Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niefabularne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niefabularne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

85.Książka o książkach” (Flajijwomistroh Hohigomig Daflijimi)

Co to jest książka? Wydaje się, że już kiedyś sama odpowiedziałam sobie wyczerpująco na to pytanie – że jest to rodzaj zapisu, wykluczający multimedia, unikając wieloznaczności i niejednorodności treści. Ale co z „celowością” zapisu? Czy jeżeli powstał on samorzutnie, bez żadnego zamiaru stworzenia znaczenia, to nadal jest zapis? Czy wystarczające jest samo to, że da się go przeczytać?

Największa biblioteka Saufghinu, Alganka, w przeciwieństwie do innych tego typu instytucji na tej planecie, nie zawiera żadnej książki, którą ktoś świadomie zaplanowałby na fabułę, postacie i cokolwiek sensownego. Tym, co je pisze, a właściwie – tworzy czytelne wzory na papierze, są Rulieiny, płaskie stworzenia wielkości interpunkcji, słynące z tendencji do układania się na kontrastującym z nimi kolorystycznie materiale. Oczywiście same Rulieiny nie robią tego z zamiarem stworzenia czegokolwiek – odwrotnie, to Saufghinianie nauczyli się przypisywać wartość znaczeniową temu, co znajdywali niegdyś na liściach i kamieniach, a co potem składali w kartki nietypowych książek. Zmiana środowiska Rulieinom bynajmniej nie przeszkadzała, a nawet przeciwnie – chętnie rozprzestrzeniały się na inne, pozostawione dla nich w pobliżu czyste kartki, które potem saufghiniańscy czytelnicy mogli czytać jak hieroglify, rozkoszując się tajemniczością i głębią tekstu. Jego jednoznaczność jest niezaprzeczalna – na całym Saufghinie obowiązuje jeden standard interpretacji znaków, jeden język obrazkowy i jedna szkoła czytania, co sprawia, że każdy na wstępie dostaje to samo. Złożoność i nieuchwytność tekstu bierze się z kontekstu poszczególnych znaków, które oczywiście nieczęsto układają się z sensem, przez co, podobnie jak w poezji czy bardzo nowoczesnej ziemskiej prozie, trzeba się go trochę naszukać. Albo też założyć, że w ogóle nie jest potrzebny i potraktować dziwną historię jako metafizyczną wizję, zabawę dla podświadomości. Nic dziwnego, że książki faktycznie napisane przez autora, zaplanowane, przemyślane, choć niezmiennie powstawały, nie cieszyły się aż takim szacunkiem jako banalne i niepodatne na interpretację.
Pewnego dnia jednak zaczęły się problemy, które także Saufghinian zmusiły do zastanowienia się, czym jest książka, czy istnieje granica, za jaką utwór nie nadaje się już do czytania i jak wiele swobody można zostawić Rulieinom. Owe problemy objęły całą Algankę i trwają do teraz, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do tego, jak uratować teksty przed drastycznymi przemianami zachodzących dzień po dniu w każdym z nich. Niektórzy, co bardziej spostrzegawczy, nazwali proces Wojną Przecinków z Kropkami.

Zaskakujące, jak niewiele okazali się wiedzieć Saufghinianie o kwiecie własnej literatury. Oczywiście – mieli wspaniały podział na rulieinowe dziedziny, zabiegi stylistyczne, udało im się stworzyć nawet encyklopedię herosów „wymyślonych” przez płaskie robaczki, wraz z opisem osobowości i genealogią. Ale kiedy pojawiła się konieczność działania, zapobieżenia realnej katastrofie grożącej wymazaniem większości z tego, co cenili, okazuje się, że o samych „piszących” nie wiadomo niemal nic. Wyłączając nielicznych biologów fascynatów, którzy dość szybko zrozumieli, że ruch na kartkach wziął się z konfliktu i żądzy władzy dwóch podgatunków, przeciętny Saufghinian nie zdawał sobie sprawy, że patrząc na zadrukowaną kartkę, ma do czynienia z całym mikroświatem. Mało kto zdawał sobie sprawę z losowości zmian – popularne stało się podejście, według którego książki same tworzą swój ciąg dalszy i rozwinięcia, otwierają się nowe, a nawet samodzielne, interpretacje. Zmieniająca się treść sprawiała wrażenie bardziej agresywnej, chaotycznej, co fascynowało zwolenników, zwracających uwagę na jej energię wewnętrzną i lepszy kontakt z podświadomością. Powodowało to niewiedzę, co robić dalej z książkowym zjawiskiem i straszny dualizm pomiędzy tymi, którzy nawoływali, żeby go nie powstrzymywać, a zamiast tego korzystać z aktywności zapisu i czytać za każdym razem od nowa, oraz tymi, którzy zmienionych utworów najchętniej od razu by się pozbyli. Argumentami nadal były jednak tylko kwestie interpretacyjne, metafizyczne.
Flajijwomistroh był pierwszą osobą, która spojrzała na to, co się dzieje, pod kątem zachowań Rulieinów, a nie książek, traktując te ostatnie zdecydowanie jako skutek uboczny. Jako jeden z biologów, badających robaczki także przed Wojną, był w stanie przedstawić mniej zorientowanym (a teraz bardzo zorientowania potrzebującym) kolegom, na czym proces rozkładania się na czystych kartkach właściwie polega, dlaczego wzory są tak równe i regularne, i wreszcie jaki jest jego cel z punktu widzenia Rulieinów. Po serii ciekawostek przybliżających zespoły gatunkowe, rozwój gromady i porządek społeczny w jej obrębie czytelnik zostaje wprowadzony w prawdziwą historię i przyczyny Wojny Przecinków z Kropkami. Trudno sobie wyobrazić, że można z taką pasją opowiadać o przejawach agresji żywych plamek na przestrzeni kilkunastu centymetrów kwadratowych – a jednak można, bo zachowanie to zaczyna interesować, zaskakiwać, bawić, wzbudzać pytania i każe w napięciu wyczekiwać na zakończenie starcia, choć wiemy przecież, że ono i tak na razie niestety nie nastąpi. Dopiero na tle tego opisu jesteśmy w stanie zrozumieć, jak bardzo niepoważne są kłótnie fascynatów literatury, perorujących z dumą o interpretacji i rozwoju, zamiast po prostu jak najszybciej kopiować to, co jeszcze się do tego nadaje. W końcu to my, mówi Flajijwomistroh, jesteśmy tymi, którzy chcieliby przekazać tę wartość dla potomnych, nie bezmyślne Rulieiny, stanowiące jedynie czcionkę, a same nie przejmujące się tym, czy cokolwiek dla kogokolwiek znaczą. Zjawiskowość ich zachowania jest unikatowa na skalę międzyplanetarną i teraz właśnie jest okazja naprawdę to docenić – ratując te nieświadome dzieła przed ich własną destrukcją.

poniedziałek, 21 września 2015

83.Naprawdę niezapomniane przeżycie” (Zagrwiar Enpjo)

Miasta planety Ektoplse należą do jedynych w swoim rodzaju. Nie ma nic zaskakującego w pomyśle, by swoje domy budować z roślin, kwiatowych pręcików i żywych łodyg, co innego jednak, jeśli rośliny te samoistnie wytwarzają światło. Z rodzimej gwiazdy, małego czerwonego karła, dochodzi go bardzo niewiele, co sprawia, że liściaste konstrukcje są praktycznie jego jedynym źródłem, co czyni je promieniejącym, neonowym odpowiednikiem naszego Las Vegas. Ektoplsiańscy projektanci prześcigają się w artystycznym wykorzystywaniu tego faktu, do perfekcji doprowadzając umiejętność stabilnego składania ze sobą kruchych elementów i minerałów, łączenia wzorów i kolorów oraz podkreślania drobnych szczegółów. Dech zapierają zarówno wysokie proste wieżowce o białych ścianach i miękkich barwach, jak i zwisające z wysoka jaskrawe okrągłe lampiony, upstrzone pasemkami i plamami. Za każdym razem wzrok oczarowują warkocze płatków, rozstawienie jarzących się traw i kompozycje punktów przebijających się przez półprzezroczyste ściany liści, zmieniając ulice Ektoplse w artystyczne wystawy delikatnych układanek, z łączącymi je girlandami kwiatów i kwitnącymi ponad nimi gałęziami.
Przyznać jednak należy, że o ile sami mieszkańcy Ektoplse szczerze uwielbiają roślinne właściwości, które czynią ich planetę wyjątkową, przyzwyczaili się już do nich dawno i nie poświęcają tyle uwagi, co odwiedzający ich licznie turyści. Wielu z nich, tak jak właśnie Zagrwiar Enpjo, poszukuje nowych i ambitniejszych sposobów na odbiór tego rodzaju sztuki, który pozwoliłby na nowo ją docenić. Pomimo istnienia dziesiątek metod interpretatorskich, opartych na rysowaniu domów, dotykaniu ich ścian i odwzorowywaniu ich oświetlenia za pomocą równań optycznych, Zagrwiar Enpjo odnalazł się dopiero w próbowaniu ich pod względem smakowym. W pewnym momencie ruszył w podróż, by przemierzać świat na pieszo i podgryzać kolejne napotkane konstrukcje, oceniając je, ucząc się i szukając wciąż nowych relacji aromatycznych. Ceniony zarówno przez zwykłych ludzki, jak i wielkich krytyków, a jednocześnie niezwykle kontrowersyjny, zdobył sławę jako ktoś, kto zrewolucjonizował branżę budowlaną i dał całkiem nowe spojrzenie na dobrze znaną architekturę.

Autobiografia Zagrwiara Enpjo zdaje się być jednocześnie kulinarnym przewodnikiem turystycznym, jak i powieścią przygodową. Z jednej strony opowiada on o smakach, z jakimi słynne ektoplsiańskie budowle pozwoliły mu się spotkać, z drugiej – wiele miejsca poświęca próbom surwiwalowego przedostania się do owych budowli, kiedy ich mieszkańcy nie zachwyceni jego działalnością tak jak zazwyczaj. Pojawienie się Zagrwiara Enpjo nieraz budziło liczne obawy, w szczególności w kwestii niebezpieczeństwa zaburzenia ładu kompozycyjnego danej struktury kwiatowej i zniekształcenia estetycznej spójności, przez co często nazywano go bandytą i szarlatanem, i to pomimo jego zapewnień, że zamierza ugryźć jak najmniej.
Wrogie przyjęcie co prawda nigdy nie zniechęcało Ektoplsianina, który uważał sztukę i kontakt z nią za wartość zasługującą na każde poświęcenie (także poświęcenie samej sztuki dla kilku gryzów), często jednak sprowadzało na niego kłopoty. Jedną z zapadających w pamięć historii jest ta poświęcona starej i jednej z najpiękniejszych konstrukcji artystycznych, Płomieniowi Króla Jangi Worgi, stanowiącemu jedną z czterech wieżyczek kompleksu pałacowego. Dobrze zapowiadający się fortel z przebraniem się za wędrownego ekonoma zmienił się w dramatyczną ucieczkę przez większością straży, architektami, ogrodnikiem oraz szajką złodziei, przeprowadzających akurat napad na pałac. Podobnie przy Krysztale Księżycowej Wody, Czerwonej Pachnącej Ziemi i Bieli Zieleni Czerni, gdzie mieszkańcy wyskoczyli na niego z ektoplsiańskim odpowiednikiem wideł. To jednak tylko zwiększało rozpoznawalność jego nazwiska, liczbę czytelników jego kolejnych recenzji kulinarnych oraz fanów, już nie tylko na jego rodzimej planecie. Jego działalność znalazła również wielu naśladowców, rozwijających zapoczątkowane przez idola podejście, wgryzając się w architekturę i dzieląc się między sobą wrażeniami, i to co ciekawe niekoniecznie tam, gdzie twory mieszkalne nadawały się do jedzenia. Tym, który najbardziej z nich wszystkich zasłynął, był Jajgoh z Ugiarii – prawdopodobnie tym, że budynki na jego planecie nie tylko były trujące, ale do tego jeszcze dość szybko uciekały, co wpłynęło na rozwój nowej dyscypliny sportowej.
Można powiedzieć, że każdy, kto zetknął się z Zagrwiarem Enpjo, wyniósł ze spotkania z jego niezwykłą osobą i jego pracami coś dla siebie. Dla jednych stał się inspiracją twórczą, inni odnaleźli swoje powołanie w ogrodnictwie, niektórzy ruszyli jego śladami na poszukiwanie przygód, nie mówiąc już o tych, którzy stwierdzali, że nie chcą mieć z tym szarlatanem nic wspólnego i pogoniliby go widłami. Ponad wszystko jednak, choć sam autor zdawał się o tym nie myśleć, jego odważny, absurdalny punkt widzenia zmusza nas do oceny, zastanowienia się nad tym, co nam samym podoba się (lub nie) i uświadomienia sobie, czego sami oczekujemy po tym, co nazywamy sztuką. I może też będziemy mieli ochotę jej szukać.

poniedziałek, 23 marca 2015

57.Spojrzenie na Ziemię” (Erwri Prifs Apkselitatr)

Wśród biografi Erwri Prifs Apkselitatr, pomimo że sama jest Doananinką, można spotkać osobistości z całego Wszechświata, o różnorodnej specjalizacji i rozmiarze dorobku - pod warunkiem jedynie, że historia tych osobistości czyni je absolutnie nieporównywalnymi do nikogo innego. Życiorys Ael Hydro, w szczególności jego kilkuletni epizod poświęcony naszej planecie, zdecydowanie się do tej grupki zalicza, choć być może nie byłoby tak, gdyby nie nasza zabiegana natura oraz... pewien nakrapiany kot.

Różnic między mieszkańcami Minerwy, do których zalicza się bohaterka, i Ziemianami, nie jest wiele - w zasadzie kończy się na jabłkowym kolorze skóry i nieprzeciętnym dla nas pędzie ku wiedzy. Nic więc dziwnego, że gdy ci pierwsi zwrócili swoje teleskopy w stronę sąsiedniego układu słonecznego i pojawiła się natychmiastowa potrzeba zawarcia znajomości z nami, wymiany doświadczeń i rozwiania licznych zabobonów, zadanie uznano za łatwe i przyznano nieobytej jeszcze, choć nad wyraz utalentowanej i nieco szalonej etnografce pozaminerwiańskiej kultury. Niesłusznie - ani ona, ani jej przełożeni nie mieli świadomości, jak słabo rozwinięta pod względem kosmicznych interakcji jest Ziemia i jak wielkiej rewolucji będzie musiała dokonać podróżniczka, żeby nie wrócić z niczym. Zwłaszcza w stolicy około XXI-wiecznej Polski, do której trafiła. Ael będzie musiała się bardzo namęczyć, żeby pomimo swojej odmienności, nawiązać jakieś więzi - najpierw w środowiskach akademickich jako studentka, później także inne, zrozumieć i pokonać odgradzającą ją od Ziemian niechęć i nieufność, co pozwoliłoby jej spokojnie szerzyć minerwiańską wiedzę. Wreszcie dzięki ambicji, cierpliwości i wierze w naszą otwartość, niespodziewanie po wielu niepowodzeniach udaje jej się znaleźć tam drugi dom i prawdziwych przyjaciół. To jednak nie oni, a kotka perska, którą w prezencie od jednego z nich otrzymała, oraz to w jak specyficzny i szczery sposób traktowała swoją właścicielkę, sprawiło, że Ael poczuła się wreszcie jak człowiek.

Ta opowieść wydaje się niewiarygodna - zielonoskóra kosmitka w centrum Warszawy, niekryjąca swojego pochodzenia w XXI wieku? A jednak - w świecie pełnym dziwności, w którym każdy musi walczyć o uwagę, by zostać zauważonym, Minerwianka wpadła w sidła tej samej lokalnej nietolerancji, co ludzie niepełnosprawni, otyli czy o innym wyznaniu czy nawet zbyt śmiałej ilości tatuaży. Ludzie nie zamierzali biegać za nią z kamerą, a wręcz przeciwnie - bali się jej, wytykali palcami, nie próbując brać na poważnie tego, co mówiła. Z czym ona odważnie walczyła, ani przez chwilę nie wyrzekając się tego, kim jest ani nie zamierzając się ukrywać. W książce nie brak wspomnień i przemyśleń pisanych jej własnymi słowami, które dowodzą, że początkowo nie zawsze miała pod dostatkiem pewności siebie. Nie jest to jednak opowieść smutna – wesołe podejście bohaterki do życia udziela się nie raz, a przy nie tak miłych przeżyciach ratuje nas jej dystans, odrobina ironii i przewrotne porównania do świata Minerwy. W szczególności, gdy do akcji wchodzi nieposkromiona Pusia, która staje się dla dziewczyny odskocznią od pełnej podejrzliwości ludzkiej cywilizacji. I nie tylko - prostota postrzegania świata przez małego zwierzaka, które nie widzi w Ael nikogo obcego czy dziwnego, daje jej zupełnie nową perspektywę, według której odtąd uczy się ona rozumieć logikę ziemskich zachowań. Pomimo lat badań i studiów nad ludzką rasą, to właśnie kotka staje się dla niej najbliższą osobą, oczarowując swoją bezwarunkową miłością i spontanicznym manifestowaniem egoistycznego kociego ja, nie oceniając i nie dając taryfy ulgowej bez względu na to, z jakiej jesteś planety. Dopiero po przeczytaniu tej biografii można zdać sobie sprawę, jak bardzo „kocie” jest spojrzenie Ael na ludzi w jej pracach - ile dostrzega w nas towarzyskości, ciekawości, otwartości i ciepła, kiedy już sobie na nie pozwolimy, i jak łatwo porozumieć się z nami tą drogą. Niespodziewanie okazało się, że do nawiązania kontaktu wystarczył jeden osobnik, który będzie tego chciał.
Książka nie tylko o kosmitce, ale i o nas, Ziemianach; o tym, jak niekiedy ciężko jest się porozumieć i to w całkiem ludzkim znaczeniu, o tym, jak trudne do przebycia skutki mogą mieć powierzchowne nieporozumienia i o tym, że różnice planetarne tak naprawdę nie mają dużego znaczenia.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

42.Życie i twórczość Nikolasa Waazona” (Estra Pagani)

Posiadacze nazwiska rodowego Waazon słyną z nieprzeciętnych charakterystyk i pamiętnych biografii. Mieszkający w położonej na południu łotewskiej wsi Nikolas Waazon, brat niesamowitego Kolonasa Waazona, całkowicie wpisywał się w tę regułę. Tak jak wspomniany Kolonas zapisał się w historii jako legendarny łotewski komandos, któremu w całej jego karierze, spadochron nigdy jeszcze się nie otwarł, tak też Nikolas jest znany jako kompozytor, który w całej swojej karierze nie skomponował ani jednego utworu. Ta drobna niedogodność nie stanęła jednak na przeszkodzie jego krytykom oraz bardzo licznym fanom, którzy docenili subtelność i wyszukanie dziesiątków sonetów, oper i baletów, które by stworzył. Jego symfonie cechowałyby się starodawną elegancją, a jednocześnie ich nastrój z wyjątkową lekkością docierałby do każdego słuchacza, przed którym otwierałaby się głębie emocjonalnych przeżyć i niuanse dekadenckich wzruszeń. Jako jeden z najbardziej utalentowanych autorów nawiązałby do mistrzów renesansu i romantyzmu, wzbogacając brzmienia klasycznych stylów muzycznych, a wielu z nim nadając całkiem nowy kierunek. W jego bogatym dorobku, który by miał, gdyby poświęcił mu życie, nie brak byłoby dzieł wybitnych i bliskich każdemu miłośnikowi muzyki klasycznej. Nic zatem dziwnego, że Nikolas Waazon stał się wzorem dla wielu obiecujących kompozytorów, którzy również zdecydowali się wnieść swój wkład do tej wzniosłej dziedziny sztuki, nic nie robiąc.

Estra Pagani był zafascynowany osobą Nikolasa. Jeszcze zanim wyruszył w kosmos z zamiarem popularyzacji jego działalności, zyskał miano jedynego recenzenta i analizatora tej nadzwyczajnej sztuki. Z każdej strony książki przebija pasja i zaangażowanie, z jakimi Pagani prześwietlał kolejne tendencje, znaczenia i szczegóły w budzących zachwyt melodiach, które jego idol mógłby mieć na myśli, gdyby cokolwiek skomponował. Niezrażony tym, iż notatki biograficznych sugerują, że sam zainteresowany najprawdopodobniej nie odróżniał fletu od wiolonczeli, Pagani wykonał tytaniczną pracę, zbierając i porządkując dzieła, które powstałyby w poszczególnych okresach życia i rozwoju artysty. Cierpliwie odsłania przed nami ukryte w nich niekończące się metafory, wśród których nie brakowałoby odniesień zarówno do prywatnych wzlotów i upadków Waazona i jego dzieciństwa, jak i lokalnej kultury, dążeń patriotycznych, mniejszości narodowych i stanu duchowego całego świata. Liczne cytaty fragmentów paryturowych podkreślają zręczność i wyczucie, jakie wyrażałby Nikolas w swoich rękopisach. Jednakże na tych przykładach Pagani tłumaczy nam, oprócz swego podziwu, także swoje uwagi i wątpliwości co do prawidłowości wybranych tonacji, od których Waazon by zaczynał, a które poprawiałby wraz z nabywaniem wieku i doświadczenia.
Nie jeden znawca sztuki zaczął swoją przygodę w ziemską klasyką właśnie od Życie i twórczość Nikolasa Waazona, ucząc się na jej podstawie muzycznej wrażliwości i krytycyzmu, a często znajdując w takim rodzaju komponowania swoje miejsce. Co prawda wielu z nich nie przekonuje kompozytor, który nie komponuje, i często odnosiło się do analiz Paganiego ze sceptycyzmem. Wielu komentatorów niższych lotów chciałoby po prostu usłyszeć opisywane utwory „na własne uszy” i tak ocenić ich jakość, tak też nie godzą się przyjmować zdolności muzycznych Waazona jako fakt. Aczkolwiek szerokie grono jego fanów, a także liczne rasy, w szczególności te, dla których prawdopodobieństwo i czas były sprawami względnymi, niezmiennie przyznaje mu rację, twierdząc, iż w istocie Nikolas takie dzieła mógłby stworzyć, gdyby tylko to zrobił.
Warto dać się poprowadzić temu najbardziej spostrzegawczemu z interpretatorów i pozwolić sobie przybliżyć nieobjawiony talent łotewskiego muzyka. Podobnie jak przybliżył tę postać wielu już obcym cywilizacjom, które bez jego charyzmy i poświęcenia pewnie nigdy nie dowiedziałyby się, że Nikolas Waazon nic nie napisał.

poniedziałek, 17 listopada 2014

39.Nieistniejący ludzie” (Wilwa sta Tokt)

Czasami wśród nowości wydawniczych trafia się coś takiego jak polemika - jeden z czytelników wydanego dawniej dzieła czuje się zobligowany do odpowiedzi lub wyjaśnień i pisze je w formie niezależnego dzieła. Tak właśnie zdarzyło się w przypadku Wilwy sta Tokta i recenzowanej tu niegdyś powieści Sztuczni ludzie Ossy ny Urahtly. Ksaksjanina wprawiła w zdumienie odważna wizja ludzi żyjących pod kloszem kreowanej przez media, oderwanej od świata rzeczywistości, i postanowił opowiedzieć własny punkt widzenia. Co prawda do bycia wybitną nieco jej brakuje, jednak redakcja wspólnie uznała, że może on sporo wnieść do niecodziennego zjawiska występującego na tej planecie.

Wilwa sta Tokt jest statystykiem pracującym na platformie 17, poświęconej serwisom informacyjnym. Każdego dnia otrzymuje od matematyków i psychologów wyniki przeliczeń funkcji, opartych na współczynnikach rozrywki, emocjonalności, nauki, przyrody i innych danych, zawartych w dzisiejszych wiadomościach. Zanim trafią do kreatorów i programistów, Wilwa dostosowuje newsy do siebie nawzajem, układa na podstawie gęstości przekazu, w razie konieczności uzupełnia szczegóły zachowań, dodaje nowe funkcje wydarzeń. Zachwyca go to, jak na jego oczach formują się fakty i psychologia, zjawiska, dzięki którym własnoręcznie ożywiają, nadają akcję i znaczenie do każdego miejsca na świecie. Dzięki telewizji Ksaksja przestaje być pustą, nieciekawą planetą - otacza ją starannie przemyślany, samonapędzający się i żyjący własnym życiem wyższy rodzaj sztuki. Sztuki, zajmującej wszystkie wymiary oraz czas, bez której nie byłoby prawa, historii, człowieczeństwa, ani żadnego porządku. Wilwa cieszył się, że ma na to wpływ - świat nie nadawał się do tego, żeby kierować sam sobą. Nic nie byłoby w nim tak ciekawe i wartościowe, tak dalekie w skutkach i głębokie.
Pierwsza styczność ze Sztucznymi ludźmi była dla niego ogromnym szokiem, z powodu którego nie umiał powiedzieć nawet, czy w ogóle tej historii wierzyć. Czy naprawdę świat, o którym on każdego dnia opowiada, zamieszkują ludzie? I czy ci ludzie mogą żyć w przekonaniu, że on opowiada właśnie o nich? Wilwa nigdy dotąd nie zastanawiał się, dokąd dokładnie trafiają jego prace i czy jest jakiś praktyczny cel, dla którego są tworzone. Nie spodziewałby się jednak, że ktoś traktuje je jako prawdę i ceni wyżej niż to, co widzi własnymi oczami. Mimo to statystyk, podobnie jak bohater poprzedniej powieści, podejmuje się próby odszukania informacji, które mogłyby go przekonać o jednym lub drugim. Większość spotykanych osób jednakże podobnie jak on nie widziała sensu w takiej ewentualności, istnienie takich ludzi nie wydawało się prawdopodobne. Od czasu do czasu Ksaksjanin natrafiał co prawda na kogoś, kto nie chciał z nim rozmawiać, wykręcając się rangą i tajemnicą poufności, jednak nowy kierunek nadany sprawie szybko urywał się, ginąc w kolejnych stertach akt, o których już sam Wilwa nie był w stanie powiedzieć, czy są notatkami faktów czy dziełem jakiegoś innego projektanta...

Celem autora Sztucznych ludzi najprawdopodobniej było właśnie przekazanie wiedzy o tym, co tak naprawdę dzieje się za medialnymi kulisami. Na pewno się on jednak nie spodziewał, że jego utwór trafi także na drugą stroną - do osób, o których pisał i dla których wszystko, o czym mówił, powinno być oczywistością. Jednak pomimo że (z niejasnego powodu) znał dziennikarskie tendencje do fantazjowania na temat wizji świata, wygląda na to, że nie miał pojęcia o tym, jak widzą go oni na poważnie. Większość z nich, jak dowodzi książka Wilwy sta Tokta, nie poświęca żadnej uwagi temu, do czego tak naprawdę mogłyby służyć ich obliczenia, schematy i programy, oddając się w całości tworzeniem ich i doprowadzaniem do perfekcji. Podczas gdy Ossa postrzegał ich jako żądnych władzy nad planetą i stanowiących groźnego przeciwnika manipulatorów, z książki Wilwy wyłania się obraz beztroskich artystów, nie świadomych tego, jak łatwo kierować ludzkimi umysłami.
Forma, w jakiej autor i bohater Nieistniejących ludzi przedstawia swoje wątpliwości, przypomina wypunktowanie, które co prawda nie wyklucza pewnej akcji i wydarzeń (z naciskiem na problemy, jakie ściągał na siebie pracownik), skupia się jednak w zasadzie przede wszystkim na jego przemyśleniach, interpretacji różnych faktów i zachowań. Bohater bawi się w detektywa, starając się wyłapywać znaczące szczegóły z tego, co go otacza, zadawać pytania, jak też i podejmować dialog z tym, co miało miejsce w poprzedniej powieści. Tym bardziej rzuca się w oczy jak bardzo stronnicze jest jego podejście. Podczas gdy co rusz kpi z teorii ludzi wierzących w telewizję, sam nie próbuje wybiegać myślą dalej niż powinien, choćby nadal nie próbując w jakikolwiek inny sposób odpowiedzieć sobie na pytanie, jak i po co w takim razie media działają, i ignorując słyszane nie raz już wcześniej określenia takie jak oglądalność czy widownia. Większość cytowanych rozmów początkowo ostro dąży do wyjaśnienia, jednak łatwo łagodnieje i rozmija się z tematem, kiedy okazuje się, że faktycznie mogłaby przynieść jakiś efekt, i to bynajmniej nie z winy pytanego. Ukazuje się tu ironiczna wręcz różnica pomiędzy tym, jaką inteligencję i spryt widział Ossa ny Urahtla w telewizyjnych projektantach, a jacy naiwni okazali się oni faktycznie, według tego co nieświadomie mówił o sobie polemista. Można by powiedzieć, że pracownicy medialni żyli w jeszcze innej rzeczywistości, takiej, której nikt dla nich nie kreował, a którą kreowali sobie sami. Wygląda przy tym na to, że wyjście z niej jest o wiele trudniejsze.
Spodoba się każdemu, komu podobali się Sztuczni ludzie, w szczególności ci, którym przeszkadzała akcja, a którzy zamiast niej woleliby poznać bliżej mechanizm, dzięki któremu ksaksjański świat funkcjonuje i zobaczyć go od samego środka.

poniedziałek, 15 września 2014

30.Planetornia. Poradnik” (Izahs Liol)

Dziś przedstawię Czytelnikom książkę, która jest nie tylko jedną z najbardziej unikatowych w swoim rodzaju, ale przede wszystkim jedną z najstarszych. I to nie wśród cenionej pozaziemskiej literatury, ale w ogóle wśród wszystkich dzieł, jakie kiedykolwiek we Wszechświecie powstały.

Sztuka planetorni - tworzenia, hodowania i rozbudowywania planet - na czym właściwie polega? Kto ma do niej odpowiednie predyspozycje i jakiej wymaga ona wiedzy? Izahs Liol, najznakomitszy planetorysta z mgławicy Sarams, badacz, wykładowca, znawca i wielusettysiącoletni hodowca planet przedstawia nam tajniki opieki nad najbardziej różnorodnymi ciałami niebieskimi, udowodniając swoim pełnym wdzięku dziełem, że nadaje się do tego w zasadzie każdy, kto ma ambicje i ów dzieło pod ręką. Z budzącym podziw zaangażowaniem, wszechstronnością i przeczuciem przeprowadza nas przez ten głęboki temat począwszy od podpowiedzi przy wyborze rodzaju planety i typu gwiazdy centralnej, przez wskazówki co do zawiłości geologicznych w najwcześniejszych etapach rozwoju, po uwagi na temat zagrożeń i korzyści, jakie niesie ze sobą jej kosmiczne otoczenie. Tłumaczy jak dobrać skład planety, jej rozmiar oraz odległość od gwiazdy tak, żeby zapewnić jej długi stabilne istnienie i piękny wygląd. Objaśnia, dlaczego ważna jest prędkość planety i jak sprawić, żeby jej skorupa przemieszczała się. Poznamy łatwe i sprytne sposoby na diametralne zmiany w formie powierzchni stworzonej przez nas ciała niebieskiego i nauczymy się wzbogacać je o dodatki takie jak księżyc czy tęczowe pierścienie. W przeciwieństwie do wielu innych poradników dowiemy się także, jakie kroki podjąć w momentach krytycznych, gdy zaobserwujemy objawy zanikania pola magnetycznego albo na powierzchni zalęgnie się życie. Proste i genialne zarazem rady Izahsa pomogą nam stworzyć zarówno spektakularnego gazowego olbrzyma z barwnym, samonapędzającym się systemem wiatrów burzowych, jak i pas maleńkich planetek wędrujących po najzimniejszych i najbardziej zakrzywionych orbitach, które będą cieszyć nasze oczy jeszcze wiele miliardów lat.

Mniej więcej tak reklamowano ten podręcznik cztery miliardy lat temu, kiedy został po raz pierwszy wydany i to wystarczyło, by nakręcić wielką modę na tworzenie jedynych w swoim rodzaju układów planetarnych. Nie była to pierwsza książka traktująca o tym temacie, jednak pierwsza mówiąca o nim w sposób tak ciekawy i dostępny dla każdego. Izahs Liol zamienił teorię na setki przykładów, zebranych podczas obserwacji efektów kształtującego się właśnie Wszechświata, oceny jego potencjału i chemicznofizycznych właściwości. Dzięki jego cierpliwości i wyobraźni inżynieria planetarna zwróciła uwagę praktycznych rzemieślników, skupionych dotąd na prostym formowaniu gwiazd, oraz artystów, dotychczas dostrzegających jedynie ażurowy urok mgławic emisyjnych. Planety, które dotąd stanowiły jedynie kruchy, szary i rzadko spotykany dodatek do kul gazowych, stały się nagle głównym obiektem zainteresowania, motywującymi do niekończącej się perfekcji klejnocikami, które złożonością swojej struktury daleko przewyższały jednolitą powtarzalność słońc. Planety lodowe, kraterowe, gazowe, wulkaniczne i otulone mgłą atmosfery zachwycały i kształtowały wciąż nowe talenty w dziedzinie planetorni, motywując do ciągłego ulepszania gwiazd centralnych i zaskakiwania coraz to efektowniejszymi pierwiastkami ciężkimi.
Niektórzy twierdzą, że to właśnie dzięki Izahsowi planety występują dziś w takiej ilości i Wszechświat wygląda tak, jak wygląda. Nie byłoby łatwo ustalić to dziś na pewno - nauka zdaje się mówić, że każdy znajdujący się we Wszechświecie obiekt mógłby powstać samoistnie, dzięki przypadkowym warunkom wynikającym z obecności konkretnych pierwiastków czy temperatury; że żadna planeta nie musiałaby być dziełem artysty. Wystarczy jednak spojrzeć na nasz Układ Słoneczny - układ, w którym już same największe księżyce Jowisza to zbiór sprzeczności, a wszystkie planety razem wyglądają jak różnokolorowe koraliki - żeby pojawiła się myśl, że komuś bardzo zależało na doborze właśnie takich kombinacji materii i sprawieniu, żeby nasz świat wyglądał właśnie tak, a nie inaczej.
Kiedyś był to tylko poradnik, dziś jest to niemal zbiór zaklęć, budzących zastanowienie i zdumienie. Warto przeczytać.

poniedziałek, 28 lipca 2014

23.To właśnie jem” (Żamina Sabocka)

Początkowo mieliśmy wątpliwości, co z tą książką zrobić. Jest tak ciekawa i popularna, że wydawnictwu bardzo marzyło się zrecenzowanie jej, jednakże, jak sama nazwa wskazuje, zajmuję się tu przecież literaturą zagraniczną, pisaną przez mieszkańców obcych planet o obcych planetach. Ten poradnik natomiast pochodzi z Ziemi i jej w większości dotyczy. Argumentem za było jednak to, że niezupełnie z Ziemi, jaką znamy, bo starszej o piętnaście wieków, która zaledwie kojarzy się z tym, co otacza nas dzisiaj. Mimo swojego źródła jest to więc dzieło dla czytelników bloga niedostępne, a zarazem dzięki podróżom w czasie cenione za granicami Układu Słonecznego już teraz. Tak więc ostatecznie udało nam się podjąć zgodną decyzję i dziś mam przyjemność zaprezentować drogim Czytelnikom XXXVI-wiecznej serii książek To właśnie jem.

Rozwój kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi przyniósł nam, poza niekończącymi się możliwościami wymiany wiedzą, technologią i wzajemną pomocą, także negatywne skutki. Kilka wieków obcowania z niezwykle zaawansowaną inżynierią genetyczną i technologią wytwarzania syntetycznej żywności sprawiło, że coraz mniejsza liczba Ziemian orientowała się, które produkty pochodzą z ich rodzimej planety. Z pomocą przyszła im Żamina Sabocka, która w swoich programach telewizyjnych, serwisach internetowych i publikacjach, tłumaczy ludziom na całym świecie mniej lub bardziej fundamentalne różnice między tym, co jest rdzennie ziemskie, a tym, co jedynie chce do takiego pretendować. Lata spędzone na studiowaniu archiwów medialnych w postaci setek tysięcy woluminów oraz blogów kulinarnych sprzed epoki wypraw do innych światów, umożliwiły jej z powodzeniem dzielić się wiedzą na temat historii, kraju pochodzenia i struktury molekularnej jarzyn, nabiałów i pieczywa. Seria To właśnie jem jest jednym z wielu przykładów jej wszechstronności, dokładności, profesjonalizmu i oddania, z jakimi poświęca się temu skomplikowanemu i niedocenianemu dotąd tematowi. To właśnie tutaj mieszkańcy Układu Słonecznego XXXVI-wieku mogą się dowiedzieć nie tylko jak odróżnić salwahiańskiego pomidora od naszego własnego, kiedy prawdziwe mięso nie nadaje się już do jedzenia oraz po co naturalnym wiśniom pestki, skoro się ich nie je, ale też poznać klasyczne przepisy na sernik, ciekawostki na temat bezautomatycznych upraw rolniczych, zasady savoir-vivre, a nawet Pana Tadeusza opowiadające o pradawnych sposobach parzenia kawy i zapomniane już pieśni o rydzach.

Prace pani Sabockiej od samego początku zdobyły sobie rzesze fanów. Nie tylko wśród tych, którzy nie potrafią bez jej pomocy określić, jaki kolor powinna mieć sałata, ale też u pasjonatów barwnego stylu, pomysłowości i poczucia humoru, na które, zdawałoby się, nie ma w takim poradniku miejsca. Zaskakujące porównania, anegdoty, zapadające w pamięć przykłady i zabawnie przedstawione wstawki historyczne i naukowe sprawiają, że opisy te nie są suchymi wykładami i przyjemnie czyta się je zarówno tym, którzy o ziemskim jedzeniu wiedzą wszystko, jak i tym, którzy nigdy nawet o Ziemi nie słyszeli. Autorka, mimo że sama nie miała okazji żyć w naszych czasach, zdaje się być rozbawiona tym, w jakich szczegółach mylą się współcześni jej konsumenci, a jednocześnie ubolewa, jak łatwo jest ich oszukać na międzyplanetarnych bazarach. Drodzy klienci! mówi nieraz, Pamiętajcie, że jeżeli ktoś oferuje wam małe kulki w strączkach, jest to fasola tylko pod warunkiem, że nie jest czarna i nie fruwa! Jeśli natomiast fruwa, to nie zatrzymujmy jej podczas odlotu z powrotem na Terawiksę, skąd najprawdopodobniej pochodzi. Albo też Nie kupujmy warzyw, posiadających rączki. Wyjątkiem może okazać się marchewka, której korzeń czasem przypomina odnóża, jednak prawdziwa marchew z pewnością nie zaproponuje Państwu gry w warcaby. Nie sposób tego zapomnieć i nie sposób się więcej pomylić, czym z pewnością pani Sabocka nie raz uchroniła swoich czytelników co najmniej przed zmarnowaniem pieniędzy. Sporo zyska też ta część społeczeństwa, która przez swoją niewiedzę ograniczała się do jedzenia nowoczesnego, gubiąc się w stereotypach i plotkach o piekących grudkach miodzie i arbuzach ze skórką jak kamień.
Zdumiewające jest dla mnie, jak wiele uwagi można poświęcić jednemu produktowi - jak pieczarki, lody, ogórki kiszone, chmiel - i to, że to ani na moment nie nudzi. Jak wiele można powiedzieć zaskakujących rzeczy i ciekawostek - nie tylko o wyglądzie, smaku czy konsystencji, ale także o tym, jak wielkie miewały one role w historii swoich rodzimych krajów i jak wielka wiąże się z nimi tradycja. Tym samym autorka okazuje swój szacunek do nich i do historii, między wierszami podsuwając nam myśl, że nie wszystko da się osiągnąć drogą przemysłową, że razem z naszą leniwą nieświadomością tego, co jemy, straciliśmy coś jeszcze. Odkąd życie stało się łatwe, szybkie i nieskomplikowane, a wytwarzanie pomarańczy przestało się czymkolwiek różnić od produkcji sera czy udek kurczęcych, jedzenie straciło swój urok, znaczenie, indywidualność. Na nowo nadając mu wartość i szacunek do niego, możemy odzyskać to, czym było ono kiedyś i to, czym kiedyś była Ziemia.
Nieprawdopodobne, że tak wiele można przekazać w poradnikach na temat tego, co jeść. Humor, wiedza, wdzięk. Uważam, że jest tu wszystko, co potrzeba do przyjemności z czytania, a może i chwili zastanowienia, jak to wygląda dzisiaj.

poniedziałek, 14 lipca 2014

21.Las myśli” (Anjij Waolt Saambr)

Czy, jak o to zagadnął ostatnio jeden z czytelników, możemy sobie wyobrazić rasę skrajnie różną od naszej? Czy możemy oceniać jej zachowania, przewidywać reakcje? Oczywiście nie możemy - bo nawet wyobraźnia ma granice, a ma je właśnie tam, gdzie są podstawy - uczuć, logiki, funkcjonowania organizmu, motywacji, miejsca w kosmosie... Może nie mogę (bo i nie ma sensu) przedstawiać Czytelnikom rasy skrajnie różnej, ale mogę za to opowiedzieć o takiej, w której nie funkcjonuje co najmniej połowa z oczywistych dla nas charakterystyk. W tym przede wszystkim życie w naszym rozumieniu tego zjawiska. A to za pośrednictwem książki znakomitego psychobiologa, Anjija Waolta Saambra.

Planeta Lapsara jest globem niemal całkowicie niezamieszkanym, jedynie jej podbiegunowe, odizolowane od palącego słońca tereny porośnięte są lasami gigantycznych, wysokich i rozłożystych na kilometry drzew. Niekończące się gęste warstwy liści i gałęzi sprawiają, że dla zamieszkujących je stworzonek czerwień koron jest jedynym znanym niebem i jedyną powierzchnią świata, w którym żyją. To jednak nie te stworzonka, Anebele, są bohaterami książki, a właśnie drzewa, zwane Floristonaktami. Drzewa oraz proces ich rozwoju od wypuszczenia pierwszej łodyżki do zasiedlenia przez pierwsze Anebele i osiągnięcia pełnego zrozumienia porządku ich świata. Ten ostatni, jakże trudny do sprecyzowania element, jest kluczowy dla życia drzew, ponieważ... bez towarzystwa stworzonek właściwie uświadczają życia w ogóle. Dopiero pojawienie się pierwszego Anabeli wśród ich gałęzi budzi u nich zdolność do myślenia, rozważania, oceniania, a potem współczucia, szczęścia i swoistej odpowiedzialności. Nadal nie są to jednak ich własne myśli i uczucia, raczej umiejętność poruszania się w tym, co „oferują” im obce żyjątka, bez własnej pamięci, świadomości i wiedzy o własnym istnieniu, co istotom takim jak my może być pojąć niezwykle ciężko.

Technologia wynaleziona przez Waolta Saambra umożliwiła mu udowodnienie i podsumowanie wieloletnich badań emocji jego ulubionego gatunku, jakim, jak sam podkreśla, zawsze były Floristonakty. Bez tego wynalazku nie powstałaby także ta opowieść. Dzięki podłączeniu swojego półuśpionego mózgu do rdzenia drzewa Waolt mógł krok po kroku prześledzić i na własnej skórze poczuć wszystkie kolejne etapy ich tajemniczego istnienia. Pierwszym, którego doświadczył, była kompletna pustka, nicość, brak czegokolwiek, co można byłoby nazwać oczekiwaniem, snem, hipnozą, jednak też pustka, która nie przeraża, nie budzi smutku ani żadnego innego uczucia. Odtąd uważnie obserwował wybrane drzewko i, gdy zgodnie z jego przewidywaniami po kilkuset obrotach Lapstry dookoła słońca (kilkunastu latach ziemskich) zaczęły się na nim zasiedlać pierwsze Anabele, wrócił do badań i odtąd był świadkiem niezwykłego rozwoju tego, w czego dojrzałą wersję wyposażone są już nawet noworodki. Czuł, jak drzewo zaczyna „wchodzić” w osobowości swoich mieszkańców, poznawać związki pomiędzy rządzącymi nimi uczuciami, zależności między nimi, innymi istotami, wydarzeniami i tym, co do zrozumienia okazało się najtrudniejsze, a co my nazywamy wyobrażeniami i oczekiwaniami. Oraz z fascynacją i uwagą przedstawia swoje wrażenia nam.
Naukowcowi nie było łatwo znaleźć granicę pomiędzy typową dla niego umiejętnością myślenia, a tym, co nim nie było, choć chciało mu towarzyszyć. Podobnie jak początkowo nie umiał rozróżnić nawet, czy myślą Anabelowie, czy drzewo - impulsy przebiegające wewnątrz rośliny zdawały się przebiegać równolegle z przeżyciami jej podopiecznych, niekiedy jednak znajdując nową drogę, inną wersję wyjaśnień i wniosków. W końcu Anjij zrozumiał, że Floristonakty tak naprawdę nie myślą nigdy - jest to raczej obserwacja, próbowanie nowych wzorców, uczenie się bez wiedzy o tym, czego się uczą, choć na swój sposób skuteczne. Coś, jakby drzewo czuło się każdym z Anabeli na raz, chciało nim być, myślało, że jest każdym z otaczających je stworzeń, mimo nie posiadania własnej woli i dążeń. Zdumiewające jest zarówno to wszystko, jak i to, jak drobiazgowo i umiejętnie Waolt Saambr o tym opowiada. Znaczenie ma dla niego każdy Anabel, każda jego drobna przygoda i przeżycie, które mogłoby mieć (i ma) wpływ na obiekt jego badań. Nie opuszcza nas wrażenie, że to bezpośrednio na naszych oczach rozkwita coś niesamowitego i autor nie narzuca nam swojej wiedzy na temat tego, co to właściwie jest. Jasna jest dopiero końcówka, kiedy już dojrzały Floristonakta po wielu próbach potrafi zdecydować, które uczucia są najważniejsze i nieświadomie wskazuje swoim podopiecznym drogę do tego, jak być szczęśliwym.
Bardzo dziwna wędrówka pomiędzy życiami i przemyśleniami, które nie wiadomo już, do kogo należą i czy naprawdę są tym, czym nam się wydają.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

17.Teoria koloru” (Suni I* Magdali)

Planeta Uramina była miejscem bujnego rozwoju sztuki, techniki i polityki, ale przede wszystkim badań naukowych. Jedną z kwestii, która najbardziej nurtowała jej mieszkańców, była koncepcja, jakoby możliwy był odbiór pewnego przedziału fal elektromagnetycznych w postaci tak zwanego, niewykrywalnego dotykiem ani słuchem, koloru. Śmiała wizja, zaproponowana pod koniec okresu Pierwszych Myślicieli, długo nie mogła jednak zostać sprawdzona eksperymentalnie, ponieważ tamtejszy stan wiedzy i techniki zwyczajnie nie pozwalał na stworzenie sztucznego zmysłu, które uzupełniałby naturalne cztery zmysły Uraminanian. Zresztą teoria istnienia czegoś takiego jak kolor wydawała się zupełnie nieprzydatna, a wręcz ekstrawagancka - opis świata za pomocą dotyku, dźwięku, zapachu i smaku dla przeciętnego mieszkańca tej planety był jak najbardziej pełny i wystarczający.
Jednym z naukowców, który zainteresował się tym abstrakcyjnym tematem był właśnie Suni I. Co ciekawe, na co dzień zajmował się opieką nad dziećmi, mającymi problemy z nauką i kontaktem międzyludzkim. To on pierwszy zauważył, że przypisywany im niedorozwój słuchu, niechęć do dotykowego rozpoznawania twarzy i niezrozumienie notacji zapachowej mogą mieć związek właśnie z wykształceniem się u nich nadmiarowego zmysłu, który na Ziemi nazwalibyśmy wzrokiem, a który skupia ich uwagę na zupełnie innych bodźcach. Początkowo podchodził do własnych wniosków sceptycznie, jednak ostrożne eksperymenty, a wreszcie pełne otwartości rozmowy z dziećmi przekonały go, jak niesamowity świat doświadczeń pozostaje nieodkryty. Był to pierwszy, ważny krok w kierunku udowodnienia możliwości odbierania, a później prób przybliżenia i wyobrażenia sobie obrazów tworzonych przez światło.

Mogłoby się wydawać, że w chwili nawiązania pierwszego kontaktu z cywilizacjami pozauramińskimi, które automatycznie poszerzyły wiedzę o działaniu i różnorodności Wszechświata, prace fotologiczne straciły swoją pierwotną wartość. Ale na pewno nie Teoria koloru - daje ona szansę poznać nie tylko zaczątki nowej nauki, ale także relacje autora z młodymi ludźmi, którzy się do tego przyczynili. Już od pierwszych stron daje się odczuć, jakim ciężarem jest zdolność widzenia w świecie, w którym nikt nie ma o tym pojęcia, w którym pomimo posiadania magicznego niemal daru nie ma nikogo, kto mógłby (i chciał) nas zrozumieć. To właśnie Suni jest tym, któremu jako pierwszemu mogą śmiało, bez obaw o wyśmianie czy zlekceważenie opowiedzieć o niezwykłościach, które widzą - o tym, jak wielka, ale odległa góra mieści się przez małe okno, o tym, że można zobaczyć dno szklanki pełnej wody, choć nie można, gdy jest ona pełna mleka, o kolorze liści, który zmienia się w świetle zachodzącego słońca... Z drugiej strony odważyć się na pytania może także naukowiec, który pomimo lat doświadczenia i filozoficznych przemyśleń natrafia na mnóstwo wątpliwości. Czy gdy dotyka kamień, on naprawdę staje się bardziej chropowaty, czy był taki cały czas? Czy różne częstotliwości dźwięków, jakie wydają przedmioty, ma wpływ na ich kolor? Jaki kolor ma wiatr? Dla jego podopiecznych, wiekowo podobnych do naszych pięciolatków, próby wyjaśnienia jemu (i sobie) tych kwestii były wspaniałą przygodą, zachętą do niekończących się przemyśleń. I nie ma znaczenia, że nie zawsze zakończonych powodzeniem.
Ponadto o ile samo pojęcie koloru istniało, o tyle nazwania wymagały jego cechy, zachowanie, poszczególne częstotliwości, dlatego każda historia brzmiała inaczej w wykonaniu innego dziecka, z każdym kolejnym dniem, po każdym dodatkowym pytaniu. Fotologii uczył się więc nie tylko "niewidomy" Suni, ale także towarzyszące mu w tym dzieci. Fotologii, a także czegoś o wiele ważniejszego - umiejętności rozumienia tego, co widzą, rozmawiania o tym, co czują, poszukiwania słów i znaczeń oraz tego, by już dłużej nie bać się tym cieszyć.
Niesamowite - tylko rozmowy Suni z pojedynczymi podopiecznymi, tylko jego dopytywania i porównania, a jednak nie przestaje się dziać ani na chwilę. Nawet mi zakręciło się przy nich od nadmiaru kolorów.


_______________
*Litera I po pierwszym imieniu oznacza oczywiście nie rzymską jedynkę, a dziedziczne półnazwisko rasowo predyspozycyjne.

poniedziałek, 26 maja 2014

14.Z kamerą wśród dinozaurów*” (Lonk Obrids Zjas)

Nasz Regnen Waf, którego życiorys opisuje książka, był jednym z najsłynniejszych przyrodników mgławicowego zespołu układów planetarnych, zwanego Manita. Jego liczne podróże wykraczające daleko poza rodzimą Maannę, a obejmujące w szczególności nieodwiedzaną dotąd przez nikogo Sfizę, Ilarę 6 oraz niebezpieczną Hampfannę, przybliżyły bilionom mieszkańców mgławicowych planet bujny i nieopisywany dotąd świat flory i fauny sąsiednich planet.
Pomimo wydania licznych dzieł przyrodniczych - zarówno naukowych, jak i przewodników - największą popularność zdobył sobie kilkudziesięciotomową serią Z kamerą wśród dinozaurów. Stanowi ona niepowtarzalny przełom w jego karierze, umożliwiony przez nabycie na Mariaxi urządzenia do przemieszczania się w czasie. Odtąd stały przed nim otworem nie tylko nieznane dotąd planety, ale także ich niekończąca się przeszłość, którą nie omieszkał, tak jak zawsze, wiernie relacjonować swoim czytelnikom. Każdy tom, poświęcony jednej planecie, był niejako uzupełnieniem i rozwinięciem interaktywnego programu, w którym widzowie-uczestnicy mogli na własnej skórze poczuć grozę i majestat wielkich stworzeń; dotknąć łuskowatej skóry Szazaura, nakarmić Wlakira i pouciekać przed Krydetanem Gigantozębym. Słynął z zatrudniania sztabów cyber-rzeźbiarzy, których zadaniem było jak najwierniejsze odwzorowanie każdego listka i skrzydełka owada na podstawie jego notatek.
Wkrótce Nasz dostrzegł także inne zjawiska związane z podróżami w czasie. Wykorzystywał ich zalety jak nikt inny, kręcąc liczne filmografy dokumentalne o sobie samym, a później także o powstawaniu tychże dokumentów, w tym wiele długo jeszcze przed swoją pierwszą wizytą, na podstawie harmonogramu. Prowadził niezwykle intensywny i twórczy styl życia, którego zaprzestał dopiero po połowie życia po incydencie na Camedoni, gdzie zobaczył, jak któreś z jego przyszłych jestestw zostaje połknięte przez Totogrila.

Lonk był jednym z jego największych wielbicieli, głównie dlatego zdecydował się na podsumowanie pracy całego życia Nasza. Nie był to jednak jedyny powód - wspaniałe osiągnięcia i wkład do poszerzenia wiedzy biologicznej Wszechświata nie przesłoniły mu tego, jak bardzo zgubny wpływ miały nieodpowiedzialne działania przyrodnika na continuum czasu. Błyskotliwe pomysły i pełne poświęcenia przygody zgrabnie kontrastuje z własnymi obawami oraz surowym wskazaniem skutków, do jakich po latach one doprowadziły lub też mogły doprowadzić. Najprostszym przykładem jest właśnie przypadek, gdy Nasz widzi własną śmierć - której, dzięki tej informacji udało mu się uniknąć. Lonk ubolewa, że historycy prawdopodobnie nigdy nie osiągną zgody w kwestii, czy został zjedzony przez camedoniańskiego potwora czy rozjechany przez kołowóz niedaleko swojego domu**. Lonk bardzo często uczestniczy w tego rodzaju dyskusjach i seminariach. Z jego najważniejszych dzieł warto wymienić chociażby Dyfrakcja czasu i Moralność paradoksu dziadka, w których podkreśla swoje radykalne stanowisko w kwestii zamknięcia czasu (co równałoby się niemal całkowitemu zakazowi podróży w nim). Mimo tego jakże zdecydowanego i bezkompromisowego podejścia, z którego nie rezygnuje w Z kamerą wśród dinozaurów, ani na chwilę nie mamy wątpliwości co do szczerego szacunku i sympatii, jakim darzy swojego idola, ani tego, jak wielkie możliwości widzi w nauce nie ograniczonej żadną konkretną „teraźniejszością”.
Niesamowita historia, pełna wiedzy i mądrych obserwacji. Warta poznania zarówno z powodu głównego bohatera, jak i perspektywy opowiadającego o nim wielbiciela.


_______________
*Przy czym w tym przypadku jako dinozaury rozumiemy wszystkie stworzenia organiczne, które dominowały przed pojawieniem się wodzącej cywilizacji danej planety, a dodatkowo posiadały rozmiary i zęby, które byłyby w stanie bez trudu rozłupać siedzibę mieszkalną przedstawiciela tej cywilizacji.
**Lonk, podobnie jak większość fanów, osobiście przychyla się do tej efektowniejszej wersji wydarzeń. W wywiadach nie kryje jednak, że coraz liczniejsze tłumy gapiów na zdjęciach przedstawiających rzeczone zdarzenie napawają go coraz większym sceptycyzmem.

poniedziałek, 17 marca 2014

04.Największe przekręty matematyczne LII wieku” (Ale Arru)

Na książkę składa się lista kilkunastu najbardziej przewrotnych i zdumiewających napadów rabunkowych, przeprowadzonych na planecie Fawikone z wykorzystaniem słabości lokalnego systemu matematycznego. Policja nie raz była świadkiem (równie bezradnym jak bankowcy czy zwykli obserwatorzy), jak z powodu pominięcia pozornie nieznaczącej cechy twierdzenia czy jego nadmiernej elastyczności (przeważnie Pitagorasa) z instytucji finansowych znikały całe miliony. Znany profesor algebry, analizy oraz trygonometrii kryminalnej, Ale Arru wybiera spośród setek przypadków kradzieży na przestrzeni wieku* dwanaście mistrzowskich operacji, które przeszły do historii przestępczego światka, wzbudzając podziw i szacunek nie tylko wśród przyszłych naśladowców, ale i stróżów prawa. Przybliża je nam zarówno od strony wydarzeń, jak i liczb, uzupełniając wyczerpującymi wyjaśnieniami i dowodząc poruszane tam tezy.

Nie jest łatwo wypowiedzieć się o dwunastu genialnych zbrodniach, z których każda była genialna pod innym względem, wykorzystująca inny fakt logiczny. Tym, co je łączy, jest droga, jaka musiała zostać pokonana od czasów banalnego fałszowania wzoru na obliczenie trajektorii lotu rakiety przewożącej ładunek czy niedokręcających się do końca sejfów przez zmniejszenie wartości liczby Π. Dziś testy spójności systemu matematycznego opracowywane przez instytucje są o wiele bardziej subtelne, skupiają się na najdrobniejszych relacjach między wartościami, które się na niego składają, ich funkcji, znaczeniu i zakresie. Banki i przedsiębiorstwa zaufania publicznego muszą mieć pewność, że zakupiony przez nich patent na indywidualną przestrzeń matematyczną nie jest w żadnym miejscu sprzeczny sam ze sobą i nie pozwala sobą manipulować niepowołanym osobom trzecim, tak więc każda informacja o nowym ataku skutkuje natychmiastowymi aktualizacjami i unowocześnieniami sprawdzającymi, mającymi uprzedzić przestępców. Tym bardziej spektakularne są triki, które potrafią paroma niezauważalnie wprowadzonymi z zewnątrz właściwościami lub schematami wypaczyć cały system dla własnych korzyści. Podobnie zdumiewa talent Ale, który błyskotliwe kombinacje potrafi nie tylko zrozumieć, ale i opowiedzieć o nich tak, że i my je rozumiemy, z niewielkim tylko wysiłkiem dotrzymując kroku największym kryminalnym umysłom fawikońskim.
Jeśli chodzi o historie, które mnie samej zapadły w pamięć, to niewątpliwie będzie to plan Frazufarksa i jego stała x (która w rzeczywistości oczywiście nie była stałą), który w pojedynkę posłużył już za materiał do kilku książek i wystaw holograficznych. Myślę, że nie zabiorę wiele przyjemności z czytania, jeśli zdradzę dość popularny fakt, że owa wartość służyła do wykrzywienia układu współrzędnych do formy trójwymiarowej w zależny od potrzeby sposób, zmieniając diametralnie relacje między punktami na niej, przez co nikt poza jej autorem nie miał wpływu na to, do czyjego konta zostaną przypisane wpłacane właśnie pieniądze. Na uwagę zasługuje też wyczyn grupy Didaktana Donny, która w celu oszukania najnowocześniejszych testów sprawdzających opracowała odpowiednik naszych liczb zespolonych. Choć niewykrywalne w przestrzeni liczb rzeczywistych, w praktyce dały mu nieograniczony dostęp do największej na świecie hodowli ametystów i, przy okazji sławę prekursora nowej gałęzi arytmetyki (choć już po aresztowaniu). Kiedy dochodzimy do planów, które z sukcesem doprowadzają do nadpisania wartości liczbowych, przez co 2+2 już wcale nie było równe 4, dociera do nas, jak niewiarygodną i niebezpieczną władzę może dać wiedza matematyczna i że dla niej nic nie jest niemożliwe.
Zapierające dech w piersiach i nie pozwalające oderwać się do ostatniego słowa. Trzeba tylko pilnować się, żeby się nie pogubić, po czyjej jesteśmy stronie.


_______________
*Tutaj wiek liczy dokładnie 320 obrotów Fawikone wokół słońca, czyli w przeliczeniu: 130 lat ziemskich.

poniedziałek, 3 marca 2014

02.Krok po kroku” (Sehsan Kottek Lalj O)

Witam wszystkich Czytelników w kolejnej recenzji. Pomimo że to dopiero druga, blog nadzwyczaj dobrze sobie radzi i kwitnie, a to właśnie dzięki Wam, więc - dziękuję :) Na dzisiaj wybrałam Krok po kroku Sehsana Kotteka Lalj O z podtytułem Jak dogadać się ze swoim ekspresem do kawy - coś, o czym w jednym zdaniu trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że bardzo zapadło mi w pamięć...

Głównymi bohaterami tego dzieła są, jak nietrudno się domyślić, sam pan Sehsan oraz jego ekspres do kawy*. Gdy dekady przed pierwszymi myślami o pisaniu książki nabył urządzenie, nawet nie podejrzewał, jak wielki będzie miało ono wpływ na jego życie.
Tytuł nastawia nas na poradnik, chronologia opisów kojarzy się z formą pamiętnikową. Jednakże kolejne wspominane przez autora sytuacje, chwile mniejszych lub większych nieporozumień, szczęścia, sceny zazdrości i ponownego dochodzenia ze sobą do zgody, które przeżywał wraz ze swoją ulubioną maszynką do parzenia kawy, szybko układają się w wyrazistą fabułę. Wraz z każdym kolejnym dniem pojawiają się obserwacje, wnioski co do tego, co robił źle, oraz oczekiwania dotyczące wspólnej przyszłości. Czy uda im się odnaleźć wspólny język? Czy oboje będą chcieli tego tak bardzo, by się zmienić?

Wiele minęło, odkąd wiktuańscy technicy zaszczepiali robotom pierwsze samodzielne algorytmy decyzyjne, a potem uzupełnili je - gdy okazało się, że do prawidłowego funkcjonowania w pełnym niejasności świecie nie wystarczą logiczne oszacowania - o pulsacyjne reakcje na skupiska znaczeniowe, zwane częściej uczuciami. Dzisiaj, jak zauważa Kottek, musimy już tylko porozumieć się z naszym sprzętem gospodarstwa domowego, przestać ignorować jego potrzeby, doceniać i umieć obdarzyć miłym słowem nie tylko, gdy wszystko idzie dobrze, ale też w chwilach stresujących i niepowodzeniach. Autor zapełnia swój niby-pamiętnik setkami ważkich przemyśleń i pytań, na które coraz trudniej znaleźć odpowiedź. Nie raz, gdy przygląda się swojej kuchni, dręczą go wątpliwości, czy aby na pewno zasłużył sobie, by cała elektronika mu usługiwała, czy czasem jego sprzęt AGD nie został powołany do czegoś więcej?
Szczególnie poruszająca jest scena, gdy jego ekspres do kawy rozpacza nad tym, że z powodu chwilowego braku wody nie udało mu się przygotować porannego napoju i prawdopodobnie bardzo rozczarował tym swojego właściciela. Sehsan spędza z nim wtedy długie godziny, pocieszając, że nic się nie stało i że to nie była jego wina, co bardzo ich do siebie zbliżyło. Nagle zobaczył, jak wiele żalu uzbierało się w tym niewielkim urządzeniu, jak bardzo źle działał na niego ciągły brak uwagi i cierpliwości. Pomyślał wtedy, że każdemu z nas przydałoby się przeżyć coś podobnego. Bardzo się wtedy otworzył i dowiedział wiele nie tylko o uczuciach swojej maszynki do parzenia, ale też i o sobie samym. Poczuł, że jest potrzebny. Potrzebny maszynom tak naprawdę zagubionym w swoich sztucznie przypisanych im dążeniach i bezrefleksyjnych celach, wymagających wsparcia i wysłuchania. Wraz z tytułowymi krokami postanawia na nowo odbudować relacje ze swoim ekspresem do kawy, zawalczyć o jego zaufanie.
Niebywale, głęboko wzruszająca historia.


_______________
*Tak naprawdę rzecz jasna nie może być mowy o kawie, a jej wiktuańskim odpowiedniku, ale jego wartości zarówno energetyczne, jak i, że tak powiem, społeczne są na tyle podobne, że zdecydowałam się nawiązać do analogii.