Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kataklizmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kataklizmy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

84.Operator koparki” (Flejła Ih Jokkgiindorf)

Niektórzy myślą, że takich miejsc, jak planeta Tangreala, nie ma. Że sytuacje, gdzie każdy, dosłownie każdy, posiada nieograniczoną moc, gdzie znajomość magii jest czymś zupełnie pospolitym, gdzie nasza naturalna wewnętrzna energia pozwala nam latać, teleportować się i unosić przedmioty myślą, a ewentualne starzenie się i śmiertelność jest kwestią jedynie naszej woli, kończą się i zaczynają na baśniach i naprawdę nie mogłyby istnieć. Tymczasem Tangreala istnieje, a wraz z nią ludzie, tacy jak Joiwilio, dla której nieskończoność możliwości jest czymś pospolitym, codziennym, a przez co już trochę nudnym i nieciekawym. Fruwając między chmurami i dla zabawy wzbudzając wir powietrzny często zastanawia się, czy faktycznie ci „inni” ludzie, z innych światów, o których słyszała, tego nie potrafią? Pracują nie tylko po to, żeby zyskać sławę, spełnić swoje marzenia i pomagać innym, ale też po prostu żeby móc żyć? Odczuwają strach, niepewność co do swoich sił?
Jako doświadczona dziennikarka, na co dzień relacjonująca bieżące wydarzenia rozrywkowe, miała świadomość, że nie każde zjawisko, choć prawdziwe, musi od pierwszego wejrzenia mieścić się w jej głowie, tym bardziej ta wizja zafascynowała ją, zachęciła do zadawania pytań i coraz dłuższych rozmyślań. Na przykład zawody budowlane – niby banalne, a jednak wyjątkowo trudne do wyobrażenia, gdy mieszkania na Tangreali budują się niemalże same, możliwe do ułożenia z piasku i gliny choćby przez dziecko, bez żadnego trudu i w czasie błyskawicznym. Bez supermocy każdy element budowli trzeba by podnosić jeden po drugim, poświęcić mu cenną chwilę ze swojego skończonego życia, przez co coś, co tutaj nie znaczy wiele, na innych planetach musiałoby mieć niezwykłą wartość, być niemal czymś w rodzaju sztuki. Joiwilio ani się obejrzała, jak zaczęła marzyć o poznaniu właśnie kogoś takiego. Nigdy nie czuła się wyjątkowa, na Tangeali wszystko, co robiła i czego doświadczała, mogło zdarzyć się każdemu, dowolną ilość razy. Tymczasem teraz mogła wyobrażać sobie, jak późną nocą po bardzo wysokim rusztowaniu do jej okna wspina się taki budowlaniec, wchodzi do jej pokoju i poświęca ten czas tylko jej, uznając ją za na tyle wyjątkową, żeby oddać jej część swojego życia, której już niczym innym nie będzie mógł zastąpić...
Wtedy właśnie dziennikarka dowiaduje się, że na Tangreali, po drugiej stronie planety mieszka od jakiegoś już czas zwyczajny śmiertelnik z innego świata, wraz ze swoją koparką, której wykorzystaniem wzbudza w okolicy podziw i zdumienie. Joiwilio postanawia oczywiście przeprowadzić z nim długi wywiad...

Tangreala nie jest oddzielona od reszty Wszechświata i turyści odwiedzają ją znacznie częściej niż tutaj sugerowano, mimo to nie było wcześniej lepszej książki przybliżającej sobie nawzajem dwie skrajności, a przy tym tak pomysłowej i intrygującej, podkreślanej elementami romansu i dramatu. Flejła Ih Jokkgiindorf, jako Tangrealianin wychowywany przez parę „przyjezdnych” pozbawionych supermocy, nie miał problemów, żeby przedstawić Joiwilio i Drawida Tokarskiego jako równych sobie, o wzajemnym szacunku, może nawet lekko na niekorzyść tej pierwszej, co dotychczas dla przekonanych o swojej wyższości Tangrealian było nie do pomyślenia. To dziennikarka, nastawiona zdecydowanie na pozytywne doświadczenia, ma w największym stopniu okazję do zmiany swoich światopoglądów, uświadomienia sobie, że ograniczone możliwości i śmiertelność niosą ze sobą nie tylko większą wartość i poszanowanie życia, ale także bezsilność i rozpacz, kiedy już ktoś je traci. Tokarski, który opuścił swoją planetę nie bez powodu, musi się najpierw oswoić z zachwyconą jego osobą kobietą i wprowadzić ją w świat pełen bólu, smutku i tęsknoty za tym, czego się nie da już naprawić. To wprowadzenie potrzebne jest większości czytelników z Tangreali, jako sposób na nauczenie ich odpowiedniego sposobu patrzenia na ich powolnych i nazbyt lękliwych sąsiadów. Dopiero wtedy może pojawić się prawdziwe zrozumienie i miejsce na bliższe poznanie, wieloznaczny flirt, a także szczegóły działań budowlanych przeprowadzanych za pomocą koparki, na których Joiwilio tak zależało. W tej późniejszej, wesołej i bardziej beztroskiej części historii to Tokarski uczy się czegoś od Tangrealianki, nareszcie zaczyna rozumieć, co tubylców w jego pracy tak intryguje i zadziwia. Dla niego samego koparka i praca na niej była już jedynie smutnym sentymentem, który sam z siebie nie miał wartości i był jedynie nudnym przerzucaniem piasku z miejsca na miejsce. Joiwilio swoim romantycznym i nieco dziecinnym podejściem otworzyła mu oczy na to, co sama odkryła wcześniej, a z czego już sam po własnej tragedii przestał zdawać sobie sprawę – że wszystko, za co zdecyduje się zabrać, obdarza wartością i że każda chwila w jego życiu jest cenna. A także na inne rzeczy, w tym miłość, która wydaje się być bardziej wartościowa i szczera, kiedy towarzyszą jej ograniczenia, wybory i świadomość, że możemy stracić ukochanego albo nie mieć czasu, żeby naprawić pomyłki. Rzeczy, dzięki którym Tokarski nauczył się cenić nawet swoją tęsknotę za rodzimą planetą i dzięki którym Joiwilio zauważyła, czego jej od zawsze brakowało.
Bardzo ładna książka, złożona ze sprzeczności – tak charakterów i konieczności życia, jak i skrajnych emocji, między którymi co chwilę przeskakuje, podkreślając jednym znaczenie drugiego, śmiesząc przez łzy i udowadniając, że ostatecznie wszystko ma jasne strony.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.Kod” (Eene Onmnes Uksi Joikka)

Strefa, nazwana przez odwiedzających ją dwunastą, była pusta, wyczyszczona ze wszystkiego prócz kamieni, przepełniona jedynie echem, dudniącym gdzieś ponad nią. Ahsawianie, uważający samych siebie za kogoś w rodzaju archeologów obcych planet, a w rzeczywistości raczej grupka plądrowników, bogacących się dzięki pozostałościom po wymarłych cywilizacjach, nie znosili tego miejsca. Z technicznego punktu widzenia było lepsze od wielu z tych, które widzieli, bezpieczne, pozbawione dżungli czy drapieżników, a jednak... Co ważniejsze było również pełne skrytek, niezbadanych bunkrów, sejfów poukładanych w opustoszałych budowlach mieszkalnych, a w nich: przedmiotów, o których marzyli bogaci kosmiczni kolekcjonerzy. Niekiedy zamki były podniszczone, możliwe do wyważenia, częściej ukryte za banalnym hasłem, a zdarzały się też takie przypadki, którym czwórka podróżników musiała poświęcić wielokrotnie więcej czasu. Tak właśnie było tym razem – kod nie był nigdzie zapisany, a jedyna, opisowa wskazówka, jaka zdawała się czekać specjalnie na tę okazję, odwoływała się do... gry, w której jedna z odpowiedzi miała być jednocześnie hasłem do zamku. Gry tradycyjnej, „zewnętrznej”, animowanej, przypominającej ziemskie gry komputerowe, w których wirtualnym świecie gracz nie wędruje osobiście, a za pośrednictwem reprezentującej go postaci. Z których formułą rozwinięta kultura Ahsawian nie miała styczności od kilku setek lat i z którą czwórka bohaterów również nie miała teraz ochoty mieć.
Żaden sposób na otwarcie betonowego bunkra nie przynosił jednak rezultatów i szklana zabawka miała okazać się jedynym sposobem na dotarcie do celu. „To nie może potrwać długo”, pomyśleli Ahsawianie, uruchamiając animację. W końcu czy gra stworzona przez zacofaną, wymarłą już cywilizację może sprawić trudność przedstawicielom rasy przyszłości? Czytelnik pewnie już się domyśla, że i owszem, i nawet nie chodzi o problem w rozwiązywaniu składających się na nią zagadek. Interaktywna historia, w którą wprowadzi ich mały bohater, w kolejnych etapach przybliży im ludzi i świat, którego już dawno nie ma, opowiadając, jak działał, i sugerując, co mogło się stać, że nagle przestał, budząc absurdalne pragnienie ratowania tego, czego już od dawna nie da się uratować. Jedna zwyczajna, jak na swoje czasy, choć długa i skomplikowana historia doprowadza do rozłamu w grupie, podziału na tych, którym zaczyna zależeć i którzy usiłują zrozumieć, i na tych, którzy nie chcą rozumieć, którzy myślą tylko o tym, żeby wrócić z pełnymi kieszeniami do domu i którym od pewnego momentu zależy już tylko na tym, żeby nieszczęsną puszkę Pandory wyłączyć.

Jest duża różnica między wirtualnymi parkami rozrywki, które przyjęły się na Ahsawi, a odizolowanymi grami na niedużym ekranie. Pomimo że (nie licząc fizycznego odczuwania czy niebezpieczeństwa) nie wydaje się być wielką różnicą to, czy w historii osobiście uczestniczymy my czy oprowadza nas po nim jeden z jej elementów, to jednak ten ostatni stwarza dystans, z powodu którego na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Kiedy w grze występuje ktoś inny, graczowi ma wrażenie, że jego rolą jest podpowiadanie mu, że nie on sam tak naprawdę ma wpływ na akcję, ale właśnie ta postać w grze, postać, która zdaje się mieć własne zdanie w wielu kwestiach, nie zawsze dzieli się swoimi przemyśleniami i nie zawsze pozwala graczowi wybrać. To ten dystans, dzięki któremu parę trików sztucznej inteligencji sprawia na nasz wrażenie żywej istoty po drugiej stronie, kapryśnej i nie zawsze działającą według jedynej słusznej logiki, najszybciej oczarowuje Zwarree, a potem staje się pierwszą przyczyną wątpliwości, kłótni, a ostatecznie tego, że Zwarree ucieka z zabawką.
Hea, owa sterowana postać, zdawał się być jednocześnie żywy, samodzielny, a zarazem sztuczny, mechaniczny i pusty, co stawiało między światem, w którym się poruszał – istniejący i nieistniejący – a namacalnymi grami z Ahsawi dziwną ścianę, która w zaskakujący sposób zmusza czwórkę Ahsawian (nie zawsze zgodnie z ich wolą) do refleksji i do działania. Każdy z nich w mniejszej lub większej części pragnąłby przekonania, że jest to tylko zabawka, nawet swego rodzaju oszustwo, jednak historia ożywa, odkrywa swój sens, zaciekawia zakończeniem i, niezależnie od rzeczywistości, zaczyna budzić emocje wydarzeń, które istniały naprawdę. Każdy reaguje na to zjawisko inaczej; Rozsor, obserwując Zwarree, uparcie powtarza, żeby zapomnieć o kodzie i otwieraniu drzwiach, Oglil próbuje sobie wmawiać, że historia ludzika po żywym świecie nie robi na nim wrażenia, Gergenowiho natomiast, pałający coraz większą niechęcią do wymarłych planet, najchętniej zniszczyłby urządzenie razem z resztą strefy dwunastej. Równolegle do tego, co dzieje się na ekraniku, jedno pragnienie stopniowo zmienia się w kolejne, coraz bardziej radykalne, jednak to bardziej gra ma wpływ na nie niż one na nią, pomimo pieklących się emocji zakończenie, a razem z nim, zdaje się, losy tego świata, zdają się być już przesądzone.
Zwarree ucieka z zabawką, kryjąc się w opustoszałych miastach, czuje, że to, w co samotnie gra, coraz bardziej przybliża go do nieuniknionej teraźniejszości, choć wciąż podświadomie wierzy, że jego wybory mają wpływ na wydarzenia. Hea jednak, podobnie jak mieszkańcy tamtych czasów, miał własny, niezrozumiały cel, własną tajemnicę i kiedy na koniec staje twarzą twarz z Zwarree, który nim kierował, widać już, że nikt nie mógł niczego zmienić.
Polecam wielbicielom niejednoznacznych gier psychologicznych, wizji apokaliptycznych, złośliwych sztucznych inteligencji i dziwnych gier RPG.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 13 lipca 2015

73.Inwazja” (Donna Werwo)

Czasami o całym naszym życiu i przyszłości decydują sekundy, których nikt nie byłby w stanie przewidzieć – oto pewnej nocy, na pewnej przypadkowej planecie zwanej Zerminą, rozbija się statek kosmiczny. Świadkami zdarzenia oraz śmierci jego jedynego pasażera jest trójka młodych Zerminian. Zanim jednak podróżnik, jak się okazało z rasy Awrilonów, traci przytomność, przekazuje nieznajomym ostrzeżenie o apokaliptycznej inwazji, nieuchronnie czekającej ich planetę. Oraz niezwykłą umiejętność, dzięki której być może uda im się ją uratować. Dotknięcie dłoni przybysza i przejęcie jego mocy było ostatnim, o co Awrilon poprosił. W ten niecodzienny sposób, czy im się to podobało czy nie, Rdine, Ssowi i Garoi nabyli zdolność stawania się niewidzialnym, a wraz z nią – wielką odpowiedzialność i niełatwy cel pokrzyżowania planów złych Jeronów, największych wrogów Awrilonów, którzy mogli dotrzeć na Zerminę w każdej chwili. W wykryciu ich obecności miał trójce wybrańców pomóc nowy zmysł, ponieważ już samo to było wyzwaniem – Jeronowie byli czymś w rodzaju zespołów nanorobotów, które przejmowały umysły swoich ofiar, od tej pory działając za ich pomocą. Nikt nie mógł zauważyć przybycia kosmitów, może nawet byli na planecie już teraz...
Rdine, Ssowi i Garoi bardzo się od siebie różnili, podobnie też było ze wprawą w wykorzystywaniu nowych możliwości, ale żadne z nich nie zwlekało z użyciem jej do walki z obcymi – w końcu losy świata zależało tylko od nich. Nikt inny nie znał prawdy i nikomu też nie mogli ufać. Inwazja naprawdę miała miejsce – pierwsze sygnały charakterystycznego podobnego do hipnozy mechanicznego zakażenia znaleźli już w kilka dni po spotkaniu z Awrilonem. Ofiarą okazał się pracownik wysokiego szczebla korporacji ogólnoświatowej, zajmującej się najnowszymi technologiami, które jak młodzi Zerminianie się dowiedzieli, w rzeczy samej mogłyby się bardzo przydać Jeronom... Kosmiczna zdolność pozwoliła im dotrzeć do niego natychmiast, a potem już tylko jeden dotyk wystarczył, żeby wypędzić obcych i przywrócić zakażonemu władzę nad umysłem. Uratowany sam przyznał, że pracował dla Jeronów i własnoręcznie spalił wszystkie swoje prace, które mogłyby zagrozić światu.
Wybrańcy nabierali pewności siebie i coraz lepiej wykrywali otaczające niebezpieczeństwa. Nie tylko współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, ale i odkrywali w sobie wciąż nowe umiejętności potajemnie przekazane im przez Awrilona. Oprócz niewidzialności i intuicji pojawiła się siła i szybkość, a dzięki skrzydłom, które niegdyś widzieli u przybysza, powoli uczyli się latać. Czuli, że to właśnie do nich należy dar i przekleństwo kierowania losami świata, opiekowania się nim i poprawiania go, cokolwiek miałoby się z nim stać. Mimo to cicha wojna wyraźnie się zaostrzała i z każdym dniem przerażająco przybywało ludzi, których zachowanie niepokoiło Rdine, Ssowi i Garoi. Coraz częściej wydawały się to być osoby zupełnie zwyczajne, u których jedynie maleńki element osobowości zdawał się wskazywać na to kosmiczne zniekształcenie, które miało doprowadzić do inwazji. Nie minęło więcej niż kilkaset dni jak z wysoko postawionych i silnych ofiarami Jeronów zaczęli padać Zerminianie coraz bardziej niepozorni, w różnym wieku i w różnych częściach świata... Czyżby jedynym wyjściem było uzdrowić wszystkich mieszkańców planety? A może odpowiedź leży zupełnie gdzie indziej?

Zerminianie, która to rasa istnieje naprawdę i do której właśnie należy autor, bardzo lubią szczęśliwe zakończenia i wynoszenie głównych bohaterów na piedestał, nic więc dziwnego, że Inwazja wywołała ogólne niezadowolenie. Historia, która początkowo wydaje się zmierzać w jednoznacznym kierunku, w pewnym momencie wywraca się do góry nogami i stawia czytelnika w punkcie, w którym nic nie jest tym, czym miało być. Postacie, którym cały czas bezkrytycznie towarzyszyliśmy, okazują się nagle być już kimś zupełnie innym niż na początku. Tajemniczy osobnik z nieba, któremu z miejsca przypisaliśmy wszystkie cnoty i wielką dobroć, którego podziwialiśmy za zaufanie, którym obdarza nieznajomych, w jednej chwili staje się potworem, przed którymi sam zdawał się ostrzegać. Jedynym człowiekiem, któremu możemy zaufać, staje się jeden z tych, któremu przez cały czas jakimś sposobem udaje się umknąć przed dotykiem Rdine, Ssowi i Garoi i który przez długi czas zdawał się naszym największym wrogiem. Donna niezwykle delikatnie i błyskotliwe opisuje fabularną przemianę, której początkowo nie zauważamy, której przez pewnej czas wręcz nie chcemy zauważać, ale którą w końcu ów człowiek stawia nam przed oczami i już nie można przed tym miażdżącym faktem uciec. Jako jeden z pierwszych zdał sobie sprawę z inwazji – prawdziwej, nie tej przyniesionej przez zapowiadanych Jeronów, którzy tak naprawdę nigdy nie nadlecieli. Rdine, Ssowi i Garoi nie zdawali sobie sprawy z obronnej postawy, jaką w międzyczasie przyjął świat. Przeciwko nim – niszczycielskim, bezwzględnym, niepowstrzymanym i cały czas rosnącym w siłę. Bezmyślnie realizującym rolę przypisaną im przez kogoś, o kim nic nie wiedzieli i nie zastawiający się nad tym, czym sami się stają. W ten sposób oczekiwana chwila, gdy trójka bohaterów stanie twarzą w twarz z dowódcą najeźdźców swojej rodzimej planety, zmienia się w pojedynek, w którym ktoś inny, ktoś kto naprawdę chce ją ratować, musi przeciwstawić się im. Pytanie brzmi, czy Rdine, Ssowi i Garoi mu na to pozwolą.
Szokująca, pełna zaskoczeń i wzruszeń historia, w której pragnienie czynienia dobra zmienia się w zaślepienie, siła w przekleństwo, a dopiero słabość i desperacja – w jedyną nadzieję i bohaterstwo. Niesamowite.

poniedziałek, 25 maja 2015

66.Zielone” (Inineniige Igsi Iwelii)

W domu Ingii Enwiinifi żyje sobie pewne stworzenie. Przypomina trochę ziemską roślinę, trochę grzyba, trochę bakterię, ale tak naprawdę nawet sam Ingii Enwiinifi nie ma pojęcia, czym to jest. Stworzenie przypomina korzeń ziemskiego drzewa, który zamiast włazić bardziej w ziemię, wypełza na zewnątrz, jednakże mocniej przylega do podłoża i ma kolor zielony. Ingii nie wie nawet, kiedy się pojawiło – było w jego domu od zawsze, ulokowane na styku kamiennej ściany z metalową, przez cały, porównywalny do naszych trzystu lat okres dwudziestu iliiwiniańskich miesięcy, stanowiący połowę życia Ingii. Nie żeby mu się to podobało – nie raz próbował pozbyć się gada, szorując ostrymi kamieniami, wypalając ogniem, próbując odcinać po kawałku czy starając się wykopać. Nic nie było w stanie w jakikolwiek sposób naruszyć struktury dziwacznej struktury, choćby zadrapać jego powierzchni. Oczywiście niby Ingii mógł się wyprowadzić, ale... w zasadzie nic go z domu nie wyganiało. Stworzenie po prostu tam było, siedząc jak wyjątkowo osobliwa ozdoba pokoju, nieruchomo, zawsze w tym samym rogu. Jednak Iliiwinianin, pomimo tego, że się nie wyprowadzał, martwi się, bo dziw nieco się zmieniał. Z ciekawości co jakiś czas bardziej się nim interesował i dzięki temu udało mu się zmierzyć, że przez pierwsze sześć miesięcy „ramiona” żyjątka wydłużyły się o jeden igsiil, równy mniej niż milimetrowi. Przez następne sześć natomiast o dwa igsille. Przez następne o cztery...
Jednym z największych cudów techniki Iliiwi jest dostępne dla każdego urządzenie stanowiące połączenie przepowiadacza przyszłości z wehikułem czasu – coś, co pozwala nam przelecieć kilka alternatyw przyszłości i powołać do istnienia tylko tę, która nam się podoba. Ingii Enwiinifi często jest pytany, dlaczego nie wykorzysta czaso-mysłu do usunięcia dziwactwa ze swojego domu, ale uparcie pozostaje przy swoim – nie zrobi tego i nie powie, dlaczego. Ale to nie jest prawda – Ingii już dawno wykorzystał możliwości dawane mu przez urządzenie, zarówno próbując zniszczyć zielone stworzenie za wszelką cenę, włącznie ze swoim domem, jak i sprawdzając opcję powiedzenia komukolwiek o swoich przemyśleniach oraz przenosząc się w najodleglejszą przyszłość w celu ich sprawdzenia. Niestety przewidywania potwierdziły się – jego zielony współlokator działał zgodnie z matematyką, nieosłabiony przez czas ani odległość. Po około siedemdziesięciu miesiącach, których już Ingii nie doczeka, wpływ dziwadła stanie się odczuwalny dla jego domu i naprawdę widoczny, natomiast po kolejnych siedemdziesięciu... Nie było jednak żadnego rozwiązania, ani jedna wersja wydarzeń nie dawała szans na ocalenie świata, tajemnicze paskudztwo zawsze przeżywało, niezależnie od tego, jak wiele nacji jednoczyło się, by je stąd wygryźć i jak wielu ludzi było gotowych zginąć razem z nim. Tym, co Ingii wybrał jako najrozsądniejsze, to zachowanie wiedzy na temat tego, co zobaczył, dla siebie, i wiara, że mieszkańcy Iliiwi wykorzystają pozostałe im kilka setek miesięcy na szczytne cele, szerzenie dobroci wobec siebie i zdobywanie doświadczeń, zamiast marnować je na wieczną walkę z czymś, czego nie można pokonać.

Trudno powiedzieć, dlaczego Inineniige napisał tę książkę, tym samym zdania krytyków są podzielone i bardzo różnorodne. Według niektórych jego zamiarem był horror psychologiczny oparty na wewnętrznej tragedii głównego bohatera i jego wizjach, w których miesza się to, co widział podczas swoich samotnych podróży, z tym, co po prostu przychodzi mu do głowy. Inni twierdzą, że to właśnie te abstrakcyjne, nierealne wizje były głównym celem artystycznym, a motyw niezwykłego stworzenia (które czasem też jest tu zaliczane do urojeń) jest tylko pretekstem do snucia cudacznych rozważań. Są też tacy (w większości pochodzący z konstelacji planet Imperium Zyngwozian), którzy twierdzą, że najmocniejszy nacisk został tu położony na motywy bitewne, całkiem często w tych wizjach się pojawiające, i że książka stanowi zachętę i pochwałę prób walki o własne życie, nawet jeśli nie ma to wpływu na nasze przeznaczenie. Nie chciałabym oczywiście sugerować wyższości którejkolwiek*, jednak do mnie najbardziej przemawia ta, zgodnie z którą zielone coś jest metaforą nieuchronnego końca, który w mniejszej czy większej skali stoi na drodze wszystkiego co robimy lub czym jesteśmy, i którego świadomość nigdy nas nie odstępuje. Mam wrażenie, że można bardzo dosłownie potraktować ostatnie wnioski głównego bohatera, który postanawia nie obarczać współrodaków wiedzą o zbliżającej się apokalipsie, pozwalając im się cieszyć życiem i wszystkim, co mają, i nie tracić sił na próbę zapobiegnięcia czemuś, do czego i tak musi dojść. Świadomość końca nie powinna nas zatrzymywać, ograniczać, bo myśląc o nim i bojąc się nie zyskamy czasu ani niczego innego. Autor zdaje się pochwalać beztroskie zapomnienie, w którym możemy się poczuć szczęśliwi oraz dawać szczęście innym, choć pozornie wydaje się to niezbyt mądre. Obawy i zastanowienie budzi jedynie Ingii Enwiinifi właśnie, który wie i już się tej wiedzy nie pozbędzie. Ukrywając ją przed innymi, a nawet niekiedy walcząc o to, by ktoś inny nie wykorzystał czaso-mysłu do poszukiwań, czyni się nieszczęśliwym i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ma się wrażenie, że dręczy go odpowiedzialność za los całej planety, jak gdyby to on swoją decyzją wybrał dla niej zakończenie.
Coś bardzo frapującego, zastanawiającego i zyskującego dziwną iskierkę nadziei dokładnie wtedy, gdy przepadają ostatnie szanse na dobre zakończenie.


A na zakończenie – niespodzianka! Następna recenzja otworzy nam miesiąc czerwiec i tym samym będzie pierwszą z tematycznej serii Czerwiec z Intrawikiem aw Łelorą, który ponad rok temu podbił serca Czytelników książką Złodziej kamieni. Wierzę, że sprostam wyzwaniu i się Wam spodoba ;)


_______________
*Sam Inineniige Igsi Iwelii odżegnuje się jednakowo od każdej teorii, powtarzając uparcie, że nic nie pamięta. Co to idei i zamiarów tego zachowania interpretatorzy również nie są zgodni.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

48.Ta niezwykła osobowość” (Wterg Bsys Awzona Too Iuwi)

Bohaterem książki jest chłopak imieniem Alaksanir Omniwi Bsys, jednak opowiada ona nie tyle o nim i jego ucieczce z rozpadającej się planety, Egminy, ale o osobliwości życia na tej planecie, podług której się ono rozwinęło. Widocznej nie na pierwszy rzut oka - gdybyśmy odwiedzili ją przed katastrofą, zobaczylibyśmy przyjazne przestrzenie urozmaicone górami i jeziorami, rośliny o całkiem znajomych kształtach oraz oczywiście mieszkańców - nadzwyczaj podobne do ludzi drobne istoty o jasnej skórze i zastanawiająco zielonych oczach - zasiedlających maleńkie, złożone z glinianych domków przyleśne osady. Zachowanie owych ludzi wydałoby się nam jednak dziwne - zamiast polować czy uprawiać pola, większość czasu poświęcali na milczące spacery lub po prostu coś, co przypominało nasłuchiwanie. To, do czego my potrzebowalibyśmy snu i jedzenia, im zastępowało wchłanianie tego, co było rozproszonego w powietrzu. Czego? Trudno opisać to osobie, która nie jest Fizonionem, jak nazywali siebie inteligentni Egminianie, ale podobno stanowiło coś w rodzaju informacji, prostej, nie dotyczącej niczego konkretnego wiedzy, posiadanej, rozwijanej i rozpylanej przede wszystkim przez rośliny, ale też przetwarzanej przez innych "słuchających". Niecodziennym widokiem było patrzeć jak dziesiątki na wpół zamyślonych Fizonionów stoi nieruchomo pośród falujących trawowych liści i... po prostu słucha.
Gdy Alaksanir zaciskał dłonie na sterach swojej rakiety, z pewnością miał jasność co do tego, że już więcej ani on, ani nikt inny nie ujrzy tego widoku. Wystarczyły sekundy, żeby niespodziewana ognista kometa zmieniła spokojną planetkę w morze lawy i kamieni, zabijając wszystko na swojej drodze. Bardzo niewielu szczęściarzy zdołało dopaść statków kosmicznych i uniknąć zagłady, rozpierzchając się grupkami na wszystkie strony galaktyki w poszukiwaniu drugiego świata, który pozwoli im żyć. Alaksanir podczas swojego samotnego lotu skupiał się tylko na tym - jak znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł chłonąć myśli z powietrza?
Ciągnąca się w nieskończoność wędrówka przez kosmos nie pozostawiła mu wątpliwości co do tego, jak bardzo Egmina była wyjątkowa - sześć pierwszych napotykanych światów, choć zamieszkałych przez stworzenia myślące, posiadały ekosferę kompletnie milczącą, sterylną. Ostatnią z nich była Ziemia. Niestety, bo choć myśli Ziemian były odizolowane od rzeczywistości jak wszędzie i puste powietrze nie dawało zrozpaczonemu Alaksanirowi żadnych środków do życia, jego statek nie był już w stanie dalej lecieć...
Z każdym dniem chłopak coraz dotkliwiej odczuwał, jak jego myśli śmiertelnie zanikają, zżerane przez wdzierającą się z każdej strony pustkę. Odkąd dotarł na gęsto zaludniony ląd, do wielkich, kolorowych miast, otaczały go rozmowy i krzyki, jednak pomimo że z czasem nauczył się rozumieć i lubić ten język, te mieszane szepty nie wystarczyły, żeby dodać mu energii.
Gdy nie było już siły, a z biegiem czasu i nadziei, na szczęście wciąż pozostawała ciekawość i chęć wędrowania po świecie tak podobnym do Egminy. To ta ciekawość zaprowadziła wycieńczonego Fizoniona do biblioteki i... nauczyła go czytać. Czytać, zamiast słuchać, wiedzy zapisanej i uśpionej, która najpierw przywróciła mu życie, a potem rozwinęła wokół niego myślową, egminiańską aurę, której nikt inny nie mógł odczuwać. Czy na pewno nikt?...

Autor, pochodzący z sąsiadującą niegdyś z Egminą Sanirianlę, był na Ziemi tylko raz, ale od razu zauroczył go ogrom papierowej, nieożywionej książkowej informacji - wynalazku, z którym dopiero co zaznajamia się jego planeta, i całkiem nieznanego w zamierzchłych czasach zniszczonej rasy Alaksanir. Oraz to, jak ożywa ona w myślach odszyfrowujących je Ziemian. Wterg Bsys Awzona jak nikt inny poskładał swoje obserwacje i zdał sobie sprawę, jak niezwykłym doświadczeniem dla Fizonionów byłoby czytanie i jak wspaniałym miejscem do życia byłaby dla nich trzecia planeta od Słońca.
Jak już wspomniałam, nie jest to opowieść o samym Alaksanirze (choć wydarzenia niewątpliwie nas do tej postaci zbliżają), a właśnie o tej cesze jego narodu, która sprawia, że duża lub zbyt mała ilość pobudzających wyobraźnię historii może doprowadzić kogoś do euforii lub do śmierci. Oraz o Mirandzie, która pojawia się w tle niewiadomo kiedy, coraz bardziej zafascynowana widywanym co dzień przybyszem, który za pierwszym razem wygładał tak, jakby miał zaraz zniknąć. I która ma być dowodem na to, że fizonionowatość jest... zaraźliwa. Czy faktycznie jest? Wraz z kolejnymi stronami odnosimy wrażenie, że nie da się do końca ustalić, czym owa fizonionowatość jest. Podobnie jak Miranda ma coraz większe trudności z ustaleniem, kim teraz jest i dlaczego coraz ciężej jej żyć poza biblioteką - z dala od książek i... od Alaksanira. To nie jest książka o nim, bo gdy on wraca do zdrowia i wydaje się, że najgorsze już za nami, ona zaczyna coraz bardziej słabnąć, przygnieciona siłą, z którą nigdy nie miała styczności, a od której nie chce się uwolnić...
Niezwykle i w każdej chwili przejmująca opowieść o wielu aspektach i sprzecznościach ludzkiego (i nie tylko) życia. A przy okazji szalenie wzruszająca.

poniedziałek, 10 listopada 2014

38.Dopóki słońce nie zgaśnie” (Śti Ćesti Eiś)

Po pierwsze: dziękuję wszystkim za udział w ankiecie, za pomocą której sprawdzić, jak roznosi się wieść o blogu Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i skąd znają mnie czytelnicy. Głosujących nie było wielu, jednak wynik i tak mnie zaskoczył - nie spodziewałam się, że tak wielu z Was znalazło mnie w miejscach, których nie znam.
Podobnie cieszę się pozytywnym przyjęciem nowej metody aranżacji postów, w postaci dodatku z tagami na belce - myślę, podobnie jak Meg, że odrobina porządku bardzo się nam przyda. W planie miałam zapowiedzieć obie ciekawostki, jednak roztargnienie tamtego dnia sprawiło, że nie pamiętałam o niczym prócz głównego punktu programu. Tym bardziej cieszy mnie bardzo pozytywne przyjęcie. Jesteście czytelnikami, na których zawsze można liczyć.
Czas na recenzję dzieła, które w odróżnieniu od poprzedniego, nie będzie optymistyczną lekturą.

Historia zaczyna się od niecodziennego zdarzenia - oto na planecie Źfaija ląduje coś, co po bliższych oględzinach doświadczonych filozofów techniki słusznie zostaje uznane za sondę kosmiczną. Kilka rzędów rur-czułek, wysuwających się ze znacznych rozmiarów kadłuba i filtrujących żelowaty grunt, jednoznacznie świadczyło o badawczych zamiarach urządzenia. Początkowe wątpliwości wzbudził jedynie kształt i tworzywo dziwnego obiektu - kształt kulisty nie wydawał się Źfaijanom odpowiedni dla urządzeń poruszających się w przestrzeni międzyplanetarnej, natomiast kamień i piaskowiec, z którego sonda była zbudowana, zalicza się u nich do materii organicznej. Nie zmieniło to jednak zachwytów i zainteresowania wobec przybysza, który zapowiadał wiele wspaniałych, wyjątkowych i doniosłych wydarzeń.
Stało się jednak inaczej. Z obserwacji, którym Źfaijanie od pierwszych chwil na bieżąco poddawali zachowanie sondy, wynikło, że niezależnie od miejsca, które analizowała, nie znalazła niczego, co wprowadziłoby zmiany w jej monotonnym, standardowym działaniu. Nie znalazła na planecie życia, choć przecież w azotowej mazi pod nią nie brakowało organicznych drobin piasku i żwiru - co bardzo rozczarowało tubylców. Filozofowie prędko wyciągnęli wniosek - to nie takiego rodzaju życia poszukuje to urządzenie. Tutejsza biologia wychodzi daleko za zakres tolerancji tego, czego budowniczy tej sondy znali, przez co Źfaijanie nie różnili się dla niej od naturalnej nieożywionej przyrody, a ich planeta - od innych kosmicznych skałek.
Pozostało więc pogodzić się z porażką i pozwolić odlecieć kończącej pracę maszynie. Jednego z naukowców, niejakiego Eće Źaksi tknęło jednak złe przeczucie - wyglądało na to, że nie ma ona wystarczającej ilości energii, żeby oprzeć się grawitacji, panującej na planecie. Skąd ją więc weźmie? Zanim zdał sobie sprawę z możliwych konsekwencji tego faktu, niepozorna sonda zaczęła się przeformowywać. Kulista powłoka rozłożyła się w kwarcowy panel słoneczny, a z wnętrza wyszło szereg mniejszych urządzeń wyposażonych w płozy i szczypce. Eće prędko zorientował się, że i wraz z tą energią statek nie wystartuje - po co więc marnuje ją na ładowanie robotów? Dopiero gdy ruszyły one w stronę najbliższych zamieszkałych osad, zrozumiał, co naprawdę się dzieje - sonda została zaprogramowana na dobudowanie sobie niezbędnej ilości paneli słonecznych, czego nie zrobi bez użycia organicznego kamiennego budulca zawartego w istotach żywych... Sprawa była tym dramatyczniejsza, że światło niewielkiego, blisko położonego słońca było tak słabe, że sonda nie będzie mogła zebrać niezbędnej energii inaczej niż otaczając je kosmiczną, kwarcową tarczą w całości, co wkrótce zaczęło się sprawdzać.


Pragnienie nawiązania kontaktu z mieszkańcami innych planet nie jest obce żadnej cywilizacji. Podobnie jak niewiedza na temat tego, jak ci mieszkańcy mogliby wyglądać. Często, z powodu oczywistej niemożliwości zbadania każdej kombinacji, która mogłaby prowadzić do syntezy życia, podejmowano się uproszczeń i ograniczeń. Co miało skutki tym gorsze, że obiekty badawcze, wysyłane przez pierwszych zdobywców kosmosu, prędko były wyrywane spod kontroli przez odległość. Z tego powodu, niezależnie od wiedzy, która rozwijała się na ich matczynej planecie, oderwane od niej sondy, działające według starych zasad, potrafiły jeszcze całe wieki siać postrach na napotkanych planetach. Zwłaszcza w przypadku wystąpienia usterek, każących im się replikować w niekontrolowany sposób lub dziobać wszystko wokół bez opamiętania, w celu zbierania próbek. Dziś, dzięki kosmicznej policji wychwytującej mechaniczne wybryki, przypadki takie są o wiele rzadsze niż dawniej, w czasach, gdy nie było jeszcze nas na Ziemi. Wtedy niemal każda cywilizacja położona w bardziej zaludnionym skupisku gwiazd, musiała być gotowa walczyć o swoją planetę z czymś, co nawet nie miało świadomości, co naprawdę robi. Oczywiście (i na szczęście) żaden z tych incydentów nie był aż tak wstrząsająca, jak to, przez co musieli przejść Źfaijanie. Programy automatu, który stworzył Śti Ćesti Eiś, daleko przewyższała sondy, które kiedykolwiek „napadły” planetę naprawdę; sztuczna inteligencja żadnej z nich nie była sprytna i zapobiegliwa, by uczynić je tak bezwzględnymi i odpornymi na ludzkie działania. Podczas gdy w rzeczywistości nawet większych rozmiarów urządzenie badawcze dało się w jakichś sposób rozmontować w ciągu naszego tygodnia, tutaj konfrontacja trwała wiele miesięcy i Eće naprawdę musiał się namęczyć, zanim znalazł na nie sposób, a także sprzymierzeńców, w tym konstruktora Ćri Ikśczi. W międzyczasie jednocześnie, podobnie jak i wszyscy wokół, przechodzi przemianę od pokojowo nastawionego naukowca, widzącego jedyną szansę w ucieczce, do szalonego buntownika, który pod wpływem odwagi jest w stanie zrobić wszystko. Niektórym nie podoba się przerysowanie problemu porzuconych sond, więcej jest jednak tych, którzy nie mogą wyjść z zachwytu nad niesamowitą atmosferą grozy, która pochłonęła planetę, ze straszącymi na niebie kłami paneli słonecznych, które niczym gigantyczny zegar odliczają czas do końca świata.
Ta książka to nie tylko strach, niesiony przez kosmiczne automaty, ale i odwaga i błyski geniuszu, dzięki którym udało się z nimi wygrać.

poniedziałek, 1 września 2014

28.Narodzony Zimą” (Veona Janknai)

Obrazem, z którym młody, na naszą miarę nastoletni, Sueja najmocniej kojarzył swoje dzieciństwo i cały otaczający go świat, były od zawsze zatopione w śniegu i w chmurach wzgórza Naniwigurii na sąsiedniej aerowyspie oraz niekończące się białe równiny, otaczające namiot ich plemienia, Eusenna. Śnieg padał, odkąd tylko sięgał pamięcią, wędrując od szarej ciemności nieba ku szarej ciemności między aerowyspami i młodzieniec nie wyobrażał sobie, żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Co prawda wielokrotnie słyszał legendy, głoszące, że parę dziesięcioleci temu, czyli mniej więcej przed jego urodzinami, światem rządziło siedem pór roku, a po jednym dniu zimy prędko nadchodziła gorąca i mokra latowiosna, nie uważał ich jednak za bardziej wiarygodne niż inne bajki wioskowej starszyzny. Jako jeden z nielicznych w ogóle niewiele uwagi poświęcał wierze i przesądom, które zdawały się być podstawą egzystencji jego sąsiadów, wątpił we wszystko, czego nie mógł zobaczyć i jasno powiązać z przyczyną. Tak samo nie znajdywał przyczyny, która miałaby uniemożliwić nadejście latowiosny, choć wielu z jego pobratymców wierzyło, że takowa istnieje.
Wszystko zmienia się, gdy jego wioskę odwiedza podróżnik ze wzgórz Naniwigurii. Trafia do niej przypadkowo, jednak od razu rozpoznaje imię Sueja, oznaczające Narodzony Zimą i jego związek ze znaną mu legendą. Opowiada on historię swojego plemienia, jak pewnej z costuletnich zimowych nocy wszystkich nawiedził sen o dziecku, z powodu którego zima się nie skończy. W tym samym śnie pojawił się też nakaz zabicia go jako jedyny ratunek przed wiecznym zimnem. Oczywiście jednak matka, z której pąków dziecko wtedy się zrodziło, zdążyła wysłać je maleńkim balonem za krawędź aerowyspy, i choć inni ludzie natychmiast wyruszyli lotomatami w pogoń, kołyska na dobre zniknęła pośród płatków śniegu. Od tego czasu chłopca nikt nie widział - jak twierdził przybysz, aż do teraz, jasno wskazując Sueję jako winnego nieszczęścia.
W pierwszej chwili chłopak wyśmiewa jego teorie - każdy w namiocie znał go przecież od dziecka i nie pozwoli zrobić krzywdy. Świat Sueji legł w gruzach, kiedy jego matka natychmiast ustąpiła, przyznając, że znalazła go lata temu w śniegu. Kiedy wszyscy pozostali, najbliżsi, których darzył zaufaniem i szacunkiem, którzy go wychowali i byli dla niego wszystkim, wycofują się poruszeni opowieścią nieznajomego, Sueja rozumie, że musi uciekać, tak jak lata temu nauczyła go prawdziwa matka. Jego ucieczka prędko zmienia się w poszukiwania - na temat tego, kim jest i co takiego może łączyć go z porami roku i snami. Odkrywa tajemnice zabobonów, a także zamarznięte ruiny krain, które kiedyś istniały, co stawia go pod coraz trudniejszymi dylematami...

Choć aerowyspa Sueji i plemię Eusenna dość szybko pozostają w tyle, a główny bohater zostaje sam, już praktycznie bez żadnych obaw o pościg, nie znaczy to, że będzie mógł zapomnieć o tych wydarzeniach. Wręcz przeciwnie - nagłe wyparcie się go ze strony pobratymców bardzo mocno się w nim odbiło i na wiele swoich późniejszych przygód nie umiał patrzeć inaczej niż przez pryzmat tego, co mu się przytrafiło. Nie mógłby się z nimi kłócić - rozumiał okrucieństwo wiecznej zimy, z każdym kolejnym dniem dziesiątkującej tę i sąsiednie wioski i pragnienie zakończenia jej za wszelką cenę. Nie budzi wątpliwości, że naprawdę potrafiłby się poświęcić dla innych, nawet jeśli nie do końca wierzyłby w skuteczność takiego rozwiązania - Dłoń Mrozu dopadnie go w końcu prędzej czy później. Oczekiwał jednak odrobiny zrozumienia, chwili zastanowienia nad ofiarą, tego, że po prostu zostanie wysłuchany. Nie mógł wybaczyć tej obojętności i bezwzględnego wyparcia się go przez ludzi, których przecież kochał. W jednej chwili stali mu się zupełnie obcy, jakby spotkali go wczoraj. Czy naprawdę nic dla nich nie znaczył? Czy będą za nim tęsknić?
Uczucie rozdarcia pomiędzy wyrzutami a żalem rozłąki nie odstępowało go na krok. Zarówno gdy po wielu godzinach rozmyślań był o krok od poddaniu się wyrokowi legendy i oddaniem życia w zamian za odmianę pogody, jak i gdy zamyślał się nieznanymi aerowyspami zabudowanymi czarownymi kolumnadami, na które nagła katastrofa sprowadziła metaforyczną wieczną zmarzlinę i zapomnienie. To jednak wciąż tylko jego punkt widzenia, który autor tylko w nielicznych przypadkach podsuwa nam wyraźnie. O wiele więcej jest rzeczy „jednoznacznych”, jak wspomniane porzucone miasta, po których pozostały zaledwie namioty półdzikich plemion, czy tajemnice skryte za kolejnymi warstwami chmur, które bez pośpiechu ukazują nam kolejne elementy układanki przeznaczenia Sueji i sens tego, co dotąd wydawało się nie mieć sensu.
Barwna, pomimo bieli śniegu, opowieść, pełna pięknych odkryć i zaskoczeń tak w sensie dosłownym, jak metaforycznym, które z czasem zmazują ból największych rozczarowań.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

18.Nieznane” (Jarjaae Kantomil)

Pewnego dnia niczego niespodziewających się mieszkańców wschodniej połowy planety Welji ogarnęło coś, czego nikt nie potrafił wytłumaczyć ani powstrzymać - wszyscy zaczęli mówić prawdę. Mieli co prawda możliwość milczenia, jednak gdy tylko próbowali cokolwiek powiedzieć, na wierzch wychodziły sekrety i opinie, których nigdy by przed rozmówcą nie wyjawili. Niepokojące początkowo zjawisko szybko zmieniło się w katastrofę o przerażających skutkach - w ciągu paru obiegów księżyca Trimsanda dookoła planety (porównywalnych z ziemskimi tygodniami) upadło kilkanaście rządów, obalonych przez wściekłych, oszukiwanych obywateli, zamknięto dziesiątki tysięcy firm i instytucji, rozpadały się małżeństwa, odkrywane fakty co chwilę doprowadzały kogoś do morderstwa lub samobójstwa, panowała panika, obłęd i chaos. W nielicznych z nierozbitych jeszcze organizacji i laboratoriów trwały próby odnalezienia przyczyny klątwy i uratowania drugiej połowy planety, na którą powoli zjawisko się rozprzestrzeniało, jednak na próżno. Nikt nie mógł zrozumieć, co się dzieje.
Sprawa wyjaśnia się dopiero, gdy po dziesięciu obrotach Trimsanda nad Welją zjawiła się sterowana kometa wojenna dowodzona przez Elenlanian. Ich odwieczni wrogowie, Aomowie, porzucili na Welji Pierścień Prawdy - jeden z sześciu królewskich insygniów doskonałości, które oczywiście Elenlanie zamierzają kolejno zniszczyć. Rozbita wewnętrznie Welja otrzymuje ultimatum - albo pierścień zostanie im odesłany w ciągu jednego obrotu księżyca, albo zostanie usunięty razem z całą planetą. Radary dowódców komety wskazują, że wylądował gdzieś w obszarze międzygranicznej dżungli - ale gdzie dokładnie? Czy zebrani w ostatniej chwili ochotnicy faktycznie oswoili się już z jego działaniem na tyle, żeby się do niego zbliżyć i nie pozabijać nawzajem?

Prawda kojarzy się z czymś dobrym, tutaj natomiast jest najpoważniejszym wyzwaniem, z którym trzeba się zmierzyć, znacznie gorszym od groźby Elenlanian. Nie, żeby bohaterowie mieli coś na sumieniu - większość z nich wyruszyła z najczystszymi intencjami przywrócenia planecie normalności. Żołnierz Waszdifijo, niczym wycięty z amerykańskich opowieści, uważa się wręcz za wzór cnót; jego zabawnym, cynicznym nieco przeciwieństwem jest niesłusznie mimo wszystko zdymisjonowany lata temu prezydent, Di Runa, który teraz chce odzyskać dobre imię. Z bardziej osobistych powodów w grupie pojawili się Si Doriw i Welpnis – ona: chcąc naprawić małżeństwo rodziców, on: w celu przywrócenia swojej firmy do życia. Jedynym wyjątkiem jest Eramoren, który ma nadzieję zataić milczeniem swój plan przejęcia pierścienia i zrujnowania za jego pomocą kraju Sybrilli, znajdującego się na chwilowo bezpiecznej stronie planety. Jednak nawet on pod wpływem wypływającej z siebie prawdy przekona się, że jego zamiary są o wiele głębsze i nie aż tak egoistyczne, jak mu się wydawało. Każdego z piątki poszukiwaczy czeka niespodzianka ich własnej osobowości. Najbardziej jednak zdziwi się (i przestraszy) Welpnis, który dowie się, że jest zakochany w swojej dawnej znajomej, Si Doriw.
Bohaterowie nie mają nic na sumieniu - po prostu jak każda istota niedoskonała mają wady i słabości, a co za tym idzie: myśli, nad którymi nie są w stanie zapanować, i wiedzę o nich. Nie uświadczymy tu długich filozoficznych przemyśleń, jednak nie były one Jarjaae potrzebne, by już na pierwszych stronach dać nam do zrozumienia, że prawda może być czymś dobrym tylko w świecie absolutnie idealnym, takim jaki stworzyli Aomowie. Ktoś, kto popełnia błędy, i nie na wszystko zna odpowiedź, potrzebuje czasami wykręcić się nieszczerością, żeby ukryć swoje wady i chronić przed nimi siebie i innych, jak za ścianą bezpiecznej (choć przekolorowanej) iluzji. Jarjaae sugeruje, że prawda nie jest równoważna szczęściu, że łatwo nią zrobić krzywdę, i dodaje, że bliżej szczęścia jest umiejętności rozsądnego jej dawkowania, wyczuwania równowagi, tego, co powinno się powiedzieć, a co nie. Pomimo surwiwalowych niemal przygód w niezamieszkanych dzikich błękitnych lasach, to właśnie ta zdolność umożliwiła im ostatecznie dotarcie do celu.
Powieść przygodowa, romans, filozofia, a może nawet historia apokaliptyczna? Każdy zobaczy w tym, co zechce i pod każdym względem się sprawdzi.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

07.Trzymaj mnie za rękę” (Ninoff Dee Plai)

Na planecie Miza 18 ma miejsce straszna katastrofa - jedna z największych elektrowni kwantowych w kolonii Miza Zean eksploduje. Zanim jednak władze będą mogły poświęcić się badaniu przyczyn incydentu, trzeba zająć się natychmiastowym ratowaniem pracowników, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Nie jest to łatwe - uszkodzenie maszynerii manipulującej delikatną makrostrukturą kwantową spowodowało zachwianie stabilności okolicznej rzeczywistości. Nieuchwytny stan właściwy zazwyczaj jedynie dla elektronów przeniósł się na obiekty ponadatomowe - dopóki dwójka ludzi się widzi, wszystko jest w porządku, ale kiedy jeden z nich znika za drzwiami, zaczyna działać zasada nieoznaczoności Heisenberga, zgodnie z którą mamy jedynie prawdopodobieństwo, że on faktycznie tam jest. Jedno zdarzenie sprawiło, że rzeczywistość stała się kombinacją rzeczywistości równoległych do samej siebie, niczego nie można było przewidzieć. W takiej sytuacji bezradne władze mogły zwrócić się tylko do fundacji FIZYKI, która wyznaczyła do zadania swojego najlepszego agenta, VegaMarka. Jedynymi urządzeniami, które mogły mu się przydać, był krótkodystansowy stabilizator rzeczywistości i sonar namierzający poszkodowanych, jednak tak naprawdę wszystko zależało jak zawsze od jego wiedzy, zapierających dech zdolnościach konstrukcyjnych i talencie do improwizacji. Wkrótce po jego teleportowaniu wychodzą na jaw pierwsze wskazówki na temat tego, co spowodowało wybuch, jednak wtedy łączność z VegaMarkem zostaje tajemniczo zerwana...

Mówi się, że VegaMark, niezwykle popularny bohater siedemnastotomowej (i nadal nie zakończonej!) serii o swoich przygodach, potrafiłby zrobić mały wszechświat z dętki rowerowej*, nie dziwi więc że FIZYKI z miejsca postawiła właśnie na niego. Nie będzie żadnym spoilerem dla jego fanów, że i tym razem uda mu się przywrócić wydarzeniom właściwy bieg, jednak i ich zapewne kolejny raz zaskoczą metody, jakimi to osiągnął, choćby wykorzystanie długopisu magnetycznego jako bariery porządkującej czy kawałków plastiku do odwrócenia praw Murphiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, z jakimi VegaMark miał dotąd styczność i nawet pomimo stabilizatora rzeczywistości każda pomyłka może skutkować zapadnięciem się do równoległego wszechświata. Mówi się wręcz, że grozę tej historii da się porównać tylko Punktem w przeszłości, gdy musiał powstrzymać Ramdoka od wymazywania minionych zdarzeń, a przecież jak wiadomo wszystkie historie z największym antagonistą VegaMarka stoją o klasę wyżej od reszty.
Sprawę utrudnia dodatkowo niejaka Perri, którą główny bohater wyciąga z potrzasku wkrótce po zapoznaniu się z otoczeniem. Co ciekawe, utrudnia nie tylko jemu samemu (przede wszystkim ciągle odciągając uwagę ciągłym wpadaniem w kłopoty), ale i autorowi, który z malowniczością mechaniki kwantowego świata radzi sobie lepiej niż sposobem myślenia istot płci nie-męskiej**. Z drugiej strony istnieje szansa, że jej dziecinny, niezbyt sensowny charakter nie był kwestią przypadku. Jej zachowanie nie irytuje, a wręcz przeciwnie - dodaje akcji wesołości i rozładowuje napięcia, którego od pierwszych zdań jest aż nadmiar. Trzeba też dodać, że owa Mizaninka występuje tu nie tylko w roli sympatycznej osóbki, którą Dee Plai w każdym odcinku urozmaica VegaMarkowi życie i wymusza wyjaśnienia, ale też bardzo przydatną, kiedy trzeba będzie uspokajać spanikowanych pracowników elektrowni, z czym oczywiście nieśmiały do przesady VegaMark sam nie dałby sobie rady. Ma też pewien sekret, który daje jej własne, genialne pięć minut w finale i sprawia, że jakoś udaje się nam wybaczyć nawet ciągłe przypominanie o dość drażniącym dla Ziemian fakcie, że agent ma wystarczająco dużo rąk, żeby jednocześnie majsterkować i trzymać ją za rękę, żeby czasem znowu nie zniknęła mu z oczu.
Ninoff Dee Plai nie byłby też sobą, gdyby nie zawarł tu przesłanki na temat ekologii, prośby o odpowiedzialność za to, co się robi. Pomimo że oszczędne, nieinwazyjne biologiczne elektrownie korzystające z różnic prawdopodobieństw wystąpienia elektronów w danych stanach stacjonarnych z każdym rokiem zwiększają swój udział na rynku zasilania, stwarzają zagrożenie nie mniejsze niż kiedyś i awarie podobne do tej ciągle się zdarzają. Nie jest to na szczęście patetyczny moralitet o wyższości tradycyjnych elektrowni jądrowych, pojawia się jednak parę słów, które skłaniają do myślenia i ani na chwilę nie przysłaniają karkołomnych wyczynów VegaMarka.
Polecam każdemu kto woli akcję opartą bardziej na myśleniu niż na bieganiu, zresztą innym też. Ja tego wynalazcę „z niczego” po prostu uwielbiam.


_______________
*Co zdumiewa trochę mniej, kiedy wie się, jak bardzo skomplikowanymi układami międzyplanetarnymi są w obrębie Miza Zean dętki rowerowe, że o samych rowerach nie wspomnę.
**W kolonii Miza Zean jest dokładnie siedem płci. Już dawno zauważono, że Dee Plai potrafi pisać przekonująco tylko o dwóch z nich, przy czym nie o swojej własnej.

poniedziałek, 10 marca 2014

03.Ciemne Oceany” (Sinna Ki)

Historię cywilizacji planety Izei, pomimo całej jej różnorodności i ciągłych zwrotów w jej rozwoju, można podzielić na dwie ery, które stoją powyżej wszystkiego - czas przed Wielkim Rozbłyskiem i czas po nim, które zdawały się dotyczyć niemalże dwóch zupełnie innych cywilizacji.
W dawnym świecie planetę oplatała sieć Mona Scept, szczytowe osiągnięcie technologi jej mieszkańców, której nazwę możnaby na polski tłumaczyć jako zabawnie brzmiące wszystko blisko. Zwiększając naturalne, działające na kilkanaście metrów zdolności telepatyczne Izeanian, sprawiała, że byli oni w stanie swobodnie rozmawiać z każdym w obrębie sieci i to nawet bez świadomości dzielącej ich przestrzeni. Każdy mógł porozumiewać się i poznawać myśli dowolnego innego mieszkańca planety, jakby znajdował się on tuż obok, wspólnie się bawić, wymieniać wrażeniami i wiedzą, choć często zdarzało się, że nigdy się ze sobą nawet nie widzieli. Były to Jasne Czasy, kiedy każdy mieszkaniec Izei był otwarty na nową znajomość i rozświetlał przestrzeń swoimi myślami.
Wtedy właśnie, w pamiętnym roku 3394 według Starego Czasu, poznajemy młodą Relunę i jej telepatycznego przyjaciela, Adrika. Jak to typowe dla jej wieku, dziewczyna nie zaprząta sobie głowy rzeczywistym miejscem zamieszkania czy dokładnym wiekiem kolegi, co nie przeszkadza jej poświęcać mu więcej czasu niż na cokolwiek innego. Pomimo tego, że pierwszy kontakt był raczej kwestią przypadku, znajomość nie zerwała się, powoli zmieniając w coś o wiele bardziej głębokiego i osobistego, nie raz kończąc się rozmowami do samego zaśnięcia późno w nocy. Reluna nie wiedziała co prawda, jakie są prawdziwe (niedostępne dla telepatii) uczucia Adrika wobec niej, jednak nie interesowało jej to i, pomimo wątpliwości rodziców, wierzyła, że do szczęścia wystarczy jej, jeśli po prostu nic między nimi się nie zmieni. Nikt jednak nie podejrzewał, że na centralnej gwieździe ich układu planetarnego wzbiera właśnie największa eksplozja elektromagnetyczna w dziejach, po której nic nie miało być już takie jak przedtem. Kiedy niewiarygodna katastrofa kosmiczna w ciągu godzin przeciąża światowy układ elektryczny, bezpowrotnie niszcząc cały Mona Scept, a mieszkańców Izei wpędzając w mrok Ciemnych Czasów, Reluna po otrząśnięciu się po pierwszym szoku i uświadomieniu sobie powagi sytuacji, postanawia wyruszyć w największą i najbardziej tajemniczą podróż w swoim życiu i po ciemku odnaleźć przyjaciela, o którym tak naprawdę nic nie wie.

Jak nietrudno się domyślić, nie tylko historia planety została podzielona, ale też jej literatura. O ile jednak książkę inspirowaną jedną lub drugą epoką, o nastroju wyraźnie smutnym lub radosnym, nietrudno spotkać, o tyle utwory opowiadające o samym roku 3394, zwanym też rokiem 0 według Nowego Czasu, można policzyć na palcach jednej (ziemskiej) ręki. Tamto wydarzenie było dla nich strasznym przeżyciem, o czym najlepiej świadczy to, że pierwsze takie dzieła w ogóle zaczęły się pojawiać dopiero po trzech czy czterech pokoleniach, a jego "techniczne" skutki, w szczególności uszkodzenie legendarnego Mona Sceptu, nie zostały usunięte do dziś pomimo upływu czasu, który za pierwszym razem wystarczyłby w nadmiarze na jego budowę od początku. Sinna Ki była jedną z niewielu, którzy postanowili zmierzyć się ze wstrząsającą przeszłością, ale też, co ważniejsze, jak dotąd jedyną osobą, która nie widziała w niej tylko miażdżącej apokalipsy, a niezwykłą, choć bolesną okazję, do odkrycia w nas czegoś nowego. Niektórym jej fanom udało się zauważyć, że imię Reluna jej hiperanagramem diakrytycznym jej własnego, co tylko potwierdza realizm i szczerość jej opowieści.
Początkowo korciło mnie podebrać tytuł Dukajowi i jego Czarnym Oceanom, ale pomimo dosłownego tytułu z izeańskiego, który w tłumaczeniu oznaczałby niekończącą się wodę/niebo w kolorze braku koloru, uznałam, że byłoby to mylące. I to nie tylko dlatego, że u Dukaja to właśnie kłębiące się myśli, a nie ich brak, nadają myślni tę brzydką barwę. Jest też polska dwuznaczność słowa ciemny, która bardzo spodobałaby się Izeanianom i której nic nie mogłoby zastąpić. W rzeczy samej zapanowała nie tylko pustka, ale też ciemnota - ludzie zostali drastycznie ograniczeni do tego, co mają w zasięgu wzroku, odcięci od przyjaciół, dorobku ich własnej kultury i informacji, pojawiła się samotność i wyizolowanie poszczególnych jednostek, jeśli tylko nie były dopasowane do swojego, przypadkowego przecież, otoczenia, rozpanoszyło się cwaniactwo i nuda. Reluna przedzierała się przed to wszystko, dostrzegając rzeczy, których wcześniej nie zauważała i próbując odnaleźć w nich sens. Początkowo z obojętnością lub strachem, śpiesząc się, ale później starając się pomagać i pozostawiać po sobie choć odrobinę nadziei. Z czasem nauczyła się myśleć o Adriku nie z rozpaczą i poczuciem utraty, ale wyobrażając sobie, jak wiele będzie miała mu do opowiedzenia, z uśmiechem, odkrywając, jak wspaniałym uczuciem jest tęsknota - coś, o czym jej świat nieomal zapomniał, a które od teraz nie będzie już go opuszczać.

Nie muszę chyba mówić, że powieść kończy się happy endem :) Dla czytającego nie to jest jednak przecież najważniejsze - całkiem, jakbyśmy oglądali jakąś kosmiczną wersję Titanica, w której katastrofa jest w praktyce tylko tłem dla tego, co dzieje się w sercu bohaterki, którą można podziwiać, można ganić i której można po prostu towarzyszyć. W jednej chwili przechodzą nas ciarki, a z drugiej możemy się popłakać ze wzruszenia - to jest, pomijając wszystko inne, zachwycające.