W domu Ingii Enwiinifi żyje sobie pewne stworzenie. Przypomina trochę ziemską roślinę, trochę grzyba, trochę bakterię, ale tak naprawdę nawet sam Ingii Enwiinifi nie ma pojęcia, czym to jest. Stworzenie przypomina korzeń ziemskiego drzewa, który zamiast włazić bardziej w ziemię, wypełza na zewnątrz, jednakże mocniej przylega do podłoża i ma kolor zielony. Ingii nie wie nawet, kiedy się pojawiło – było w jego domu od zawsze, ulokowane na styku kamiennej ściany z metalową, przez cały, porównywalny do naszych trzystu lat okres dwudziestu iliiwiniańskich miesięcy, stanowiący połowę życia Ingii. Nie żeby mu się to podobało – nie raz próbował pozbyć się gada, szorując ostrymi kamieniami, wypalając ogniem, próbując odcinać po kawałku czy starając się wykopać. Nic nie było w stanie w jakikolwiek sposób naruszyć struktury dziwacznej struktury, choćby zadrapać jego powierzchni. Oczywiście niby Ingii mógł się wyprowadzić, ale... w zasadzie nic go z domu nie wyganiało. Stworzenie po prostu tam było, siedząc jak wyjątkowo osobliwa ozdoba pokoju, nieruchomo, zawsze w tym samym rogu. Jednak Iliiwinianin, pomimo tego, że się nie wyprowadzał, martwi się, bo dziw nieco się zmieniał. Z ciekawości co jakiś czas bardziej się nim interesował i dzięki temu udało mu się zmierzyć, że przez pierwsze sześć miesięcy „ramiona” żyjątka wydłużyły się o jeden igsiil, równy mniej niż milimetrowi. Przez następne sześć natomiast o dwa igsille. Przez następne o cztery...
Jednym z największych cudów techniki Iliiwi jest dostępne dla każdego urządzenie stanowiące połączenie przepowiadacza przyszłości z wehikułem czasu – coś, co pozwala nam przelecieć kilka alternatyw przyszłości i powołać do istnienia tylko tę, która nam się podoba. Ingii Enwiinifi często jest pytany, dlaczego nie wykorzysta czaso-mysłu do usunięcia dziwactwa ze swojego domu, ale uparcie pozostaje przy swoim – nie zrobi tego i nie powie, dlaczego. Ale to nie jest prawda – Ingii już dawno wykorzystał możliwości dawane mu przez urządzenie, zarówno próbując zniszczyć zielone stworzenie za wszelką cenę, włącznie ze swoim domem, jak i sprawdzając opcję powiedzenia komukolwiek o swoich przemyśleniach oraz przenosząc się w najodleglejszą przyszłość w celu ich sprawdzenia. Niestety przewidywania potwierdziły się – jego zielony współlokator działał zgodnie z matematyką, nieosłabiony przez czas ani odległość. Po około siedemdziesięciu miesiącach, których już Ingii nie doczeka, wpływ dziwadła stanie się odczuwalny dla jego domu i naprawdę widoczny, natomiast po kolejnych siedemdziesięciu... Nie było jednak żadnego rozwiązania, ani jedna wersja wydarzeń nie dawała szans na ocalenie świata, tajemnicze paskudztwo zawsze przeżywało, niezależnie od tego, jak wiele nacji jednoczyło się, by je stąd wygryźć i jak wielu ludzi było gotowych zginąć razem z nim. Tym, co Ingii wybrał jako najrozsądniejsze, to zachowanie wiedzy na temat tego, co zobaczył, dla siebie, i wiara, że mieszkańcy Iliiwi wykorzystają pozostałe im kilka setek miesięcy na szczytne cele, szerzenie dobroci wobec siebie i zdobywanie doświadczeń, zamiast marnować je na wieczną walkę z czymś, czego nie można pokonać.
Trudno powiedzieć, dlaczego Inineniige napisał tę książkę, tym samym zdania krytyków są podzielone i bardzo różnorodne. Według niektórych jego zamiarem był horror psychologiczny oparty na wewnętrznej tragedii głównego bohatera i jego wizjach, w których miesza się to, co widział podczas swoich samotnych podróży, z tym, co po prostu przychodzi mu do głowy. Inni twierdzą, że to właśnie te abstrakcyjne, nierealne wizje były głównym celem artystycznym, a motyw niezwykłego stworzenia (które czasem też jest tu zaliczane do urojeń) jest tylko pretekstem do snucia cudacznych rozważań. Są też tacy (w większości pochodzący z konstelacji planet Imperium Zyngwozian), którzy twierdzą, że najmocniejszy nacisk został tu położony na motywy bitewne, całkiem często w tych wizjach się pojawiające, i że książka stanowi zachętę i pochwałę prób walki o własne życie, nawet jeśli nie ma to wpływu na nasze przeznaczenie. Nie chciałabym oczywiście sugerować wyższości którejkolwiek*, jednak do mnie najbardziej przemawia ta, zgodnie z którą zielone coś jest metaforą nieuchronnego końca, który w mniejszej czy większej skali stoi na drodze wszystkiego co robimy lub czym jesteśmy, i którego świadomość nigdy nas nie odstępuje. Mam wrażenie, że można bardzo dosłownie potraktować ostatnie wnioski głównego bohatera, który postanawia nie obarczać współrodaków wiedzą o zbliżającej się apokalipsie, pozwalając im się cieszyć życiem i wszystkim, co mają, i nie tracić sił na próbę zapobiegnięcia czemuś, do czego i tak musi dojść. Świadomość końca nie powinna nas zatrzymywać, ograniczać, bo myśląc o nim i bojąc się nie zyskamy czasu ani niczego innego. Autor zdaje się pochwalać beztroskie zapomnienie, w którym możemy się poczuć szczęśliwi oraz dawać szczęście innym, choć pozornie wydaje się to niezbyt mądre. Obawy i zastanowienie budzi jedynie Ingii Enwiinifi właśnie, który wie i już się tej wiedzy nie pozbędzie. Ukrywając ją przed innymi, a nawet niekiedy walcząc o to, by ktoś inny nie wykorzystał czaso-mysłu do poszukiwań, czyni się nieszczęśliwym i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ma się wrażenie, że dręczy go odpowiedzialność za los całej planety, jak gdyby to on swoją decyzją wybrał dla niej zakończenie.
Coś bardzo frapującego, zastanawiającego i zyskującego dziwną iskierkę nadziei dokładnie wtedy, gdy przepadają ostatnie szanse na dobre zakończenie.
A na zakończenie – niespodzianka! Następna recenzja otworzy nam miesiąc czerwiec i tym samym będzie pierwszą z tematycznej serii Czerwiec z Intrawikiem aw Łelorą, który ponad rok temu podbił serca Czytelników książką Złodziej kamieni. Wierzę, że sprostam wyzwaniu i się Wam spodoba ;)
_______________
*Sam Inineniige Igsi Iwelii odżegnuje się jednakowo od każdej teorii, powtarzając uparcie, że nic nie pamięta. Co to idei i zamiarów tego zachowania interpretatorzy również nie są zgodni.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podrozewczasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podrozewczasie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 maja 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
63. „Pusty przystanek” (Numar Warsawio)
Mówi się, że kilka paradoksów nie jest w stanie zniszczyć Wszechświata; że pojawiające się epizodycznie sprzeczności wydarzeń, będące wynikami podróży w czasie, czy niespójności występujące przy okazji zetknięcia się nie pasujących do siebie wymiarów to maleńkie skaleczenia wpisane w jego naturę, które nie mogą zaburzyć jego stabilności. W jakiś jednak sposób Wszechświat musi sobie z nimi radzić. Musiało istnieć w nim miejsce, do którego spływają i gromadzą się zniekształcenia prawdopodobieństwa, punkt nieskończoności, który byłby czarną dziurą, gdyby opierał się na grawitacji i materii. Wonanonianie wiedzieli, gdzie się ono znajduje i jak działa. I trudno powiedzieć, skąd, skoro wcale nie przypominało ono mrocznego obiektu kosmicznego – z jakiegoś powodu prawa fizyki wędrujące po zakrzywionych torach nieprawdopodobieństwa uformowały się w najzwyklejszy przystanek. Przystanek, z którego – zapewne po każdej większej burzy paradoksów i kosmicznych zawirowań czasu – okazjonalnie, co parę dziesiątek ziemskich lat, losowo i nigdy nie wiadomo, kiedy, odjeżdżał autobus. Nikt nie wiedział, dokąd...
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
Książka wprowadza nas w wydarzenia w momencie, gdy na wiecznie pusty przystanek przywędrował Wonanonianin, niejaki Alwiris. To właściwie wszystko, co na tę chwilę o nim wiemy, poza tym, że przyniósł ze sobą cały bagaż ciężkich doświadczeń i problemów, które nie pozwalają mu wrócić tam, skąd przyszedł, a jednocześnie za najsensowniejsze z rozwiązań każą uważać wyniesienie się z tego Wszechświata przy pomocy tajemniczego autobusu, który, jak mówi mu intuicja, ma właśnie przyjechać. Choć autor niczego nie chce o nim zdradzić, widać, że Alwirisa drażni kilka dylematów, objawia się też wybiórcza amnezja, która zdaje się ukrywać przed nim najważniejsze odpowiedzi.
On sam jest zaskoczony tym, że nieprawdopodobny autobus naprawdę przyjeżdża. Jednak to, co widzi, sprawia wrażenie czegoś znajomego, jak gdyby sytuacji, którym niewiele brakowało, by się zdarzyć. Alwiris zdaje sobie sprawę, że pojazd niesie go przez alternatywne linie czasu i przychodzi mu do głowy niezwykła myśl – może wykorzystać tę podróż nie na ucieczkę, ale na naprawę błędów, które nie powinny mieć miejsca? Oprócz jasnych stron nie dają mu spokoju pewne lęki - czy to naprawdę możliwe, by tak po prostu przewidzieć przyjazd autobusu, którego nie ma? Czy to uczucie, że ktoś nim manipuluje, jest prawdopodobne? A może po prostu był już kiedyś na tym przystanku?
W tej historii niewiele jest fabuły. Składa się ona raczej z ciągu wyborów, które budują przyszłość i odkrywają przeszłość, określając zagubiony od początku kontekst teraźniejszości. Każdy krok może okazać się potwierdzeniem podejrzenia, możliwością sprawdzenia go lub podstawieniem całkiem nowego pytania, wyjściem na jaw zupełnie nowych zagadek. Początkowo jeszcze nadążamy za autorem i Alwirisem, który wysiada z autobusu na którymś z pierwszym przystanków, gotowy wpłynąć na porzuconą rzeczywistość. Problem w tym, że czas i miejsce, w których wysiadał, były już tylko odbiciem jego przeszłości, jedną ze ścieżek niedoszłych wydarzeń. Wtedy jednak przyjeżdża kolejny autobus i już wiemy, że nie możemy tutaj polegać na logice czy ciągach przyczyno-skutkowych, ale właśnie na decyzjach bohatera, który swoją upartością, dążeniami czy nerwowością może w jednej chwili wrzucić nas do innego świata lub tysiąc lat w przód. I niezmiennym, upiornym uczuciu, że kiedyś już to miejsce i czas widział, że nie jest tu przypadkiem i w jakimś stopniu wszystko, co się dzieje, zostało wykreowane dla niego. Pytanie o to, jak bardzo wrażenie to może być prawdziwe, traci znaczenie, gdy nie ma żadnego innego, którego można się chwycić, choć pozornie wszystko wydaje się przypominać zwykłą codzienność. Ktoś pozostawił mu tę męczącą część informacji w pamięci, zmieniając fakty w aluzje i podpowiedzi. Czy można przewidzieć losowość? Czy to się już kiedyś zdarzyło czy jedynie ktoś sprawił, tylko on ma takie wrażenie? Kiedy kolejne przypadki przeprowadzają go od kolorowych lasów przez jasne miasta aż do najodleglejszych pałacowych sal i zimnych ukrywanych przed wszystkimi laboratoriów, okaże się, jak bardzo wszystkie te wykluczające się odpowiedzi mogą się uzupełniać.
Historia zagadka, która prowadzi nas, podobnie jak nieprawdopodobny autobus prowadzi Alwirisa (a może odwrotnie?). Puzelki wydarzeń, które choć nierzeczywiste, dają się rozumieć, i pomimo że dają się rozumieć, wprawiają nas w coraz większy szok zestawiając się ze sobą nawzajem.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
45. „Trzeci kierunek” (Ririal Ofliknu Łilimre)
Pomimo że Sylwester jest dla nas wyjątkową, wartą świętowania chwilą, domyślamy się, że w linii czasu nie jest on w żaden sposób wyróżniony. A gdyby był?
Infrastruktura czaso-podróży na Sazunie cieszyła się uznaniem całej galaktyki. Zamiast setek domorosłych wynalazców, montujących swoje wehikuły na szemranych zasadach - spójny system jednego przewoźnika. Zamiast nieprzewidywalnych, rozrzuconych w czasie skoków po continuum - regularne przejazdy bez możliwości zatrzymywania się pomiędzy zatwierdzonymi punktami. Zamiast kłócącej się ze sobą samowolki - markowane nazwiskiem zmiany i skany ich wpływu. Nie było możliwości, żeby wystąpiły komplikacje... o ile wszystko idzie zgodnie z planem.
Iksal Ard Feremw pracował jako zwykły kierowca jednego z czaso-busów, wożąc pasażerów w tę i z powrotem, od Współczesności do epoki, którą u nas nazwalibyśmy Początkami Modernizmu, a którą często odwiedzano z ciekawości ze względu na efektowność budowy pierwszych sieci czasoktrycznych. Zwyczajny rozkład dnia z paroma rutynowymi przystankami zmienia się w koszmar, gdy do kabiny włamuje się szaleniec z pistoletem rozszczepieniowym i żąda cofnięcia się do ostatnich sekund 473. dnia Fioletowego Okresu, która równała się ni mniej ni więcej jak końcowi roku. W ten sposób Iksal trafia do momentu, który wszystkie linie omijały - i od razu dowiedział też się, dlaczego. Po dotarciu do magicznej granicy pojazd natychmiast ugrzązł, blokując się, według przyrządów pomiarowych, nigdzie, na nieskończenie cienkiej przestrzeni między starym a nowym rokiem, w pętli czasowej, która ściąga ich z każdego podejmowanego kierunku. Sytuacja wydaje się beznadziejna, tym bardziej, że kierowca i pasażerowie wciąż mają na głowie szantażystę, który w dodatku prędko okazuje się być kimś o wiele przemyślniejszym niż desperat z bronią, któremu chodziło o coś więcej niż, jak to nazwał, zemstę. Wszystko wskazuje na to, że obcą przestrzeń poza autobusem, do której nikt nie zamierza wychodzić, wypełnia tłum jego kopii, a wkrótce linia przeszłych i przyszłych wydarzeń, choć to niemożliwe, stopniowo zaczyna się zmieniać...
Przyjęło się sądzić, że czas, pomimo ogromnych tendencji do przecinania się i rozwidlania, stanowi ciągłą, pozbawioną dziur strukturę. Sazuniańscy naukowcy upierają się jednak, że istnieją szczeliny, powodowane nierównomiernymi napięciami ścian czasowego tunelu, które pozwalają wybrać drogę inną niż przeszłość lub przyszłość i wyjść... na zewnątrz. Potwierdzałyby to liczne rasy (wspominane nawet u mnie), które dzięki różnorakim zamiennikom, wcale nie potrzebują go do egzystencji. Jedynym problemem jest to, że pomimo rozwiniętego transportu i sieci czasoktrycznej oraz całego sztabu czaso-nurków, badających podprzestrzenną formę tej składowej Wszechświata, takich momentów wciąż nie udało się znaleźć ani obserwacyjnie, ani nawet matematycznie. Nie przeszkadza to jednak tamtejszym pisarzom dobierać sobie wciąż to nowe „czułe punkty czasu” i tworzyć mniej lub bardziej intrygujące historie na temat tego, jak taka sytuacja mogłaby wyglądać. Nieciągłości te wydają się im idealnym motywem przewodnim dla romansów, dokumentów pseudobiologicznych i tłem dla ekstremalnym rozgrywek szachowych, żaden z nich nie może się jednak pochwalić tak elegancką psychologią postaci jak Ririal. Podczas gdy wydaje się nam, że startujemy z nieciekawą grupką nie różniących się od siebie pasażerów, ich tchórzliwym opiekunem i ich wrogiem, złożonym z samych złych cech, z czasem otwiera się przed nami coś zupełnie innego. Trudno właściwie powiedzieć, kto tu jest głównym bohaterem. Czy Iksal, który mimo doświadczenia ma wielkie trudności z poradzeniem sobie z sytuacją i niekiedy jego nerwowość wzbudza większy strach niż wszystko, co powinno? Czy któryś z pasażerów, z których każdy ma własne sprawy i własne podejście do tego, jak patrzeć na wypadek, co prowadzi do coraz bardziej zakręconych i zaskakujących wymian zdań? Czy wreszcie bezimienny terrorysta, którego zamiary sięgają prób znalezienia owej tajemniczej wyrwy w czasie, będącej ścieżką do świata bez czasu, przez chęć zmiany historii korporacji przewoźnika, rządzącej sazuńskimi podróżami w czasie, aż po próby powstrzymania przed tym wszystkim samego siebie z innych czasów? Niby ani razu nie wychodzimy z czaso-busu, niby dzieje się niewiele, ale z samych dyskusji, wyjaśnień i opowiadania postaci o sobie wychodzi tyle, że możnaby obdzielić kilka książek.
Najlepiej po prostu wejść samemu do środka tego wszystkiego i spróbować zastanowić się, jak i dokąd prowadzi droga, wychodząca znikąd.
Infrastruktura czaso-podróży na Sazunie cieszyła się uznaniem całej galaktyki. Zamiast setek domorosłych wynalazców, montujących swoje wehikuły na szemranych zasadach - spójny system jednego przewoźnika. Zamiast nieprzewidywalnych, rozrzuconych w czasie skoków po continuum - regularne przejazdy bez możliwości zatrzymywania się pomiędzy zatwierdzonymi punktami. Zamiast kłócącej się ze sobą samowolki - markowane nazwiskiem zmiany i skany ich wpływu. Nie było możliwości, żeby wystąpiły komplikacje... o ile wszystko idzie zgodnie z planem.
Iksal Ard Feremw pracował jako zwykły kierowca jednego z czaso-busów, wożąc pasażerów w tę i z powrotem, od Współczesności do epoki, którą u nas nazwalibyśmy Początkami Modernizmu, a którą często odwiedzano z ciekawości ze względu na efektowność budowy pierwszych sieci czasoktrycznych. Zwyczajny rozkład dnia z paroma rutynowymi przystankami zmienia się w koszmar, gdy do kabiny włamuje się szaleniec z pistoletem rozszczepieniowym i żąda cofnięcia się do ostatnich sekund 473. dnia Fioletowego Okresu, która równała się ni mniej ni więcej jak końcowi roku. W ten sposób Iksal trafia do momentu, który wszystkie linie omijały - i od razu dowiedział też się, dlaczego. Po dotarciu do magicznej granicy pojazd natychmiast ugrzązł, blokując się, według przyrządów pomiarowych, nigdzie, na nieskończenie cienkiej przestrzeni między starym a nowym rokiem, w pętli czasowej, która ściąga ich z każdego podejmowanego kierunku. Sytuacja wydaje się beznadziejna, tym bardziej, że kierowca i pasażerowie wciąż mają na głowie szantażystę, który w dodatku prędko okazuje się być kimś o wiele przemyślniejszym niż desperat z bronią, któremu chodziło o coś więcej niż, jak to nazwał, zemstę. Wszystko wskazuje na to, że obcą przestrzeń poza autobusem, do której nikt nie zamierza wychodzić, wypełnia tłum jego kopii, a wkrótce linia przeszłych i przyszłych wydarzeń, choć to niemożliwe, stopniowo zaczyna się zmieniać...
Przyjęło się sądzić, że czas, pomimo ogromnych tendencji do przecinania się i rozwidlania, stanowi ciągłą, pozbawioną dziur strukturę. Sazuniańscy naukowcy upierają się jednak, że istnieją szczeliny, powodowane nierównomiernymi napięciami ścian czasowego tunelu, które pozwalają wybrać drogę inną niż przeszłość lub przyszłość i wyjść... na zewnątrz. Potwierdzałyby to liczne rasy (wspominane nawet u mnie), które dzięki różnorakim zamiennikom, wcale nie potrzebują go do egzystencji. Jedynym problemem jest to, że pomimo rozwiniętego transportu i sieci czasoktrycznej oraz całego sztabu czaso-nurków, badających podprzestrzenną formę tej składowej Wszechświata, takich momentów wciąż nie udało się znaleźć ani obserwacyjnie, ani nawet matematycznie. Nie przeszkadza to jednak tamtejszym pisarzom dobierać sobie wciąż to nowe „czułe punkty czasu” i tworzyć mniej lub bardziej intrygujące historie na temat tego, jak taka sytuacja mogłaby wyglądać. Nieciągłości te wydają się im idealnym motywem przewodnim dla romansów, dokumentów pseudobiologicznych i tłem dla ekstremalnym rozgrywek szachowych, żaden z nich nie może się jednak pochwalić tak elegancką psychologią postaci jak Ririal. Podczas gdy wydaje się nam, że startujemy z nieciekawą grupką nie różniących się od siebie pasażerów, ich tchórzliwym opiekunem i ich wrogiem, złożonym z samych złych cech, z czasem otwiera się przed nami coś zupełnie innego. Trudno właściwie powiedzieć, kto tu jest głównym bohaterem. Czy Iksal, który mimo doświadczenia ma wielkie trudności z poradzeniem sobie z sytuacją i niekiedy jego nerwowość wzbudza większy strach niż wszystko, co powinno? Czy któryś z pasażerów, z których każdy ma własne sprawy i własne podejście do tego, jak patrzeć na wypadek, co prowadzi do coraz bardziej zakręconych i zaskakujących wymian zdań? Czy wreszcie bezimienny terrorysta, którego zamiary sięgają prób znalezienia owej tajemniczej wyrwy w czasie, będącej ścieżką do świata bez czasu, przez chęć zmiany historii korporacji przewoźnika, rządzącej sazuńskimi podróżami w czasie, aż po próby powstrzymania przed tym wszystkim samego siebie z innych czasów? Niby ani razu nie wychodzimy z czaso-busu, niby dzieje się niewiele, ale z samych dyskusji, wyjaśnień i opowiadania postaci o sobie wychodzi tyle, że możnaby obdzielić kilka książek.
Najlepiej po prostu wejść samemu do środka tego wszystkiego i spróbować zastanowić się, jak i dokąd prowadzi droga, wychodząca znikąd.
poniedziałek, 27 października 2014
36. „Nie porzuca się podróżników w czasie” (Olonej Lirti Kstri La Oita)
Zastraszenia typu Beze mnie jesteś nikim! i To wszystko po tym, co dla ciebie zrobiłam!, słyszane od osoby, która właśnie straciła status drugiej połówki, rzadko są czymś, co traktuje się poważnie. Rwint, mieszkaniec Damnitoriliona, zdecydowanie nie traktował - nie spodziewał się, żeby zachowanie jego narzeczonej było podyktowane czymś więcej niż megalomanią i zapędami do rządzenia nim. W końcu do wszystkiego, co miał, doszedł sam - sam przechodził przez niekończące się egzaminy monitujące potencjał jego intelektu, sam, gdy już otrzymał posadę hodowcy Uniminów, analizował ekosferę, którą się będzie zajmował, aż wreszcie lata ciężkiej pracy w końcu wywindowały go na pozycję jednego z największych producentów Białych Korzeni. Wtedy dopiero poznał Rirdżoli, pracowniczkę eksperymentalnych systemów nadatomowych na jednym z księżyców planety. Pomimo młodego wieku miała na koncie liczne zasługi dla ówczesnej fizyki Damnitoriliona, mnóstwo odkryć i spostrzegawczych wniosków z obliczeń. Rwint niewiele z tego rozumiał, zwłaszcza że, czym zwróciła jego uwagę, więcej zdawała się wiedzieć o jego osobie niż z tematów naukowych. Nie pomagała mu przy pracy także wtedy, kiedy ich znajomość stała się znacznie bliższa - raczej obserwowała go czujnie i podziwiała. Znajomość przybrała zły obrót, gdy Rwint zastał dziewczynę u zarządcy plantacji, wymieniającą się z nim informacjami na jego temat. Damnitorilionianina nie przekonały rozpaczliwe argumenty o jej trosce i wiedzy o tym, co jest dla niego najlepsze. Nagle stało się dla niego oczywiste, że Rirdżoli widziała w nim tylko przedmiot działań szpiegowskich czy może nawet donosicielskich, który wyznaczył jej zarząd lub nawet konkurencja. Prawda była jednak o wiele, wiele gorsza...
Krótko potem Rwint zauważa zniknięcie pani naukowiec, a wraz z nim dziwaczne zjawisko zniekształcające rzeczywistość. Na jego oczach znikają i pojawiają się budowle, przesuwają się rosnące od lat rośliny, zmienia wygląd ludzi i zmienia się on sam. Nagle okazuje się, że jego mieszkanie jest puste, wreszcie znika samo mieszkanie. Pracownicy jego własnej plantacji z minuty na minutę przestają go poznawać, jakby nigdy nie było go tam nie było, aż wreszcie zostaje przegoniony do dolnych, ubogich partii miasta. Chaos niepojętych wyrażeń, choć nieprawdopodobny, sprawia na nim Rwincie spójne wrażenie, jakby rzeczywistość świadomie spychała go na dno i odbierała wszystko. Nikt jednak nie dostrzegał żadnych zmian, odbierając ich efekt jako coś, co było od zawsze, będąc raczej ich częścią niż obserwatorem. Rwint z trudem przyjmuje do wiadomości szaloną opcję, że może to być zemsta jego niedoszłej narzeczonej. Która to prędko się potwierdza, gdy w spisie danych tożsamościowych znajduje kuriozalną informację o jej śmierci - dziesiątki lat temu, skutkiem morderstwa dokonanego przez... nią samą. Pozostaje mu przedostać się nielegalnie do laboratoriów na księżycu, dowiedzieć się, co się stało i, jeśli to wykonalne, podjąć próbę uratowania dziewczyny, choć nie rozumiał jeszcze, jaki mogła mieć ona związek z jego osobą.
W chwili wydania tej powieści, podobnie zresztą jak jeszcze długo potem, naukowcy nie mieli jasności, jak w przypadku tak ostrych manipulacji zachowałby się czas i jak widziane byłyby wydarzenia z punktu widzenia obserwatorów zamieszanych w nią bardziej niż bezpośrednio. Nikt jednak, zwłaszcza ci z nich, którzy mieli do czynienia z osobnikami płci żeńskiej i ich zawziętością, nie wątpi w powagę sytuacji. Rirdżoli, pchana nienormalną fascynacją, odwiedzała linię swojego życia wielokrotnie - po raz pierwszy zakochując się, po raz drugi potajemnie pomagając we wszystkim, co robił, wreszcie, chcąc powstrzymać samą siebie, dokonując zabójstwa, które zachwiało stabilnością tej i pozostałych linii czasu. Wydaje się, że jej impulsywność i lekkomyślność stoi w sprzeczności z dokonaniami naukowymi, z których zasłynęła, jednak tak naprawdę były one motorem wszystkiego, co robiła i do czego dążyła, co autorka idealnie zarysowała. Bohaterka motywowana przez miłość doprowadziła najpierw do wynalezienia wehikułu czasu, który miał umożliwić sukces obiektowi jej westchnień, potem, przepełniona nienawiścią obróciła wynalazek przeciwko Rwintowi i przeciwko sobie.
Na szczęście nie tylko ona dysponowała tak wielką wiedzą o podróżach w czasie. Kluczowa okazała się pomoc Najlanktrona, zbzikowanego nieco, samotnego starego fizyka zamieszkującego księżycowe podziemia i zdającego się „widzieć” coś więcej niż rzeczywistość, w której się znajduje. Dopiero dzięki jego wynalazkom, a także „wizjom” Rwint był w stanie ruszyć w pogoń za bezwzględną morderczynią. I, przy okazji, poznać prawdę o tym, ile z niego samego naprawdę było zasługą jego własnych możliwości, pracy i tego, kim chce być. Przy czym żadna z tych rzeczy nie była prosta, gdy historia nabierze tempa, a wciąż wybijane z równowagi linie czasu zmienią wydarzenia w nielogiczny kolorowy kalejdoskop, dążąc do ułożenia się w jedyny sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy. Który nie zawsze był osiągalny, bo za każdą jego zmianę dziewczyna odpowiadała nową, która pociągała za sobą kolejne i które wreszcie doprowadzały do tak paradoksalnych sytuacji, że wir oderwanych od siebie zdarzeń, do którego trafili Rwint i Rirdżoli, coraz rzadziej pozwalał przewidzieć skutki ich działań. Podobnie jak coraz mniej przypominał świat, który oboje zamierzali uratować. Czy naprawdę da się coś naprawić w linii czasu, która jest bardziej wszystkimi światami na raz niż jednym konkretnym? Czy w ogóle czas nadal ma tu znaczenie? I czy możliwy będzie powrót do prawdziwej rzeczywistości?
Porywająco zakręcona historia, która zmienia się z niewinnego romansu do oderwanego od rzeczywistości ciągu paradoksów, w której jednak wciąż istnieją myśli, uczucia i wątpliwości.
Krótko potem Rwint zauważa zniknięcie pani naukowiec, a wraz z nim dziwaczne zjawisko zniekształcające rzeczywistość. Na jego oczach znikają i pojawiają się budowle, przesuwają się rosnące od lat rośliny, zmienia wygląd ludzi i zmienia się on sam. Nagle okazuje się, że jego mieszkanie jest puste, wreszcie znika samo mieszkanie. Pracownicy jego własnej plantacji z minuty na minutę przestają go poznawać, jakby nigdy nie było go tam nie było, aż wreszcie zostaje przegoniony do dolnych, ubogich partii miasta. Chaos niepojętych wyrażeń, choć nieprawdopodobny, sprawia na nim Rwincie spójne wrażenie, jakby rzeczywistość świadomie spychała go na dno i odbierała wszystko. Nikt jednak nie dostrzegał żadnych zmian, odbierając ich efekt jako coś, co było od zawsze, będąc raczej ich częścią niż obserwatorem. Rwint z trudem przyjmuje do wiadomości szaloną opcję, że może to być zemsta jego niedoszłej narzeczonej. Która to prędko się potwierdza, gdy w spisie danych tożsamościowych znajduje kuriozalną informację o jej śmierci - dziesiątki lat temu, skutkiem morderstwa dokonanego przez... nią samą. Pozostaje mu przedostać się nielegalnie do laboratoriów na księżycu, dowiedzieć się, co się stało i, jeśli to wykonalne, podjąć próbę uratowania dziewczyny, choć nie rozumiał jeszcze, jaki mogła mieć ona związek z jego osobą.
W chwili wydania tej powieści, podobnie zresztą jak jeszcze długo potem, naukowcy nie mieli jasności, jak w przypadku tak ostrych manipulacji zachowałby się czas i jak widziane byłyby wydarzenia z punktu widzenia obserwatorów zamieszanych w nią bardziej niż bezpośrednio. Nikt jednak, zwłaszcza ci z nich, którzy mieli do czynienia z osobnikami płci żeńskiej i ich zawziętością, nie wątpi w powagę sytuacji. Rirdżoli, pchana nienormalną fascynacją, odwiedzała linię swojego życia wielokrotnie - po raz pierwszy zakochując się, po raz drugi potajemnie pomagając we wszystkim, co robił, wreszcie, chcąc powstrzymać samą siebie, dokonując zabójstwa, które zachwiało stabilnością tej i pozostałych linii czasu. Wydaje się, że jej impulsywność i lekkomyślność stoi w sprzeczności z dokonaniami naukowymi, z których zasłynęła, jednak tak naprawdę były one motorem wszystkiego, co robiła i do czego dążyła, co autorka idealnie zarysowała. Bohaterka motywowana przez miłość doprowadziła najpierw do wynalezienia wehikułu czasu, który miał umożliwić sukces obiektowi jej westchnień, potem, przepełniona nienawiścią obróciła wynalazek przeciwko Rwintowi i przeciwko sobie.
Na szczęście nie tylko ona dysponowała tak wielką wiedzą o podróżach w czasie. Kluczowa okazała się pomoc Najlanktrona, zbzikowanego nieco, samotnego starego fizyka zamieszkującego księżycowe podziemia i zdającego się „widzieć” coś więcej niż rzeczywistość, w której się znajduje. Dopiero dzięki jego wynalazkom, a także „wizjom” Rwint był w stanie ruszyć w pogoń za bezwzględną morderczynią. I, przy okazji, poznać prawdę o tym, ile z niego samego naprawdę było zasługą jego własnych możliwości, pracy i tego, kim chce być. Przy czym żadna z tych rzeczy nie była prosta, gdy historia nabierze tempa, a wciąż wybijane z równowagi linie czasu zmienią wydarzenia w nielogiczny kolorowy kalejdoskop, dążąc do ułożenia się w jedyny sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy. Który nie zawsze był osiągalny, bo za każdą jego zmianę dziewczyna odpowiadała nową, która pociągała za sobą kolejne i które wreszcie doprowadzały do tak paradoksalnych sytuacji, że wir oderwanych od siebie zdarzeń, do którego trafili Rwint i Rirdżoli, coraz rzadziej pozwalał przewidzieć skutki ich działań. Podobnie jak coraz mniej przypominał świat, który oboje zamierzali uratować. Czy naprawdę da się coś naprawić w linii czasu, która jest bardziej wszystkimi światami na raz niż jednym konkretnym? Czy w ogóle czas nadal ma tu znaczenie? I czy możliwy będzie powrót do prawdziwej rzeczywistości?
Porywająco zakręcona historia, która zmienia się z niewinnego romansu do oderwanego od rzeczywistości ciągu paradoksów, w której jednak wciąż istnieją myśli, uczucia i wątpliwości.
poniedziałek, 26 maja 2014
14. „Z kamerą wśród dinozaurów*” (Lonk Obrids Zjas)
Nasz Regnen Waf, którego życiorys opisuje książka, był jednym z najsłynniejszych przyrodników mgławicowego zespołu układów planetarnych, zwanego Manita. Jego liczne podróże wykraczające daleko poza rodzimą Maannę, a obejmujące w szczególności nieodwiedzaną dotąd przez nikogo Sfizę, Ilarę 6 oraz niebezpieczną Hampfannę, przybliżyły bilionom mieszkańców mgławicowych planet bujny i nieopisywany dotąd świat flory i fauny sąsiednich planet.
Pomimo wydania licznych dzieł przyrodniczych - zarówno naukowych, jak i przewodników - największą popularność zdobył sobie kilkudziesięciotomową serią Z kamerą wśród dinozaurów. Stanowi ona niepowtarzalny przełom w jego karierze, umożliwiony przez nabycie na Mariaxi urządzenia do przemieszczania się w czasie. Odtąd stały przed nim otworem nie tylko nieznane dotąd planety, ale także ich niekończąca się przeszłość, którą nie omieszkał, tak jak zawsze, wiernie relacjonować swoim czytelnikom. Każdy tom, poświęcony jednej planecie, był niejako uzupełnieniem i rozwinięciem interaktywnego programu, w którym widzowie-uczestnicy mogli na własnej skórze poczuć grozę i majestat wielkich stworzeń; dotknąć łuskowatej skóry Szazaura, nakarmić Wlakira i pouciekać przed Krydetanem Gigantozębym. Słynął z zatrudniania sztabów cyber-rzeźbiarzy, których zadaniem było jak najwierniejsze odwzorowanie każdego listka i skrzydełka owada na podstawie jego notatek.
Wkrótce Nasz dostrzegł także inne zjawiska związane z podróżami w czasie. Wykorzystywał ich zalety jak nikt inny, kręcąc liczne filmografy dokumentalne o sobie samym, a później także o powstawaniu tychże dokumentów, w tym wiele długo jeszcze przed swoją pierwszą wizytą, na podstawie harmonogramu. Prowadził niezwykle intensywny i twórczy styl życia, którego zaprzestał dopiero po połowie życia po incydencie na Camedoni, gdzie zobaczył, jak któreś z jego przyszłych jestestw zostaje połknięte przez Totogrila.
Lonk był jednym z jego największych wielbicieli, głównie dlatego zdecydował się na podsumowanie pracy całego życia Nasza. Nie był to jednak jedyny powód - wspaniałe osiągnięcia i wkład do poszerzenia wiedzy biologicznej Wszechświata nie przesłoniły mu tego, jak bardzo zgubny wpływ miały nieodpowiedzialne działania przyrodnika na continuum czasu. Błyskotliwe pomysły i pełne poświęcenia przygody zgrabnie kontrastuje z własnymi obawami oraz surowym wskazaniem skutków, do jakich po latach one doprowadziły lub też mogły doprowadzić. Najprostszym przykładem jest właśnie przypadek, gdy Nasz widzi własną śmierć - której, dzięki tej informacji udało mu się uniknąć. Lonk ubolewa, że historycy prawdopodobnie nigdy nie osiągną zgody w kwestii, czy został zjedzony przez camedoniańskiego potwora czy rozjechany przez kołowóz niedaleko swojego domu**. Lonk bardzo często uczestniczy w tego rodzaju dyskusjach i seminariach. Z jego najważniejszych dzieł warto wymienić chociażby Dyfrakcja czasu i Moralność paradoksu dziadka, w których podkreśla swoje radykalne stanowisko w kwestii zamknięcia czasu (co równałoby się niemal całkowitemu zakazowi podróży w nim). Mimo tego jakże zdecydowanego i bezkompromisowego podejścia, z którego nie rezygnuje w Z kamerą wśród dinozaurów, ani na chwilę nie mamy wątpliwości co do szczerego szacunku i sympatii, jakim darzy swojego idola, ani tego, jak wielkie możliwości widzi w nauce nie ograniczonej żadną konkretną „teraźniejszością”.
Niesamowita historia, pełna wiedzy i mądrych obserwacji. Warta poznania zarówno z powodu głównego bohatera, jak i perspektywy opowiadającego o nim wielbiciela.
_______________
*Przy czym w tym przypadku jako dinozaury rozumiemy wszystkie stworzenia organiczne, które dominowały przed pojawieniem się wodzącej cywilizacji danej planety, a dodatkowo posiadały rozmiary i zęby, które byłyby w stanie bez trudu rozłupać siedzibę mieszkalną przedstawiciela tej cywilizacji.
**Lonk, podobnie jak większość fanów, osobiście przychyla się do tej efektowniejszej wersji wydarzeń. W wywiadach nie kryje jednak, że coraz liczniejsze tłumy gapiów na zdjęciach przedstawiających rzeczone zdarzenie napawają go coraz większym sceptycyzmem.
Pomimo wydania licznych dzieł przyrodniczych - zarówno naukowych, jak i przewodników - największą popularność zdobył sobie kilkudziesięciotomową serią Z kamerą wśród dinozaurów. Stanowi ona niepowtarzalny przełom w jego karierze, umożliwiony przez nabycie na Mariaxi urządzenia do przemieszczania się w czasie. Odtąd stały przed nim otworem nie tylko nieznane dotąd planety, ale także ich niekończąca się przeszłość, którą nie omieszkał, tak jak zawsze, wiernie relacjonować swoim czytelnikom. Każdy tom, poświęcony jednej planecie, był niejako uzupełnieniem i rozwinięciem interaktywnego programu, w którym widzowie-uczestnicy mogli na własnej skórze poczuć grozę i majestat wielkich stworzeń; dotknąć łuskowatej skóry Szazaura, nakarmić Wlakira i pouciekać przed Krydetanem Gigantozębym. Słynął z zatrudniania sztabów cyber-rzeźbiarzy, których zadaniem było jak najwierniejsze odwzorowanie każdego listka i skrzydełka owada na podstawie jego notatek.
Wkrótce Nasz dostrzegł także inne zjawiska związane z podróżami w czasie. Wykorzystywał ich zalety jak nikt inny, kręcąc liczne filmografy dokumentalne o sobie samym, a później także o powstawaniu tychże dokumentów, w tym wiele długo jeszcze przed swoją pierwszą wizytą, na podstawie harmonogramu. Prowadził niezwykle intensywny i twórczy styl życia, którego zaprzestał dopiero po połowie życia po incydencie na Camedoni, gdzie zobaczył, jak któreś z jego przyszłych jestestw zostaje połknięte przez Totogrila.
Lonk był jednym z jego największych wielbicieli, głównie dlatego zdecydował się na podsumowanie pracy całego życia Nasza. Nie był to jednak jedyny powód - wspaniałe osiągnięcia i wkład do poszerzenia wiedzy biologicznej Wszechświata nie przesłoniły mu tego, jak bardzo zgubny wpływ miały nieodpowiedzialne działania przyrodnika na continuum czasu. Błyskotliwe pomysły i pełne poświęcenia przygody zgrabnie kontrastuje z własnymi obawami oraz surowym wskazaniem skutków, do jakich po latach one doprowadziły lub też mogły doprowadzić. Najprostszym przykładem jest właśnie przypadek, gdy Nasz widzi własną śmierć - której, dzięki tej informacji udało mu się uniknąć. Lonk ubolewa, że historycy prawdopodobnie nigdy nie osiągną zgody w kwestii, czy został zjedzony przez camedoniańskiego potwora czy rozjechany przez kołowóz niedaleko swojego domu**. Lonk bardzo często uczestniczy w tego rodzaju dyskusjach i seminariach. Z jego najważniejszych dzieł warto wymienić chociażby Dyfrakcja czasu i Moralność paradoksu dziadka, w których podkreśla swoje radykalne stanowisko w kwestii zamknięcia czasu (co równałoby się niemal całkowitemu zakazowi podróży w nim). Mimo tego jakże zdecydowanego i bezkompromisowego podejścia, z którego nie rezygnuje w Z kamerą wśród dinozaurów, ani na chwilę nie mamy wątpliwości co do szczerego szacunku i sympatii, jakim darzy swojego idola, ani tego, jak wielkie możliwości widzi w nauce nie ograniczonej żadną konkretną „teraźniejszością”.
Niesamowita historia, pełna wiedzy i mądrych obserwacji. Warta poznania zarówno z powodu głównego bohatera, jak i perspektywy opowiadającego o nim wielbiciela.
_______________
*Przy czym w tym przypadku jako dinozaury rozumiemy wszystkie stworzenia organiczne, które dominowały przed pojawieniem się wodzącej cywilizacji danej planety, a dodatkowo posiadały rozmiary i zęby, które byłyby w stanie bez trudu rozłupać siedzibę mieszkalną przedstawiciela tej cywilizacji.
**Lonk, podobnie jak większość fanów, osobiście przychyla się do tej efektowniejszej wersji wydarzeń. W wywiadach nie kryje jednak, że coraz liczniejsze tłumy gapiów na zdjęciach przedstawiających rzeczone zdarzenie napawają go coraz większym sceptycyzmem.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
10. „Czasy Króla” (Elghan Rut Siibiars)
Małe obwieszczenie: miło mi ogłosić, że właśnie dobrnęliśmy do dziesiątej recenzji! Dziękuję wszystkim Czytającym w imieniu całego Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i z radością zapraszam do czytania. Tym razem polityka w zamętach pokręconych linii czasu...
W objętej niedawno opieką Wielkiej Zgody państwie Farftacsja dzieje się coś dziwnego. Po wyzwoleniu jej spod rządów absolutnych wnuka założyciela, sprzecznych z jej pierwotnym rozproszeniem i brakiem władzy wyższej niż lokalne rady starszych, Wielka Zgoda zadecydowała o wprowadzeniu demokracji. Studia nad genezą państwa i analizy najbardziej cenionych politologów planety Mandegret wykazały, że będzie to idealny sposób na powrót do korzeni – nie obniżający efektywności rozwoju gospodarczego kraju, ale dający każdej jednostce liczący się głos w wyborze rządu, który będzie go kształtować. Tak jak przewidywano, nowe zarządzenie wywołało liczne protesty wśród mniej ambitnych i niewystarczająco wyedukowanych Farftacyjczyków, wkrótce miały one jednak ustąpić, a idące za demokracją zmiany konstytucji – zostać ufnie przyjęte. Nietrudno się zatem domyślić, że kiedy wyciszenie nastrojów rzeczywiście nadeszło, obawy, że nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, nie zostały uznane jako coś wartego uwagi. Świadczy o tym mianowicie symulacja stworzona przez pewnego niżej postawionego politologa, jednego z najbardziej zorientowanego w historii i kulturze Sema Irftaźe, który z dumą spostrzega, że negatywne reakcje urwały się jak ucięte nożem. Widząc brak zainteresowania Wielkiej Zgody, kontynuuje obserwacje na własną rękę. Z niepokojem odkrywa, że nie tylko nie może odnaleźć milczących sceptyków, którzy zdaniem jego przełożonych zmienili zdanie, ale też, z czasem bardziej optymistycznie nastawionych mieszkańców. Ludzie po prostu znikali – z dnia na dzień, wkrótce po wyrażeniu pierwszego, większego rozczarowania nowym typem ustroju. Wkrótce także media zaczęły zastanawiać się nad upadającymi fabrykami i porzucanymi w połowie budowami, odpowiedzi jednak nie było. Także dla samej Wielkiej Zgody, która była jednak bardziej zaabsorbowana poparciem dla opracowanej przez siebie polityki, które naturalną koleją rzeczy rosło proporcjonalnie do ilości zaginionych osób. Jedynie Sam widział, że niewzruszeni pozostali jedynie sami mieszkańcy, jakby wiedzieli coś więcej niż wszyscy nad nimi. Zaskakiwały go nawet własna pamięć, według której czasy Króla wydawały mu się z każdym wspomnieniem piękniejszymi czasami, zdumiewał się nachodzącą go coraz częściej pojawiającą się chęcią porzucenia opiekującej się jego światem mądrej Wielkiej Zgody. Dopiero, kiedy zagłębia się w tajemnicę jeszcze bardziej, odkrywa popularyzujące się właśnie systemy podróży w czasie, co pozwala mu powiązać zjawisko właśnie z nimi i dostrzec zmierzającą do katastrofy czasowspomnieniową reakcję łańcuchową...
Ustrój polityczny w Farftacsji nie był skomplikowany, mimo to można było mówić o nim bez końca. Państwo powstało jako monarchia króla Wahsarikta, podczas jego podbojów, gdy zajął, rozbudował i rozwinął wiele nowych, prawie niezaludnionych wcześniej terenów. Wielkiej Zgodzie, grupie krajów starszych powstałych dziesiątki pokoleń wcześniej, trudno było pojąć, że władca choć nie zapytał nikogo o zdanie, realizował swoje plany tyleż stanowczo, co powoli, cierpliwie i z poszanowaniem tego, co zastał, w zamian wzbogacając kulturę nowomianowanych państw w wiedzę i zdobycze techniki. Nie wszyscy mieszkańcy byli zadowoleni z obcych osadników, wprowadzających typowe dla bardziej cywilizowanego świata narzędzia, pojazdy, profesje i instytucje, mieli oni jednak czas odnaleźć się w nowym świecie, który wraz z kolejnymi następcami bardzo łagodnie zmieniał to, co ich otaczało. Władająca światem Wielka Zgoda, nie pojmująca rządów jednej osoby inaczej niż jako tyranii, nie była w stanie docenić i zrozumieć tego, jak wiele dały Farftacyjczykom czasy Króla. Tym samym nie mogła zrozumieć przyczyny tego, co zaczęło się dziać, dostrzec i zatrzymać biegu wydarzeń.
Nie jest to oczywiste (nawet podczas czytania), ale to nie polityka czy nawet poszukiwania Sema Irftaźe, ale właśnie ten bieg wydarzeń gra tu główną rolę. Trudne do powiązania ze sobą przemiany coraz większych szczegółów rzeczywistości, odkrycia dokonywane we własnej pamięci, sprzeczności przeskoków z minuty na minutę – to jest to, za pomocą czego Elghan Rut Siibiars lubi bawić się światem literackim najbardziej. I czym skłania nas do podziwiania go – przerażający z naszej perspektywy, a nie łatwy do zauważenia od wewnątrz, rozpad teraźniejszości zdumiewa i każe nam czekać, co stanie się dalej. Nie jest tu ważne, jak skończą się poszukiwania Sama – po prostu idziemy krok w krok za nim i staramy się nie pogubić, rozróżniać to, co dzieje się nadal, od tego, co już nie istnieje i co już nie jest ważne, oddzielić jedną sprzeczność od drugiej. Niezmienny zachwyt wywołuje to, z jaką łatwością Elghan bawi się myślą i pamięcią Czytelnika, jak niewiarygodne następstwa mają u niego niepozorne wydarzenia, jak duże znaczenie mają u niego najmniejsze drobiazgi, które z każdą kolejną stroną konsekwentnie składają się na jedyne możliwe rozwiązanie.
Jak mało kiedy zarówno fani mocnego sci-fi, jak i politycznych rozważań znajdą tu coś dla siebie.
W objętej niedawno opieką Wielkiej Zgody państwie Farftacsja dzieje się coś dziwnego. Po wyzwoleniu jej spod rządów absolutnych wnuka założyciela, sprzecznych z jej pierwotnym rozproszeniem i brakiem władzy wyższej niż lokalne rady starszych, Wielka Zgoda zadecydowała o wprowadzeniu demokracji. Studia nad genezą państwa i analizy najbardziej cenionych politologów planety Mandegret wykazały, że będzie to idealny sposób na powrót do korzeni – nie obniżający efektywności rozwoju gospodarczego kraju, ale dający każdej jednostce liczący się głos w wyborze rządu, który będzie go kształtować. Tak jak przewidywano, nowe zarządzenie wywołało liczne protesty wśród mniej ambitnych i niewystarczająco wyedukowanych Farftacyjczyków, wkrótce miały one jednak ustąpić, a idące za demokracją zmiany konstytucji – zostać ufnie przyjęte. Nietrudno się zatem domyślić, że kiedy wyciszenie nastrojów rzeczywiście nadeszło, obawy, że nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, nie zostały uznane jako coś wartego uwagi. Świadczy o tym mianowicie symulacja stworzona przez pewnego niżej postawionego politologa, jednego z najbardziej zorientowanego w historii i kulturze Sema Irftaźe, który z dumą spostrzega, że negatywne reakcje urwały się jak ucięte nożem. Widząc brak zainteresowania Wielkiej Zgody, kontynuuje obserwacje na własną rękę. Z niepokojem odkrywa, że nie tylko nie może odnaleźć milczących sceptyków, którzy zdaniem jego przełożonych zmienili zdanie, ale też, z czasem bardziej optymistycznie nastawionych mieszkańców. Ludzie po prostu znikali – z dnia na dzień, wkrótce po wyrażeniu pierwszego, większego rozczarowania nowym typem ustroju. Wkrótce także media zaczęły zastanawiać się nad upadającymi fabrykami i porzucanymi w połowie budowami, odpowiedzi jednak nie było. Także dla samej Wielkiej Zgody, która była jednak bardziej zaabsorbowana poparciem dla opracowanej przez siebie polityki, które naturalną koleją rzeczy rosło proporcjonalnie do ilości zaginionych osób. Jedynie Sam widział, że niewzruszeni pozostali jedynie sami mieszkańcy, jakby wiedzieli coś więcej niż wszyscy nad nimi. Zaskakiwały go nawet własna pamięć, według której czasy Króla wydawały mu się z każdym wspomnieniem piękniejszymi czasami, zdumiewał się nachodzącą go coraz częściej pojawiającą się chęcią porzucenia opiekującej się jego światem mądrej Wielkiej Zgody. Dopiero, kiedy zagłębia się w tajemnicę jeszcze bardziej, odkrywa popularyzujące się właśnie systemy podróży w czasie, co pozwala mu powiązać zjawisko właśnie z nimi i dostrzec zmierzającą do katastrofy czasowspomnieniową reakcję łańcuchową...
Ustrój polityczny w Farftacsji nie był skomplikowany, mimo to można było mówić o nim bez końca. Państwo powstało jako monarchia króla Wahsarikta, podczas jego podbojów, gdy zajął, rozbudował i rozwinął wiele nowych, prawie niezaludnionych wcześniej terenów. Wielkiej Zgodzie, grupie krajów starszych powstałych dziesiątki pokoleń wcześniej, trudno było pojąć, że władca choć nie zapytał nikogo o zdanie, realizował swoje plany tyleż stanowczo, co powoli, cierpliwie i z poszanowaniem tego, co zastał, w zamian wzbogacając kulturę nowomianowanych państw w wiedzę i zdobycze techniki. Nie wszyscy mieszkańcy byli zadowoleni z obcych osadników, wprowadzających typowe dla bardziej cywilizowanego świata narzędzia, pojazdy, profesje i instytucje, mieli oni jednak czas odnaleźć się w nowym świecie, który wraz z kolejnymi następcami bardzo łagodnie zmieniał to, co ich otaczało. Władająca światem Wielka Zgoda, nie pojmująca rządów jednej osoby inaczej niż jako tyranii, nie była w stanie docenić i zrozumieć tego, jak wiele dały Farftacyjczykom czasy Króla. Tym samym nie mogła zrozumieć przyczyny tego, co zaczęło się dziać, dostrzec i zatrzymać biegu wydarzeń.
Nie jest to oczywiste (nawet podczas czytania), ale to nie polityka czy nawet poszukiwania Sema Irftaźe, ale właśnie ten bieg wydarzeń gra tu główną rolę. Trudne do powiązania ze sobą przemiany coraz większych szczegółów rzeczywistości, odkrycia dokonywane we własnej pamięci, sprzeczności przeskoków z minuty na minutę – to jest to, za pomocą czego Elghan Rut Siibiars lubi bawić się światem literackim najbardziej. I czym skłania nas do podziwiania go – przerażający z naszej perspektywy, a nie łatwy do zauważenia od wewnątrz, rozpad teraźniejszości zdumiewa i każe nam czekać, co stanie się dalej. Nie jest tu ważne, jak skończą się poszukiwania Sama – po prostu idziemy krok w krok za nim i staramy się nie pogubić, rozróżniać to, co dzieje się nadal, od tego, co już nie istnieje i co już nie jest ważne, oddzielić jedną sprzeczność od drugiej. Niezmienny zachwyt wywołuje to, z jaką łatwością Elghan bawi się myślą i pamięcią Czytelnika, jak niewiarygodne następstwa mają u niego niepozorne wydarzenia, jak duże znaczenie mają u niego najmniejsze drobiazgi, które z każdą kolejną stroną konsekwentnie składają się na jedyne możliwe rozwiązanie.
Jak mało kiedy zarówno fani mocnego sci-fi, jak i politycznych rozważań znajdą tu coś dla siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)