Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

85.Książka o książkach” (Flajijwomistroh Hohigomig Daflijimi)

Co to jest książka? Wydaje się, że już kiedyś sama odpowiedziałam sobie wyczerpująco na to pytanie – że jest to rodzaj zapisu, wykluczający multimedia, unikając wieloznaczności i niejednorodności treści. Ale co z „celowością” zapisu? Czy jeżeli powstał on samorzutnie, bez żadnego zamiaru stworzenia znaczenia, to nadal jest zapis? Czy wystarczające jest samo to, że da się go przeczytać?

Największa biblioteka Saufghinu, Alganka, w przeciwieństwie do innych tego typu instytucji na tej planecie, nie zawiera żadnej książki, którą ktoś świadomie zaplanowałby na fabułę, postacie i cokolwiek sensownego. Tym, co je pisze, a właściwie – tworzy czytelne wzory na papierze, są Rulieiny, płaskie stworzenia wielkości interpunkcji, słynące z tendencji do układania się na kontrastującym z nimi kolorystycznie materiale. Oczywiście same Rulieiny nie robią tego z zamiarem stworzenia czegokolwiek – odwrotnie, to Saufghinianie nauczyli się przypisywać wartość znaczeniową temu, co znajdywali niegdyś na liściach i kamieniach, a co potem składali w kartki nietypowych książek. Zmiana środowiska Rulieinom bynajmniej nie przeszkadzała, a nawet przeciwnie – chętnie rozprzestrzeniały się na inne, pozostawione dla nich w pobliżu czyste kartki, które potem saufghiniańscy czytelnicy mogli czytać jak hieroglify, rozkoszując się tajemniczością i głębią tekstu. Jego jednoznaczność jest niezaprzeczalna – na całym Saufghinie obowiązuje jeden standard interpretacji znaków, jeden język obrazkowy i jedna szkoła czytania, co sprawia, że każdy na wstępie dostaje to samo. Złożoność i nieuchwytność tekstu bierze się z kontekstu poszczególnych znaków, które oczywiście nieczęsto układają się z sensem, przez co, podobnie jak w poezji czy bardzo nowoczesnej ziemskiej prozie, trzeba się go trochę naszukać. Albo też założyć, że w ogóle nie jest potrzebny i potraktować dziwną historię jako metafizyczną wizję, zabawę dla podświadomości. Nic dziwnego, że książki faktycznie napisane przez autora, zaplanowane, przemyślane, choć niezmiennie powstawały, nie cieszyły się aż takim szacunkiem jako banalne i niepodatne na interpretację.
Pewnego dnia jednak zaczęły się problemy, które także Saufghinian zmusiły do zastanowienia się, czym jest książka, czy istnieje granica, za jaką utwór nie nadaje się już do czytania i jak wiele swobody można zostawić Rulieinom. Owe problemy objęły całą Algankę i trwają do teraz, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do tego, jak uratować teksty przed drastycznymi przemianami zachodzących dzień po dniu w każdym z nich. Niektórzy, co bardziej spostrzegawczy, nazwali proces Wojną Przecinków z Kropkami.

Zaskakujące, jak niewiele okazali się wiedzieć Saufghinianie o kwiecie własnej literatury. Oczywiście – mieli wspaniały podział na rulieinowe dziedziny, zabiegi stylistyczne, udało im się stworzyć nawet encyklopedię herosów „wymyślonych” przez płaskie robaczki, wraz z opisem osobowości i genealogią. Ale kiedy pojawiła się konieczność działania, zapobieżenia realnej katastrofie grożącej wymazaniem większości z tego, co cenili, okazuje się, że o samych „piszących” nie wiadomo niemal nic. Wyłączając nielicznych biologów fascynatów, którzy dość szybko zrozumieli, że ruch na kartkach wziął się z konfliktu i żądzy władzy dwóch podgatunków, przeciętny Saufghinian nie zdawał sobie sprawy, że patrząc na zadrukowaną kartkę, ma do czynienia z całym mikroświatem. Mało kto zdawał sobie sprawę z losowości zmian – popularne stało się podejście, według którego książki same tworzą swój ciąg dalszy i rozwinięcia, otwierają się nowe, a nawet samodzielne, interpretacje. Zmieniająca się treść sprawiała wrażenie bardziej agresywnej, chaotycznej, co fascynowało zwolenników, zwracających uwagę na jej energię wewnętrzną i lepszy kontakt z podświadomością. Powodowało to niewiedzę, co robić dalej z książkowym zjawiskiem i straszny dualizm pomiędzy tymi, którzy nawoływali, żeby go nie powstrzymywać, a zamiast tego korzystać z aktywności zapisu i czytać za każdym razem od nowa, oraz tymi, którzy zmienionych utworów najchętniej od razu by się pozbyli. Argumentami nadal były jednak tylko kwestie interpretacyjne, metafizyczne.
Flajijwomistroh był pierwszą osobą, która spojrzała na to, co się dzieje, pod kątem zachowań Rulieinów, a nie książek, traktując te ostatnie zdecydowanie jako skutek uboczny. Jako jeden z biologów, badających robaczki także przed Wojną, był w stanie przedstawić mniej zorientowanym (a teraz bardzo zorientowania potrzebującym) kolegom, na czym proces rozkładania się na czystych kartkach właściwie polega, dlaczego wzory są tak równe i regularne, i wreszcie jaki jest jego cel z punktu widzenia Rulieinów. Po serii ciekawostek przybliżających zespoły gatunkowe, rozwój gromady i porządek społeczny w jej obrębie czytelnik zostaje wprowadzony w prawdziwą historię i przyczyny Wojny Przecinków z Kropkami. Trudno sobie wyobrazić, że można z taką pasją opowiadać o przejawach agresji żywych plamek na przestrzeni kilkunastu centymetrów kwadratowych – a jednak można, bo zachowanie to zaczyna interesować, zaskakiwać, bawić, wzbudzać pytania i każe w napięciu wyczekiwać na zakończenie starcia, choć wiemy przecież, że ono i tak na razie niestety nie nastąpi. Dopiero na tle tego opisu jesteśmy w stanie zrozumieć, jak bardzo niepoważne są kłótnie fascynatów literatury, perorujących z dumą o interpretacji i rozwoju, zamiast po prostu jak najszybciej kopiować to, co jeszcze się do tego nadaje. W końcu to my, mówi Flajijwomistroh, jesteśmy tymi, którzy chcieliby przekazać tę wartość dla potomnych, nie bezmyślne Rulieiny, stanowiące jedynie czcionkę, a same nie przejmujące się tym, czy cokolwiek dla kogokolwiek znaczą. Zjawiskowość ich zachowania jest unikatowa na skalę międzyplanetarną i teraz właśnie jest okazja naprawdę to docenić – ratując te nieświadome dzieła przed ich własną destrukcją.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

77.Upadek” (autor zbiorowy)

Nie lubię pisać recenzji książek prawie bez fabuły, ale ponieważ takie też są i to również cieszące się zasłużoną sławą, czasami trzeba.

Cała historia zamyka się właściwie w jednym banalnym zdarzeniu – owoc, mieszczący w sobie wielopokoleniową familię rasy Troknijów, pewnego razu niespodziewanie odrywa się od gałęzi i spada na ziemię. Coś, co z punktu widzenia przyrody wydaje się być naturalnym i mało spektakularnym zjawisko, dla maleńkich żyjątek staje się tragedią, źródłem trudnych wyborów i początkiem wielu innych wydarzeń. W jednej chwili spokojny, uporządkowany świat i przyszłość mieszkańców owocu runęły, a oni, niczym wystrzeleni w kosmos, znaleźli się w zupełnie obcej, „płaskiej” rzeczywistości z dala od ludzi i wszystkiego, co znali. Podjąć wyobrażalny wysiłek i szukać drogi powrotnej czy może zostać na dole, budując sobie życie na nowo? Podobnie sytuacja nie przeszła bez echa na górze. Dla wielu, zawłaszcza tych, którzy nie mieli dotąd styczności z takim doświadczeniem, sensacją był już sam proces spadania obiektu na dół. Słychać było głosy oburzenia tych, którzy uważali, że katastrofy można byłoby uniknąć, chociażby ewakuując mieszkańców, oraz obawy innych owocowych lokatorów, zastanawiających się, czy są teraz bezpieczni. Budzą się teolodzy, filozofowie i fizycy, zadający pytanie o to, co się właściwie stało, z jakiej przyczyny oraz, co jest na dole, i na różne sposoby szukający na nie odpowiedzi.

Ilość wątków, problemów, postaw i życiorysów, jakie porusza ta książka, jest niewiarygodna. Co nie dziwi, zważywszy na niewiarygodną ilość jej autorów. Zresztą bystrzejsi Czytelnicy już chyba zauważyli, że coś tu nie gra – jak stworzonka o życiu tak krótkim, że oderwanie się jabłka od gałęzi jest dla nich czymś tak niespotykanym, mogłyby stworzyć coś liczącego więcej niż kilkanaście zdań? Odpowiedź: nie mogłyby. Chyba że pisałyby wspólnie, tak jak tutaj, po kolei. Nie ma pewności, kto pierwszy podjął się wyzwania i poświęcił połowę życia na napisanie wstępnych, najbardziej wstrząsających słów (podobno nazywał się tak, jak pierwsza pojawiająca się tu postać, Igąsy), ale zainteresowanie, jakie wzbudził, szybko znalazło mu naśladowców, pragnących je kontynuować, uszczegóławiać i dodawać poprawki. W ten sposób zamiast zwartej, konsekwentnej całości, opisany ciąg wydarzeń jest raczej serią przemyśleń na temat owego upadku, wariacji na temat tych samych wydarzeń, kolejnymi wersjami opowiadanej fragmentami legendy, której przecież nikt nie miałby czasu przeczytać od deski do deski. Każdy sam wybiera sobie element, który najbardziej go interesuje, porusza, o którym chce się wypowiedzieć – czasami jest to melancholijna tęsknota za utraconym domem, czasami okazja do zmierzenia się z własnymi słabościami, innym razem niekończąca się podróż w głąb fascynującego świata Powierzchni, a czasem wreszcie ideologiczne rozważania z poziomu gałęzi na temat tego, co kryje nieprzenikniona mgła na dole*... Czytelnicy stają się tu nowymi autorami, których czytać będą przyszli czytelnicy.
Czasami uderzają w oczy nieścisłości, gdy ktoś postanawia rozwinąć słynną scenę, którą ktoś napoczął kilkanaście pokoleń temu, zgrzytają charaktery postaci i różnice w wydarzeniach, w zamian jednak stajemy się świadkami przemian obyczajowych i światopoglądowych, które na przestrzeni tych pokoleń miały miejsce, widzimy jak zmieniły się priorytety, odwaga w wyrażaniu się i spojrzenie na rolę literatury. Wcielając się w kolejnych, legendarnych już bohaterów, autorzy-czytelnicy wyrażają swoje wątpliwości na temat różnych zjawisk, dzielą się nadziejami, niepowodzeniami, fascynacjami, niekiedy będące chwilowymi myślami, a niekiedy odległymi przewidywaniami. Pomimo że Upadek nie opowiada o historii tej rasy, to jednak stanowi jej historię, pozwala nam przez samą siebie zobaczyć świat tymczasowego autora, którego ślad przeminie w ciągu kilku następnych stron. Pierwszy bezinteresowny wysiłek i talent dawnego autora i szacunek jego następców sprawił, że możemy przez nią przejść bez żadnej przerwy od starożytnej, legendarnej niemalże przeszłości do rzeczywistości obecnej, nowoczesnej, z pomocą metafor opowiedzianych tu wydarzeń. Wydarzeń będących konsekwencją nieszczęsnego upadku, które choć nigdy niedokończone (ani nie rozpoczęte, bo w okresie istnienia tej cywilizacji nie spadł nigdy żaden owoc) zmierzają wciąż do szczęśliwego zakończenia.
Cóż mogę zrobić? Polecam, bo drugiej takiej książki po prostu nie ma.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

62.Czy wiesz, że to ja?” (Huzlerforantitawhah Pioon)

Tamtraugarwona już nikt nie poznawał. Wydawałoby się, że nie tak dawno jeszcze każdy czcił jego osobę, wyśpiewując jej imię i wznosząc monumentalne Tamtraugaria ku chwale jego wielkiej kreacji. Mógł pozostać na tronie z diamentu, zbierając miłość i niekończące się dary, kształtując wiedzę i myśli. Jednak sam zadecydował, nie chciał patrzeć na narody i królów klękających przed nim jak niewolnicy. Nie tak to sobie wyobrażał, choć wtedy miałby wszystko. Nie potrzebował wszystkiego, chciał być tylko blisko nich i chciał, żeby oni byli sobą. Gdzie jednak mogło być miejsce dla osoby z diamentowego tronu?
Wielokrotnie nad tym myślał, także dzisiaj, nad szklanką wieczornego naparu daworznowego. Wydawało mu się, że mógłby po prostu spacerować i podziwiać bez końca, a jednak niespodziewanie po tych latach nadszedł moment, gdy musiał odpocząć. Jak jednak, gdy wciąż wszyscy zginali się przed nim wpół, nie mogąc wykrztusić słowa z uwielbienia i zachwytu, i zmuszając, by wciąż bezwiednie brał to, co mu dawano? To nie o to chodziło. Kiedy wreszcie po latach udało mu się znaleźć kogoś, kto go nie rozpoznał, czuł jednocześnie radość i smutek - jakgdyby coś się skończyło i zaczęło zarazem. Ale wtedy nie mógł dostać już nic za darmo...
Zabawne, jak szybko to wszystko minęło. Sam się nie zmianiał, wciąż przemierzał świat i przyglądał się mu, jednak sam ten świat zmieniał się, rozkwitał, powiększał, a przy tym coraz mniej istniało ludzi i stworzeń, które go poznawały. Ale nie mógł już nic dostać za darmo - czy w ogóle pamiętał jeszcze jak się to robi? Musiał zapracować na odpoczynek, na pożywienie, na odzież, którą odbierał mu czas, na dach nad głową, który miał być dla niego nowym miejscem na świecie, domem lepszym niż diamentowy tron. I na ludzką miłość, którą z bliska chciał poznać najbardziej. Rozmyślał o tym wpatrzony w szklankę wieczornego naparu daworznowego, gdzieś w jednej z milionów maleńkich restauracyjek na planecie, nie rozpoznawany już przez nikogo. Czy to była jedyna droga? Ostatecznie nie mógł zbliżyć się do ludzi bardziej niż stając się jednym z nich - żyjąc.

Wierzenia mieszkańców Palwfali są bardzo charakterystyczne i, co ciekawe, zgodne pod względem tego, jak powstał świat, a zwłaszcza co działo się potem, przez co daleko wykraczają poza zwykłą religię. Ich sposób wnioskowania wyklucza zarówno samoistne pojawienie się życia jako efekt uboczny praw fizyki jako nieprawdopodobne, jak i istnienie doskonałego stwórcy jako nienaukowe. Zamiast tego kolejne pokolenia zaskakująco jednomyślnie odkrywają wciąż na nowo przejmującą historię nieokreślonej bliżej osoby, która po zbudowaniu świata nie była dłużej w stanie istnieć poza nim. Ciężko byłoby tu wymienić wszystkie innoplanetarne tytuły dzieł psychologicznych i filozoficznych, które rozwodziły się nad głębią i wieloznacznością tego, na co bohater (tu zwany Tamtraugarwonem) się zdecydował, jaka jest definicja życia i społeczeństwa. Czy życie okazało się dla niego piekielną pokusą, a może był to po prostu dalszy ciąg procesu tworzenia, który zaczął się od planety? Czy taka egzystencja była błędem czy wręcz przeciwnie: tym, czego pragnął, tylko już nie był w stanie pojąć? Huzlerforantitawhah Pioon, jako jeden z setek autorów, bardzo wdzięcznie radzi sobie z tym subtelnym zadaniem, wędrując pomiędzy ładną relacją a rzucanymi niepozornie paradoksalnymi odpowiedziami, wskazówkami i alternatywami, prowadząc nas obyczajowymi ścieżkami przez świat pytań. Oczywiście nie to jest najważniejsze i jest tu wiele więcej, ale czuje się, że właśnie to autor chce nam pokazać najbardziej.
Rzuca się w oczy to jak szczerze Palwfalianie wierni są swojemu punktowi widzenia, co objawia się tym, z jaką dobrocią podchodzą do każdego, kogo spotykają choćby po raz pierwszy, okazując mu cichy szacunek i zaufanie - tak w powieściach, jak i naprawdę. Przekonanie, że gdzieś tam na ich planecie, być może na wyciągnięcie ręki, istnieje wciąż nieśmiertelny (choć ludzki) stwórca wszystkiego, co znają, kieruje nimi w każdej dziedzinie życia i stanowi uniwersalną podstawę wszelkiej moralności. Jest sugestią, że nigdy nie możesz być pewien, jak ważny i wyjątkowy jest człowiek, który staje na twojej drodze, co przeżył i jak cudownych rzeczy dokonał lub też: jakie przeznaczenie przed nim stoi. Nawet jeśli to akurat nie on stworzył Palwfalię.
Melancholijne, smutne, pełne refleksji mieszających światotwórcze myśli z rzeczywistością i pozwalające nam podziwiać tysiące lat zaniku tych pierwszych na korzyść tej drugiej. Może nie dla każdego, ale też niezapomniane.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

60.Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)

Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.

Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.

poniedziałek, 3 listopada 2014

37.Mechanizm nieba” (Iwres Jej Renwolwist)

Wśród tych, którzy go znali, Abronzeon słynął ze swoich ambicji, pomysłowości i talentów konstrukcyjnych. Nie miał wątpliwości, że jego wynalazki mogłyby odmienić cały świat, każdemu pomóc i każdemu ułatwić życie. Niestety, nie do niego należało decydowanie, jak świat będzie wyglądał i kto wywrze na niego wpływ - na Skiawli wszystko zależy od świętych pieśni, modlitw. Jednakże znaczenie miały modlitwy przychodzące nie od takich ludzi jak Abronzeon, żyjących w bliskich słońca eterycznych miastach chmur. Skiawlanie wierzyli, że daleko pod nimi, gdzieś w głębi ciemnej i zimnej warstwie nieprzeniknionej atmosfery planety Dumtrii żyją ich potomkowie, pośród których dawno temu sami żyli, i którzy dziś z troski i szacunku wznoszą modlitwy ku ich pamięci. Każde słowo świętej pieśni wypowiedzianej z myślą o danej osobie jest dla niej źródłem energii, która daje szczęście i natchnienie, siłę do działania i tworzenia. Ci, o których pamiętano i często obsypywano modlitwami, cieszyli się zdrowiem, dostatkiem i optymizmem, podczas gdy zaniedbywane dusze snuły się bez życia, mając siłę jedynie na oczekiwanie kolejnej okazji, gdy ktoś o nich wspomni.
Nieszczęście Abronzeona polegało na tym, że z jakiegoś powodu jego imię było jednym z najrzadziej wywoływanych na dole. Podobnie jak inni przedstawiciele najbardziej pogardzanych warstw społecznych, większość czasu wędrował po mieście półświadomie niczym cień, pochłonięty nowatorskimi myślami, na których realizację mógł wykorzystać tylko nieliczne, krótkie chwile. Przy okazji jednego z takich ożywień doznał olśnienia - a co, gdyby poddać analizie modlitewne fale dźwiękowe, ich ton i głośność, i spróbować odtworzyć wszystkie produkowane przez nich częstotliwości? Dzięki sporym osiągnięciom Skiawlan w zakresie muzyki, pomocy zaintrygowanych przyjaciół oraz odrobinie sprzyjającej passy, krótkie badania pozwalają mężczyźnie opracować sztuczny generator świętych pieśni. W jednej chwili możliwe staje się uniezależnienie od nieinteresującymi się ich losem Dumtrian i uczynienie wszystkich mieszkańców podniebnego świata równymi, jednakowo zdolnymi do życia, szczęścia i rozwoju. Wynalazek działa, jednak... czy naprawdę uda się go wykorzystać w skali światowej? Jak na wieść o nim zareagują inni Skiawlanie, zwłaszcza ci wysoko postawieni, opływający w szczęście, oraz ci najbardziej konserwatywni, widzący w oczekiwaniu modlitwy sens swojego istnienia?

Niewiele jest ras, które pod względem modlitw znajdują się po stronie biernej, będąc stworzonymi do wychwytywania jedynej energii życiowej z czystych, pozytywnych uczuć. Skiawlanie posiadają swego rodzaju więź ze spokrewnionymi mieszkańcami niższych partii planety, która pozwala im żywić się brzmieniem i energią wyzwalanymi i przenoszonymi przez pieśni, czego modlący się nawet nie są w stanie zauważyć.
Dla Iwresa Jeja Renwolwista, Skiawlanin właśnie, nie jest to jednak tylko ciekawostka teologiczna, ale realny problem. Istoty, mające moc modlenia się, rzadko są świadome wagi swoich działań, nie rozumiejąc ich lub ignorując. Naiwnie nie wierząc w istnienia kogoś, kto by na owe działania czekał, prowadzą do smutnych nierówności i cierpień w uzależnionych od nich światach. Renwolwist sam znajdował się w dobrej sytuacji, ciesząc się troską i pamięcią ludzi na dole, wykorzystywał więc dany mu czas na podnoszenie kwestii niesprawiedliwości, przez którą cudze życie zależało od łaski zupełnie innych stworzeń. Mechanizm nieba oprócz tradycyjnej już tu roli szerzenia wiedzy, był eksperymentem, mającym zachęcić do działania i zbadać reakcje na zdumiewający w pierwszej chwili pomysł zmechanizowania modlitewnej energetyki. Jak na razie pomysł ten nawet wydaje się mało realny do wykonania w rzeczywistości po paru pokoleniach od wydania powieści i będzie trzeba włożyć w badania na ten temat o wiele więcej wysiłku, niż to zrobił Abronzeon, jednak Renwolwist wierzy, że wspólnymi siłami wreszcie uda się znaleźć rozwiązanie i uzdrowić świat Skiawlan. W końcu, jak to mówimy na Ziemi, wiara czyni cuda.
Naprawdę warto przeczytać - zarówno po to, żeby móc kibicować pełnemu inwencji Abronzeon, jak też żeby zachwycić się podniebnym światem, zbudowanym z chmur.

poniedziałek, 1 września 2014

28.Narodzony Zimą” (Veona Janknai)

Obrazem, z którym młody, na naszą miarę nastoletni, Sueja najmocniej kojarzył swoje dzieciństwo i cały otaczający go świat, były od zawsze zatopione w śniegu i w chmurach wzgórza Naniwigurii na sąsiedniej aerowyspie oraz niekończące się białe równiny, otaczające namiot ich plemienia, Eusenna. Śnieg padał, odkąd tylko sięgał pamięcią, wędrując od szarej ciemności nieba ku szarej ciemności między aerowyspami i młodzieniec nie wyobrażał sobie, żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Co prawda wielokrotnie słyszał legendy, głoszące, że parę dziesięcioleci temu, czyli mniej więcej przed jego urodzinami, światem rządziło siedem pór roku, a po jednym dniu zimy prędko nadchodziła gorąca i mokra latowiosna, nie uważał ich jednak za bardziej wiarygodne niż inne bajki wioskowej starszyzny. Jako jeden z nielicznych w ogóle niewiele uwagi poświęcał wierze i przesądom, które zdawały się być podstawą egzystencji jego sąsiadów, wątpił we wszystko, czego nie mógł zobaczyć i jasno powiązać z przyczyną. Tak samo nie znajdywał przyczyny, która miałaby uniemożliwić nadejście latowiosny, choć wielu z jego pobratymców wierzyło, że takowa istnieje.
Wszystko zmienia się, gdy jego wioskę odwiedza podróżnik ze wzgórz Naniwigurii. Trafia do niej przypadkowo, jednak od razu rozpoznaje imię Sueja, oznaczające Narodzony Zimą i jego związek ze znaną mu legendą. Opowiada on historię swojego plemienia, jak pewnej z costuletnich zimowych nocy wszystkich nawiedził sen o dziecku, z powodu którego zima się nie skończy. W tym samym śnie pojawił się też nakaz zabicia go jako jedyny ratunek przed wiecznym zimnem. Oczywiście jednak matka, z której pąków dziecko wtedy się zrodziło, zdążyła wysłać je maleńkim balonem za krawędź aerowyspy, i choć inni ludzie natychmiast wyruszyli lotomatami w pogoń, kołyska na dobre zniknęła pośród płatków śniegu. Od tego czasu chłopca nikt nie widział - jak twierdził przybysz, aż do teraz, jasno wskazując Sueję jako winnego nieszczęścia.
W pierwszej chwili chłopak wyśmiewa jego teorie - każdy w namiocie znał go przecież od dziecka i nie pozwoli zrobić krzywdy. Świat Sueji legł w gruzach, kiedy jego matka natychmiast ustąpiła, przyznając, że znalazła go lata temu w śniegu. Kiedy wszyscy pozostali, najbliżsi, których darzył zaufaniem i szacunkiem, którzy go wychowali i byli dla niego wszystkim, wycofują się poruszeni opowieścią nieznajomego, Sueja rozumie, że musi uciekać, tak jak lata temu nauczyła go prawdziwa matka. Jego ucieczka prędko zmienia się w poszukiwania - na temat tego, kim jest i co takiego może łączyć go z porami roku i snami. Odkrywa tajemnice zabobonów, a także zamarznięte ruiny krain, które kiedyś istniały, co stawia go pod coraz trudniejszymi dylematami...

Choć aerowyspa Sueji i plemię Eusenna dość szybko pozostają w tyle, a główny bohater zostaje sam, już praktycznie bez żadnych obaw o pościg, nie znaczy to, że będzie mógł zapomnieć o tych wydarzeniach. Wręcz przeciwnie - nagłe wyparcie się go ze strony pobratymców bardzo mocno się w nim odbiło i na wiele swoich późniejszych przygód nie umiał patrzeć inaczej niż przez pryzmat tego, co mu się przytrafiło. Nie mógłby się z nimi kłócić - rozumiał okrucieństwo wiecznej zimy, z każdym kolejnym dniem dziesiątkującej tę i sąsiednie wioski i pragnienie zakończenia jej za wszelką cenę. Nie budzi wątpliwości, że naprawdę potrafiłby się poświęcić dla innych, nawet jeśli nie do końca wierzyłby w skuteczność takiego rozwiązania - Dłoń Mrozu dopadnie go w końcu prędzej czy później. Oczekiwał jednak odrobiny zrozumienia, chwili zastanowienia nad ofiarą, tego, że po prostu zostanie wysłuchany. Nie mógł wybaczyć tej obojętności i bezwzględnego wyparcia się go przez ludzi, których przecież kochał. W jednej chwili stali mu się zupełnie obcy, jakby spotkali go wczoraj. Czy naprawdę nic dla nich nie znaczył? Czy będą za nim tęsknić?
Uczucie rozdarcia pomiędzy wyrzutami a żalem rozłąki nie odstępowało go na krok. Zarówno gdy po wielu godzinach rozmyślań był o krok od poddaniu się wyrokowi legendy i oddaniem życia w zamian za odmianę pogody, jak i gdy zamyślał się nieznanymi aerowyspami zabudowanymi czarownymi kolumnadami, na które nagła katastrofa sprowadziła metaforyczną wieczną zmarzlinę i zapomnienie. To jednak wciąż tylko jego punkt widzenia, który autor tylko w nielicznych przypadkach podsuwa nam wyraźnie. O wiele więcej jest rzeczy „jednoznacznych”, jak wspomniane porzucone miasta, po których pozostały zaledwie namioty półdzikich plemion, czy tajemnice skryte za kolejnymi warstwami chmur, które bez pośpiechu ukazują nam kolejne elementy układanki przeznaczenia Sueji i sens tego, co dotąd wydawało się nie mieć sensu.
Barwna, pomimo bieli śniegu, opowieść, pełna pięknych odkryć i zaskoczeń tak w sensie dosłownym, jak metaforycznym, które z czasem zmazują ból największych rozczarowań.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

09.Wszechświat ze szkła” (Dżitta U Nula Ka F)

Miałam już zaplanowaną zwyczajną recenzję na dzisiaj, kiedy nagle sobie przypomniałam, że przecież są teraz święta wielkanocne (przynajmniej w tej części Ziemi, którą ja najczęściej odwiedzam). Pomyślałam sobie więc, że może z tej okazji zabiorę was do świata, gdzie na święta malowało się nie pisanki, a kubki...

Wielki żeglarz Żąn So Ke szykuje się właśnie do kolejnej, organizowanej przez Najważniejszych Geografów, wyprawy badawczej. O tyle wyjątkowej, że miała ona zwieńczyć kilka wieków (tu: dziesięcioleci) analiz najbliższych okolic świata Kroltów. Jak dotąd wszystkie zaobserwowane fakty zgodnie potwierdzają wysuniętą przez starożytnych tezę, że wszystko, co istnieje jest efektem interwencji boga, który w pewnym momencie swojego nieskończonego istnienia połączył ciecz z materią w szklance, robiąc sobie herbatę. Herbacianą formę wszechrzeczy potwierdza między innymi rdzawy kolor oraz stopień wilgotności wody, w której żyją Kroltowie, jej wysoka temperatura oraz to, że posiada ona swój górny kraniec, powierzchnię. Dzisiejsza podróż Żąna miała polegać na opuszczeniu hydrokrainy i odnalezieniu wystających ponad nią doskonale okrągłych, szklanych granic, które mimo wysiłków wielu śmiałków pod wodą giną w hałdach fusów.
Żeglarz jest wiernym vasianizmianinem, podobnie jak Geografowie, nawet nie podejrzewa, jak wielkim wyzwaniem będzie dla niego ta misja. Bo choć nie ominą go niebezpieczne sztormy i wiry powierzchniowe, to jednak o wiele trudniejszy do pokonania i zrozumienia będzie dla niego upór napotkanych tubylców, twierdzących, że żadnych szklanych ścian nigdy nie widzieli.

Wiara w powiązanie zmienności wszechświata, jego powstania, końca oraz celu z tea-time'ami ich bóstwa jest piąta czy szósta w kosmicznym rankingu popularności, co stawia ją niemal na równi z pastafarianizmem. Szczególnie dobrze zakorzeniła się w cywilizacjach niewielkich organizmów lęgnących się w napojach innych stworzeń, gdzie ma rzeczywiście sens nie tylko symboliczny. W przypadku innych istot, u których się przyjęła, często prowadzi do wielu rozczarowań, mimo to zawarta w niej harmonia i konkretność wciąż zdobywają sobie zwolenników. Pasują do niej zarówno mniejsze i regularne zjawiska jak dzień i noc, które tłumaczy się powolnym kręceniem się łyżeczki w szklance, jak i nieprzewidywalne katastrofy, które przypominają wzburzające wodę przechylanie naczynia podczas picia. Wśród Kroltów spopularyzował ją prawdopodobnie Tab Ten Oka VI, istnieją też przesłanki, że również wynalazł herbatę - opowiedział o jej znaczeniu w kulturze pijających ją stworzeń, wykorzystaniu, opisał proces jej przyrządzania na podstawie abstrakcyjnych modeli, gdzie głównym wypełniaczem jest powietrze, a nie woda oraz wyprowadził wiele dotyczących jej twierdzeń przy użyciu cyrkla i linijki.
W istocie były to jednak działania niewychodzące poza obręb filozofii. Dżitta U Nula Ka F zauważył, że każda nacja Kroltów, w zależności od głębokości i podłoża, na jakich zamieszkiwała, miała swoje własne wizje Wszech Szklanki oraz przeliczniki cykli łyżki na częstość przypływów i odpływów. Wymyślił więc postać o imieniu Ropa Hin Lii, który zajął stanowisko Mistrza Najważniejszych Geografów właśnie po to, żeby wprowadzić w życie ideę ujednolicenia wszystkich odłamów i przeprowadzić pierwsze w historii zmierzenie i usystematyzowanie wiedzy o otaczającym ich świecie i Herbacie. Historia i wierzenia Kroltów nie są sprawą prostą i łatwą do zrozumienia, tym bardziej cieszy, że jej ciężaru nie czuje się na kartach książki Dżitty U Nula, czym zresztą zdobyła sobie swoich wiernych fanów. Co prawda niekiedy odnosi się wrażenie, że i sam autor nie do końca pojmował problem praktyczności (lub nie) religii swojej cywilizacji, jednak to nie przeszkadza. Tym, co on chciał nam pokazać były nie problemy egzystencjalne, ale niezwykłość podróży na powierzchnię, której jak dotąd nikt nie zdołał doprowadzić do końca. Każda kolejna strona fascynuje nas nowymi, pełnymi życia, barw i szczegółów relacjami i opisami roślin, ryb i koralowców, jakie mogłyby zamieszkiwać światy pozawodne. Odważnie podchodzi do wizji naziemnych mechanizmów ułatwiających podróżowanie i wpompowywanie wody do lepianek, wyobraża sobie naukę, ekonomię i oczywiście religię nowo odkrytego świata, zagłębiając się weń razem z nami. Wreszcie, bez pośpiechu, podaje jedyną słuszną odpowiedź na narastające wątpliwości Żąna So Ke.
Wspaniała, zachwycająca bajecznością opowieść.