Pokazywanie postów oznaczonych etykietą innafizyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą innafizyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

78.Wczorajszy dzień” (Igwaom Songwi Niebieski*)

Czy chcielibyśmy znać swoją przyszłość? Wielu z nas pewnie tak. Pytanie jednak, czy chcielibyśmy znać ją zamiast przeszłości? Czy takie życie w ogóle byłoby możliwe? Nie? W takim razie zapraszam na planetę Igwaoma Songwi Niebieskiego, Teroksei.

Danwewin Dtwen Pomarańczowy odnajduje się na rozprawie sądzącej jego samego za popełnienie zbrodni. Ale jakiej? Uświadamia sobie, że nie wie. To naturalne, że nie jest w stanie ustalić, co się zdarzyło wczoraj. Dziwne jest to, że nie potrafi także wywnioskować tego z najbliższej przyszłości – nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, niczego nie wyjaśnia... Co jeszcze ciekawsze – wyrok wcale nie zapadnie. Danwewin przypomina sobie, że... po upływie najbliższych sekund po prostu ucieknie. Nikt nie jest zaskoczony, gdy nagle zrywa się z miejsca, wybiega z sali i że pomimo prób nie udaje się go zatrzymać. Strażnicy prawa rozpoczynają ponowną analizę tropów oraz jego osobowości, wiedząc od początku, gdzie go ostatecznie znajdą, a sam Danwewin podąża wskazaniami swojej pamięci, by odkryć, co zdarzyło się wcześniej. Wie, że spotka się ze starym znajomym, który przekaże mu pewne zapiski, które z kolei skierują go do szkoły, w której obaj się uczyli i gdzie teraz ledwo wydostanie się z pułapki. Potem znów znajdzie się na miejsce zbrodni, choć zupełnie innej...
Każdy kolejny krok przybliża go do czasu, gdy wszystko stanie się jasne, co jednak nie znaczy, że powinno być dla niego jasne już teraz. Jego umysł najpierw musi przejść przez wszystkie wydarzenia i naprawdę ich doświadczyć, zanim sucha (choć często przydatna) informacja stanie się realną zrozumiałą wiedzą. Co nie jest proste, kiedy pojęcie o tym, co właśnie przeminęło, zanika i pozostaje nam tylko próba rozszyfrowania faktów z chaotycznej przyszłości. Chaotycznej i niebezpiecznej, bo przecież sama wiedza o tym, że coś się uda, nie wydaje się gwarantować nam spokoju, który pozwoliłby tego dokonać. Samo wspomnienie strachu przed skokiem w przepaść i rozpaczy na widok śmierci bliskiego nie jest prawdziwym uczuciem, przez co dla oskarżonego, choć niby wystarczy mu podążać znanymi wydarzeniami, wszystko z czasem staje się coraz trudniejsze... Na szczęście nie tylko dla niego – uczestnicy pościgu wkrótce przypominają sobie, że trafią na ślady jeszcze kogoś. Kogoś mściwego i bezwzględnego, kto choć oczywiście wie, że mu się nie uda i zostanie ukarany, nie zawaha się przed niczym, żeby to osiągnąć. Na razie jednak trzeba zmierzyć się z teraźniejszością i doprowadzić wszystko, co mam w niej miejsce, do końca.

Wiem, że ciężko sobie to wszystko wyobrazić. Po co kogoś ścigać, skoro wiadomo, że jest niewinny; po co czekać z aresztowaniem, skoro wiemy, kto popełni morderstwo; po co się bać, skoro wiadomo, co będzie? Cóż, prawda jest taka, że z psychiką mieszkańców planet ze skraju Wszechświata, takimi jak Teroksei czy też opisywana już kiedyś Enaba, gdzie czas nie zachowuje się tak jak powinien, nigdy nie będziemy mieli łatwo. Czyż w ogóle pierwszym skojarzeniem nie jest, że przeszłość jest niezbędna nam do życia? Że to na niej opieramy swoje plany, że bez wiedzy, co robiliśmy przed chwilą, nie moglibyśmy nic robić dalej? Dopiero, kiedy trochę się zastanowimy, zgodzimy się z Terokseianami, że to raczej bez wiedzy o przyszłości i o tym, jaki nasze działanie będzie miało efekt, powinniśmy się pogubić. Oni nie widzą sensu nawet ułatwienia sobie „odzyskiwania” przeszłości zapisywaniem jej na karteczkach – w końcu, jeśli mają coś do zrobienia, dowiedzą się o tym, widząc efekty tej pracy w przyszłości. Planowanie tego miało miejsce – ale już bez udziału świadomości, lekko przesunięte do przeszłości, która na bieżąco im ucieka.
Podobnie jak podejmowanie decyzji, którego pozorny brak najbardziej szokuje tutaj Ziemianina. We Wczorajszym dniu rzuca się w oczy, że nikomu nawet raz nie przechodzi przez myśl zrobić czegoś wbrew temu, co pamięta z przyszłości, zadziałania wbrew logice, ale w imię sprawiedliwości i to niezależnie, czy mówimy o walczącym o swoje życie Danwewinie, czy oddanych pracy strażnikach. Nawet szajka, która sprytnie nakręciła to wszystko i od początku ma podgląd na swoje błędy, nie ma zamiaru niczego poprawiać, choć, naszym zdaniem, mogłaby. W pierwszej chwili bierność tej aktywności zdumiewa, wprawia w nas w niedowierzanie. Rzecz w tym, że te wydarzenia, choć przyszłe, już się dokonały – w efekcie odwrotnego kierunku czasu, który nierelatywnie zamienia ze sobą miejscami skutek i przyczynę, sprawiając, że w praktyce Terokseianie mają taki wpływ na swoją przyszłość jak my na przeszłość. Oni też nie mogliby zresztą zrozumieć, dlaczego my musimy sztywno trzymać się naszej przeszłości, dlaczego nie reaguje ona na nasze teraźniejsze wnioskowanie. Mamy ją całą przed oczami, a nie wiemy nic o przeszłości – czy nie jest to dla nas ciężarem? Dopiero po jakimś czasie odsłania się przed nami szczególny sens podejścia bohaterów, który często determinuje błyskotliwość i konieczność wyciągania wniosków przewrotniejszą niż wymagałaby jakakolwiek sytuacja w tradycyjnej linii czasu (chociażby stróże prawa muszą, obserwując efekty działania przestępców, odgadywać, jaki jest sens tego, co sami robią). Do tego wciąż towarzyszy nam dziwna tajemnica dnia poprzedniego, której nikt nie zna i która wciąż się oddala... Kiedy wreszcie udaje nam się do tego fantastycznego trybu „auto-działania” przyzwyczaić i zaczynamy sami składać pierwsze wskazówki, naprawdę nie chce się wracać do klasycznego biegu rzeczy na Ziemi.
Świat odwróconego czasu to świat naprawdę o wiele bardziej uporządkowany niż nasz, sprawiedliwy i spokojny. O ile ktoś nagle nie wprowadzi w nim zamieszania w formie pełnej szalonych, kosmicznych pościgów pokręconej, nieprzewidywalnej gra w kotka i myszkę, gdzie nie wiadomo, komu ufać i czy to, co musi się udać, na pewno się uda... Ale to dzieje się już niezależnie od tego, która część linii czasu jest przed nami odsłonięta, czyż nie?


_______________
*Nie jest to przypadkowy układ literowy – trzeci, obowiązkowy element imienia, naprawdę jest kolorem i oznacza coś w rodzaju wskazówki geograficzno-etnicznej. Przydaje się zwłaszcza wiekowym właścicielom nazwiska, którym niewiele już pozostało wydarzeń z przyszłości, by przypomnieć sobie, skąd pochodzą.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

60.Superprzypadek” (Friju Wohr Fr)

Podczas gdy niedoświadczony astrofizyk, Lanius Wifi przeprowadza epokowy eksperyment, mający umożliwić mu świadomy udział w procesie tworzenia wszechświatów w gromadzącym je multiświecie, na drugim końcu miasta trwa jak najbardziej prozaiczna obława na kryminalistę, Broga Slu, który wydostał się ze sfery pozapublicznej. Wydarzenia te nie miały ze sobą nic wspólnego i nie miałyby, gdyby nie ciąg przypadków, który sprawił, że przestępca ostatecznie trafił właśnie do laboratorium Laniusa w kluczowej fazie testu. I gdyby niespodziewanie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie postawił wszystkiego na jedną kartę i, by uniknąć powrotu do ciężkiego więzienia, nie rzucił się wprost na maszynę, przeprowadzającą nie do końca jeszcze jasne operacje kwantowe... Środowisko naukowe zgodnie zawyrokowało, że poszukiwany musiał za jej pośrednictwem przeskoczyć przez ściany wymiarów i pojawić się w innym wszechświecie, być może nawet jednym z tych wytworzonych przez Laniusa. Między innymi dlatego to właśnie on został wytypowany do towarzyszeniu stróżom prawa w poszukiwaniach, które miały się zacząć od namierzenia miejsca lądowania i teleportacji do obcej rzeczywistości. Nie oznacza to bynajmniej, że jego opinia cieszy się dużym posłuchem - a szkoda, gdyż Lanius jako pierwszy wyłapuje luki w pozornie opanowanej sytuacji. Od samego ustalania miejsca, w którym znalazł się Brog, a którego interwymiarowe radary nie chciały sprecyzować do punktu, po planetę, na którą trafili, a której złośliwa dziwaczność, nielogiczne prawa fizyki i prawdopodobieństwo zdawały się opierać na jednej zasadzie - żeby przeszkodzić im w znalezieniu zbiega. Tylko Lanius Wifi mógł przewidzieć, jak naprawdę zachowało się jego urządzenie, i powoli zaczął docierać do niego faktyczny stan rzeczy. Jego maszyna nigdzie nie wysłała Broga - ona stworzyła z niego nowy wszechświat.

Szalone spojrzenie na tematykę, która i tak sama z siebie jest już szalona - oto kolejna odsłona kosmicznego sci-fi. Na Hawkinii, z której pochodzi Friju Wohr Fr najnowsze odkrycia dotyczące multiświata i bulgoczących w nim wszechświatów, powstających naturalną koleją rzeczy, bez nakładu energii, zrobiły gigantyczną furorę, owocując ogromem śmiałych interpretacji tego, jakie (i jak niebezpieczne) mogłyby być skutki tych zjawisk i prób odtworzenia ich w laboratoriach. Według pisarzy wszechświaty mogły się nawzajem zastępować, mieszać, połykać i tak dalej. Mało który jednak Hawkinianin wniósł do tematu więcej niż odrobiny przerażającej nauki, której mniej lub bardziej jasnym celem było pozbawić życia większości bohaterów. Więcej, a w szczególności zagadkę, która z powodu rozkwitu zachwytów nad historią szybko przestała być zagadką, ale mimo to nadal przyciągała do czytania biliardy czytelników - gdzie podział się przestępca, którego w żaden sposób nie idzie odnaleźć, i co jest nie tak z naturą i fizyką, która robi wszystko, żeby to uniemożliwić?
Nie jest to jasne naprawdę długo. Lanius Wifi jest narratorem historii, jednak początkowo boi się (dosłownie) zdradzić swoje obawy nawet czytelnikowi. Zwraca jedynie uwagę na pewne rzeczy, na które bez niego byśmy nie spojrzeli, a które jego obserwacje czynią naprawdę podejrzanymi i, niekiedy, odpychającymi. W istocie bez jego naukowej wiedzy nie zauważylibyśmy tego, jak bardzo celowe jest bezmyślne przecież zachowanie przedmiotów, zwyczaje zwierząt i cechy pogody, jak w bardzo dziwaczny, a jednocześnie naturalny sposób sam zamiar odnalezienia Broga jest tam łamaniem praw fizyki i każdej religii każdego plemienia, jakie rozwinęło się na bezimiennej planecie. A właściwie jedynego prawa, zamiaru i pragnienia, które poszukiwany ze sobą zabrał z innego wszechświata, i które uformowały cały ten, bez którego nic nie mogło istnieć, a jeśli coś mogło, było skazą, przeciw której wszystko się obracało w coraz bardziej piekielny sposób. I dopiero na ostatnich stronach, kiedy wydaje się, że (podobnie jak w innych hawkiniańskich utworach tego typu) nic już nie uratuje bohaterów przed wszechświatem próbującym ich zeżreć, Lanius dochodzi, co zrobić, i dopiero wyjaśnia, co naprawdę się stało.
Dużo dziwaczności skoncentrowanej na tym, by straszyć, dużo praw natury jak z koszmaru, dużo potworów, które są potworami tylko dla nas, a jednocześnie... nie odstępujące nas pragnienie, że chcielibyśmy zobaczyć tego więcej. Dziwne uczucie.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

43.Powrót do domu” (Noa Izgża Umarżiwse)

Z tutejszymi historiami bywa tak, że opowiadam jak gdyby nigdy nic, wierząc, że sami się zorientujecie w regułach przedstawianego świata; bywa też, że paroma wyjaśnieniami wprowadzam Was do niego, kiedy nie jest tak prosto. Decydowanie o tym jest zadaniem o tyle odpowiedzialnym, że być może to, co napiszę poprowadzi Was nie tylko przez dalszy ciąg recenzji, ale i przez sam utwór, który przecież (poza bardzo charakterystycznymi wyjątkami) objaśnień oczywistości nie zawiera. Tym razem jednak, pomimo wyraźnej konieczności objaśnienia sprawy, nie będę mogła za wiele podpowiedzieć. Pomimo trzykrotnego przeczytania książki (nie licząc wielokrotnego jej kartkowania), przeanalizowaniu paru innych źródeł i zasięgnięcia porad kolegów z redakcji ogarnięcie logiki zjawisk rządzących czasem na Iżumiraknie w większości nadal pozostaje poza zasięgiem moich możliwości.

Tym, w co wprowadzają nas już pierwsze słowa, jest przebudzenie - coś absolutnie niespotykanego. Iżumiraknianie są pozbawieni naturalnej umiejętności zasypiania, natomiast ta, którą sami stworzyli, wymaga harmonii, tego, żeby za każdym razem cały naród zasypiał i budził się jednocześnie, grupowo, jakby był jedną, śniącą osobą. Nie ma tu żadnej zależności od okresu obrotu planety wokół gwiazdy, który mógłby sterować ich dniem i nocą, za to planeta w jakiś szczególny, fizykochemiczny sposób uzależniona jest od ich snu. Cały świat pogrąża się w półczasie - dziwacznym psychograwitacyjnym fenomenie, który jest niezbędny umysłom mieszkańców do zasypiania, i który rozciąga sześć godzin iżumirakniańskiej nocy na kilka dni. Tym razem jednak przebudzenie nie dochodzi do skutku. Pewna młoda lunatyczka nie wróciła nad ranem do domu, odrywając się od ogólnej spójności, i półczasu nie można opuścić.
Nie znaczy to bynajmniej, że nie można w ogóle wstać z łóżka, co muszą w odpowiedzi na sytuację zrobić naukowe służby bezpieczeństwa, w tym - Merdin i Tandrel, detektywi zajmujący się sprawami niedomknięcia przebudzeń. Pozornie wszystko funkcjonuje tak, jak zawsze, ale wyczuwalnie bardziej ociężale, powoli, jakby nieprzezroczyste powietrze nabrało nagle nowej masy i grawitacji. Rzeczywistość, wciąż wymieszana z ich myślami, jakby jeszcze spali, nie nadaje się do życia, zakrzywiając ruch, dźwięk i wspomnienia. Nie będzie łatwo znaleźć winnego we mglistej, nierealnej atmosferze, a już na pewno - szukać wiarygodnych, pewnych śladów, które nie będą złudzeniem ich własnej nieprzytomnej psychiki. Co jednak, jeśli im się nie uda i przeciążony półczas wreszcie utraci kontrolę nad rzeczywistością? Nikt nigdy tego nie doświadczył i nie chce się o tym przekonać.
Szybko okazuje się, że zaginięcie dziewczyny wbrew początkowym przypuszczeniom nie było przypadkiem. Komuś bardzo zależy, żeby zablokować planetę we śnie. Komu? Trochę potrwa, zanim uda się zauważyć flotę obcych statków na niewyraźnym niebie i zorientować się, gdzie regularnie znikała porwana. Ten moment wrogowie będą próbowali wykorzystać na lądowanie i inwazję, na szczęście sami nie docenią potęgi półczasu...

Coś zbliżonego do półczasu występuje także choćby w wyższych warstwach atmosfery gwiazd neutronowych, których niewiarygodna prędkość obrotu powoduje niespotykane zmiany w zachowaniu czasu. Jednakże pomimo iż podobieństwo dotyczy zaledwie „rozciągliwości” czasu, nie mając żadnego związku z jego niewyobrażalnymi właściwościami psychicznymi, to i tak miliony lat mniej lub bardziej praktycznych rozważań największych umysłów Wszechświata zdołały zrobić z niego jedynie niewielki użytek. Nigdzie organicznych relacji z czasem nie udało się rozwinąć do tego stopnia i na taką skalę jak na Iżumiraknie, jak to widać w Powrót do domu, gdzie są one jakoby naturalnym skutkiem chwiejnej czasoprzestrzeni planety. Nic dziwnego, że przed wydaniem tej książki mało kto wierzył, że takie osobliwości mogą gdzieś stanowić codzienność. Umarżiwse był pierwszym, który podjął się przedstawienia tak różnorodnych i barwnych opisów zmiennej rzeczywistości, niedostępnej dla szerszej widowni, i tego, czym ona jest dla przyzwyczajonych do półczasu ludzi. Co ważne jednak - autor nie widzi w swoim świecie tylko potencjału astrofizycznego i materiału do analiz, dzięki czemu nawet nie rozumiejąc, jakie są zasady działania tego, o czym czytamy (jak w moim przypadku), wiemy, co się dzieje i nie przeraża nas głębia tego zjawiska. Zresztą - dla pisarza nie to jest najważniejsze. Obok naukowych fantazji mamy doskonale wplecione w nie elementy porywającej akcji, obyczaju, kryminału, a nawet trochę komedii i romansu, które nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że Umarżiwse poradziłby sobie nawet startując z bardziej zwyczajnej planety. W końcu jego pierwszym zamiarem było zdobycie serc współmieszkańców z Iżumirakna. Jak widać, przypadkowo udało mu się o wiele więcej.

poniedziałek, 3 listopada 2014

37.Mechanizm nieba” (Iwres Jej Renwolwist)

Wśród tych, którzy go znali, Abronzeon słynął ze swoich ambicji, pomysłowości i talentów konstrukcyjnych. Nie miał wątpliwości, że jego wynalazki mogłyby odmienić cały świat, każdemu pomóc i każdemu ułatwić życie. Niestety, nie do niego należało decydowanie, jak świat będzie wyglądał i kto wywrze na niego wpływ - na Skiawli wszystko zależy od świętych pieśni, modlitw. Jednakże znaczenie miały modlitwy przychodzące nie od takich ludzi jak Abronzeon, żyjących w bliskich słońca eterycznych miastach chmur. Skiawlanie wierzyli, że daleko pod nimi, gdzieś w głębi ciemnej i zimnej warstwie nieprzeniknionej atmosfery planety Dumtrii żyją ich potomkowie, pośród których dawno temu sami żyli, i którzy dziś z troski i szacunku wznoszą modlitwy ku ich pamięci. Każde słowo świętej pieśni wypowiedzianej z myślą o danej osobie jest dla niej źródłem energii, która daje szczęście i natchnienie, siłę do działania i tworzenia. Ci, o których pamiętano i często obsypywano modlitwami, cieszyli się zdrowiem, dostatkiem i optymizmem, podczas gdy zaniedbywane dusze snuły się bez życia, mając siłę jedynie na oczekiwanie kolejnej okazji, gdy ktoś o nich wspomni.
Nieszczęście Abronzeona polegało na tym, że z jakiegoś powodu jego imię było jednym z najrzadziej wywoływanych na dole. Podobnie jak inni przedstawiciele najbardziej pogardzanych warstw społecznych, większość czasu wędrował po mieście półświadomie niczym cień, pochłonięty nowatorskimi myślami, na których realizację mógł wykorzystać tylko nieliczne, krótkie chwile. Przy okazji jednego z takich ożywień doznał olśnienia - a co, gdyby poddać analizie modlitewne fale dźwiękowe, ich ton i głośność, i spróbować odtworzyć wszystkie produkowane przez nich częstotliwości? Dzięki sporym osiągnięciom Skiawlan w zakresie muzyki, pomocy zaintrygowanych przyjaciół oraz odrobinie sprzyjającej passy, krótkie badania pozwalają mężczyźnie opracować sztuczny generator świętych pieśni. W jednej chwili możliwe staje się uniezależnienie od nieinteresującymi się ich losem Dumtrian i uczynienie wszystkich mieszkańców podniebnego świata równymi, jednakowo zdolnymi do życia, szczęścia i rozwoju. Wynalazek działa, jednak... czy naprawdę uda się go wykorzystać w skali światowej? Jak na wieść o nim zareagują inni Skiawlanie, zwłaszcza ci wysoko postawieni, opływający w szczęście, oraz ci najbardziej konserwatywni, widzący w oczekiwaniu modlitwy sens swojego istnienia?

Niewiele jest ras, które pod względem modlitw znajdują się po stronie biernej, będąc stworzonymi do wychwytywania jedynej energii życiowej z czystych, pozytywnych uczuć. Skiawlanie posiadają swego rodzaju więź ze spokrewnionymi mieszkańcami niższych partii planety, która pozwala im żywić się brzmieniem i energią wyzwalanymi i przenoszonymi przez pieśni, czego modlący się nawet nie są w stanie zauważyć.
Dla Iwresa Jeja Renwolwista, Skiawlanin właśnie, nie jest to jednak tylko ciekawostka teologiczna, ale realny problem. Istoty, mające moc modlenia się, rzadko są świadome wagi swoich działań, nie rozumiejąc ich lub ignorując. Naiwnie nie wierząc w istnienia kogoś, kto by na owe działania czekał, prowadzą do smutnych nierówności i cierpień w uzależnionych od nich światach. Renwolwist sam znajdował się w dobrej sytuacji, ciesząc się troską i pamięcią ludzi na dole, wykorzystywał więc dany mu czas na podnoszenie kwestii niesprawiedliwości, przez którą cudze życie zależało od łaski zupełnie innych stworzeń. Mechanizm nieba oprócz tradycyjnej już tu roli szerzenia wiedzy, był eksperymentem, mającym zachęcić do działania i zbadać reakcje na zdumiewający w pierwszej chwili pomysł zmechanizowania modlitewnej energetyki. Jak na razie pomysł ten nawet wydaje się mało realny do wykonania w rzeczywistości po paru pokoleniach od wydania powieści i będzie trzeba włożyć w badania na ten temat o wiele więcej wysiłku, niż to zrobił Abronzeon, jednak Renwolwist wierzy, że wspólnymi siłami wreszcie uda się znaleźć rozwiązanie i uzdrowić świat Skiawlan. W końcu, jak to mówimy na Ziemi, wiara czyni cuda.
Naprawdę warto przeczytać - zarówno po to, żeby móc kibicować pełnemu inwencji Abronzeon, jak też żeby zachwycić się podniebnym światem, zbudowanym z chmur.

poniedziałek, 20 października 2014

35.Osiem elementów” (Iriowino)

Co łączy projektanta pierwszego na planecie Syji wehikułu czasu oraz światowej klasy energologa? To, że obaj zostali uprowadzeni przez Nieznajomego, stając się częścią jego zdumiewającego i na razie nikomu nieznanego planu. Podobnie zniknęło parę, wydawałoby się niewiele znaczących i zupełnie niepowiązanych ze sobą przedmiotów ze społecznego muzeum, elektrowni i laboratorium. To wszystko, co wiadomo o tajemniczym złoczyńcy – Opiekunowie królowej miasta Krimii muszą sami dowiedzieć się reszty i powstrzymać wiszącą w powietrzu katastrofę. I pewnie by się im udało, gdyby nie to, że Nieznajomy wykorzystuje syjańską zdolność ponadwymiarowego kształtowania właściwości przestrzeni i materii bezlitośnie łamiąc przyjęte reguły. W wykreowanym przez niego pałacu rzeczywistość przypomina pozbawiony praw fizyki koszmar, której nawet wprawni wojownicy nie byli w stanie naprostować na tyle, żeby przeżyć spotkanie z nią. Spośród dziesiątkowanej grupy Opiekunów z kolejnych niebezpieczeństw wychodzi cało tylko jeden z nich, Delwenino. Ale czy jest to przypadek czy raczej gra ustawiona przez Nieznajomego w celu znalezienia następnego elementu?

Syja krąży wokół Syriusza, którego o dowolnej porze roku możemy zobaczyć na nocnym niebie jako najjaśniejszą gwiazdę, tym bardziej ciężko objąć myślą fakt, że tak niedaleko od nas mieszkają istoty, z których każda może z otaczającą je rzeczywistością robić, co chce. Wydaje się, że taki świat nie mógłby być możliwy, że wystarczyłaby odrobina bezmyślności czy egoizmu, by doprowadzić całą planetę i panujący na niej porządek do ruiny. Wystarczy jednak chwila zastanowienia, żeby zauważyć, że także na Ziemi, gdzie każdy z nas ma pewną, fizyczną władzę nad energią i materią, nie trzebaby wiele, żeby wyrządzić jakąś szkodę czy zrobić komuś krzywdę. Wszechświat jest pełen niezwykłych właściwości, które mogłyby mniej lub bardziej mu zaszkodzić, ich właściciele jednak chętnie rezygnują z części swojego potencjału na korzyść spokoju, bezpieczeństwa i dobra innych. Zamiast rozsiewać morderczy, niezrozumiały dla nikogo chaos, Syjanie wolą realizować się w bajkowej architekturze i wielowymiarowej kinematografii. Dopóki nie pojawia się ktoś taki, jak Nieznajomy.
Pomimo że nie jest tajemnicą, iż Iriowino opierał swoje pomysły na tym, z czym faktycznie Opiekunom krimiańskich królów i królowych zdarzało się walczyć, jego wyobraźnia i tak budzi podziw. Każdy opis daje nam szczegółowe, namacalne wyobrażenie o dziwactwach, które napotyka Delwenino, i wywołuje ciarki na plecach, mimo to nie dziwi, że książki Iriowino zdobyły sławę przede wszystkim dzięki wszelakim efektownym ekranizacjom i to nie tylko na jego rodzimej planecie. Oderwana od powierzchni kulista grawitacja, ogień promieniujący czarnym światłem, zbitki ścian czasoprzestrzennych zaprogramowane na schematyczne niszczenie czy wreszcie wędrujące na korytarzach, samodzielne kule żrącej próżni, to coś, co zdecydowanie nie każdy Syjanin zdołałby wymyślić i jednocześnie coś, czego nie da się zapomnieć, czy to w formie pisanej czy wizualnej. Każde z tych małych arcydzieł (i pod względem literackim, i z punktu widzenia świata przedstawionego) posiada naukowe wyjaśnienie, dzięki któremu istnieje, swoją własną fizykę, w której główny bohater musi jak najszybciej się połapać, żeby nie zginąć.
Pomimo tego wszystkiego, całkiem sporo jest tu kombinowania, zwłaszcza jeśli ma się jakieś pojęcie o Legendach Wszechświata. Uwagę przyciąga sam Nieznajomy, który choć nie pojawia się w „kadrze” często, zawsze pozostawia po sobie pytania co do tego, czego właściwie chce i, potem, czy to faktycznie realne oraz na ile mamy do czynienia z szaleńcem, a na ile z geniuszem. Samotnemu Opiekunowi przez cały czas nie daje spokoju przeczucie, że chodzi o coś wielkiego – i tyleż niszczycielskiego. Po co mu ludzie zajmujący się czasem oraz energią? A te przedmioty? Czy czasem ten laser czy atomowy generator liczb losowych mogą mieć jakiś jednoznaczny sens? Z czasem z pomocą przyjdą mu i sami odnalezieni naukowcy, pozwalając tuż przed samym końcem dramatycznego labiryntu odkryć siłę tkwiącą w czterech kosmicznych żywiołach – przestrzeni, energii, czasu i prawdopodobieństwa. Nieprawdopodobne szczęście Delwenino stanowiło ostatni element układanki. Czy jednak można obrócić tę moc przeciwko porywaczowi? A może na to on właśnie liczy?
Porażający i zachwycający jednocześnie kryminał opowiadający o naukowej wiedzy zmieniającej się w legendarną magię. Mnie się niezwykle podobało.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

19.Zmiany” (Juriana Rastkta)

Wyzwanie jednej z czytelniczek, rzucone pod poprzednim wpisem, było na tyle zaskakujące, że do ostatniej chwili sama nie miałam przekonania, czy doczeka się realizacji. A jednak udało się - na długiej liście rzeczy do zrecenzowania znalazła się zapierająca dech historia serii morderstw, skupiająca się przede wszystkim właśnie na pokrętnej logice działania ich sprawcy. Ale czy faktycznie sprawca taki jak ten spełni wymagania owej czytelniczki?

Na Enabie, planecie położonej na styku dwóch nierównoległych wszechświatów, nagle zaczynają znikać ludzie. Nie były to zwykłe zniknięcia - nielicznym ze świadków udało się zaobserwować niewyjaśnione i przerażające zmiany w wyglądzie i zachowaniu ofiar, które je poprzedzały. Marszcząca się, siniejąca skóra, jaśniejące włosy i postępujące trudności z poruszaniem się prędko doprowadzały do nieodwracalnego zaniku świadomości. Co mogło być przyczyną? Kto mógł być za to odpowiedzialny? Niektórzy widywali ponurą postać w czarnym płaszczu, w obecności której usychały rośliny, kruszyły się ściany i rdzewiały metale...
Biolog-analizator Sawior Snał już po kilku testach wyklucza zastosowanie trucizny czy ostrego narzędzia - nie wiadomo, dlaczego ludzie umierają. Widząc, że incydenty nie ustają i nie mając jednocześnie żadnych innych śladów, decyduje się odkryć zasadę działania mordercy i, choć wie, że narazi to jego własne życie, odnaleźć tajemniczą postać. Gdy wreszcie mu się to udaje, przekonuje się na własne oczy nie tylko o prawdziwości pogłosek o niszczycielskiej aurze nieznajomego, ale także o wielu innych sprawach, o których wolałby nie wiedzieć...

Książka ta niewątpliwie sprawi ziemskim czytelnikom spory problem, a to za sprawą fizyki panującej na planecie, która znajduje się praktycznie poza granicami Wszechświata. Wiele naturalnych u nas zjawisk, jak grawitacja czy sposób poruszania się światła, działa tam na innej zasadzie, w stopniu ograniczonym lub też nie obowiązuje wcale. Należy do nich także czas, który zawijając się na krawędziach kosmosu, traci swoje właściwości i do jego funkcji została częściowo przystosowana tak zwana Piąta Przestrzeń, w której zachodzi się ruch i giną przeszłe wydarzenia. Trudno się więc dziwić, że gdy nagle zaczyna płynąć - punktowo, nierównomiernie - jest dla Enabian nie do pojęcia, nie tylko z powodu niesionej ze sobą śmierci powodując zamęt i panikę. Nie jest to żaden spoiler - Snałowi niemal od razu udaje się przewidzieć miejsce następnych "odwiedzin" i podczas paru kolejnych incydentów zszokowany obserwuje działanie obcego, który początkowo nawet wydawał mu się winny. Prawdziwą tajemnicą i motywem przewodnim powieści jest idea Człowieka Czasu, który uważa się za bezinteresownego uzdrawiacza i jedynego nieobojętnego wobec niekompletnej fizyki granic Wszechświata, a zarazem za jego niekoronowanego władcę, posiadacza najpotężniejszej siły, któremu nie wolno się przeciwstawiać.
Biolog pozostaje całkowicie bezradny wobec tego, co widzi. Samoistne przemiany niekontrolowane przez samego przemienianego są z jego perspektywy czymś niewyobrażalnym, okrutnym. Nie może jednak powstrzymać uczucia respektu dla tego zjawiska, zjawiska naturalnej przemiany w czasie, która tutaj dokonuje się bezwiednie, sama z siebie, a której nikt na Enabie dotąd nie uświadczył. Jaki jednak jest cel dziwacznej postaci? Co chce uzyskać? Być może i my nie bylibyśmy w stanie zrozumieć pomyleńca, który według dla siebie tylko jasnej sprzecznej logiki chce uszczęśliwiać świat poprzez cierpienie, gdyby Juriana od połowy historii nie przekazała narracji właśnie jemu. Odtąd podążamy za jego chorym i niebezpiecznym tokiem myślenia, wedle którego wszystko powinno zmieniać się i przemijać, towarzyszymy mu podczas wpychania kolejnych ofiar w niszczący nurt czasu i wreszcie staramy się przewidzieć jego kolejny ruch, kiedy zdesperowany Sawior Snał zbiera się na odwagę, by jakoś nawiązać z nim kontakt i powstrzymać...
Przerażające, zdumiewające i skłaniające do myślenia, tym bardziej, że w wielu momentach tak dziwnie znajome. Kiedy już uda się nam wejść się w ten trudny, pozakosmiczny świat, nie można się od niego oderwać do ostatniej strony.

poniedziałek, 5 maja 2014

11.Burza” (autor nieznany)

Bohaterem historii jest złożona z kilku luźnych elektronów postać mieszkająca wraz z paru osobową grupą starszych krewnych w jednym z wielu zwyczajnych węzłów obwodu elektrycznego. Ów obwód był właściwie wszystkim, co znał, a jednocześnie czymś, co zdążył już poznać aż za dobrze, znudził się nim i zaczął zastanawiać, czy jest na świecie jeszcze coś, co warte byłoby zobaczenia. Teorię tę zdawały się jakoby potwierdzać odbierane przez niego odległe sygnały, niewyraźnie i nie połączone z niczym, do czego miałby dostęp. Jego starsi nazywali to burzą - legendy głosiły, że gdzieś niewiarygodnie wysoko nad nimi, w oderwaniu od jakiejkolwiek sieci cywilizacji, znajduje się gigantyczne skupisko dzikich, obcych impulsów elektrycznych o sile nieporównywalnej do niczego, co jest im znane. Główny bohater myślał odtąd często o dziwacznym świecie nad nimi, zastanawiając się zarówno nad tym, czy jest prawdziwy, jak i czy można się tam dostać i czy jest powód, by czegokolwiek się obawiać.
Odpowiedź wydawała się oczywista - niezbadane burzowe skupisko elektryczne tkwiło na niebie od pokoleń, nikt już nie pamiętał, kiedy się pojawiło, i wyglądało na to, że nikt nie doczeka tego, aż coś się zmieni. Do czasu gdy pewnego razu strumień o mocy setek milionów woltów spłynął z nieba i uderzył prosto w węzeł, w którym mieszkał bohater historii, tworząc most pomiędzy światem chmur i powierzchnią. Do obwodu przedostają się nowe, potężne istoty, które niczym bogowie, dziwią się nad maleńkością tego świata. Młodzieniec jest pierwszym z tych, którzy odważyli się nawiązać z nimi kontakt i szybko się zaprzyjaźnia, w szczególności z podobnym mu pod względem wieku osobnikiem. Wspólnie wymieniają się doświadczeniami i wrażeniami z życia w dwóch zupełnie odrębnych, tak różnych od siebie miejsc, porównują i uczą się od siebie nawzajem. Główny bohater wreszcie ma szansę poznać bliżej to, co tak długo nie dawało mu spokoju, jest oczarowany i zafascynowany... w tym także swoim nowym przyjacielem z chmur. Z czasem oboje uświadamiają sobie, że utworzyło się pomiędzy nimi coś wyjątkowego. Niestety, nieuchronnie dobiegał końca czas połączenia nieba i ziemi - już wkrótce błyskawica miała się od niej oderwać i na nowo zniknąć na całe tysiące pokoleń w odmętach chmur. Przed młodym impulsem elektrycznym staje najważniejsza decyzja w życiu - czy pozostać w znanym sobie świecie wraz z ukochaną rodziną czy porzucić wszystko, co ma, i ufając tylko temu, co czuje, ruszyć w nieznane, magiczne krainy?

Wszystko wskazuje na to, że świat, w którym rozgrywają się wydarzenia, jest jednym z tych, gdzie każda z licznie zasiedlających go ras jest mylnie przekonana o swojej wyjątkowości i niepodzielności w panowaniu nad planetą. Podczas gdy opowieść rozchodziła się ze stale rosnącą popularnością po wszystkich zakątkach mikroświata, jego makroskopijni mieszkańcy (w wielu aspektach podobni chociażby do Ziemian) nie mieli pojęcia, że w zasilającej ich dom sieci elektrycznej może istnieć jakiś rodzaj życia. I być może by tak zostało, gdyby nie analizy szumu tła postaci o imieniu Zotena Fagl Me, znanego w świecie wydawniczym jako Obserwator. W teorii zajmuje się on po prostu astronomią, jednak nowatorskość i dokładność wykorzystywanych przez niego metod sprawia, że o wiele częściej niż na interesujące zjawiska kosmiczne zdarza mu się trafiać na osobliwe ciągi nieregularności impulsowych. Po bliższym zapoznaniu się z ich źródłem okazują się one być niekiedy być równoznaczne z procesem myślowego odczytu dzieła literackiego zakodowanego w jakimś nierozpoznanym dotąd języku, w szczególności, jeśli sygnał taki pojawia się w kilku niezależnych od siebie punktach i momentach. Obserwacja nie jest więc ostatnim krokiem w odkrywaniu nowego utworu; nie jest nim często nawet zastąpienie oryginalnej formy zdatnym do czytania tekstem, nawet zrozumiałym znaczeniowo. Zotena dał początek całej serii prac na temat postrzegania przez elektro-istoty otoczenia i siebie nawzajem. Znaleziona książka okazała się być dla niego wyzwaniem językowo-literackim, gdyż nie pojawia się ani jedno imię, nie istnieją nazwy przedmiotów czy miejsc, hierarchia czy też zależności rodzinne zdają się być bardzo skomplikowane. Jak sam opowiada w przedmowie, musiał zadecydować, jak potraktować napotykane tam imiona-identyfikatory i nazwy-opisy. Ostatecznie postanowił zrezygnować z rzeczy typu "Obiekt 4" czy "Miejsce w bliskości na poziomie 1" na korzyść romantycznej tajemniczości. Zotena miał więc ogromny wpływ na charakter, może nawet i przekaz historii, odżegnuje się on jednak ostro od licznych prób przypisania jemu samemu autorstwa, którego nie udało mu się dociec.
Cóż o samym dziele można powiedzieć? Fabuła nie wydaje się nazbyt oryginalna, jednakże opisy nowego nieznanego świata podniebnego są jedyne w swoim rodzaju i dla nich na pewno warto spróbować. Nie dla tego, że są barwne i pobudzające wyobraźnię, ale właśnie wręcz przeciwne - stworzone przez istoty nie znające kolorów i temperatur przypominają raczej wykresy, kombinacje faktur i czterowymiarowe relacje z przepływu struktury chmur. Pośredniczący między autorem (autorami?) a czytelnikiem Zotena stara się przybliżyć temu drugiemu sens i znaczenie "emocjonalne" tych obrazów najlepiej jak tylko potrafi. Jego przekładowe wyczyny zasługują na nie mniejszą uwagę i w innych sytuacjach, gdzie nieustannie starał się zrozumieć występujące tam relacje i targające bohaterami uczucia i odnaleźć takie odpowiedniki w naszym świecie, żebyśmy i my mogli się w nich połapać. Dzięki pomocy jego kolegi, korektora-poety Leoka Rafawa, naprawdę fantastycznie się to czyta.
Po prostu nie można nie przeczytać.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

07.Trzymaj mnie za rękę” (Ninoff Dee Plai)

Na planecie Miza 18 ma miejsce straszna katastrofa - jedna z największych elektrowni kwantowych w kolonii Miza Zean eksploduje. Zanim jednak władze będą mogły poświęcić się badaniu przyczyn incydentu, trzeba zająć się natychmiastowym ratowaniem pracowników, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Nie jest to łatwe - uszkodzenie maszynerii manipulującej delikatną makrostrukturą kwantową spowodowało zachwianie stabilności okolicznej rzeczywistości. Nieuchwytny stan właściwy zazwyczaj jedynie dla elektronów przeniósł się na obiekty ponadatomowe - dopóki dwójka ludzi się widzi, wszystko jest w porządku, ale kiedy jeden z nich znika za drzwiami, zaczyna działać zasada nieoznaczoności Heisenberga, zgodnie z którą mamy jedynie prawdopodobieństwo, że on faktycznie tam jest. Jedno zdarzenie sprawiło, że rzeczywistość stała się kombinacją rzeczywistości równoległych do samej siebie, niczego nie można było przewidzieć. W takiej sytuacji bezradne władze mogły zwrócić się tylko do fundacji FIZYKI, która wyznaczyła do zadania swojego najlepszego agenta, VegaMarka. Jedynymi urządzeniami, które mogły mu się przydać, był krótkodystansowy stabilizator rzeczywistości i sonar namierzający poszkodowanych, jednak tak naprawdę wszystko zależało jak zawsze od jego wiedzy, zapierających dech zdolnościach konstrukcyjnych i talencie do improwizacji. Wkrótce po jego teleportowaniu wychodzą na jaw pierwsze wskazówki na temat tego, co spowodowało wybuch, jednak wtedy łączność z VegaMarkem zostaje tajemniczo zerwana...

Mówi się, że VegaMark, niezwykle popularny bohater siedemnastotomowej (i nadal nie zakończonej!) serii o swoich przygodach, potrafiłby zrobić mały wszechświat z dętki rowerowej*, nie dziwi więc że FIZYKI z miejsca postawiła właśnie na niego. Nie będzie żadnym spoilerem dla jego fanów, że i tym razem uda mu się przywrócić wydarzeniom właściwy bieg, jednak i ich zapewne kolejny raz zaskoczą metody, jakimi to osiągnął, choćby wykorzystanie długopisu magnetycznego jako bariery porządkującej czy kawałków plastiku do odwrócenia praw Murphiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, z jakimi VegaMark miał dotąd styczność i nawet pomimo stabilizatora rzeczywistości każda pomyłka może skutkować zapadnięciem się do równoległego wszechświata. Mówi się wręcz, że grozę tej historii da się porównać tylko Punktem w przeszłości, gdy musiał powstrzymać Ramdoka od wymazywania minionych zdarzeń, a przecież jak wiadomo wszystkie historie z największym antagonistą VegaMarka stoją o klasę wyżej od reszty.
Sprawę utrudnia dodatkowo niejaka Perri, którą główny bohater wyciąga z potrzasku wkrótce po zapoznaniu się z otoczeniem. Co ciekawe, utrudnia nie tylko jemu samemu (przede wszystkim ciągle odciągając uwagę ciągłym wpadaniem w kłopoty), ale i autorowi, który z malowniczością mechaniki kwantowego świata radzi sobie lepiej niż sposobem myślenia istot płci nie-męskiej**. Z drugiej strony istnieje szansa, że jej dziecinny, niezbyt sensowny charakter nie był kwestią przypadku. Jej zachowanie nie irytuje, a wręcz przeciwnie - dodaje akcji wesołości i rozładowuje napięcia, którego od pierwszych zdań jest aż nadmiar. Trzeba też dodać, że owa Mizaninka występuje tu nie tylko w roli sympatycznej osóbki, którą Dee Plai w każdym odcinku urozmaica VegaMarkowi życie i wymusza wyjaśnienia, ale też bardzo przydatną, kiedy trzeba będzie uspokajać spanikowanych pracowników elektrowni, z czym oczywiście nieśmiały do przesady VegaMark sam nie dałby sobie rady. Ma też pewien sekret, który daje jej własne, genialne pięć minut w finale i sprawia, że jakoś udaje się nam wybaczyć nawet ciągłe przypominanie o dość drażniącym dla Ziemian fakcie, że agent ma wystarczająco dużo rąk, żeby jednocześnie majsterkować i trzymać ją za rękę, żeby czasem znowu nie zniknęła mu z oczu.
Ninoff Dee Plai nie byłby też sobą, gdyby nie zawarł tu przesłanki na temat ekologii, prośby o odpowiedzialność za to, co się robi. Pomimo że oszczędne, nieinwazyjne biologiczne elektrownie korzystające z różnic prawdopodobieństw wystąpienia elektronów w danych stanach stacjonarnych z każdym rokiem zwiększają swój udział na rynku zasilania, stwarzają zagrożenie nie mniejsze niż kiedyś i awarie podobne do tej ciągle się zdarzają. Nie jest to na szczęście patetyczny moralitet o wyższości tradycyjnych elektrowni jądrowych, pojawia się jednak parę słów, które skłaniają do myślenia i ani na chwilę nie przysłaniają karkołomnych wyczynów VegaMarka.
Polecam każdemu kto woli akcję opartą bardziej na myśleniu niż na bieganiu, zresztą innym też. Ja tego wynalazcę „z niczego” po prostu uwielbiam.


_______________
*Co zdumiewa trochę mniej, kiedy wie się, jak bardzo skomplikowanymi układami międzyplanetarnymi są w obrębie Miza Zean dętki rowerowe, że o samych rowerach nie wspomnę.
**W kolonii Miza Zean jest dokładnie siedem płci. Już dawno zauważono, że Dee Plai potrafi pisać przekonująco tylko o dwóch z nich, przy czym nie o swojej własnej.