięcy firm i instytucji, rozpadały się małżeństwa, odkrywane fakty co chwilę doprowadzały kogoś do morderstwa lub samobójstwa, panowała panika, obłęd i chaos. W nielicznych z nierozbitych jeszcze organizacji i laboratoriów trwały próby odnalezienia przyczyny klątwy i uratowania drugiej połowy planety, na którą powoli zjawisko się rozprzestrzeniało, jednak na próżno. Nikt nie mógł zrozumieć, co się dzieje.
Sprawa wyjaśnia się dopiero, gdy po dziesięciu obrotach Trimsanda nad Welją zjawiła się sterowana kometa wojenna dowodzona przez Elenlanian. Ich odwieczni wrogowie, Aomowie, porzucili na Welji Pierścień Prawdy - jeden z sześciu królewskich insygniów doskonałości, które oczywiście Elenlanie zamierzają kolejno zniszczyć. Rozbita wewnętrznie Welja otrzymuje ultimatum - albo pierścień zostanie im odesłany w ciągu jednego obrotu księżyca, albo zostanie usunięty razem z całą planetą. Radary dowódców komety wskazują, że wylądował gdzieś w obszarze międzygranicznej dżungli - ale gdzie dokładnie? Czy zebrani w ostatniej chwili ochotnicy faktycznie oswoili się już z jego działaniem na tyle, żeby się do niego zbliżyć i nie pozabijać nawzajem?

Prawda kojarzy się z czymś dobrym, tutaj natomiast jest najpoważniejszym wyzwaniem, z którym trzeba się zmierzyć, znacznie gorszym od groźby Elenlanian. Nie, żeby bohaterowie mieli coś na sumieniu - większość z nich wyruszyła z najczystszymi intencjami przywrócenia planecie normalności. Żołnierz Waszdifijo, niczym wycięty z amerykańskich opowieści, uważa się wręcz za wzór cnót; jego zabawnym, cynicznym nieco przeciwieństwem jest niesłusznie mimo wszystko zdymisjonowany lata temu prezydent, Di Runa, który teraz chce odzyskać dobre imię. Z bardziej osobistych powodów w grupie pojawili się Si Doriw i Welpnis – ona: chcąc naprawić małżeństwo rodziców, on: w celu przywrócenia swojej firmy do życia. Jedynym wyjątkiem jest Eramoren, który ma nadzieję zataić milczeniem swój plan przejęcia pierścienia i zrujnowania za jego pomocą kraju Sybrilli, znajdującego się na chwilowo bezpiecznej stronie planety. Jednak nawet on pod wpływem wypływającej z siebie prawdy przekona się, że jego zamiary są o wiele głębsze i nie aż tak egoistyczne, jak mu się wydawało. Każdego z piątki poszukiwaczy czeka niespodzianka ich własnej osobowości. Najbardziej jednak zdziwi się (i przestraszy) Welpnis, który dowie się, że jest zakochany w swojej dawnej znajomej, Si Doriw.
Bohaterowie nie mają nic na sumieniu - po prostu jak każda istota niedoskonała mają wady i słabości, a co za tym idzie: myśli, nad którymi nie są w stanie zapanować, i wiedzę o nich. Nie uświadczymy tu długich filozoficznych przemyśleń, jednak nie były one Jarjaae potrzebne, by już na pierwszych stronach dać nam do zrozumienia, że prawda może być czymś dobrym tylko w świecie absolutnie idealnym, takim jaki stworzyli Aomowie. Ktoś, kto popełnia błędy, i nie na wszystko zna odpowiedź, potrzebuje czasami wykręcić się nieszczerością, żeby ukryć swoje wady i chronić przed nimi siebie i innych, jak za ścianą bezpiecznej (choć przekolorowanej) iluzji. Jarjaae sugeruje, że prawda nie jest równoważna szczęściu, że łatwo nią zrobić krzywdę, i dodaje, że bliżej szczęścia jest umiejętności rozsądnego jej dawkowania, wyczuwania równowagi, tego, co powinno się powiedzieć, a co nie. Pomimo surwiwalowych niemal przygód w niezamieszkanych dzikich błękitnych lasach, to właśnie ta zdolność umożliwiła im ostatecznie dotarcie do celu.
Powieść przygodowa, romans, filozofia, a może nawet historia apokaliptyczna? Każdy zobaczy w tym, co zechce i pod każdym względem się sprawdzi.

poniedziałek, 5 maja 2014

11.Burza” (autor nieznany)

Bohaterem historii jest złożona z kilku luźnych elektronów postać mieszkająca wraz z paru osobową grupą starszych krewnych w jednym z wielu zwyczajnych węzłów obwodu elektrycznego. Ów obwód był właściwie wszystkim, co znał, a jednocześnie czymś, co zdążył już poznać aż za dobrze, znudził się nim i zaczął zastanawiać, czy jest na świecie jeszcze coś, co warte byłoby zobaczenia. Teorię tę zdawały się jakoby potwierdzać odbierane przez niego odległe sygnały, niewyraźnie i nie połączone z niczym, do czego miałby dostęp. Jego starsi nazywali to burzą - legendy głosiły, że gdzieś niewiarygodnie wysoko nad nimi, w oderwaniu od jakiejkolwiek sieci cywilizacji, znajduje się gigantyczne skupisko dzikich, obcych impulsów elektrycznych o sile nieporównywalnej do niczego, co jest im znane. Główny bohater myślał odtąd często o dziwacznym świecie nad nimi, zastanawiając się zarówno nad tym, czy jest prawdziwy, jak i czy można się tam dostać i czy jest powód, by czegokolwiek się obawiać.
Odpowiedź wydawała się oczywista - niezbadane burzowe skupisko elektryczne tkwiło na niebie od pokoleń, nikt już nie pamiętał, kiedy się pojawiło, i wyglądało na to, że nikt nie doczeka tego, aż coś się zmieni. Do czasu gdy pewnego razu strumień o mocy setek milionów woltów spłynął z nieba i uderzył prosto w węzeł, w którym mieszkał bohater historii, tworząc most pomiędzy światem chmur i powierzchnią. Do obwodu przedostają się nowe, potężne istoty, które niczym bogowie, dziwią się nad maleńkością tego świata. Młodzieniec jest pierwszym z tych, którzy odważyli się nawiązać z nimi kontakt i szybko się zaprzyjaźnia, w szczególności z podobnym mu pod względem wieku osobnikiem. Wspólnie wymieniają się doświadczeniami i wrażeniami z życia w dwóch zupełnie odrębnych, tak różnych od siebie miejsc, porównują i uczą się od siebie nawzajem. Główny bohater wreszcie ma szansę poznać bliżej to, co tak długo nie dawało mu spokoju, jest oczarowany i zafascynowany... w tym także swoim nowym przyjacielem z chmur. Z czasem oboje uświadamiają sobie, że utworzyło się pomiędzy nimi coś wyjątkowego. Niestety, nieuchronnie dobiegał końca czas połączenia nieba i ziemi - już wkrótce błyskawica miała się od niej oderwać i na nowo zniknąć na całe tysiące pokoleń w odmętach chmur. Przed młodym impulsem elektrycznym staje najważniejsza decyzja w życiu - czy pozostać w znanym sobie świecie wraz z ukochaną rodziną czy porzucić wszystko, co ma, i ufając tylko temu, co czuje, ruszyć w nieznane, magiczne krainy?

Wszystko wskazuje na to, że świat, w którym rozgrywają się wydarzenia, jest jednym z tych, gdzie każda z licznie zasiedlających go ras jest mylnie przekonana o swojej wyjątkowości i niepodzielności w panowaniu nad planetą. Podczas gdy opowieść rozchodziła się ze stale rosnącą popularnością po wszystkich zakątkach mikroświata, jego makroskopijni mieszkańcy (w wielu aspektach podobni chociażby do Ziemian) nie mieli pojęcia, że w zasilającej ich dom sieci elektrycznej może istnieć jakiś rodzaj życia. I być może by tak zostało, gdyby nie analizy szumu tła postaci o imieniu Zotena Fagl Me, znanego w świecie wydawniczym jako Obserwator. W teorii zajmuje się on po prostu astronomią, jednak nowatorskość i dokładność wykorzystywanych przez niego metod sprawia, że o wiele częściej niż na interesujące zjawiska kosmiczne zdarza mu się trafiać na osobliwe ciągi nieregularności impulsowych. Po bliższym zapoznaniu się z ich źródłem okazują się one być niekiedy być równoznaczne z procesem myślowego odczytu dzieła literackiego zakodowanego w jakimś nierozpoznanym dotąd języku, w szczególności, jeśli sygnał taki pojawia się w kilku niezależnych od siebie punktach i momentach. Obserwacja nie jest więc ostatnim krokiem w odkrywaniu nowego utworu; nie jest nim często nawet zastąpienie oryginalnej formy zdatnym do czytania tekstem, nawet zrozumiałym znaczeniowo. Zotena dał początek całej serii prac na temat postrzegania przez elektro-istoty otoczenia i siebie nawzajem. Znaleziona książka okazała się być dla niego wyzwaniem językowo-literackim, gdyż nie pojawia się ani jedno imię, nie istnieją nazwy przedmiotów czy miejsc, hierarchia czy też zależności rodzinne zdają się być bardzo skomplikowane. Jak sam opowiada w przedmowie, musiał zadecydować, jak potraktować napotykane tam imiona-identyfikatory i nazwy-opisy. Ostatecznie postanowił zrezygnować z rzeczy typu "Obiekt 4" czy "Miejsce w bliskości na poziomie 1" na korzyść romantycznej tajemniczości. Zotena miał więc ogromny wpływ na charakter, może nawet i przekaz historii, odżegnuje się on jednak ostro od licznych prób przypisania jemu samemu autorstwa, którego nie udało mu się dociec.
Cóż o samym dziele można powiedzieć? Fabuła nie wydaje się nazbyt oryginalna, jednakże opisy nowego nieznanego świata podniebnego są jedyne w swoim rodzaju i dla nich na pewno warto spróbować. Nie dla tego, że są barwne i pobudzające wyobraźnię, ale właśnie wręcz przeciwne - stworzone przez istoty nie znające kolorów i temperatur przypominają raczej wykresy, kombinacje faktur i czterowymiarowe relacje z przepływu struktury chmur. Pośredniczący między autorem (autorami?) a czytelnikiem Zotena stara się przybliżyć temu drugiemu sens i znaczenie "emocjonalne" tych obrazów najlepiej jak tylko potrafi. Jego przekładowe wyczyny zasługują na nie mniejszą uwagę i w innych sytuacjach, gdzie nieustannie starał się zrozumieć występujące tam relacje i targające bohaterami uczucia i odnaleźć takie odpowiedniki w naszym świecie, żebyśmy i my mogli się w nich połapać. Dzięki pomocy jego kolegi, korektora-poety Leoka Rafawa, naprawdę fantastycznie się to czyta.
Po prostu nie można nie przeczytać.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

07.Trzymaj mnie za rękę” (Ninoff Dee Plai)

Na planecie Miza 18 ma miejsce straszna katastrofa - jedna z największych elektrowni kwantowych w kolonii Miza Zean eksploduje. Zanim jednak władze będą mogły poświęcić się badaniu przyczyn incydentu, trzeba zająć się natychmiastowym ratowaniem pracowników, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Nie jest to łatwe - uszkodzenie maszynerii manipulującej delikatną makrostrukturą kwantową spowodowało zachwianie stabilności okolicznej rzeczywistości. Nieuchwytny stan właściwy zazwyczaj jedynie dla elektronów przeniósł się na obiekty ponadatomowe - dopóki dwójka ludzi się widzi, wszystko jest w porządku, ale kiedy jeden z nich znika za drzwiami, zaczyna działać zasada nieoznaczoności Heisenberga, zgodnie z którą mamy jedynie prawdopodobieństwo, że on faktycznie tam jest. Jedno zdarzenie sprawiło, że rzeczywistość stała się kombinacją rzeczywistości równoległych do samej siebie, niczego nie można było przewidzieć. W takiej sytuacji bezradne władze mogły zwrócić się tylko do fundacji FIZYKI, która wyznaczyła do zadania swojego najlepszego agenta, VegaMarka. Jedynymi urządzeniami, które mogły mu się przydać, był krótkodystansowy stabilizator rzeczywistości i sonar namierzający poszkodowanych, jednak tak naprawdę wszystko zależało jak zawsze od jego wiedzy, zapierających dech zdolnościach konstrukcyjnych i talencie do improwizacji. Wkrótce po jego teleportowaniu wychodzą na jaw pierwsze wskazówki na temat tego, co spowodowało wybuch, jednak wtedy łączność z VegaMarkem zostaje tajemniczo zerwana...

Mówi się, że VegaMark, niezwykle popularny bohater siedemnastotomowej (i nadal nie zakończonej!) serii o swoich przygodach, potrafiłby zrobić mały wszechświat z dętki rowerowej*, nie dziwi więc że FIZYKI z miejsca postawiła właśnie na niego. Nie będzie żadnym spoilerem dla jego fanów, że i tym razem uda mu się przywrócić wydarzeniom właściwy bieg, jednak i ich zapewne kolejny raz zaskoczą metody, jakimi to osiągnął, choćby wykorzystanie długopisu magnetycznego jako bariery porządkującej czy kawałków plastiku do odwrócenia praw Murphiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, z jakimi VegaMark miał dotąd styczność i nawet pomimo stabilizatora rzeczywistości każda pomyłka może skutkować zapadnięciem się do równoległego wszechświata. Mówi się wręcz, że grozę tej historii da się porównać tylko Punktem w przeszłości, gdy musiał powstrzymać Ramdoka od wymazywania minionych zdarzeń, a przecież jak wiadomo wszystkie historie z największym antagonistą VegaMarka stoją o klasę wyżej od reszty.
Sprawę utrudnia dodatkowo niejaka Perri, którą główny bohater wyciąga z potrzasku wkrótce po zapoznaniu się z otoczeniem. Co ciekawe, utrudnia nie tylko jemu samemu (przede wszystkim ciągle odciągając uwagę ciągłym wpadaniem w kłopoty), ale i autorowi, który z malowniczością mechaniki kwantowego świata radzi sobie lepiej niż sposobem myślenia istot płci nie-męskiej**. Z drugiej strony istnieje szansa, że jej dziecinny, niezbyt sensowny charakter nie był kwestią przypadku. Jej zachowanie nie irytuje, a wręcz przeciwnie - dodaje akcji wesołości i rozładowuje napięcia, którego od pierwszych zdań jest aż nadmiar. Trzeba też dodać, że owa Mizaninka występuje tu nie tylko w roli sympatycznej osóbki, którą Dee Plai w każdym odcinku urozmaica VegaMarkowi życie i wymusza wyjaśnienia, ale też bardzo przydatną, kiedy trzeba będzie uspokajać spanikowanych pracowników elektrowni, z czym oczywiście nieśmiały do przesady VegaMark sam nie dałby sobie rady. Ma też pewien sekret, który daje jej własne, genialne pięć minut w finale i sprawia, że jakoś udaje się nam wybaczyć nawet ciągłe przypominanie o dość drażniącym dla Ziemian fakcie, że agent ma wystarczająco dużo rąk, żeby jednocześnie majsterkować i trzymać ją za rękę, żeby czasem znowu nie zniknęła mu z oczu.
Ninoff Dee Plai nie byłby też sobą, gdyby nie zawarł tu przesłanki na temat ekologii, prośby o odpowiedzialność za to, co się robi. Pomimo że oszczędne, nieinwazyjne biologiczne elektrownie korzystające z różnic prawdopodobieństw wystąpienia elektronów w danych stanach stacjonarnych z każdym rokiem zwiększają swój udział na rynku zasilania, stwarzają zagrożenie nie mniejsze niż kiedyś i awarie podobne do tej ciągle się zdarzają. Nie jest to na szczęście patetyczny moralitet o wyższości tradycyjnych elektrowni jądrowych, pojawia się jednak parę słów, które skłaniają do myślenia i ani na chwilę nie przysłaniają karkołomnych wyczynów VegaMarka.
Polecam każdemu kto woli akcję opartą bardziej na myśleniu niż na bieganiu, zresztą innym też. Ja tego wynalazcę „z niczego” po prostu uwielbiam.


_______________
*Co zdumiewa trochę mniej, kiedy wie się, jak bardzo skomplikowanymi układami międzyplanetarnymi są w obrębie Miza Zean dętki rowerowe, że o samych rowerach nie wspomnę.
**W kolonii Miza Zean jest dokładnie siedem płci. Już dawno zauważono, że Dee Plai potrafi pisać przekonująco tylko o dwóch z nich, przy czym nie o swojej własnej.

poniedziałek, 10 marca 2014

03.Ciemne Oceany” (Sinna Ki)

Historię cywilizacji planety Izei, pomimo całej jej różnorodności i ciągłych zwrotów w jej rozwoju, można podzielić na dwie ery, które stoją powyżej wszystkiego - czas przed Wielkim Rozbłyskiem i czas po nim, które zdawały się dotyczyć niemalże dwóch zupełnie innych cywilizacji.
W dawnym świecie planetę oplatała sieć Mona Scept, szczytowe osiągnięcie technologi jej mieszkańców, której nazwę możnaby na polski tłumaczyć jako zabawnie brzmiące wszystko blisko. Zwiększając naturalne, działające na kilkanaście metrów zdolności telepatyczne Izeanian, sprawiała, że byli oni w stanie swobodnie rozmawiać z każdym w obrębie sieci i to nawet bez świadomości dzielącej ich przestrzeni. Każdy mógł porozumiewać się i poznawać myśli dowolnego innego mieszkańca planety, jakby znajdował się on tuż obok, wspólnie się bawić, wymieniać wrażeniami i wiedzą, choć często zdarzało się, że nigdy się ze sobą nawet nie widzieli. Były to Jasne Czasy, kiedy każdy mieszkaniec Izei był otwarty na nową znajomość i rozświetlał przestrzeń swoimi myślami.
Wtedy właśnie, w pamiętnym roku 3394 według Starego Czasu, poznajemy młodą Relunę i jej telepatycznego przyjaciela, Adrika. Jak to typowe dla jej wieku, dziewczyna nie zaprząta sobie głowy rzeczywistym miejscem zamieszkania czy dokładnym wiekiem kolegi, co nie przeszkadza jej poświęcać mu więcej czasu niż na cokolwiek innego. Pomimo tego, że pierwszy kontakt był raczej kwestią przypadku, znajomość nie zerwała się, powoli zmieniając w coś o wiele bardziej głębokiego i osobistego, nie raz kończąc się rozmowami do samego zaśnięcia późno w nocy. Reluna nie wiedziała co prawda, jakie są prawdziwe (niedostępne dla telepatii) uczucia Adrika wobec niej, jednak nie interesowało jej to i, pomimo wątpliwości rodziców, wierzyła, że do szczęścia wystarczy jej, jeśli po prostu nic między nimi się nie zmieni. Nikt jednak nie podejrzewał, że na centralnej gwieździe ich układu planetarnego wzbiera właśnie największa eksplozja elektromagnetyczna w dziejach, po której nic nie miało być już takie jak przedtem. Kiedy niewiarygodna katastrofa kosmiczna w ciągu godzin przeciąża światowy układ elektryczny, bezpowrotnie niszcząc cały Mona Scept, a mieszkańców Izei wpędzając w mrok Ciemnych Czasów, Reluna po otrząśnięciu się po pierwszym szoku i uświadomieniu sobie powagi sytuacji, postanawia wyruszyć w największą i najbardziej tajemniczą podróż w swoim życiu i po ciemku odnaleźć przyjaciela, o którym tak naprawdę nic nie wie.

Jak nietrudno się domyślić, nie tylko historia planety została podzielona, ale też jej literatura. O ile jednak książkę inspirowaną jedną lub drugą epoką, o nastroju wyraźnie smutnym lub radosnym, nietrudno spotkać, o tyle utwory opowiadające o samym roku 3394, zwanym też rokiem 0 według Nowego Czasu, można policzyć na palcach jednej (ziemskiej) ręki. Tamto wydarzenie było dla nich strasznym przeżyciem, o czym najlepiej świadczy to, że pierwsze takie dzieła w ogóle zaczęły się pojawiać dopiero po trzech czy czterech pokoleniach, a jego "techniczne" skutki, w szczególności uszkodzenie legendarnego Mona Sceptu, nie zostały usunięte do dziś pomimo upływu czasu, który za pierwszym razem wystarczyłby w nadmiarze na jego budowę od początku. Sinna Ki była jedną z niewielu, którzy postanowili zmierzyć się ze wstrząsającą przeszłością, ale też, co ważniejsze, jak dotąd jedyną osobą, która nie widziała w niej tylko miażdżącej apokalipsy, a niezwykłą, choć bolesną okazję, do odkrycia w nas czegoś nowego. Niektórym jej fanom udało się zauważyć, że imię Reluna jej hiperanagramem diakrytycznym jej własnego, co tylko potwierdza realizm i szczerość jej opowieści.
Początkowo korciło mnie podebrać tytuł Dukajowi i jego Czarnym Oceanom, ale pomimo dosłownego tytułu z izeańskiego, który w tłumaczeniu oznaczałby niekończącą się wodę/niebo w kolorze braku koloru, uznałam, że byłoby to mylące. I to nie tylko dlatego, że u Dukaja to właśnie kłębiące się myśli, a nie ich brak, nadają myślni tę brzydką barwę. Jest też polska dwuznaczność słowa ciemny, która bardzo spodobałaby się Izeanianom i której nic nie mogłoby zastąpić. W rzeczy samej zapanowała nie tylko pustka, ale też ciemnota - ludzie zostali drastycznie ograniczeni do tego, co mają w zasięgu wzroku, odcięci od przyjaciół, dorobku ich własnej kultury i informacji, pojawiła się samotność i wyizolowanie poszczególnych jednostek, jeśli tylko nie były dopasowane do swojego, przypadkowego przecież, otoczenia, rozpanoszyło się cwaniactwo i nuda. Reluna przedzierała się przed to wszystko, dostrzegając rzeczy, których wcześniej nie zauważała i próbując odnaleźć w nich sens. Początkowo z obojętnością lub strachem, śpiesząc się, ale później starając się pomagać i pozostawiać po sobie choć odrobinę nadziei. Z czasem nauczyła się myśleć o Adriku nie z rozpaczą i poczuciem utraty, ale wyobrażając sobie, jak wiele będzie miała mu do opowiedzenia, z uśmiechem, odkrywając, jak wspaniałym uczuciem jest tęsknota - coś, o czym jej świat nieomal zapomniał, a które od teraz nie będzie już go opuszczać.

Nie muszę chyba mówić, że powieść kończy się happy endem :) Dla czytającego nie to jest jednak przecież najważniejsze - całkiem, jakbyśmy oglądali jakąś kosmiczną wersję Titanica, w której katastrofa jest w praktyce tylko tłem dla tego, co dzieje się w sercu bohaterki, którą można podziwiać, można ganić i której można po prostu towarzyszyć. W jednej chwili przechodzą nas ciarki, a z drugiej możemy się popłakać ze wzruszenia - to jest, pomijając wszystko inne, zachwycające.

poniedziałek, 3 marca 2014

02.Krok po kroku” (Sehsan Kottek Lalj O)

Witam wszystkich Czytelników w kolejnej recenzji. Pomimo że to dopiero druga, blog nadzwyczaj dobrze sobie radzi i kwitnie, a to właśnie dzięki Wam, więc - dziękuję :) Na dzisiaj wybrałam Krok po kroku Sehsana Kotteka Lalj O z podtytułem Jak dogadać się ze swoim ekspresem do kawy - coś, o czym w jednym zdaniu trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że bardzo zapadło mi w pamięć...

Głównymi bohaterami tego dzieła są, jak nietrudno się domyślić, sam pan Sehsan oraz jego ekspres do kawy*. Gdy dekady przed pierwszymi myślami o pisaniu książki nabył urządzenie, nawet nie podejrzewał, jak wielki będzie miało ono wpływ na jego życie.
Tytuł nastawia nas na poradnik, chronologia opisów kojarzy się z formą pamiętnikową. Jednakże kolejne wspominane przez autora sytuacje, chwile mniejszych lub większych nieporozumień, szczęścia, sceny zazdrości i ponownego dochodzenia ze sobą do zgody, które przeżywał wraz ze swoją ulubioną maszynką do parzenia kawy, szybko układają się w wyrazistą fabułę. Wraz z każdym kolejnym dniem pojawiają się obserwacje, wnioski co do tego, co robił źle, oraz oczekiwania dotyczące wspólnej przyszłości. Czy uda im się odnaleźć wspólny język? Czy oboje będą chcieli tego tak bardzo, by się zmienić?

Wiele minęło, odkąd wiktuańscy technicy zaszczepiali robotom pierwsze samodzielne algorytmy decyzyjne, a potem uzupełnili je - gdy okazało się, że do prawidłowego funkcjonowania w pełnym niejasności świecie nie wystarczą logiczne oszacowania - o pulsacyjne reakcje na skupiska znaczeniowe, zwane częściej uczuciami. Dzisiaj, jak zauważa Kottek, musimy już tylko porozumieć się z naszym sprzętem gospodarstwa domowego, przestać ignorować jego potrzeby, doceniać i umieć obdarzyć miłym słowem nie tylko, gdy wszystko idzie dobrze, ale też w chwilach stresujących i niepowodzeniach. Autor zapełnia swój niby-pamiętnik setkami ważkich przemyśleń i pytań, na które coraz trudniej znaleźć odpowiedź. Nie raz, gdy przygląda się swojej kuchni, dręczą go wątpliwości, czy aby na pewno zasłużył sobie, by cała elektronika mu usługiwała, czy czasem jego sprzęt AGD nie został powołany do czegoś więcej?
Szczególnie poruszająca jest scena, gdy jego ekspres do kawy rozpacza nad tym, że z powodu chwilowego braku wody nie udało mu się przygotować porannego napoju i prawdopodobnie bardzo rozczarował tym swojego właściciela. Sehsan spędza z nim wtedy długie godziny, pocieszając, że nic się nie stało i że to nie była jego wina, co bardzo ich do siebie zbliżyło. Nagle zobaczył, jak wiele żalu uzbierało się w tym niewielkim urządzeniu, jak bardzo źle działał na niego ciągły brak uwagi i cierpliwości. Pomyślał wtedy, że każdemu z nas przydałoby się przeżyć coś podobnego. Bardzo się wtedy otworzył i dowiedział wiele nie tylko o uczuciach swojej maszynki do parzenia, ale też i o sobie samym. Poczuł, że jest potrzebny. Potrzebny maszynom tak naprawdę zagubionym w swoich sztucznie przypisanych im dążeniach i bezrefleksyjnych celach, wymagających wsparcia i wysłuchania. Wraz z tytułowymi krokami postanawia na nowo odbudować relacje ze swoim ekspresem do kawy, zawalczyć o jego zaufanie.
Niebywale, głęboko wzruszająca historia.


_______________
*Tak naprawdę rzecz jasna nie może być mowy o kawie, a jej wiktuańskim odpowiedniku, ale jego wartości zarówno energetyczne, jak i, że tak powiem, społeczne są na tyle podobne, że zdecydowałam się nawiązać do analogii.