Oryginalne brzmienie i przekaz tytułu nie są łatwe do odzwierciedlenia – chodzi tu o dźwięk wydawany przez strumień prądu przebiegający przez cienkie włókno opakowane w przezroczystą obudowę, innymi słowy: przez żarówkę. Może wprawić w zdumienie, jak nagle i nieodwracalnie ten niepozorny element ziemskiej architektury zawładnął strukturami mieszkalnymi na Oriolie. Celem stworzenia oświetlenia aktywnie dostosowującego swoją jasność, temperaturę i kolor w zależności od pory roku, okoliczności i zwykłych zachcianek właścicieli, uczyniono je inteligentnym. Podłączonym do podręcznych urządzeń komunikacji, światowej sieci informacji, a także, później, do nadsieci – telepatycznego eteru, z którego inteligentne żarówki mogłyby czytać polecenia bezpośrednio z umysłów swoich właścicieli, zanim ci zdążyliby o tym pomyśleć, a następnie przekazując polecenie sąsiednim żarówkom. Jednak tam, gdzie są duże możliwości i wygoda, tam też są zagrożenia...
Początkowo każdemu wydawało się, że ich nie ma. Oczywiście miano świadomość, że przejęcie kontroli nad żarówkami przez kogoś niepowołanego groziłoby nie tylko problemami z jasnością w pomieszczeniach, ale i otwierałoby szerokie możliwości wyciągnięcia różnorodnych, tajnych informacji na temat tych, którzy się z nimi komunikują. Jak jednak doprowadzić do negatywnego zachowania coś, do czego jedyną ścieżką dostępu jest odbiornik, który każdą otrzymaną z zewnątrz instrukcję, czy to od ludzi czy innych żarówek, filtruje zakresami bezpieczeństwa? Należałoby przeprogramować mikromózg urządzenia, ale szklana bańka, niczym ścianka bomby, była czuła na najmniejszy nacisk i nie pozwalała na wprowadzenie najmniejszych zmian.
Droga jednak istniała – wiedziała to pewna grupka wyjątkowo ambitnych hakerów – trzeba było tylko ją znaleźć. Szansa na to pojawia się z nieoczekiwanej strony, gdy trafiają na ekstrawaganckiego hodowcę owadów i eksperymentatora genetycznego. Zauważył on, że brzęczenie hałaśliwych Ziskuzów podejrzanie przypomina buczenie wydawane właśnie przez żarówki, co jego zdaniem sugeruje jakiś rodzaj komunikacji pomiędzy jednymi a drugimi. Owady, za pomocą odpowiednich wibracji, miałyby posiadać umiejętność odczytywania i wprowadzania danych do elektronicznej pamięci, tak jak robią to w przypadku innych owadów. Czy to możliwe? Cyberwłamywacze postanawiają zaryzykować i poświęcić nieco czasu na bliższe zapoznanie się z dziwacznymi stworzeniami. Wreszcie pozwalają opiekunowi Ziskuzów wprowadzić ich w niezwykłą sztukę programowania genetycznego, dzięki któremu mogliby zmienić żywe stworzenia w zdalnie sterowane żarówkowe wytrychy.
Jeśli historie o hakerach kojarzą się wam z przekombinowaną hermetyczną terminologią i wyczynianiem z maszynami magicznych rzeczy – spokojnie, tutaj jest o wiele bardziej obrazowo i przystępnie, pewnie dlatego, że sam Jelio Dref Żżerhwoz Dref się na komputerach kompletnie nie znał. Na genetyce zresztą też nie. Wszystko co potrafił i robił przez całe życie (nie licząc pisania szczególnego rodzaju science ficion) było hodowanie owadów podobnych do ziemskich pszczół i przerabianie ich kolców na igły. Do wynalezienia żarówek brakowało mu współczesnym jeszcze trochę czasu – na razie najnowszą zdobyczą techniki ogniska i krzemienie. Ale za to Jelio Dref był wspaniałym wizjonerem, dzięki czemu dobrze udaje, że wie, o czym pisze. W momentach, których już nie wiedział zbyt wyraźnie i przygody kilkorgu hakerów przypominają już bardziej zaklęcia szamańskie, do akcji wchodzi Pertre Diks. Ten oto nowożytny archeolog podczas jednej z wypraw odkrył gęsto zapisane owadzie skrzydła, pozostawione wieki temu przez Jelia Drefa, i tak zachwycił się zabawną, pomysłową historią, że postanowił „przetłumaczyć” na sposób myślenia ludzi z czasów przyszłości. Pomimo że jemu nie obce były już obce ani genetyka, ani najcwańsze metody łamania zabezpieczeń komputerowych wzorem pierwszego autora nie popisuje się szczegółami technicznymi, jednak uzupełnia zawsze gdy mogą one zaciekawić lub uwiarygodnić to, co się dzieje, pozostawiając niekiedy wręcz bajkową malowniczość podobieństwa między dwoma tak odległymi od siebie dziedzinami nauki.
Celność tego, jak Jelio Dref podchodził do pojęcia żarówki, jak trafnie wyobrażał sobie jej działanie i budowę, to, że mogłaby komunikować się z człowiekiem w tak bardzo nie fizyczny sposób, aż wreszcie i to, że mogłaby być „magicznym” nośnikiem wiedzy i instrumentem do niesienia zniszczenia, oczarowuje, gdy przypomnimy sobie, że mógł mieć zielonego pojęcia o elektryczności. Opisy nauki posługiwania się „cegiełkami życia” chwilami nawet prześcigają to, co dotąd zostało osiągnięte, jednak ani na chwilę nic nie wydaje się ani zbyt proste i pozbawione trudności, ani nieprawdopodobne. Wreszcie nie zawodzi także ciąg dalszy, gdy hakerzy szykują zastęp programowanych owadów do ataku na miejską sieć energetyczną, w którym również Pertre Diks nie pomagał fabularnie. Do ostatniej chwili nie wiadomo, czy włamywacze osiągną swój cel, czy uda im się uciec przed wszechobecnymi stróżami prawa nie mniej bystrymi niż oni. A jeśli – to jak będą chcieli wykorzystać zdobytą władzę? Dla pieniędzy? Siania chaosu i zniszczenia? A może jednak nauczyli się jednak od samotnego i przemądrzałego hodowcy owadów, z którym być może Jelio Dref się utożsamiał, że lepiej jest naprawiać i dawać, czegoś ich nauczyło?
Błyskotliwa, porywająca historia, trafiająca do każdego niezależnie od wiedzy i czasów, w jakich żyje i jak wyobraża sobie prawdziwy hacking.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 października 2015
poniedziałek, 21 września 2015
83. „Naprawdę niezapomniane przeżycie” (Zagrwiar Enpjo)
Miasta planety Ektoplse należą do jedynych w swoim rodzaju. Nie ma nic zaskakującego w pomyśle, by swoje domy budować z roślin, kwiatowych pręcików i żywych łodyg, co innego jednak, jeśli rośliny te samoistnie wytwarzają światło. Z rodzimej gwiazdy, małego czerwonego karła, dochodzi go bardzo niewiele, co sprawia, że liściaste konstrukcje są praktycznie jego jedynym źródłem, co czyni je promieniejącym, neonowym odpowiednikiem naszego Las Vegas. Ektoplsiańscy projektanci prześcigają się w artystycznym wykorzystywaniu tego faktu, do perfekcji doprowadzając umiejętność stabilnego składania ze sobą kruchych elementów i minerałów, łączenia wzorów i kolorów oraz podkreślania drobnych szczegółów. Dech zapierają zarówno wysokie proste wieżowce o białych ścianach i miękkich barwach, jak i zwisające z wysoka jaskrawe okrągłe lampiony, upstrzone pasemkami i plamami. Za każdym razem wzrok oczarowują warkocze płatków, rozstawienie jarzących się traw i kompozycje punktów przebijających się przez półprzezroczyste ściany liści, zmieniając ulice Ektoplse w artystyczne wystawy delikatnych układanek, z łączącymi je girlandami kwiatów i kwitnącymi ponad nimi gałęziami.
Przyznać jednak należy, że o ile sami mieszkańcy Ektoplse szczerze uwielbiają roślinne właściwości, które czynią ich planetę wyjątkową, przyzwyczaili się już do nich dawno i nie poświęcają tyle uwagi, co odwiedzający ich licznie turyści. Wielu z nich, tak jak właśnie Zagrwiar Enpjo, poszukuje nowych i ambitniejszych sposobów na odbiór tego rodzaju sztuki, który pozwoliłby na nowo ją docenić. Pomimo istnienia dziesiątek metod interpretatorskich, opartych na rysowaniu domów, dotykaniu ich ścian i odwzorowywaniu ich oświetlenia za pomocą równań optycznych, Zagrwiar Enpjo odnalazł się dopiero w próbowaniu ich pod względem smakowym. W pewnym momencie ruszył w podróż, by przemierzać świat na pieszo i podgryzać kolejne napotkane konstrukcje, oceniając je, ucząc się i szukając wciąż nowych relacji aromatycznych. Ceniony zarówno przez zwykłych ludzki, jak i wielkich krytyków, a jednocześnie niezwykle kontrowersyjny, zdobył sławę jako ktoś, kto zrewolucjonizował branżę budowlaną i dał całkiem nowe spojrzenie na dobrze znaną architekturę.
Autobiografia Zagrwiara Enpjo zdaje się być jednocześnie kulinarnym przewodnikiem turystycznym, jak i powieścią przygodową. Z jednej strony opowiada on o smakach, z jakimi słynne ektoplsiańskie budowle pozwoliły mu się spotkać, z drugiej – wiele miejsca poświęca próbom surwiwalowego przedostania się do owych budowli, kiedy ich mieszkańcy nie zachwyceni jego działalnością tak jak zazwyczaj. Pojawienie się Zagrwiara Enpjo nieraz budziło liczne obawy, w szczególności w kwestii niebezpieczeństwa zaburzenia ładu kompozycyjnego danej struktury kwiatowej i zniekształcenia estetycznej spójności, przez co często nazywano go bandytą i szarlatanem, i to pomimo jego zapewnień, że zamierza ugryźć jak najmniej.
Wrogie przyjęcie co prawda nigdy nie zniechęcało Ektoplsianina, który uważał sztukę i kontakt z nią za wartość zasługującą na każde poświęcenie (także poświęcenie samej sztuki dla kilku gryzów), często jednak sprowadzało na niego kłopoty. Jedną z zapadających w pamięć historii jest ta poświęcona starej i jednej z najpiękniejszych konstrukcji artystycznych, Płomieniowi Króla Jangi Worgi, stanowiącemu jedną z czterech wieżyczek kompleksu pałacowego. Dobrze zapowiadający się fortel z przebraniem się za wędrownego ekonoma zmienił się w dramatyczną ucieczkę przez większością straży, architektami, ogrodnikiem oraz szajką złodziei, przeprowadzających akurat napad na pałac. Podobnie przy Krysztale Księżycowej Wody, Czerwonej Pachnącej Ziemi i Bieli Zieleni Czerni, gdzie mieszkańcy wyskoczyli na niego z ektoplsiańskim odpowiednikiem wideł. To jednak tylko zwiększało rozpoznawalność jego nazwiska, liczbę czytelników jego kolejnych recenzji kulinarnych oraz fanów, już nie tylko na jego rodzimej planecie. Jego działalność znalazła również wielu naśladowców, rozwijających zapoczątkowane przez idola podejście, wgryzając się w architekturę i dzieląc się między sobą wrażeniami, i to co ciekawe niekoniecznie tam, gdzie twory mieszkalne nadawały się do jedzenia. Tym, który najbardziej z nich wszystkich zasłynął, był Jajgoh z Ugiarii – prawdopodobnie tym, że budynki na jego planecie nie tylko były trujące, ale do tego jeszcze dość szybko uciekały, co wpłynęło na rozwój nowej dyscypliny sportowej.
Można powiedzieć, że każdy, kto zetknął się z Zagrwiarem Enpjo, wyniósł ze spotkania z jego niezwykłą osobą i jego pracami coś dla siebie. Dla jednych stał się inspiracją twórczą, inni odnaleźli swoje powołanie w ogrodnictwie, niektórzy ruszyli jego śladami na poszukiwanie przygód, nie mówiąc już o tych, którzy stwierdzali, że nie chcą mieć z tym szarlatanem nic wspólnego i pogoniliby go widłami. Ponad wszystko jednak, choć sam autor zdawał się o tym nie myśleć, jego odważny, absurdalny punkt widzenia zmusza nas do oceny, zastanowienia się nad tym, co nam samym podoba się (lub nie) i uświadomienia sobie, czego sami oczekujemy po tym, co nazywamy sztuką. I może też będziemy mieli ochotę jej szukać.
Przyznać jednak należy, że o ile sami mieszkańcy Ektoplse szczerze uwielbiają roślinne właściwości, które czynią ich planetę wyjątkową, przyzwyczaili się już do nich dawno i nie poświęcają tyle uwagi, co odwiedzający ich licznie turyści. Wielu z nich, tak jak właśnie Zagrwiar Enpjo, poszukuje nowych i ambitniejszych sposobów na odbiór tego rodzaju sztuki, który pozwoliłby na nowo ją docenić. Pomimo istnienia dziesiątek metod interpretatorskich, opartych na rysowaniu domów, dotykaniu ich ścian i odwzorowywaniu ich oświetlenia za pomocą równań optycznych, Zagrwiar Enpjo odnalazł się dopiero w próbowaniu ich pod względem smakowym. W pewnym momencie ruszył w podróż, by przemierzać świat na pieszo i podgryzać kolejne napotkane konstrukcje, oceniając je, ucząc się i szukając wciąż nowych relacji aromatycznych. Ceniony zarówno przez zwykłych ludzki, jak i wielkich krytyków, a jednocześnie niezwykle kontrowersyjny, zdobył sławę jako ktoś, kto zrewolucjonizował branżę budowlaną i dał całkiem nowe spojrzenie na dobrze znaną architekturę.
Autobiografia Zagrwiara Enpjo zdaje się być jednocześnie kulinarnym przewodnikiem turystycznym, jak i powieścią przygodową. Z jednej strony opowiada on o smakach, z jakimi słynne ektoplsiańskie budowle pozwoliły mu się spotkać, z drugiej – wiele miejsca poświęca próbom surwiwalowego przedostania się do owych budowli, kiedy ich mieszkańcy nie zachwyceni jego działalnością tak jak zazwyczaj. Pojawienie się Zagrwiara Enpjo nieraz budziło liczne obawy, w szczególności w kwestii niebezpieczeństwa zaburzenia ładu kompozycyjnego danej struktury kwiatowej i zniekształcenia estetycznej spójności, przez co często nazywano go bandytą i szarlatanem, i to pomimo jego zapewnień, że zamierza ugryźć jak najmniej.
Wrogie przyjęcie co prawda nigdy nie zniechęcało Ektoplsianina, który uważał sztukę i kontakt z nią za wartość zasługującą na każde poświęcenie (także poświęcenie samej sztuki dla kilku gryzów), często jednak sprowadzało na niego kłopoty. Jedną z zapadających w pamięć historii jest ta poświęcona starej i jednej z najpiękniejszych konstrukcji artystycznych, Płomieniowi Króla Jangi Worgi, stanowiącemu jedną z czterech wieżyczek kompleksu pałacowego. Dobrze zapowiadający się fortel z przebraniem się za wędrownego ekonoma zmienił się w dramatyczną ucieczkę przez większością straży, architektami, ogrodnikiem oraz szajką złodziei, przeprowadzających akurat napad na pałac. Podobnie przy Krysztale Księżycowej Wody, Czerwonej Pachnącej Ziemi i Bieli Zieleni Czerni, gdzie mieszkańcy wyskoczyli na niego z ektoplsiańskim odpowiednikiem wideł. To jednak tylko zwiększało rozpoznawalność jego nazwiska, liczbę czytelników jego kolejnych recenzji kulinarnych oraz fanów, już nie tylko na jego rodzimej planecie. Jego działalność znalazła również wielu naśladowców, rozwijających zapoczątkowane przez idola podejście, wgryzając się w architekturę i dzieląc się między sobą wrażeniami, i to co ciekawe niekoniecznie tam, gdzie twory mieszkalne nadawały się do jedzenia. Tym, który najbardziej z nich wszystkich zasłynął, był Jajgoh z Ugiarii – prawdopodobnie tym, że budynki na jego planecie nie tylko były trujące, ale do tego jeszcze dość szybko uciekały, co wpłynęło na rozwój nowej dyscypliny sportowej.
Można powiedzieć, że każdy, kto zetknął się z Zagrwiarem Enpjo, wyniósł ze spotkania z jego niezwykłą osobą i jego pracami coś dla siebie. Dla jednych stał się inspiracją twórczą, inni odnaleźli swoje powołanie w ogrodnictwie, niektórzy ruszyli jego śladami na poszukiwanie przygód, nie mówiąc już o tych, którzy stwierdzali, że nie chcą mieć z tym szarlatanem nic wspólnego i pogoniliby go widłami. Ponad wszystko jednak, choć sam autor zdawał się o tym nie myśleć, jego odważny, absurdalny punkt widzenia zmusza nas do oceny, zastanowienia się nad tym, co nam samym podoba się (lub nie) i uświadomienia sobie, czego sami oczekujemy po tym, co nazywamy sztuką. I może też będziemy mieli ochotę jej szukać.
poniedziałek, 6 lipca 2015
72. „Najstraszniejszy” (Kwasg Wonfo Wonfo)
Ponieważ przez cały miesiąc towarzyszył nam bohater pozytywny, poświęcający się niesieniu pomocy i walki o sprawiedliwość, postanowiłam, że dziś opowiem o postaci, na myśl o której drżą mieszkańcy wszystkich planet układu Gawronisu (włącznie z takimi małymi robaczkami o pięciu nóżkach, którym przecież powinno być wszystko jedno)...
O Happa Goedoe słyszeli wszyscy w okolicach centrum Drogi Mlecznej, a nikt nie zapominał, w szczególności, jeśli miał nieprzyjemność stanąć z nim twarzą w twarz. My nazwalibyśmy go zapewne piratem, ponieważ żeglował po morzach i oceanach, choć być może z lekka wybiłby nas z rytmu fakt, że wody te były kompletnie zastygłymi taflami lawy, tak więc nasz bohater poruszał się po nich na zasilanym własnymi mięśniami trójkołowców. Mięśniami własnych płuc, bo jednak mowa jest o żeglowaniu. A że ów żaglowiec był duży, płuca Happy również musiały być imponujące. To jednak bez związku - w końcu to nie jego płuca* sprawiały, że każdy czuł przestrach na jego widok**. Tym, co to powodowało, było jego okrutne i pełne pogardy napawanie się widokiem ludzi, którzy tracili pewność siebie i chęć do życia, niekiedy popadali w panikę lub szaleństwo. By osiągnąć swój cel, wchodził do małych sklepików na obrzeżach metropolii, wybierał najtańszy produkt z oferty, po czym zmuszał pracowników do wydawania mu reszty z gigantycznych nominałów. Niektóre martety usiłowały uchronić się przed katastrofą instalując nowoczesny system płatniczy oparty na odczycie tożsamości z kształtu nosa, niestety, na próżno, bo Happa Goedoe odpowiadał wtedy, że nie posiada nosa (co zresztą było prawdą) i cała tragedia zaczynała się od początku. Czasami też, wychodząc, nie zamykał za sobą wejścia do łazienki, co obdarzone głęboką osobowością drzwi bardzo ciężko znosiły.
Nie można jednak zapomnieć o innym bohaterze, Udżi Lowi Piu, narratorze tej opowieści, który nie może patrzeć jak niecne rzeczy wyprawia Happa. Udżi jest niewidzialnym, acz superinteligentnym i wszechwiedzącym stworzeniem, które dostało się na trójkołowy pokład, myląc je z lodziarnią***, i odtąd towarzyszy piratowi we wszystkich jego podbojach i atakach, starając się jednocześnie uchronić niewinnych od nieszczęścia. Zawsze dzielnie i niestrudzenie podrzuca niezbędne drobne pieniądze oraz domyka drzwi do łazienki, ratując nie widzących go nieznajomych przed rozpaczą i frustracją. Tym bardziej ubolewa, że sam również nie posiada nosa, który pozwoliłby mu pomóc jeszcze większej ilości istnień. Warto też pewnie dodać, że Udżi Lowi Piu jest hipopopopotamem. Białym. A przynajmniej byłby biały, gdyby nie był przezroczysty. Nad czym zresztą też ubolewa.
Wielowymiarowa powieść psychologiczna, odsłaniająca nam dyskusyjną głębię i bogactwo zależnych od perspektywy kontestów jest tym, czym na pewno Najstraszniejszego nazwać nie można. Był to raczej swego rodzaju punkt wyjściowy dla Wonfo Wonfo, który zobaczył coś fascynującego w relacjach między pełnym nienawiści do sklepików piratem, a niewidzialnym białym hipopopopotamem o niezwykłym intelekcie. Ambitne plany zostały jednak przekreślone, gdy autor zdał sobie sprawę, że przecież pierwszy nie widzi drugiego, więc musiał nakreślić historię odrobinę inaczej. Stworzył więc pełen ciężkiego napięcia i ostrych zwrotów akcji horror, w którym nigdy nie wiemy, co się wydarzy, poza tym, że pewnie Goedoe znów wkroczy do jakiegoś małego sklepiku z niepomiernie dużym banknotem i przyprawi tym kogoś o palpitacje. Nigdy nie wiadomo, czy Udżi będzie w stanie pokrzyżować mu szyki, czy bilon znajdzie się, gdzie trzeba na czas, czy może tym razem hipopopopotam pogrąży się w zadumie nad tym, jak bardzo głupio by wyglądał, gdyby wyglądał.
Fani, jak to fani, odnajdują w Najstraszniejszym liczne odniesienia do kultury i mitologii planet Gawronisu, a szkice charakterologiczne zdają się być przestrogą rzucaną w stronę aktualnych rozmów wojenno-kolejowych. Chociażby sam Happa dla wielu symbolizuje przedwiecznego boga ognia, Egrawossadesa, który co prawda miał nieskazitelny charakter, nie posiadał pojazdu ani niewidzialnego towarzysza, ale za to miał płuca (choć niekoniecznie imponujące). Udżi natomiast chętniej jest kojarzony ze stworzeniami latającymi, futrzanymi, zwłaszcza niedużych rozmiarów i w ciemnych barwach, do których według czytelnicy zgodnie zaliczają białe hipopopopotamy.
Nie brakuje też jednak bardziej ekstrawaganckich odbiorców, którzy przy obcowaniu ze sztuką pisaną ograniczają się do podziwiania świata przedstawionego i podążania za akcją, które jednakże również nie zawodzą. Obaj podróżnicy co rusz zaskakują nas przeciwnościami losu, które im się przytrafiają - w jednym z rozdziałów Happa blokuje się w długiej kolejce, w której doświadcza frustracji, wzbudzając lęk nie dość skutecznie; w innym dokonuje zakupu gumowej sprężynki i zastanawia się, co z nią zrobić. Niewiele później natomiast doprowadza do paradoksu poprzez wzbudzanie lęku i frustracji w samym sobie, gdy nie jest w stanie zaparkować jak należy. My natomiast staramy się bezsilnie nadążyć za tokiem myślenia bezlitosnego maniaka, zawsze pozostając w tyle i zawsze mając ochotę na więcej.
Porywające, wyrafinowane i przerażające, w szczególności dla młodych marketingowców i doświadczonych pracowniczek ziemskiej sieci Biedronka****.
_______________
*Dokładniej: mowa tu o organie ssąco-dmuchająco-pochrupującym. Ale to naprawdę bez związku.
** A przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani.
*** Pomimo że lodziarnie z jego rodzimej Gagontii nie mają ani pokładów, ani kół. Tak, też tego nie rozumiem.
**** Biedronka istnieje jeszcze choćby na najbardziej gorącym z księżyców Jowisza, Io. Sprzedawane są tam najgorętsze torty lodowe w całym Układzie Słonecznym.
O Happa Goedoe słyszeli wszyscy w okolicach centrum Drogi Mlecznej, a nikt nie zapominał, w szczególności, jeśli miał nieprzyjemność stanąć z nim twarzą w twarz. My nazwalibyśmy go zapewne piratem, ponieważ żeglował po morzach i oceanach, choć być może z lekka wybiłby nas z rytmu fakt, że wody te były kompletnie zastygłymi taflami lawy, tak więc nasz bohater poruszał się po nich na zasilanym własnymi mięśniami trójkołowców. Mięśniami własnych płuc, bo jednak mowa jest o żeglowaniu. A że ów żaglowiec był duży, płuca Happy również musiały być imponujące. To jednak bez związku - w końcu to nie jego płuca* sprawiały, że każdy czuł przestrach na jego widok**. Tym, co to powodowało, było jego okrutne i pełne pogardy napawanie się widokiem ludzi, którzy tracili pewność siebie i chęć do życia, niekiedy popadali w panikę lub szaleństwo. By osiągnąć swój cel, wchodził do małych sklepików na obrzeżach metropolii, wybierał najtańszy produkt z oferty, po czym zmuszał pracowników do wydawania mu reszty z gigantycznych nominałów. Niektóre martety usiłowały uchronić się przed katastrofą instalując nowoczesny system płatniczy oparty na odczycie tożsamości z kształtu nosa, niestety, na próżno, bo Happa Goedoe odpowiadał wtedy, że nie posiada nosa (co zresztą było prawdą) i cała tragedia zaczynała się od początku. Czasami też, wychodząc, nie zamykał za sobą wejścia do łazienki, co obdarzone głęboką osobowością drzwi bardzo ciężko znosiły.
Nie można jednak zapomnieć o innym bohaterze, Udżi Lowi Piu, narratorze tej opowieści, który nie może patrzeć jak niecne rzeczy wyprawia Happa. Udżi jest niewidzialnym, acz superinteligentnym i wszechwiedzącym stworzeniem, które dostało się na trójkołowy pokład, myląc je z lodziarnią***, i odtąd towarzyszy piratowi we wszystkich jego podbojach i atakach, starając się jednocześnie uchronić niewinnych od nieszczęścia. Zawsze dzielnie i niestrudzenie podrzuca niezbędne drobne pieniądze oraz domyka drzwi do łazienki, ratując nie widzących go nieznajomych przed rozpaczą i frustracją. Tym bardziej ubolewa, że sam również nie posiada nosa, który pozwoliłby mu pomóc jeszcze większej ilości istnień. Warto też pewnie dodać, że Udżi Lowi Piu jest hipopopopotamem. Białym. A przynajmniej byłby biały, gdyby nie był przezroczysty. Nad czym zresztą też ubolewa.
Wielowymiarowa powieść psychologiczna, odsłaniająca nam dyskusyjną głębię i bogactwo zależnych od perspektywy kontestów jest tym, czym na pewno Najstraszniejszego nazwać nie można. Był to raczej swego rodzaju punkt wyjściowy dla Wonfo Wonfo, który zobaczył coś fascynującego w relacjach między pełnym nienawiści do sklepików piratem, a niewidzialnym białym hipopopopotamem o niezwykłym intelekcie. Ambitne plany zostały jednak przekreślone, gdy autor zdał sobie sprawę, że przecież pierwszy nie widzi drugiego, więc musiał nakreślić historię odrobinę inaczej. Stworzył więc pełen ciężkiego napięcia i ostrych zwrotów akcji horror, w którym nigdy nie wiemy, co się wydarzy, poza tym, że pewnie Goedoe znów wkroczy do jakiegoś małego sklepiku z niepomiernie dużym banknotem i przyprawi tym kogoś o palpitacje. Nigdy nie wiadomo, czy Udżi będzie w stanie pokrzyżować mu szyki, czy bilon znajdzie się, gdzie trzeba na czas, czy może tym razem hipopopopotam pogrąży się w zadumie nad tym, jak bardzo głupio by wyglądał, gdyby wyglądał.
Fani, jak to fani, odnajdują w Najstraszniejszym liczne odniesienia do kultury i mitologii planet Gawronisu, a szkice charakterologiczne zdają się być przestrogą rzucaną w stronę aktualnych rozmów wojenno-kolejowych. Chociażby sam Happa dla wielu symbolizuje przedwiecznego boga ognia, Egrawossadesa, który co prawda miał nieskazitelny charakter, nie posiadał pojazdu ani niewidzialnego towarzysza, ale za to miał płuca (choć niekoniecznie imponujące). Udżi natomiast chętniej jest kojarzony ze stworzeniami latającymi, futrzanymi, zwłaszcza niedużych rozmiarów i w ciemnych barwach, do których według czytelnicy zgodnie zaliczają białe hipopopopotamy.
Nie brakuje też jednak bardziej ekstrawaganckich odbiorców, którzy przy obcowaniu ze sztuką pisaną ograniczają się do podziwiania świata przedstawionego i podążania za akcją, które jednakże również nie zawodzą. Obaj podróżnicy co rusz zaskakują nas przeciwnościami losu, które im się przytrafiają - w jednym z rozdziałów Happa blokuje się w długiej kolejce, w której doświadcza frustracji, wzbudzając lęk nie dość skutecznie; w innym dokonuje zakupu gumowej sprężynki i zastanawia się, co z nią zrobić. Niewiele później natomiast doprowadza do paradoksu poprzez wzbudzanie lęku i frustracji w samym sobie, gdy nie jest w stanie zaparkować jak należy. My natomiast staramy się bezsilnie nadążyć za tokiem myślenia bezlitosnego maniaka, zawsze pozostając w tyle i zawsze mając ochotę na więcej.
Porywające, wyrafinowane i przerażające, w szczególności dla młodych marketingowców i doświadczonych pracowniczek ziemskiej sieci Biedronka****.
_______________
*Dokładniej: mowa tu o organie ssąco-dmuchająco-pochrupującym. Ale to naprawdę bez związku.
** A przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani.
*** Pomimo że lodziarnie z jego rodzimej Gagontii nie mają ani pokładów, ani kół. Tak, też tego nie rozumiem.
**** Biedronka istnieje jeszcze choćby na najbardziej gorącym z księżyców Jowisza, Io. Sprzedawane są tam najgorętsze torty lodowe w całym Układzie Słonecznym.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
61. „Taniec na dymie” (36 An Lorwik)
Mówi się, że bez miłości nie można żyć - z pewnością nie można, a wręcz nie wolno na Aznaza. Czy może raczej takie było założenie wieki temu - kilku władców planety umyśliło sobie wtedy, że w ich świecie nie powinno być miejsca dla ludzi, którzy nie potrafią sobie w żaden sposób zapracować na czyjkolwiek szacunek i sympatię, nie próbują niczym się wsławić, komukolwiek pomagać czy choćby założyć rodziny. Początkowo jakoś to nawet działało, dopóki jeszcze było w tym uczuciu choć odrobina szczerości, jednak komputerowa racjonalność, jaką te reguły szybko wymusiły na Aznazie, sprawiła, że dziś słowo miłość stanowi tam raczej niezbyt przyjemny synonim popularności i nikt nie pamięta, czym powinna być naprawdę. W pogłębiającej się antyutopii motorem napędowym wszystkiego był strach przed samotnością; ludzie nie byli w stanie wzbudzić w sobie nawzajem zaufania robiąc wszystko z myślą o sobie, z udawaną bezinteresownością, co na starcie niszczyło szanse na prawdziwe zakochanie się. Właściwie jedynym sposobem na zdobycie miłości-popularności były media - wszechobecne historyjki i rozrywka, której bohaterowie byli lubiani przez każdego z miliardów swoich widzów choć w maleńkim stopniu, nawet przez tych, którzy byli na dnie społecznej samotności. I których większości autorem i dostawcą był B 3 Noktif, dziedzic rodzinnego kanału audiowizualnego i utalentowany śpiewak, który wśród tych, którzy naprawdę coś o nim wiedzą, jest znany jako ten, kto nie kocha nikogo prócz siebie.
Główna postać tej historii znajduje się jednak po przeciwnej stronie skali - 22 Fizril po wielokrotnych próbach nieudolnego wymuszenia zakochania się w sobie u kogokolwiek, zyskuje ocenę negatywną w kolejnym skanie powszechnym i ściąga na siebie uwagę systemu likwidacyjnego. Ostatnią deską ratunku, jaką dla siebie dostrzega, jest nowy program interaktywny - Taniec na dymie. Jego celem ma być selekcja uczestników o największych zdolnościach artystycznych, które prezentować będą na wizji, którzy otrzymają bilet do nowo utworzonej kolonii księżycowej zwolnionej od obowiązku miłości. 22 Fizril przystępując do castingu, marząc, że transmisja wywinduje go do bezpiecznego świata celebrytów. Nie podejrzewa jednak że program stanowi element chytrego planu B 3 Noktifa, który chce dzięki niemu zaskarbić sobie jeszcze większą sympatię widowni. Tylko czy Taniec na dymie nie obróci się przypadkiem przeciwko swojemu twórcy, kiedy zdeterminowany i niezdarny 22 wejdzie do akcji, popisując się przed widzami, takimi jak on? Nikt nie ma pojęcia, jak wiele nagle może się zmienić.
Ludzie mają straszne parcie na szkło, dlatego zjawisko nie jest nam obce. I choć Aznazianie są tutaj usprawiedliwieni, bo od popularności wprost zależy ich życie, ich zachowanie jest wręcz śmiesznie znajome - nie brak nastolatków głupiejących na widok witającego ich tłumu, doświadczonych nadętych artystów, ani kombinatorów, którzy zrobią wszystko i przekupią kogokolwiek, żeby wleźć jeszcze wyżej. Reakcje jury wydają się wycięte z ziemskiego Mam talent - po co oceniać poważnie i uczciwie, skoro lepiej powiedzieć coś zabawnego i zgarnąć dla siebie miłość publiczności? Wysoki profesjonalizm występów wcale nie przeszkadza w tym, że kolejne popisy taneczne przebijają się w sztucznej wesołości i nadskakiwaniu, komu popadnie, co na ironię implikuje największą sympatię u oglądających. Na szczęście mamy od czasu do czasu i wiadro zimnej wody w postaci głównego bohatera, który mimo starań jest zbyt pochłonięty ukrywaniem się przed systemem likwidującym, by podchwycić powszechną wesołość, dzięki czemu nie zawsze patrzymy na ów rozrywkowy młynek od środka. To wtedy najmocniej widać złośliwy zachwyt 36 Any Lorwika nad genialną skutecznością, z jaką audiowizualna popularność potrafi wyczyścić nam mózg i zmienić w - uwielbianą i znaną, ale jednak - laleczkę, która ku uciesze tłumu robi najbardziej cudaczne i bezsensowne rzeczy. Do tego dochodzi jeszcze finał konkursu, który przeradza się w niebezpieczną przepychankę we wciąż żartobliwych ramach, a każdy z uczestników odsłania swoją ciemną stronę, zdeterminowaną na to, żeby się z tego świata wydostać...
Aż ciężko uwierzyć, że to, o czym czytamy, na realnej Aznazie pojawia się dopiero w zarysach - autor bardzo śmiało rozwija desperacje dążenie do sławy w nadzwyczaj celną wizję świata, w którym wartość uzyskuje się jedynie robiąc bezwartościowe rzeczy, zadeptując to, czym rzekomo cały czas się kierujemy. Było to ostrzeżenie, które na rodzimej planecie pisarza na szczęście zadziałało.
Historia, która wywraca nasz, skupiony na powierzchowności i talentach, świat do góry nogami, śmieszy, przeraża i martwi jednocześnie. Mnie się bardzo podobało i uważam, że każdy Ziemianin powinien przeczytać.
Główna postać tej historii znajduje się jednak po przeciwnej stronie skali - 22 Fizril po wielokrotnych próbach nieudolnego wymuszenia zakochania się w sobie u kogokolwiek, zyskuje ocenę negatywną w kolejnym skanie powszechnym i ściąga na siebie uwagę systemu likwidacyjnego. Ostatnią deską ratunku, jaką dla siebie dostrzega, jest nowy program interaktywny - Taniec na dymie. Jego celem ma być selekcja uczestników o największych zdolnościach artystycznych, które prezentować będą na wizji, którzy otrzymają bilet do nowo utworzonej kolonii księżycowej zwolnionej od obowiązku miłości. 22 Fizril przystępując do castingu, marząc, że transmisja wywinduje go do bezpiecznego świata celebrytów. Nie podejrzewa jednak że program stanowi element chytrego planu B 3 Noktifa, który chce dzięki niemu zaskarbić sobie jeszcze większą sympatię widowni. Tylko czy Taniec na dymie nie obróci się przypadkiem przeciwko swojemu twórcy, kiedy zdeterminowany i niezdarny 22 wejdzie do akcji, popisując się przed widzami, takimi jak on? Nikt nie ma pojęcia, jak wiele nagle może się zmienić.
Ludzie mają straszne parcie na szkło, dlatego zjawisko nie jest nam obce. I choć Aznazianie są tutaj usprawiedliwieni, bo od popularności wprost zależy ich życie, ich zachowanie jest wręcz śmiesznie znajome - nie brak nastolatków głupiejących na widok witającego ich tłumu, doświadczonych nadętych artystów, ani kombinatorów, którzy zrobią wszystko i przekupią kogokolwiek, żeby wleźć jeszcze wyżej. Reakcje jury wydają się wycięte z ziemskiego Mam talent - po co oceniać poważnie i uczciwie, skoro lepiej powiedzieć coś zabawnego i zgarnąć dla siebie miłość publiczności? Wysoki profesjonalizm występów wcale nie przeszkadza w tym, że kolejne popisy taneczne przebijają się w sztucznej wesołości i nadskakiwaniu, komu popadnie, co na ironię implikuje największą sympatię u oglądających. Na szczęście mamy od czasu do czasu i wiadro zimnej wody w postaci głównego bohatera, który mimo starań jest zbyt pochłonięty ukrywaniem się przed systemem likwidującym, by podchwycić powszechną wesołość, dzięki czemu nie zawsze patrzymy na ów rozrywkowy młynek od środka. To wtedy najmocniej widać złośliwy zachwyt 36 Any Lorwika nad genialną skutecznością, z jaką audiowizualna popularność potrafi wyczyścić nam mózg i zmienić w - uwielbianą i znaną, ale jednak - laleczkę, która ku uciesze tłumu robi najbardziej cudaczne i bezsensowne rzeczy. Do tego dochodzi jeszcze finał konkursu, który przeradza się w niebezpieczną przepychankę we wciąż żartobliwych ramach, a każdy z uczestników odsłania swoją ciemną stronę, zdeterminowaną na to, żeby się z tego świata wydostać...
Aż ciężko uwierzyć, że to, o czym czytamy, na realnej Aznazie pojawia się dopiero w zarysach - autor bardzo śmiało rozwija desperacje dążenie do sławy w nadzwyczaj celną wizję świata, w którym wartość uzyskuje się jedynie robiąc bezwartościowe rzeczy, zadeptując to, czym rzekomo cały czas się kierujemy. Było to ostrzeżenie, które na rodzimej planecie pisarza na szczęście zadziałało.
Historia, która wywraca nasz, skupiony na powierzchowności i talentach, świat do góry nogami, śmieszy, przeraża i martwi jednocześnie. Mnie się bardzo podobało i uważam, że każdy Ziemianin powinien przeczytać.
poniedziałek, 16 marca 2015
56. „A-fe Cafe*” (Dondżo Orino)
Czy mogą mieć coś wspólnego ze sobą nierealny wyścig dusz, ludzkie marzenia o zostaniu cyborgiem, odłamki komputerów porozrzucane w ciemnym lesie i najobrzydliwsza kawa świata? Tak, jeśli za sterami siedzi Dondżo Orino.
W świecie którym każdą część swojego ciała, włącznie z mózgiem, sercem i oczami, możesz zamienić na jej nieśmiertelny odpowiednik elektroniczny, podział na żywych i martwych przestaje być taki jednoznaczny. Niełatwo jest więc określić, czym są niematerialne byty, wędrujące po przypominającym rzekę niebie i ponad wszystko skoncentrowane na pogoni za tajemniczym celem, być może tak samo efemerycznym jak one same. Wydają się myśleć, wiedzieć, czego dlaczego to robią i czym jest ów punkt, jednak tak naprawdę tylko do czasu, gdy wróci im pamięć co do tego, jak się to robi naprawdę - oraz wielu innych rzeczy. Wszystko za sprawą tytułowej kawiarni, do której z powodu pływowego zbiegu okoliczności dwa z nich dosłownie wpadają. Nie są zachwycone zdarzeniem i za wszelką cenę próbują się wydostać z przyziemnego świata pełnego ludzi, by kontynuować swój nierealny wyścig. Tylko początkowo jednak, bo obserwacja żywych szybko okazuje się o wiele ciekawsza, niż to, co pochłaniało ich dotychczas - zaskakuje ludzkim niezdecydowaniem, strachem, oczekiwaniami, z których lwia większość kręci się wokół kontrowersyjnej korporacji bioelektronicznej o nazwie Atlanwo, zajmującej się "ulepszaniem" istot żywych, która sukcesywnie zagarnia rynek. Absorbujące są nie tylko te obserwacje, ale przede wszystkim coraz dziwniejsze wspomnienia na temat ich własnego życia przed wyścigiem, które one przywołują, a które zdają się sugerować, że dwoje obserwatorów miało już z Atlanwo do czynienia. Zanim jeszcze sytuacja na dobre się rozjaśnia, dusze spotykają w restauracji... swoje dawne ciała. materialne, już półrobotyczne twory, choć pozbawione już dusz, o których wiedzą tylko one same, wydają się być idealnym narzędziem, by pomóc właścicielowi A-fe Cafe. Lunu Loż Fi, bo tak się on nazywa, zajmuje się mianowicie nie tylko kawą, której okropny smak ma przypominać zrobotyzowanym klientom niedostępne dziś dla nich pozbawione przyjemności elementy dawnego życia, ale także prowadzi jednoosobową batalię z Atlanwo, o której dotąd nie wiedział nikt prócz niego. Pierwszą wskazówką może być wyludniony las zaśmiecony elektroniką, która niegdyś pełniła rolę mechanicznych zastępników. Zapisane w nich wspomnienia i wiedza wciąż są dostępne dla pomagających Lunu dusz, dzięki czemu wyjdzie na jaw prawda o totalitarnych planach Atlanwo i tym, co firma jest w stanie zrobić, żeby wprowadzić je w życie.
Nie da się ukryć, że tak niespotykaną mozaikę wydarzeń, porównywalną tylko z Pleśnią i trocinami, ciężko jest ogarnąć, a na pewno nie uprości sprawy fakt, że wszystko opowiadane jest z perspektywy dwóch oderwanych od rzeczywistości dusz, początkowo w ogóle nie przejmujących się ziemskim otoczeniem i oceniającym je przez pryzmat podniebnej logiki, jeśli w ogóle. Lunu Fi nie doświadcza wprost ich obecności (poza zaskakującym zachowaniem dwojga gości, którzy, jak dotąd sądził, nie darzą go sympatią), mamy tu więc coś w rodzaju narratora trzecioosobowego. Do tego wszystko wiedzącego, bo choć ezoteryczni przybysze nie są w stanie niczego dotknąć, to mogą swobodnie czytać myśli ludzi w pobliżu, a także w pewnych granicach wpływać na to, co myślą - na czym zresztą opiera się sztuczka z manipulowaniem ich ziemskich odpowiedników. Brzmi groźnie? Niesłusznie, Orino dobrze wie, co robi. Każdy szczegół tego, w jaki sposób "ustawił" narrację, wykorzystuje do tego, żeby nas oczarować albo zaintrygować, nie skonfundować. Telepatyczne zdolności zagubionych duszyczek nie są tylko praktycznym sposobem na posuwanie akcji do przodu - choć sprawdzają się w tej roli rewelacyjnie, choćby w samym finale, gdy podczas rozmowy z szefem Atlanwo Lunu (który już wiedział, jak niezwykłych sprzymierzeńców się dorobił) wykorzystał tę ich zdolność przeciwko niemu. Częściej zestawianie podświadomej niejasności z realną dosłownością skutkuje nieuzyskiwaną nigdy takimi środkami abstrakcyjną komicznością. Niezapomniane są na przykład pierwsze komentarze i zdziwienie duszków na temat prawdziwych wrażeń klientów względem kawiarnianego menu albo też... wrażeń samej kawy względem klientów. Druga, bardziej poważna strona książki nie zawodzi - motyw walki z rosnącym w siłę bezwzględnym tyranem ciała i umysłu naprawdę budzi grozę, zachwyca prosty a przekonujący szkic planety Kripsti z czarującą (na swój sposób...) kawiarenką, a filozoficzne podejście do życia i śmierci zastanawia, ale od pierwszych linijek czuje się, że nie to będzie głównym punktem programu. A-fe Cafe, śladem innych książek Orino, nie chce nas pouczać, jak bardzo paskudne jest katowanie się nieśmiertelnością, czyniące z nas automaty goniące za czymś nieosiągalnym nawet po śmierci, bo już to wiemy - woli nam opowiedzieć jak wielu rzeczy, do których sami doprowadzamy, nigdy nie zauważymy, a jak bardzo mogą być one zabawne i rozbrajająco głupkowate. Wystarczy jednak, że te rzeczy zauważył autor, bo nikt nie opowiedziałby o nich tak jak on. Nawet jeśli naprawdę okradzione z organicznego ciała dusze zachowywałyby się nieco inaczej, a paskudna kawa nie miałaby tak mocnego wpływu na losy planety, ja uważam właśnie tę wersję za najlepszą z możliwych.
_______________
*Czy zaskoczę Was, jeśli powiem, że tytułowy przybytek nie miał nic wspólnego z ziemską kawą ani kawiarnią, nie nazywał się A-fe Cafe i w ogóle wszystko to robota niezrównanego Jana Kaszanki?
W świecie którym każdą część swojego ciała, włącznie z mózgiem, sercem i oczami, możesz zamienić na jej nieśmiertelny odpowiednik elektroniczny, podział na żywych i martwych przestaje być taki jednoznaczny. Niełatwo jest więc określić, czym są niematerialne byty, wędrujące po przypominającym rzekę niebie i ponad wszystko skoncentrowane na pogoni za tajemniczym celem, być może tak samo efemerycznym jak one same. Wydają się myśleć, wiedzieć, czego dlaczego to robią i czym jest ów punkt, jednak tak naprawdę tylko do czasu, gdy wróci im pamięć co do tego, jak się to robi naprawdę - oraz wielu innych rzeczy. Wszystko za sprawą tytułowej kawiarni, do której z powodu pływowego zbiegu okoliczności dwa z nich dosłownie wpadają. Nie są zachwycone zdarzeniem i za wszelką cenę próbują się wydostać z przyziemnego świata pełnego ludzi, by kontynuować swój nierealny wyścig. Tylko początkowo jednak, bo obserwacja żywych szybko okazuje się o wiele ciekawsza, niż to, co pochłaniało ich dotychczas - zaskakuje ludzkim niezdecydowaniem, strachem, oczekiwaniami, z których lwia większość kręci się wokół kontrowersyjnej korporacji bioelektronicznej o nazwie Atlanwo, zajmującej się "ulepszaniem" istot żywych, która sukcesywnie zagarnia rynek. Absorbujące są nie tylko te obserwacje, ale przede wszystkim coraz dziwniejsze wspomnienia na temat ich własnego życia przed wyścigiem, które one przywołują, a które zdają się sugerować, że dwoje obserwatorów miało już z Atlanwo do czynienia. Zanim jeszcze sytuacja na dobre się rozjaśnia, dusze spotykają w restauracji... swoje dawne ciała. materialne, już półrobotyczne twory, choć pozbawione już dusz, o których wiedzą tylko one same, wydają się być idealnym narzędziem, by pomóc właścicielowi A-fe Cafe. Lunu Loż Fi, bo tak się on nazywa, zajmuje się mianowicie nie tylko kawą, której okropny smak ma przypominać zrobotyzowanym klientom niedostępne dziś dla nich pozbawione przyjemności elementy dawnego życia, ale także prowadzi jednoosobową batalię z Atlanwo, o której dotąd nie wiedział nikt prócz niego. Pierwszą wskazówką może być wyludniony las zaśmiecony elektroniką, która niegdyś pełniła rolę mechanicznych zastępników. Zapisane w nich wspomnienia i wiedza wciąż są dostępne dla pomagających Lunu dusz, dzięki czemu wyjdzie na jaw prawda o totalitarnych planach Atlanwo i tym, co firma jest w stanie zrobić, żeby wprowadzić je w życie.
Nie da się ukryć, że tak niespotykaną mozaikę wydarzeń, porównywalną tylko z Pleśnią i trocinami, ciężko jest ogarnąć, a na pewno nie uprości sprawy fakt, że wszystko opowiadane jest z perspektywy dwóch oderwanych od rzeczywistości dusz, początkowo w ogóle nie przejmujących się ziemskim otoczeniem i oceniającym je przez pryzmat podniebnej logiki, jeśli w ogóle. Lunu Fi nie doświadcza wprost ich obecności (poza zaskakującym zachowaniem dwojga gości, którzy, jak dotąd sądził, nie darzą go sympatią), mamy tu więc coś w rodzaju narratora trzecioosobowego. Do tego wszystko wiedzącego, bo choć ezoteryczni przybysze nie są w stanie niczego dotknąć, to mogą swobodnie czytać myśli ludzi w pobliżu, a także w pewnych granicach wpływać na to, co myślą - na czym zresztą opiera się sztuczka z manipulowaniem ich ziemskich odpowiedników. Brzmi groźnie? Niesłusznie, Orino dobrze wie, co robi. Każdy szczegół tego, w jaki sposób "ustawił" narrację, wykorzystuje do tego, żeby nas oczarować albo zaintrygować, nie skonfundować. Telepatyczne zdolności zagubionych duszyczek nie są tylko praktycznym sposobem na posuwanie akcji do przodu - choć sprawdzają się w tej roli rewelacyjnie, choćby w samym finale, gdy podczas rozmowy z szefem Atlanwo Lunu (który już wiedział, jak niezwykłych sprzymierzeńców się dorobił) wykorzystał tę ich zdolność przeciwko niemu. Częściej zestawianie podświadomej niejasności z realną dosłownością skutkuje nieuzyskiwaną nigdy takimi środkami abstrakcyjną komicznością. Niezapomniane są na przykład pierwsze komentarze i zdziwienie duszków na temat prawdziwych wrażeń klientów względem kawiarnianego menu albo też... wrażeń samej kawy względem klientów. Druga, bardziej poważna strona książki nie zawodzi - motyw walki z rosnącym w siłę bezwzględnym tyranem ciała i umysłu naprawdę budzi grozę, zachwyca prosty a przekonujący szkic planety Kripsti z czarującą (na swój sposób...) kawiarenką, a filozoficzne podejście do życia i śmierci zastanawia, ale od pierwszych linijek czuje się, że nie to będzie głównym punktem programu. A-fe Cafe, śladem innych książek Orino, nie chce nas pouczać, jak bardzo paskudne jest katowanie się nieśmiertelnością, czyniące z nas automaty goniące za czymś nieosiągalnym nawet po śmierci, bo już to wiemy - woli nam opowiedzieć jak wielu rzeczy, do których sami doprowadzamy, nigdy nie zauważymy, a jak bardzo mogą być one zabawne i rozbrajająco głupkowate. Wystarczy jednak, że te rzeczy zauważył autor, bo nikt nie opowiedziałby o nich tak jak on. Nawet jeśli naprawdę okradzione z organicznego ciała dusze zachowywałyby się nieco inaczej, a paskudna kawa nie miałaby tak mocnego wpływu na losy planety, ja uważam właśnie tę wersję za najlepszą z możliwych.
_______________
*Czy zaskoczę Was, jeśli powiem, że tytułowy przybytek nie miał nic wspólnego z ziemską kawą ani kawiarnią, nie nazywał się A-fe Cafe i w ogóle wszystko to robota niezrównanego Jana Kaszanki?
poniedziałek, 2 marca 2015
54. „Działa – nie działa” (Lonion Orewi)
Kiedy jakaś maszyna nie działa, wydaje się logiczne, że ktoś zaraz ją naprawi. Zaraz może być różnie rozumiane i wahać się od kilku minut do wielu dni, a nawet miesięcy. Jednak nie na planecie Uhitaln. Gdy ambitny król rodu Wspaniałych Mechaników, Pawrosteao zbudował pewnego razu system, którym chciał połączyć wszystkie elektroniczne urządzenia na świecie, i po wprowadzeniu go do miejskich sieci pojawiła się usterka, nikt nie podejrzewał, jak wiele czasu minie, gdy w końcu zostanie usunięta, oraz później, co owa naprawa za sobą pociągnie.
Początkowo, ma się rozumieć, nikogo nie cieszyło coś, z czego nie było żadnego pożytku, co marnowało czas, mieszało w danych, a co potrafiło wyświetlać jedynie dziwne błędy i przeprosiny na każdym publicznym ekranie. Niepoprawności nie udało się znaleźć, podobnie jak sposobu na łatwe i pozbawione konsekwencji usunięcie wadliwego systemu, dlatego ród Wspaniałych Mechaników odszedł do historii w niezasłużonej niesławie. Z czasem jednak blade, pełne pstrokatych napisów wyświetlacze stały się częścią miejskiego krajobrazu. Programy witały każdy nowy dzień próbą uruchomienia się i paroma restartami, nieporadnie pobierały aktualizacje ze wybrakowanych adresów, aż wreszcie, regularnie co osiemdziesiąt uhitalniańskich minut wyświetlały smutny komunikat o niemożności ukończenia operacji, stając się metodą pomiaru czasu i znacznikiem położenia geograficznego do późnej nocy, gdy cała sieć zawieszała się na amen. Z czasem awarie systemu stały się oczywistością i twórcy domowych urządzeń, nie zastanawiając się już nad abstrakcyjnym pojęciem ich naprawy, zaczęli dostosowywać swoje programy do nowych warunków. Co prawda aplikacje użytkowe wykonywały o wiele więcej funkcji niż wyświetlanie jednej informacji, jednakże chętnie korzystały z częstotliwości, z jaką pokazywał je program nadrzędny, z doskonale zaszumionych liczb losowych, powstających w miejscach, w których próbował coś zapisać, z list okolicznych tele-urządzeń, gromadzących się bezwiednie w jego pamięci... Pojawili się fascynaci niedziałającego systemu, dopatrujący się w jego przypadkowości objawów samodzielności, subiektywności, poszukiwań swej własnej drogi interpretacji świata. Kiedy wreszcie pojawia się ktoś gotowy do przywróceniu, czy raczej: nadaniu mu stanu używalności, na jego drodze staje praca niezliczonych ilości urządzeń i maszyn, których programy, dzięki jego niedeterministyczności i oderwaniu od sztywnych wymagań, wytworzyły własny wirtualny świat, bliski sieci sztucznej inteligencji, która może być zdolna do zrozumienia istot żywych i przywrócenia porządku na świecie. W końcu od czasów rodu Wspaniałych Mechaników minęło ponad dwadzieścia milionów ziemskich lat.
W pierwszej chwili, gdy poznajemy Kirlira Aniwasa Somsę - bo to właśnie on ma być tym śmiałkiem - nie widzi on w komputerach nic poza samą specyfikacją. Jeśli coś zachowuje się tak, jak to pomyślał autor - jest w porządku i urządzenie działa, w przeciwnym wypadku - nie działa i trzeba je naprawić. Nie interesował go kontekst i środowisko, w jakim jego "pacjent" się obraca, to, co go otacza, i jak według tego otoczenia jest odbierany. Jasnym celem był tylko bajeczny rozkwit techniczny, do którego prostą drogą miał prowadzić niedokończony projekt Pawrosteao. Bezgraniczne porozumienie komputerów na całej planecie, pozwalające na tak idealne rozporządzanie jej zasobami i efektywne spełnianie potrzeb mieszkańców, jakie nie było możliwe nigdy wcześniej. Tylko dlaczego nikt się nie cieszy?
Otoczenie stanowiły nie tylko programy, ale także ludzie - na zamiar ingerencji w ich codzienność patrzyli nieprzychylnie nie tylko sentymentalni filozofowie, ale i ci, którzy się nad nią nigdy dotąd nie zastanawiali. To z myślą o tych ostatnich Kirlir podjął się zadania i właśnie w zetknięciu z ich obawami zaczął się wahać. Wizja naprawienia miejskiej sieci już dawno straciła dla nich realne, nieidealistyczne znaczenie i dziś dbali tylko o to, by nie zachwiać stabilnością tego, co już jest. Bo jeśli zniknie program, nadający porządek (jakże nieuporządkowany!) ich rzeczywistości, to co zostanie? Przed Uhitalninem staje niezwykła decyzja, która nie zależy od jego umiejętności (które niewątpliwie miał), ale od woli zmieniania świata. Czy to, co jest lepsze, naprawdę jest lepsze? Czy dla tej subiektywnej poprawy warto poświęcić to, co nie jest doskonałe? Czy wolno mu decydować w imieniu całej ludzkości, co będzie dla niej właściwe? A co, jeśli zmiana decyzji nie jest już możliwa?
Dla ciekawych niespodzianek, jakie mogą się rozwinąć w źle działającym komputerze, i tego, jak bardzo mogą od nich zależeć losy świata.
Początkowo, ma się rozumieć, nikogo nie cieszyło coś, z czego nie było żadnego pożytku, co marnowało czas, mieszało w danych, a co potrafiło wyświetlać jedynie dziwne błędy i przeprosiny na każdym publicznym ekranie. Niepoprawności nie udało się znaleźć, podobnie jak sposobu na łatwe i pozbawione konsekwencji usunięcie wadliwego systemu, dlatego ród Wspaniałych Mechaników odszedł do historii w niezasłużonej niesławie. Z czasem jednak blade, pełne pstrokatych napisów wyświetlacze stały się częścią miejskiego krajobrazu. Programy witały każdy nowy dzień próbą uruchomienia się i paroma restartami, nieporadnie pobierały aktualizacje ze wybrakowanych adresów, aż wreszcie, regularnie co osiemdziesiąt uhitalniańskich minut wyświetlały smutny komunikat o niemożności ukończenia operacji, stając się metodą pomiaru czasu i znacznikiem położenia geograficznego do późnej nocy, gdy cała sieć zawieszała się na amen. Z czasem awarie systemu stały się oczywistością i twórcy domowych urządzeń, nie zastanawiając się już nad abstrakcyjnym pojęciem ich naprawy, zaczęli dostosowywać swoje programy do nowych warunków. Co prawda aplikacje użytkowe wykonywały o wiele więcej funkcji niż wyświetlanie jednej informacji, jednakże chętnie korzystały z częstotliwości, z jaką pokazywał je program nadrzędny, z doskonale zaszumionych liczb losowych, powstających w miejscach, w których próbował coś zapisać, z list okolicznych tele-urządzeń, gromadzących się bezwiednie w jego pamięci... Pojawili się fascynaci niedziałającego systemu, dopatrujący się w jego przypadkowości objawów samodzielności, subiektywności, poszukiwań swej własnej drogi interpretacji świata. Kiedy wreszcie pojawia się ktoś gotowy do przywróceniu, czy raczej: nadaniu mu stanu używalności, na jego drodze staje praca niezliczonych ilości urządzeń i maszyn, których programy, dzięki jego niedeterministyczności i oderwaniu od sztywnych wymagań, wytworzyły własny wirtualny świat, bliski sieci sztucznej inteligencji, która może być zdolna do zrozumienia istot żywych i przywrócenia porządku na świecie. W końcu od czasów rodu Wspaniałych Mechaników minęło ponad dwadzieścia milionów ziemskich lat.
W pierwszej chwili, gdy poznajemy Kirlira Aniwasa Somsę - bo to właśnie on ma być tym śmiałkiem - nie widzi on w komputerach nic poza samą specyfikacją. Jeśli coś zachowuje się tak, jak to pomyślał autor - jest w porządku i urządzenie działa, w przeciwnym wypadku - nie działa i trzeba je naprawić. Nie interesował go kontekst i środowisko, w jakim jego "pacjent" się obraca, to, co go otacza, i jak według tego otoczenia jest odbierany. Jasnym celem był tylko bajeczny rozkwit techniczny, do którego prostą drogą miał prowadzić niedokończony projekt Pawrosteao. Bezgraniczne porozumienie komputerów na całej planecie, pozwalające na tak idealne rozporządzanie jej zasobami i efektywne spełnianie potrzeb mieszkańców, jakie nie było możliwe nigdy wcześniej. Tylko dlaczego nikt się nie cieszy?
Otoczenie stanowiły nie tylko programy, ale także ludzie - na zamiar ingerencji w ich codzienność patrzyli nieprzychylnie nie tylko sentymentalni filozofowie, ale i ci, którzy się nad nią nigdy dotąd nie zastanawiali. To z myślą o tych ostatnich Kirlir podjął się zadania i właśnie w zetknięciu z ich obawami zaczął się wahać. Wizja naprawienia miejskiej sieci już dawno straciła dla nich realne, nieidealistyczne znaczenie i dziś dbali tylko o to, by nie zachwiać stabilnością tego, co już jest. Bo jeśli zniknie program, nadający porządek (jakże nieuporządkowany!) ich rzeczywistości, to co zostanie? Przed Uhitalninem staje niezwykła decyzja, która nie zależy od jego umiejętności (które niewątpliwie miał), ale od woli zmieniania świata. Czy to, co jest lepsze, naprawdę jest lepsze? Czy dla tej subiektywnej poprawy warto poświęcić to, co nie jest doskonałe? Czy wolno mu decydować w imieniu całej ludzkości, co będzie dla niej właściwe? A co, jeśli zmiana decyzji nie jest już możliwa?
Dla ciekawych niespodzianek, jakie mogą się rozwinąć w źle działającym komputerze, i tego, jak bardzo mogą od nich zależeć losy świata.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
47. „Człowiek, Który Wyłączał” (Walwanitr Oni Krupsjiktonwilha)
Trudno powiedzieć, kim tak dokładnie był Niejwih Loargit i po co robił to, co robił. Poszukiwacz przygód? Pogromca zła? A może zwykły elektryk, który lubi swoją pracę? Pewne jest natomiast to, że Dżinoni, podobnie jak wielu innych, nigdy nie dowiedziałby się o jego istnieniu, gdyby nie potrzebował jego pomocy. O wszystkim zadecydowała chwila nieuwagi podczas prac w ogródku i zwarcie, które zmieniło niepozorny przycinak do trawy w siejącą postrach maszynę, pragnącą rozszarpać swojego właściciela. Dżinoni nigdy nie zapomni jak z nieba nagle spadł statek kosmiczny, z jego wnętrza wybiegła obca istota i w ostatniej chwili po prostu... wyłączyła kosiarkę. Uratowanego zafascynowała niezwykła misja Niejwiha i wtedy właśnie obiecał sobie i jemu, że będzie towarzyszył mu w nierównych zmaganiach z szalonymi urządzeniami, które ktoś musi wyłączyć, powstrzymując je przed zniszczeniem świata.
Podróżnik bardzo chętnie przystał na propozycję i tak zyskał towarzysza, pomocnika, a także obserwatora i swego rodzaju ucznia. To właśnie z perspektywy Dżinoniego podziwiamy budowę pozbawionego automatyki (a jakże!) maleńkiego statku, niesionego wiatrem słonecznym, który jest jednakże na tyle duży, żeby pomieścić pokaźną bibliotekę wszelakich instrukcji obsługi i encyklopedii elektroniczno-informatycznych. Z czasem poznajemy również historię tytułowego bohatera, który z każdym dniem coraz bardziej się otwiera i coraz więcej ma ochotę wyjaśniać. Ale najważniejsze są oczywiście niezwykłe przygody tajemniczego Człowieka, Który Wyłączał. Wciąż nowe urządzenia i wciąż nowe światy, do których kieruje go magiczny Kompas Zakłóceniowy - od małych złośliwych inteligentnych igieł przez sztuczne drzewa po zarządzające całymi planetami samodzielne komputery. A jednak ich postępowanie zawsze wygląda tak samo - Niejwih Loargit wyłącza maszynę i prawie bez wyjaśnień znika znów w swoim pojeździe i nie dalej jak za minutę znów prowadzi ich do kolejnego celu. Czy jednak nigdy się to nie zmieni? Niestety - wszystko zmieni się, gdy jeden z wyłączonych, nadzwyczaj inteligentnych komputerów postanowi się zemścić, a role odwrócą się. Dobrze, że Dżinoni przy tym będzie, bo pomoc jeszcze nigdy nie była Niejwihowi tak potrzebna...
Krupsjiktonwilha bardzo lubi wymyślać nietuzinkowe postacie, tak też uznał, że wizja człowieka, którego życiowym powołaniem jest unieszkodliwianie niebezpiecznych automatów, może zainteresować. Zwróciło uwagę, że wielu z jego znajomych przytrafiła się historia, gdy mieli problem z jakimś urządzeniem i wtem ktoś, ku ich radości, wyłączył je - potem długo darzyli ją wdzięcznością i wiązali miłe wspomnienia. A gdyby autorem wszystkich tych dokonań była zawsze ta sama osoba? Pisarza niebywale zaintrygowała taka wizja i, zdaje się, cała książka jest odpowiedzią na jego własne pytania. Jak wyglądałoby życie takiej postaci? Dlaczego właśnie wyłączanie różnych rzeczy uważałby za najlepszą dla siebie formę naprawiania świata? Co byłoby motorem napędowym jego działań, myślą nadającą sens tym bezinteresownym działaniom? I, najważniejsze, co musiałoby się wydarzyć w jego przeszłości, żeby pchnąć jego życie właśnie w tę stronę? Książka jest jednak nie odpowiedzią, a poszukiwaniem odpowiedzi właśnie - pomiędzy kolejnymi starciami z nieokiełznanymi maszynami dostajemy wskazówki i półsłówka, w dodatku często niebezpośrednio - w zachowaniu Niejwiha, jego obawach i reakcjach na niektóre zjawiska i ludzi. Kim dla niego są? Za kogo uważa siebie? Ciężko pojąć jego przeżycia emocjonalne, gdy ratuje rodzinę przed wciągnięciem do sokowirówki czy całe miasto przed wyposażonym w miażdżące pole magnetyczne pociągiem, jednak zdaje się to nie być ani duma, ani ambicja.
Druga część, gwałtownie zmieniająca opowieść, nie dostarcza rozwiązań, a jeszcze komplikuje sprawę. Niejwih Loargit okazuje się być kimś o wiele więcej niż tylko amatorem, który nienawidzi maszyn i przed którymi stara się uciec. Nawet wierzący w niego Dżinoni nie spodziewa się, że mógłby być w stanie zmierzyć się ze wściekłą sztuczną inteligencją jak równy z równym i być w posiadaniu wiedzy, która jeśli chce, pozwoli mu zmanipulować i przechytrzyć genialny automat, co może doprowadzić do odmiany losu i świata ludzi, i maszyn. Jak to możliwe? Im bliżej końca, tym bardziej daje się nam we znaki Wielka Tajemnica wyjaśniająca ideę pogoni za popsutym sprzętem, jednak do końca pozostaje ona odgadniona jedynie połowicznie.
Całkowicie nieprawdopodobna (i z każdą chwilą jeszcze nieprawdopodobniejsza) książka, która ani na chwilę nie przestaje ciekawić.
Podróżnik bardzo chętnie przystał na propozycję i tak zyskał towarzysza, pomocnika, a także obserwatora i swego rodzaju ucznia. To właśnie z perspektywy Dżinoniego podziwiamy budowę pozbawionego automatyki (a jakże!) maleńkiego statku, niesionego wiatrem słonecznym, który jest jednakże na tyle duży, żeby pomieścić pokaźną bibliotekę wszelakich instrukcji obsługi i encyklopedii elektroniczno-informatycznych. Z czasem poznajemy również historię tytułowego bohatera, który z każdym dniem coraz bardziej się otwiera i coraz więcej ma ochotę wyjaśniać. Ale najważniejsze są oczywiście niezwykłe przygody tajemniczego Człowieka, Który Wyłączał. Wciąż nowe urządzenia i wciąż nowe światy, do których kieruje go magiczny Kompas Zakłóceniowy - od małych złośliwych inteligentnych igieł przez sztuczne drzewa po zarządzające całymi planetami samodzielne komputery. A jednak ich postępowanie zawsze wygląda tak samo - Niejwih Loargit wyłącza maszynę i prawie bez wyjaśnień znika znów w swoim pojeździe i nie dalej jak za minutę znów prowadzi ich do kolejnego celu. Czy jednak nigdy się to nie zmieni? Niestety - wszystko zmieni się, gdy jeden z wyłączonych, nadzwyczaj inteligentnych komputerów postanowi się zemścić, a role odwrócą się. Dobrze, że Dżinoni przy tym będzie, bo pomoc jeszcze nigdy nie była Niejwihowi tak potrzebna...
Krupsjiktonwilha bardzo lubi wymyślać nietuzinkowe postacie, tak też uznał, że wizja człowieka, którego życiowym powołaniem jest unieszkodliwianie niebezpiecznych automatów, może zainteresować. Zwróciło uwagę, że wielu z jego znajomych przytrafiła się historia, gdy mieli problem z jakimś urządzeniem i wtem ktoś, ku ich radości, wyłączył je - potem długo darzyli ją wdzięcznością i wiązali miłe wspomnienia. A gdyby autorem wszystkich tych dokonań była zawsze ta sama osoba? Pisarza niebywale zaintrygowała taka wizja i, zdaje się, cała książka jest odpowiedzią na jego własne pytania. Jak wyglądałoby życie takiej postaci? Dlaczego właśnie wyłączanie różnych rzeczy uważałby za najlepszą dla siebie formę naprawiania świata? Co byłoby motorem napędowym jego działań, myślą nadającą sens tym bezinteresownym działaniom? I, najważniejsze, co musiałoby się wydarzyć w jego przeszłości, żeby pchnąć jego życie właśnie w tę stronę? Książka jest jednak nie odpowiedzią, a poszukiwaniem odpowiedzi właśnie - pomiędzy kolejnymi starciami z nieokiełznanymi maszynami dostajemy wskazówki i półsłówka, w dodatku często niebezpośrednio - w zachowaniu Niejwiha, jego obawach i reakcjach na niektóre zjawiska i ludzi. Kim dla niego są? Za kogo uważa siebie? Ciężko pojąć jego przeżycia emocjonalne, gdy ratuje rodzinę przed wciągnięciem do sokowirówki czy całe miasto przed wyposażonym w miażdżące pole magnetyczne pociągiem, jednak zdaje się to nie być ani duma, ani ambicja.
Druga część, gwałtownie zmieniająca opowieść, nie dostarcza rozwiązań, a jeszcze komplikuje sprawę. Niejwih Loargit okazuje się być kimś o wiele więcej niż tylko amatorem, który nienawidzi maszyn i przed którymi stara się uciec. Nawet wierzący w niego Dżinoni nie spodziewa się, że mógłby być w stanie zmierzyć się ze wściekłą sztuczną inteligencją jak równy z równym i być w posiadaniu wiedzy, która jeśli chce, pozwoli mu zmanipulować i przechytrzyć genialny automat, co może doprowadzić do odmiany losu i świata ludzi, i maszyn. Jak to możliwe? Im bliżej końca, tym bardziej daje się nam we znaki Wielka Tajemnica wyjaśniająca ideę pogoni za popsutym sprzętem, jednak do końca pozostaje ona odgadniona jedynie połowicznie.
Całkowicie nieprawdopodobna (i z każdą chwilą jeszcze nieprawdopodobniejsza) książka, która ani na chwilę nie przestaje ciekawić.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
42. „Życie i twórczość Nikolasa Waazona” (Estra Pagani)
Posiadacze nazwiska rodowego Waazon słyną z nieprzeciętnych charakterystyk i pamiętnych biografii. Mieszkający w położonej na południu łotewskiej wsi Nikolas Waazon, brat niesamowitego Kolonasa Waazona, całkowicie wpisywał się w tę regułę. Tak jak wspomniany Kolonas zapisał się w historii jako legendarny łotewski komandos, któremu w całej jego karierze, spadochron nigdy jeszcze się nie otwarł, tak też Nikolas jest znany jako kompozytor, który w całej swojej karierze nie skomponował ani jednego utworu. Ta drobna niedogodność nie stanęła jednak na przeszkodzie jego krytykom oraz bardzo licznym fanom, którzy docenili subtelność i wyszukanie dziesiątków sonetów, oper i baletów, które by stworzył. Jego symfonie cechowałyby się starodawną elegancją, a jednocześnie ich nastrój z wyjątkową lekkością docierałby do każdego słuchacza, przed którym otwierałaby się głębie emocjonalnych przeżyć i niuanse dekadenckich wzruszeń. Jako jeden z najbardziej utalentowanych autorów nawiązałby do mistrzów renesansu i romantyzmu, wzbogacając brzmienia klasycznych stylów muzycznych, a wielu z nim nadając całkiem nowy kierunek. W jego bogatym dorobku, który by miał, gdyby poświęcił mu życie, nie brak byłoby dzieł wybitnych i bliskich każdemu miłośnikowi muzyki klasycznej. Nic zatem dziwnego, że Nikolas Waazon stał się wzorem dla wielu obiecujących kompozytorów, którzy również zdecydowali się wnieść swój wkład do tej wzniosłej dziedziny sztuki, nic nie robiąc.
Estra Pagani był zafascynowany osobą Nikolasa. Jeszcze zanim wyruszył w kosmos z zamiarem popularyzacji jego działalności, zyskał miano jedynego recenzenta i analizatora tej nadzwyczajnej sztuki. Z każdej strony książki przebija pasja i zaangażowanie, z jakimi Pagani prześwietlał kolejne tendencje, znaczenia i szczegóły w budzących zachwyt melodiach, które jego idol mógłby mieć na myśli, gdyby cokolwiek skomponował. Niezrażony tym, iż notatki biograficznych sugerują, że sam zainteresowany najprawdopodobniej nie odróżniał fletu od wiolonczeli, Pagani wykonał tytaniczną pracę, zbierając i porządkując dzieła, które powstałyby w poszczególnych okresach życia i rozwoju artysty. Cierpliwie odsłania przed nami ukryte w nich niekończące się metafory, wśród których nie brakowałoby odniesień zarówno do prywatnych wzlotów i upadków Waazona i jego dzieciństwa, jak i lokalnej kultury, dążeń patriotycznych, mniejszości narodowych i stanu duchowego całego świata. Liczne cytaty fragmentów paryturowych podkreślają zręczność i wyczucie, jakie wyrażałby Nikolas w swoich rękopisach. Jednakże na tych przykładach Pagani tłumaczy nam, oprócz swego podziwu, także swoje uwagi i wątpliwości co do prawidłowości wybranych tonacji, od których Waazon by zaczynał, a które poprawiałby wraz z nabywaniem wieku i doświadczenia.
Nie jeden znawca sztuki zaczął swoją przygodę w ziemską klasyką właśnie od Życie i twórczość Nikolasa Waazona, ucząc się na jej podstawie muzycznej wrażliwości i krytycyzmu, a często znajdując w takim rodzaju komponowania swoje miejsce. Co prawda wielu z nich nie przekonuje kompozytor, który nie komponuje, i często odnosiło się do analiz Paganiego ze sceptycyzmem. Wielu komentatorów niższych lotów chciałoby po prostu usłyszeć opisywane utwory „na własne uszy” i tak ocenić ich jakość, tak też nie godzą się przyjmować zdolności muzycznych Waazona jako fakt. Aczkolwiek szerokie grono jego fanów, a także liczne rasy, w szczególności te, dla których prawdopodobieństwo i czas były sprawami względnymi, niezmiennie przyznaje mu rację, twierdząc, iż w istocie Nikolas takie dzieła mógłby stworzyć, gdyby tylko to zrobił.
Warto dać się poprowadzić temu najbardziej spostrzegawczemu z interpretatorów i pozwolić sobie przybliżyć nieobjawiony talent łotewskiego muzyka. Podobnie jak przybliżył tę postać wielu już obcym cywilizacjom, które bez jego charyzmy i poświęcenia pewnie nigdy nie dowiedziałyby się, że Nikolas Waazon nic nie napisał.
Estra Pagani był zafascynowany osobą Nikolasa. Jeszcze zanim wyruszył w kosmos z zamiarem popularyzacji jego działalności, zyskał miano jedynego recenzenta i analizatora tej nadzwyczajnej sztuki. Z każdej strony książki przebija pasja i zaangażowanie, z jakimi Pagani prześwietlał kolejne tendencje, znaczenia i szczegóły w budzących zachwyt melodiach, które jego idol mógłby mieć na myśli, gdyby cokolwiek skomponował. Niezrażony tym, iż notatki biograficznych sugerują, że sam zainteresowany najprawdopodobniej nie odróżniał fletu od wiolonczeli, Pagani wykonał tytaniczną pracę, zbierając i porządkując dzieła, które powstałyby w poszczególnych okresach życia i rozwoju artysty. Cierpliwie odsłania przed nami ukryte w nich niekończące się metafory, wśród których nie brakowałoby odniesień zarówno do prywatnych wzlotów i upadków Waazona i jego dzieciństwa, jak i lokalnej kultury, dążeń patriotycznych, mniejszości narodowych i stanu duchowego całego świata. Liczne cytaty fragmentów paryturowych podkreślają zręczność i wyczucie, jakie wyrażałby Nikolas w swoich rękopisach. Jednakże na tych przykładach Pagani tłumaczy nam, oprócz swego podziwu, także swoje uwagi i wątpliwości co do prawidłowości wybranych tonacji, od których Waazon by zaczynał, a które poprawiałby wraz z nabywaniem wieku i doświadczenia.
Nie jeden znawca sztuki zaczął swoją przygodę w ziemską klasyką właśnie od Życie i twórczość Nikolasa Waazona, ucząc się na jej podstawie muzycznej wrażliwości i krytycyzmu, a często znajdując w takim rodzaju komponowania swoje miejsce. Co prawda wielu z nich nie przekonuje kompozytor, który nie komponuje, i często odnosiło się do analiz Paganiego ze sceptycyzmem. Wielu komentatorów niższych lotów chciałoby po prostu usłyszeć opisywane utwory „na własne uszy” i tak ocenić ich jakość, tak też nie godzą się przyjmować zdolności muzycznych Waazona jako fakt. Aczkolwiek szerokie grono jego fanów, a także liczne rasy, w szczególności te, dla których prawdopodobieństwo i czas były sprawami względnymi, niezmiennie przyznaje mu rację, twierdząc, iż w istocie Nikolas takie dzieła mógłby stworzyć, gdyby tylko to zrobił.
Warto dać się poprowadzić temu najbardziej spostrzegawczemu z interpretatorów i pozwolić sobie przybliżyć nieobjawiony talent łotewskiego muzyka. Podobnie jak przybliżył tę postać wielu już obcym cywilizacjom, które bez jego charyzmy i poświęcenia pewnie nigdy nie dowiedziałyby się, że Nikolas Waazon nic nie napisał.
poniedziałek, 13 października 2014
34. „Umysł kota” (H Flona Inkrefanźi)
Życiową pasją Daksa Zi Łidakzerta było poznawanie i analizowanie możliwości psychicznych żywych stworzeń. Miał znaczne osiągnięcia w dziedzinie neurochirurgii swojej planety, Tamtoru, leczeniu chorób narządów myślących i przedłużaniu życia poprzez przeszczepianie świadomości do nowego ciała. Dzięki swemu talentowi i wytrwałości własnoręcznie odkrył, a następnie rozszyfrował kod psychonetyczny odpowiadający za dziedziczenie osobowości i emocji, za co został wyróżniony nagrodą Ekrina - odznaczeniem na skalę całego układu planetarnego. Po latach badań i zbierania doświadczeń naukowiec zdał sobie jednak sprawę, że nie znajdzie na swojej planecie już żadnego umysłu, który go zaskoczy, i nowych wyzwań musi szukać poza nią, w kosmosie. Wierzył, że parę eksperymentów na zupełnie nowym organiźmie doprowadzi go do odkrycia czegoś absolutnie nowego i w efekcie przybliży mi wspólną tajemnicę życia we Wszechświecie.
Nie mając jednoznacznej koncepcji, od czego zacząć, Tamtorianin idzie za sugestią swojego wiernego asystenta, Irofa, który przedstawia mu swoje nabytki z ostatnio odwiedzonej planety, Ziemi. Są to dwa żywe stworzenia, zwane kotami, oraz jedno urządzenie nieożywione, służące do zapisu i odtwarzania dźwięku - magnetofon - wraz z nośnikiem. Zaintrygowany Daks niezwłocznie przystępuje do badań. W pierwszej chwili najważniejsze wydają mu się podobieństwa i różnice, jakimi oznaczają się nieznane zwierzęta w stosunku do jego rodzimej fauny. Prędko jednak jego ciekawość przyciąga niespotykany dotąd rejestrator danych i ewentualna kompatybilność kostek psychonetycznych z czułością taśmy magnetycznej. Czy żywy umysł nadawałby się do tak statycznej formy przechowywania? Czy po odczycie nadal byłby tym samą świadomością? Wątpliwości ma rozwiać pierwszy eksperyment, w którym umysł jednego kota ma zostać nagrany na taśmę, a następnie przeniesiony do mózgu drugiego. Pozornie prosty i początkowo nie wzbudzający najmniejszych zastrzeżeń test wymyka się po pierwszym etapie spod kontroli. Taśma magnetofonowa wyposażona w kocią jaźń wydostaje się z laboratorium wprost do serca tamtorańskiej cywilizacji, siejąc postrach i zniszczenie...
Na wstępie śpieszę donieść, że podczas pisania książki nie ucierpiał żaden kot, ani też żaden magnetofon. Wbrew śmiałości, z jaką autor prezentuje nam stopień rozwoju naukowego, przy udziale którego dzieje się akcja, Tamtor nie wychodzi daleko poza to, co osiągnięto na Ziemi. Mała jest też w świecie autora wiedza o naszej planecie, poza faktem, że występują tam koty oraz magnetofony. Zapewne z tego powodu ziemskie przedmioty codziennego użytku często są przedmiotem lęków i uprzedzeń*, w szczególności nasze niezrozumiałe i niezbyt efektywne metody magnetycznego zapisu na taśmie nylonowej. Nic więc dziwnego, że nie brak ekscentryków (w tym i pisarzy), którzy widzą w nich materiał na motyw przewodni szalonych horrorów, kryminałów i kralegsów (historii o pożerających ludzi tosterach). Dopiero H Flona Inkrefanźi jako jeden z pierwszych i wciąż nielicznych podszedł do zadania z powagą i starannością, nie poprzestając na soczystych opisach zrównywanych z ziemią budynków, ale ostrożnie i starannie kreśląc neurotechniczne szczegóły eksperymentu i tworu, który z niego wyniknął. Doskonale uwidocznia się tutaj wieloletnie medyczne doświadczenie H Flony oraz jego pasja do poszukiwania informacji na temat obcych technologii, które to cechy rzadko można spotkać u twórców powieści grozy na Tamtorze. O ile więc jako zorientowani w temacie możemy poczuć się zaskoczeni powierzchownością wizji kota, o tyle warto przymknąć na nią oko dla absolutnie zapierających dech wyobrażeń co do tego, jakie rzeczy mogłyby wyniknąć z połączenia go z magnetofonem.
Nie bez znaczenia jest też jednak główny bohater, po którym moglibyśmy się spodziewać - zgodnie z tamtoriańskim podejściem - że zniknie z pierwszego planu, jak tylko jego diabelskie dzieło przystąpi do realizacji własnych ambicji. H Flona Inkrefanźi nie ignoruje potencjału Daksa, a wręcz przeciwnie - rozwija go i zaskakuje pomysłowością naukowca podczas piętrzących się przeciwności. W końcu nikt nie zna niezwykłej taśmy magnetofonowej tak dogłębnie jak on. No i jest jeszcze drugi kot, który pomoże mu nieco zrozumieć zawiłości ziemskiej natury, która kieruje niebezpiecznym urządzeniem.
Horror tamtoriański niepodobny do żadnego innego - pełen niespodzianek, zwrotów akcji i odważnych (i niekiedy zabawnych) wizji technicznych - jednak wciąż wstrząsający i mrożący krew w żyłach horror. No i oczywiście mnóstwo nawiązań do naszej planety, w tym jedna z najważniejszych ról „głównego złego”. Zdecydowanie nie można przegapić.
_______________
*Był to jeden z powodów, dla którego Międzyplanetarny Przegląd Literacki otworzył swoją filię także na Tamtorze i od paru tamtoriańskich miesięcy pracuje nad zmianą stereotypowego podejścia i propagowaniem wiedzy na temat ziemskiej charakterystyki. W dotychczasowych recenzjach naszym kosmicznym kolegom został przybliżony Pan Tadeusz A. Mickiewicza, Dzielny ołowiany żołnierz H. C. Andersena i DOS dla opornych D. Gookina.
Nie mając jednoznacznej koncepcji, od czego zacząć, Tamtorianin idzie za sugestią swojego wiernego asystenta, Irofa, który przedstawia mu swoje nabytki z ostatnio odwiedzonej planety, Ziemi. Są to dwa żywe stworzenia, zwane kotami, oraz jedno urządzenie nieożywione, służące do zapisu i odtwarzania dźwięku - magnetofon - wraz z nośnikiem. Zaintrygowany Daks niezwłocznie przystępuje do badań. W pierwszej chwili najważniejsze wydają mu się podobieństwa i różnice, jakimi oznaczają się nieznane zwierzęta w stosunku do jego rodzimej fauny. Prędko jednak jego ciekawość przyciąga niespotykany dotąd rejestrator danych i ewentualna kompatybilność kostek psychonetycznych z czułością taśmy magnetycznej. Czy żywy umysł nadawałby się do tak statycznej formy przechowywania? Czy po odczycie nadal byłby tym samą świadomością? Wątpliwości ma rozwiać pierwszy eksperyment, w którym umysł jednego kota ma zostać nagrany na taśmę, a następnie przeniesiony do mózgu drugiego. Pozornie prosty i początkowo nie wzbudzający najmniejszych zastrzeżeń test wymyka się po pierwszym etapie spod kontroli. Taśma magnetofonowa wyposażona w kocią jaźń wydostaje się z laboratorium wprost do serca tamtorańskiej cywilizacji, siejąc postrach i zniszczenie...
Na wstępie śpieszę donieść, że podczas pisania książki nie ucierpiał żaden kot, ani też żaden magnetofon. Wbrew śmiałości, z jaką autor prezentuje nam stopień rozwoju naukowego, przy udziale którego dzieje się akcja, Tamtor nie wychodzi daleko poza to, co osiągnięto na Ziemi. Mała jest też w świecie autora wiedza o naszej planecie, poza faktem, że występują tam koty oraz magnetofony. Zapewne z tego powodu ziemskie przedmioty codziennego użytku często są przedmiotem lęków i uprzedzeń*, w szczególności nasze niezrozumiałe i niezbyt efektywne metody magnetycznego zapisu na taśmie nylonowej. Nic więc dziwnego, że nie brak ekscentryków (w tym i pisarzy), którzy widzą w nich materiał na motyw przewodni szalonych horrorów, kryminałów i kralegsów (historii o pożerających ludzi tosterach). Dopiero H Flona Inkrefanźi jako jeden z pierwszych i wciąż nielicznych podszedł do zadania z powagą i starannością, nie poprzestając na soczystych opisach zrównywanych z ziemią budynków, ale ostrożnie i starannie kreśląc neurotechniczne szczegóły eksperymentu i tworu, który z niego wyniknął. Doskonale uwidocznia się tutaj wieloletnie medyczne doświadczenie H Flony oraz jego pasja do poszukiwania informacji na temat obcych technologii, które to cechy rzadko można spotkać u twórców powieści grozy na Tamtorze. O ile więc jako zorientowani w temacie możemy poczuć się zaskoczeni powierzchownością wizji kota, o tyle warto przymknąć na nią oko dla absolutnie zapierających dech wyobrażeń co do tego, jakie rzeczy mogłyby wyniknąć z połączenia go z magnetofonem.
Nie bez znaczenia jest też jednak główny bohater, po którym moglibyśmy się spodziewać - zgodnie z tamtoriańskim podejściem - że zniknie z pierwszego planu, jak tylko jego diabelskie dzieło przystąpi do realizacji własnych ambicji. H Flona Inkrefanźi nie ignoruje potencjału Daksa, a wręcz przeciwnie - rozwija go i zaskakuje pomysłowością naukowca podczas piętrzących się przeciwności. W końcu nikt nie zna niezwykłej taśmy magnetofonowej tak dogłębnie jak on. No i jest jeszcze drugi kot, który pomoże mu nieco zrozumieć zawiłości ziemskiej natury, która kieruje niebezpiecznym urządzeniem.
Horror tamtoriański niepodobny do żadnego innego - pełen niespodzianek, zwrotów akcji i odważnych (i niekiedy zabawnych) wizji technicznych - jednak wciąż wstrząsający i mrożący krew w żyłach horror. No i oczywiście mnóstwo nawiązań do naszej planety, w tym jedna z najważniejszych ról „głównego złego”. Zdecydowanie nie można przegapić.
_______________
*Był to jeden z powodów, dla którego Międzyplanetarny Przegląd Literacki otworzył swoją filię także na Tamtorze i od paru tamtoriańskich miesięcy pracuje nad zmianą stereotypowego podejścia i propagowaniem wiedzy na temat ziemskiej charakterystyki. W dotychczasowych recenzjach naszym kosmicznym kolegom został przybliżony Pan Tadeusz A. Mickiewicza, Dzielny ołowiany żołnierz H. C. Andersena i DOS dla opornych D. Gookina.
poniedziałek, 28 lipca 2014
23. „To właśnie jem” (Żamina Sabocka)
Początkowo mieliśmy wątpliwości, co z tą książką zrobić. Jest tak ciekawa i popularna, że wydawnictwu bardzo marzyło się zrecenzowanie jej, jednakże, jak sama nazwa wskazuje, zajmuję się tu przecież literaturą zagraniczną, pisaną przez mieszkańców obcych planet o obcych planetach. Ten poradnik natomiast pochodzi z Ziemi i jej w większości dotyczy. Argumentem za było jednak to, że niezupełnie z Ziemi, jaką znamy, bo starszej o piętnaście wieków, która zaledwie kojarzy się z tym, co otacza nas dzisiaj. Mimo swojego źródła jest to więc dzieło dla czytelników bloga niedostępne, a zarazem dzięki podróżom w czasie cenione za granicami Układu Słonecznego już teraz. Tak więc ostatecznie udało nam się podjąć zgodną decyzję i dziś mam przyjemność zaprezentować drogim Czytelnikom XXXVI-wiecznej serii książek To właśnie jem.
Rozwój kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi przyniósł nam, poza niekończącymi się możliwościami wymiany wiedzą, technologią i wzajemną pomocą, także negatywne skutki. Kilka wieków obcowania z niezwykle zaawansowaną inżynierią genetyczną i technologią wytwarzania syntetycznej żywności sprawiło, że coraz mniejsza liczba Ziemian orientowała się, które produkty pochodzą z ich rodzimej planety. Z pomocą przyszła im Żamina Sabocka, która w swoich programach telewizyjnych, serwisach internetowych i publikacjach, tłumaczy ludziom na całym świecie mniej lub bardziej fundamentalne różnice między tym, co jest rdzennie ziemskie, a tym, co jedynie chce do takiego pretendować. Lata spędzone na studiowaniu archiwów medialnych w postaci setek tysięcy woluminów oraz blogów kulinarnych sprzed epoki wypraw do innych światów, umożliwiły jej z powodzeniem dzielić się wiedzą na temat historii, kraju pochodzenia i struktury molekularnej jarzyn, nabiałów i pieczywa. Seria To właśnie jem jest jednym z wielu przykładów jej wszechstronności, dokładności, profesjonalizmu i oddania, z jakimi poświęca się temu skomplikowanemu i niedocenianemu dotąd tematowi. To właśnie tutaj mieszkańcy Układu Słonecznego XXXVI-wieku mogą się dowiedzieć nie tylko jak odróżnić salwahiańskiego pomidora od naszego własnego, kiedy prawdziwe mięso nie nadaje się już do jedzenia oraz po co naturalnym wiśniom pestki, skoro się ich nie je, ale też poznać klasyczne przepisy na sernik, ciekawostki na temat bezautomatycznych upraw rolniczych, zasady savoir-vivre, a nawet Pana Tadeusza opowiadające o pradawnych sposobach parzenia kawy i zapomniane już pieśni o rydzach.
Prace pani Sabockiej od samego początku zdobyły sobie rzesze fanów. Nie tylko wśród tych, którzy nie potrafią bez jej pomocy określić, jaki kolor powinna mieć sałata, ale też u pasjonatów barwnego stylu, pomysłowości i poczucia humoru, na które, zdawałoby się, nie ma w takim poradniku miejsca. Zaskakujące porównania, anegdoty, zapadające w pamięć przykłady i zabawnie przedstawione wstawki historyczne i naukowe sprawiają, że opisy te nie są suchymi wykładami i przyjemnie czyta się je zarówno tym, którzy o ziemskim jedzeniu wiedzą wszystko, jak i tym, którzy nigdy nawet o Ziemi nie słyszeli. Autorka, mimo że sama nie miała okazji żyć w naszych czasach, zdaje się być rozbawiona tym, w jakich szczegółach mylą się współcześni jej konsumenci, a jednocześnie ubolewa, jak łatwo jest ich oszukać na międzyplanetarnych bazarach. Drodzy klienci! mówi nieraz, Pamiętajcie, że jeżeli ktoś oferuje wam małe kulki w strączkach, jest to fasola tylko pod warunkiem, że nie jest czarna i nie fruwa! Jeśli natomiast fruwa, to nie zatrzymujmy jej podczas odlotu z powrotem na Terawiksę, skąd najprawdopodobniej pochodzi. Albo też Nie kupujmy warzyw, posiadających rączki. Wyjątkiem może okazać się marchewka, której korzeń czasem przypomina odnóża, jednak prawdziwa marchew z pewnością nie zaproponuje Państwu gry w warcaby. Nie sposób tego zapomnieć i nie sposób się więcej pomylić, czym z pewnością pani Sabocka nie raz uchroniła swoich czytelników co najmniej przed zmarnowaniem pieniędzy. Sporo zyska też ta część społeczeństwa, która przez swoją niewiedzę ograniczała się do jedzenia nowoczesnego, gubiąc się w stereotypach i plotkach o piekących grudkach miodzie i arbuzach ze skórką jak kamień.
Zdumiewające jest dla mnie, jak wiele uwagi można poświęcić jednemu produktowi - jak pieczarki, lody, ogórki kiszone, chmiel - i to, że to ani na moment nie nudzi. Jak wiele można powiedzieć zaskakujących rzeczy i ciekawostek - nie tylko o wyglądzie, smaku czy konsystencji, ale także o tym, jak wielkie miewały one role w historii swoich rodzimych krajów i jak wielka wiąże się z nimi tradycja. Tym samym autorka okazuje swój szacunek do nich i do historii, między wierszami podsuwając nam myśl, że nie wszystko da się osiągnąć drogą przemysłową, że razem z naszą leniwą nieświadomością tego, co jemy, straciliśmy coś jeszcze. Odkąd życie stało się łatwe, szybkie i nieskomplikowane, a wytwarzanie pomarańczy przestało się czymkolwiek różnić od produkcji sera czy udek kurczęcych, jedzenie straciło swój urok, znaczenie, indywidualność. Na nowo nadając mu wartość i szacunek do niego, możemy odzyskać to, czym było ono kiedyś i to, czym kiedyś była Ziemia.
Nieprawdopodobne, że tak wiele można przekazać w poradnikach na temat tego, co jeść. Humor, wiedza, wdzięk. Uważam, że jest tu wszystko, co potrzeba do przyjemności z czytania, a może i chwili zastanowienia, jak to wygląda dzisiaj.
Rozwój kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi przyniósł nam, poza niekończącymi się możliwościami wymiany wiedzą, technologią i wzajemną pomocą, także negatywne skutki. Kilka wieków obcowania z niezwykle zaawansowaną inżynierią genetyczną i technologią wytwarzania syntetycznej żywności sprawiło, że coraz mniejsza liczba Ziemian orientowała się, które produkty pochodzą z ich rodzimej planety. Z pomocą przyszła im Żamina Sabocka, która w swoich programach telewizyjnych, serwisach internetowych i publikacjach, tłumaczy ludziom na całym świecie mniej lub bardziej fundamentalne różnice między tym, co jest rdzennie ziemskie, a tym, co jedynie chce do takiego pretendować. Lata spędzone na studiowaniu archiwów medialnych w postaci setek tysięcy woluminów oraz blogów kulinarnych sprzed epoki wypraw do innych światów, umożliwiły jej z powodzeniem dzielić się wiedzą na temat historii, kraju pochodzenia i struktury molekularnej jarzyn, nabiałów i pieczywa. Seria To właśnie jem jest jednym z wielu przykładów jej wszechstronności, dokładności, profesjonalizmu i oddania, z jakimi poświęca się temu skomplikowanemu i niedocenianemu dotąd tematowi. To właśnie tutaj mieszkańcy Układu Słonecznego XXXVI-wieku mogą się dowiedzieć nie tylko jak odróżnić salwahiańskiego pomidora od naszego własnego, kiedy prawdziwe mięso nie nadaje się już do jedzenia oraz po co naturalnym wiśniom pestki, skoro się ich nie je, ale też poznać klasyczne przepisy na sernik, ciekawostki na temat bezautomatycznych upraw rolniczych, zasady savoir-vivre, a nawet Pana Tadeusza opowiadające o pradawnych sposobach parzenia kawy i zapomniane już pieśni o rydzach.
Prace pani Sabockiej od samego początku zdobyły sobie rzesze fanów. Nie tylko wśród tych, którzy nie potrafią bez jej pomocy określić, jaki kolor powinna mieć sałata, ale też u pasjonatów barwnego stylu, pomysłowości i poczucia humoru, na które, zdawałoby się, nie ma w takim poradniku miejsca. Zaskakujące porównania, anegdoty, zapadające w pamięć przykłady i zabawnie przedstawione wstawki historyczne i naukowe sprawiają, że opisy te nie są suchymi wykładami i przyjemnie czyta się je zarówno tym, którzy o ziemskim jedzeniu wiedzą wszystko, jak i tym, którzy nigdy nawet o Ziemi nie słyszeli. Autorka, mimo że sama nie miała okazji żyć w naszych czasach, zdaje się być rozbawiona tym, w jakich szczegółach mylą się współcześni jej konsumenci, a jednocześnie ubolewa, jak łatwo jest ich oszukać na międzyplanetarnych bazarach. Drodzy klienci! mówi nieraz, Pamiętajcie, że jeżeli ktoś oferuje wam małe kulki w strączkach, jest to fasola tylko pod warunkiem, że nie jest czarna i nie fruwa! Jeśli natomiast fruwa, to nie zatrzymujmy jej podczas odlotu z powrotem na Terawiksę, skąd najprawdopodobniej pochodzi. Albo też Nie kupujmy warzyw, posiadających rączki. Wyjątkiem może okazać się marchewka, której korzeń czasem przypomina odnóża, jednak prawdziwa marchew z pewnością nie zaproponuje Państwu gry w warcaby. Nie sposób tego zapomnieć i nie sposób się więcej pomylić, czym z pewnością pani Sabocka nie raz uchroniła swoich czytelników co najmniej przed zmarnowaniem pieniędzy. Sporo zyska też ta część społeczeństwa, która przez swoją niewiedzę ograniczała się do jedzenia nowoczesnego, gubiąc się w stereotypach i plotkach o piekących grudkach miodzie i arbuzach ze skórką jak kamień.
Zdumiewające jest dla mnie, jak wiele uwagi można poświęcić jednemu produktowi - jak pieczarki, lody, ogórki kiszone, chmiel - i to, że to ani na moment nie nudzi. Jak wiele można powiedzieć zaskakujących rzeczy i ciekawostek - nie tylko o wyglądzie, smaku czy konsystencji, ale także o tym, jak wielkie miewały one role w historii swoich rodzimych krajów i jak wielka wiąże się z nimi tradycja. Tym samym autorka okazuje swój szacunek do nich i do historii, między wierszami podsuwając nam myśl, że nie wszystko da się osiągnąć drogą przemysłową, że razem z naszą leniwą nieświadomością tego, co jemy, straciliśmy coś jeszcze. Odkąd życie stało się łatwe, szybkie i nieskomplikowane, a wytwarzanie pomarańczy przestało się czymkolwiek różnić od produkcji sera czy udek kurczęcych, jedzenie straciło swój urok, znaczenie, indywidualność. Na nowo nadając mu wartość i szacunek do niego, możemy odzyskać to, czym było ono kiedyś i to, czym kiedyś była Ziemia.
Nieprawdopodobne, że tak wiele można przekazać w poradnikach na temat tego, co jeść. Humor, wiedza, wdzięk. Uważam, że jest tu wszystko, co potrzeba do przyjemności z czytania, a może i chwili zastanowienia, jak to wygląda dzisiaj.
poniedziałek, 26 maja 2014
14. „Z kamerą wśród dinozaurów*” (Lonk Obrids Zjas)
Nasz Regnen Waf, którego życiorys opisuje książka, był jednym z najsłynniejszych przyrodników mgławicowego zespołu układów planetarnych, zwanego Manita. Jego liczne podróże wykraczające daleko poza rodzimą Maannę, a obejmujące w szczególności nieodwiedzaną dotąd przez nikogo Sfizę, Ilarę 6 oraz niebezpieczną Hampfannę, przybliżyły bilionom mieszkańców mgławicowych planet bujny i nieopisywany dotąd świat flory i fauny sąsiednich planet.
Pomimo wydania licznych dzieł przyrodniczych - zarówno naukowych, jak i przewodników - największą popularność zdobył sobie kilkudziesięciotomową serią Z kamerą wśród dinozaurów. Stanowi ona niepowtarzalny przełom w jego karierze, umożliwiony przez nabycie na Mariaxi urządzenia do przemieszczania się w czasie. Odtąd stały przed nim otworem nie tylko nieznane dotąd planety, ale także ich niekończąca się przeszłość, którą nie omieszkał, tak jak zawsze, wiernie relacjonować swoim czytelnikom. Każdy tom, poświęcony jednej planecie, był niejako uzupełnieniem i rozwinięciem interaktywnego programu, w którym widzowie-uczestnicy mogli na własnej skórze poczuć grozę i majestat wielkich stworzeń; dotknąć łuskowatej skóry Szazaura, nakarmić Wlakira i pouciekać przed Krydetanem Gigantozębym. Słynął z zatrudniania sztabów cyber-rzeźbiarzy, których zadaniem było jak najwierniejsze odwzorowanie każdego listka i skrzydełka owada na podstawie jego notatek.
Wkrótce Nasz dostrzegł także inne zjawiska związane z podróżami w czasie. Wykorzystywał ich zalety jak nikt inny, kręcąc liczne filmografy dokumentalne o sobie samym, a później także o powstawaniu tychże dokumentów, w tym wiele długo jeszcze przed swoją pierwszą wizytą, na podstawie harmonogramu. Prowadził niezwykle intensywny i twórczy styl życia, którego zaprzestał dopiero po połowie życia po incydencie na Camedoni, gdzie zobaczył, jak któreś z jego przyszłych jestestw zostaje połknięte przez Totogrila.
Lonk był jednym z jego największych wielbicieli, głównie dlatego zdecydował się na podsumowanie pracy całego życia Nasza. Nie był to jednak jedyny powód - wspaniałe osiągnięcia i wkład do poszerzenia wiedzy biologicznej Wszechświata nie przesłoniły mu tego, jak bardzo zgubny wpływ miały nieodpowiedzialne działania przyrodnika na continuum czasu. Błyskotliwe pomysły i pełne poświęcenia przygody zgrabnie kontrastuje z własnymi obawami oraz surowym wskazaniem skutków, do jakich po latach one doprowadziły lub też mogły doprowadzić. Najprostszym przykładem jest właśnie przypadek, gdy Nasz widzi własną śmierć - której, dzięki tej informacji udało mu się uniknąć. Lonk ubolewa, że historycy prawdopodobnie nigdy nie osiągną zgody w kwestii, czy został zjedzony przez camedoniańskiego potwora czy rozjechany przez kołowóz niedaleko swojego domu**. Lonk bardzo często uczestniczy w tego rodzaju dyskusjach i seminariach. Z jego najważniejszych dzieł warto wymienić chociażby Dyfrakcja czasu i Moralność paradoksu dziadka, w których podkreśla swoje radykalne stanowisko w kwestii zamknięcia czasu (co równałoby się niemal całkowitemu zakazowi podróży w nim). Mimo tego jakże zdecydowanego i bezkompromisowego podejścia, z którego nie rezygnuje w Z kamerą wśród dinozaurów, ani na chwilę nie mamy wątpliwości co do szczerego szacunku i sympatii, jakim darzy swojego idola, ani tego, jak wielkie możliwości widzi w nauce nie ograniczonej żadną konkretną „teraźniejszością”.
Niesamowita historia, pełna wiedzy i mądrych obserwacji. Warta poznania zarówno z powodu głównego bohatera, jak i perspektywy opowiadającego o nim wielbiciela.
_______________
*Przy czym w tym przypadku jako dinozaury rozumiemy wszystkie stworzenia organiczne, które dominowały przed pojawieniem się wodzącej cywilizacji danej planety, a dodatkowo posiadały rozmiary i zęby, które byłyby w stanie bez trudu rozłupać siedzibę mieszkalną przedstawiciela tej cywilizacji.
**Lonk, podobnie jak większość fanów, osobiście przychyla się do tej efektowniejszej wersji wydarzeń. W wywiadach nie kryje jednak, że coraz liczniejsze tłumy gapiów na zdjęciach przedstawiających rzeczone zdarzenie napawają go coraz większym sceptycyzmem.
Pomimo wydania licznych dzieł przyrodniczych - zarówno naukowych, jak i przewodników - największą popularność zdobył sobie kilkudziesięciotomową serią Z kamerą wśród dinozaurów. Stanowi ona niepowtarzalny przełom w jego karierze, umożliwiony przez nabycie na Mariaxi urządzenia do przemieszczania się w czasie. Odtąd stały przed nim otworem nie tylko nieznane dotąd planety, ale także ich niekończąca się przeszłość, którą nie omieszkał, tak jak zawsze, wiernie relacjonować swoim czytelnikom. Każdy tom, poświęcony jednej planecie, był niejako uzupełnieniem i rozwinięciem interaktywnego programu, w którym widzowie-uczestnicy mogli na własnej skórze poczuć grozę i majestat wielkich stworzeń; dotknąć łuskowatej skóry Szazaura, nakarmić Wlakira i pouciekać przed Krydetanem Gigantozębym. Słynął z zatrudniania sztabów cyber-rzeźbiarzy, których zadaniem było jak najwierniejsze odwzorowanie każdego listka i skrzydełka owada na podstawie jego notatek.
Wkrótce Nasz dostrzegł także inne zjawiska związane z podróżami w czasie. Wykorzystywał ich zalety jak nikt inny, kręcąc liczne filmografy dokumentalne o sobie samym, a później także o powstawaniu tychże dokumentów, w tym wiele długo jeszcze przed swoją pierwszą wizytą, na podstawie harmonogramu. Prowadził niezwykle intensywny i twórczy styl życia, którego zaprzestał dopiero po połowie życia po incydencie na Camedoni, gdzie zobaczył, jak któreś z jego przyszłych jestestw zostaje połknięte przez Totogrila.
Lonk był jednym z jego największych wielbicieli, głównie dlatego zdecydował się na podsumowanie pracy całego życia Nasza. Nie był to jednak jedyny powód - wspaniałe osiągnięcia i wkład do poszerzenia wiedzy biologicznej Wszechświata nie przesłoniły mu tego, jak bardzo zgubny wpływ miały nieodpowiedzialne działania przyrodnika na continuum czasu. Błyskotliwe pomysły i pełne poświęcenia przygody zgrabnie kontrastuje z własnymi obawami oraz surowym wskazaniem skutków, do jakich po latach one doprowadziły lub też mogły doprowadzić. Najprostszym przykładem jest właśnie przypadek, gdy Nasz widzi własną śmierć - której, dzięki tej informacji udało mu się uniknąć. Lonk ubolewa, że historycy prawdopodobnie nigdy nie osiągną zgody w kwestii, czy został zjedzony przez camedoniańskiego potwora czy rozjechany przez kołowóz niedaleko swojego domu**. Lonk bardzo często uczestniczy w tego rodzaju dyskusjach i seminariach. Z jego najważniejszych dzieł warto wymienić chociażby Dyfrakcja czasu i Moralność paradoksu dziadka, w których podkreśla swoje radykalne stanowisko w kwestii zamknięcia czasu (co równałoby się niemal całkowitemu zakazowi podróży w nim). Mimo tego jakże zdecydowanego i bezkompromisowego podejścia, z którego nie rezygnuje w Z kamerą wśród dinozaurów, ani na chwilę nie mamy wątpliwości co do szczerego szacunku i sympatii, jakim darzy swojego idola, ani tego, jak wielkie możliwości widzi w nauce nie ograniczonej żadną konkretną „teraźniejszością”.
Niesamowita historia, pełna wiedzy i mądrych obserwacji. Warta poznania zarówno z powodu głównego bohatera, jak i perspektywy opowiadającego o nim wielbiciela.
_______________
*Przy czym w tym przypadku jako dinozaury rozumiemy wszystkie stworzenia organiczne, które dominowały przed pojawieniem się wodzącej cywilizacji danej planety, a dodatkowo posiadały rozmiary i zęby, które byłyby w stanie bez trudu rozłupać siedzibę mieszkalną przedstawiciela tej cywilizacji.
**Lonk, podobnie jak większość fanów, osobiście przychyla się do tej efektowniejszej wersji wydarzeń. W wywiadach nie kryje jednak, że coraz liczniejsze tłumy gapiów na zdjęciach przedstawiających rzeczone zdarzenie napawają go coraz większym sceptycyzmem.
poniedziałek, 12 maja 2014
12. „Pleśń i trociny*” (Iekwar Losumk Worra)
W roku 12704 Po Pierwszej Wielkiej Bitwie miała miejsce Kolejna Wielka Bitwa nieporównywalna z Drugą Wielką Bitwą ani nawet Czwartą i Piątą Wielką Bitwą i sławiona aż do Następnej Wielkiej Bitwy i następującej po niej O Wiele Późniejszej Wielkiej Bitwy. Wtedy to na płomiennych polach Wwnero spotkały się dwie gigantyczne armie walczące o honor, dwie armie walczące o nową przestrzeń do życia i jeszcze trzy walczące o niepodległość. Rozgorzały boje i wojenne pieśni, a na horyzoncie pojawił się Urallaos - nikt nie wiedział, kim jest, skąd pochodzi i co tam w ogóle robi, ale od pierwszej chwili wszyscy wiedzieli i wiedzą po dziś dzień, że to właśnie on był tym, który niesie im zwycięstwo lub porażkę.
Druga część powieści poświęcona jest postaci Haotrisa. Wychowany w niewiedzy o swoich dziedzictwie, pośród skromnych hodowców orzechów północnych i recytatorów poezji kowalskiej, dopiero w dorosłości wyruszył na spotkanie ze sławiennym i niepokonanym Urallaosem. Odtąd jego losy nie są znane. Krążą podania o tym, jak Haotris spotkał się z Urallaosem na skraju wulkanu i tam rozegrał z nim najniebezpieczniejszą i najbardziej skomplikowaną partię warcabów, o jakiej słyszał Wszechświat. Spotyka się też pieśni mówiące o tym, jak zboczył z drogi w poszukiwaniu dręczącego całe kraje potwora, o tym, jak zginął w drodze oddając życie w obronie pięknej niewiasty, o jego duchu, który odszedł w zaświaty, by wrócić za milion lat wraz z najpotężniejszym orężem, z pomocą którego będzie mu dane pokonać Urallaosa czy też o tym, jak zabłądził w przepastnym i nawiedzonym polu kukurydzy i poświęcił się pasji konstruowania sztućców z papieru. Ostatni rozdział rozprawia się z najmniej wiarygodnymi i wartościowymi wersjami, analizuje i wyklucza różne możliwości, wyróżnia najbardziej cenioną z nich, a na koniec tłumaczy, na czym polega wyższość sztućców papierowych nad glinianymi i cukrowymi.
Rasa planety Waskodonty uczyniła znaczne postępy, odkąd najbystrzejsze z należących do niej plemion tysiące lat temu pojęły, że rzucanie przejrzałymi bananami nie jest dobrym sposobem na odparcie wroga. Od tego czasu banany poczęto przeznaczać do dużo ciekawszych i trafniejszych celów, a epopeje narodowe stały się najważniejszą i najliczniejszą literaturą w ich bibliotekach. Ponadczasową sławą okryły się dzieła takie jak Słoma i pestki, Liście i kamienie, Zupa i pomarańcze oraz setki innych tytułów ze spójnikiem i w środku, które są właśnie poświęcone epopejom (podobnie zresztą jak z zależnością pomiędzy długością nazwiska autora oraz ilością występujących w nim samogłosek). Tytuły te podkreślają znaczenie rzeczy zwyczajnych i niepozornych, które dodają sensu i barw naszej codzienności, wyznaczają cel naszemu życiu i budują naszą tożsamość. Dziesiątki waskodontańskich uczonych nie mają wątpliwości, że któraś z nich musiała mieć wpływ na pojawienie się Urallaosa właśnie w tamtym, jakże decydującym momencie słynnej bitwy, że gdyby nie opatrzność mógłby wkroczyć do akcji pięć minut wcześniej albo później. Nie da się nie wspomnieć tu o setkach pomników wzniesionych na cześć grabi, szczoteczek do zębów i wieszaków na odzież, bez udziału których z całą pewnością historia nie wydarzyłaby się w takim kształcie, jakim ją znamy.
Podobnej zgodności nie ma natomiast w kwestii odniesień do tytułowej pleśni i trocin, aczkolwiek wielcy interpretatorzy twierdzą, że one istnieją. Najczęściej cytowanym tłumaczeniem tajemnicy jest praca największego specjalisty w dziedzinie ksiąg i kartonu, Anikodiusa Whadośhisa, który twierdzi, że trociny symbolizują przeszłość bohaterów tak samo, jak są przeszłością dla tworzyw papierowych, a pleśń - przyszłość, jako że z dużą dozą prawdopodobieństwa taki los czeka konstruowane przez Haotrisa sztućce. Odwróconą kolejność tych symboli w tytule tłumaczy natomiast jeszcze większą epickością i ponadczasowością dzieła, które mówi nam, iż nasze życie, przeznaczenie, cywilizacja oraz cały Wszechświat są w rzeczywistości pozbawione wewnętrznej kolejności, logiki, prawdy i mierzalności. Teoria ta, pomimo licznych sceptyków, odnalazła swoje zastosowanie w prognozach pogody, hodowli dzikich ziemniakostanów (niezależnie od tego pierwszego), przy szacowaniu zachowań polityków (zależnie od pierwszego, drugiego i od rozmiaru słoików, w jakich się ich przechowuje) oraz określaniu właściwej ilości kremu Nutelli, nakładanej na kanapkę (niezależnie od czegokolwiek).
Jeśli jesteś pasjonatem pleśni, trocin albo chociaż kukurydzy i/lub Nutelli, ta epopeja z pewnością cię nie zawiedzie.
_______________
*Obie wymienione tu nazwy, a także wiele innych z tej recenzji, które ściśle kojarzą się z florą, fauną i resztą specyfiki planety Ziemi, są jedynie ich przybliżeniami na podstawie wyglądu lub funkcjonalności, co ma ułatwić Czytelnikowi czytanie, rozumienie i właściwy odbiór dzieła. Autorem międzygalaktycznych uproszczeń zamiennikowych jest Anwol Jeha Ommagha, w ziemskich realiach przekładający swoje nazwisko na Jan Kaszanka.
Druga część powieści poświęcona jest postaci Haotrisa. Wychowany w niewiedzy o swoich dziedzictwie, pośród skromnych hodowców orzechów północnych i recytatorów poezji kowalskiej, dopiero w dorosłości wyruszył na spotkanie ze sławiennym i niepokonanym Urallaosem. Odtąd jego losy nie są znane. Krążą podania o tym, jak Haotris spotkał się z Urallaosem na skraju wulkanu i tam rozegrał z nim najniebezpieczniejszą i najbardziej skomplikowaną partię warcabów, o jakiej słyszał Wszechświat. Spotyka się też pieśni mówiące o tym, jak zboczył z drogi w poszukiwaniu dręczącego całe kraje potwora, o tym, jak zginął w drodze oddając życie w obronie pięknej niewiasty, o jego duchu, który odszedł w zaświaty, by wrócić za milion lat wraz z najpotężniejszym orężem, z pomocą którego będzie mu dane pokonać Urallaosa czy też o tym, jak zabłądził w przepastnym i nawiedzonym polu kukurydzy i poświęcił się pasji konstruowania sztućców z papieru. Ostatni rozdział rozprawia się z najmniej wiarygodnymi i wartościowymi wersjami, analizuje i wyklucza różne możliwości, wyróżnia najbardziej cenioną z nich, a na koniec tłumaczy, na czym polega wyższość sztućców papierowych nad glinianymi i cukrowymi.
Rasa planety Waskodonty uczyniła znaczne postępy, odkąd najbystrzejsze z należących do niej plemion tysiące lat temu pojęły, że rzucanie przejrzałymi bananami nie jest dobrym sposobem na odparcie wroga. Od tego czasu banany poczęto przeznaczać do dużo ciekawszych i trafniejszych celów, a epopeje narodowe stały się najważniejszą i najliczniejszą literaturą w ich bibliotekach. Ponadczasową sławą okryły się dzieła takie jak Słoma i pestki, Liście i kamienie, Zupa i pomarańcze oraz setki innych tytułów ze spójnikiem i w środku, które są właśnie poświęcone epopejom (podobnie zresztą jak z zależnością pomiędzy długością nazwiska autora oraz ilością występujących w nim samogłosek). Tytuły te podkreślają znaczenie rzeczy zwyczajnych i niepozornych, które dodają sensu i barw naszej codzienności, wyznaczają cel naszemu życiu i budują naszą tożsamość. Dziesiątki waskodontańskich uczonych nie mają wątpliwości, że któraś z nich musiała mieć wpływ na pojawienie się Urallaosa właśnie w tamtym, jakże decydującym momencie słynnej bitwy, że gdyby nie opatrzność mógłby wkroczyć do akcji pięć minut wcześniej albo później. Nie da się nie wspomnieć tu o setkach pomników wzniesionych na cześć grabi, szczoteczek do zębów i wieszaków na odzież, bez udziału których z całą pewnością historia nie wydarzyłaby się w takim kształcie, jakim ją znamy.
Podobnej zgodności nie ma natomiast w kwestii odniesień do tytułowej pleśni i trocin, aczkolwiek wielcy interpretatorzy twierdzą, że one istnieją. Najczęściej cytowanym tłumaczeniem tajemnicy jest praca największego specjalisty w dziedzinie ksiąg i kartonu, Anikodiusa Whadośhisa, który twierdzi, że trociny symbolizują przeszłość bohaterów tak samo, jak są przeszłością dla tworzyw papierowych, a pleśń - przyszłość, jako że z dużą dozą prawdopodobieństwa taki los czeka konstruowane przez Haotrisa sztućce. Odwróconą kolejność tych symboli w tytule tłumaczy natomiast jeszcze większą epickością i ponadczasowością dzieła, które mówi nam, iż nasze życie, przeznaczenie, cywilizacja oraz cały Wszechświat są w rzeczywistości pozbawione wewnętrznej kolejności, logiki, prawdy i mierzalności. Teoria ta, pomimo licznych sceptyków, odnalazła swoje zastosowanie w prognozach pogody, hodowli dzikich ziemniakostanów (niezależnie od tego pierwszego), przy szacowaniu zachowań polityków (zależnie od pierwszego, drugiego i od rozmiaru słoików, w jakich się ich przechowuje) oraz określaniu właściwej ilości kremu Nutelli, nakładanej na kanapkę (niezależnie od czegokolwiek).
Jeśli jesteś pasjonatem pleśni, trocin albo chociaż kukurydzy i/lub Nutelli, ta epopeja z pewnością cię nie zawiedzie.
_______________
*Obie wymienione tu nazwy, a także wiele innych z tej recenzji, które ściśle kojarzą się z florą, fauną i resztą specyfiki planety Ziemi, są jedynie ich przybliżeniami na podstawie wyglądu lub funkcjonalności, co ma ułatwić Czytelnikowi czytanie, rozumienie i właściwy odbiór dzieła. Autorem międzygalaktycznych uproszczeń zamiennikowych jest Anwol Jeha Ommagha, w ziemskich realiach przekładający swoje nazwisko na Jan Kaszanka.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
09. „Wszechświat ze szkła” (Dżitta U Nula Ka F)
Miałam już zaplanowaną zwyczajną recenzję na dzisiaj, kiedy nagle sobie przypomniałam, że przecież są teraz święta wielkanocne (przynajmniej w tej części Ziemi, którą ja najczęściej odwiedzam). Pomyślałam sobie więc, że może z tej okazji zabiorę was do świata, gdzie na święta malowało się nie pisanki, a kubki...
Wielki żeglarz Żąn So Ke szykuje się właśnie do kolejnej, organizowanej przez Najważniejszych Geografów, wyprawy badawczej. O tyle wyjątkowej, że miała ona zwieńczyć kilka wieków (tu: dziesięcioleci) analiz najbliższych okolic świata Kroltów. Jak dotąd wszystkie zaobserwowane fakty zgodnie potwierdzają wysuniętą przez starożytnych tezę, że wszystko, co istnieje jest efektem interwencji boga, który w pewnym momencie swojego nieskończonego istnienia połączył ciecz z materią w szklance, robiąc sobie herbatę. Herbacianą formę wszechrzeczy potwierdza między innymi rdzawy kolor oraz stopień wilgotności wody, w której żyją Kroltowie, jej wysoka temperatura oraz to, że posiada ona swój górny kraniec, powierzchnię. Dzisiejsza podróż Żąna miała polegać na opuszczeniu hydrokrainy i odnalezieniu wystających ponad nią doskonale okrągłych, szklanych granic, które mimo wysiłków wielu śmiałków pod wodą giną w hałdach fusów.
Żeglarz jest wiernym vasianizmianinem, podobnie jak Geografowie, nawet nie podejrzewa, jak wielkim wyzwaniem będzie dla niego ta misja. Bo choć nie ominą go niebezpieczne sztormy i wiry powierzchniowe, to jednak o wiele trudniejszy do pokonania i zrozumienia będzie dla niego upór napotkanych tubylców, twierdzących, że żadnych szklanych ścian nigdy nie widzieli.
Wiara w powiązanie zmienności wszechświata, jego powstania, końca oraz celu z tea-time'ami ich bóstwa jest piąta czy szósta w kosmicznym rankingu popularności, co stawia ją niemal na równi z pastafarianizmem. Szczególnie dobrze zakorzeniła się w cywilizacjach niewielkich organizmów lęgnących się w napojach innych stworzeń, gdzie ma rzeczywiście sens nie tylko symboliczny. W przypadku innych istot, u których się przyjęła, często prowadzi do wielu rozczarowań, mimo to zawarta w niej harmonia i konkretność wciąż zdobywają sobie zwolenników. Pasują do niej zarówno mniejsze i regularne zjawiska jak dzień i noc, które tłumaczy się powolnym kręceniem się łyżeczki w szklance, jak i nieprzewidywalne katastrofy, które przypominają wzburzające wodę przechylanie naczynia podczas picia. Wśród Kroltów spopularyzował ją prawdopodobnie Tab Ten Oka VI, istnieją też przesłanki, że również wynalazł herbatę - opowiedział o jej znaczeniu w kulturze pijających ją stworzeń, wykorzystaniu, opisał proces jej przyrządzania na podstawie abstrakcyjnych modeli, gdzie głównym wypełniaczem jest powietrze, a nie woda oraz wyprowadził wiele dotyczących jej twierdzeń przy użyciu cyrkla i linijki.
W istocie były to jednak działania niewychodzące poza obręb filozofii. Dżitta U Nula Ka F zauważył, że każda nacja Kroltów, w zależności od głębokości i podłoża, na jakich zamieszkiwała, miała swoje własne wizje Wszech Szklanki oraz przeliczniki cykli łyżki na częstość przypływów i odpływów. Wymyślił więc postać o imieniu Ropa Hin Lii, który zajął stanowisko Mistrza Najważniejszych Geografów właśnie po to, żeby wprowadzić w życie ideę ujednolicenia wszystkich odłamów i przeprowadzić pierwsze w historii zmierzenie i usystematyzowanie wiedzy o otaczającym ich świecie i Herbacie. Historia i wierzenia Kroltów nie są sprawą prostą i łatwą do zrozumienia, tym bardziej cieszy, że jej ciężaru nie czuje się na kartach książki Dżitty U Nula, czym zresztą zdobyła sobie swoich wiernych fanów. Co prawda niekiedy odnosi się wrażenie, że i sam autor nie do końca pojmował problem praktyczności (lub nie) religii swojej cywilizacji, jednak to nie przeszkadza. Tym, co on chciał nam pokazać były nie problemy egzystencjalne, ale niezwykłość podróży na powierzchnię, której jak dotąd nikt nie zdołał doprowadzić do końca. Każda kolejna strona fascynuje nas nowymi, pełnymi życia, barw i szczegółów relacjami i opisami roślin, ryb i koralowców, jakie mogłyby zamieszkiwać światy pozawodne. Odważnie podchodzi do wizji naziemnych mechanizmów ułatwiających podróżowanie i wpompowywanie wody do lepianek, wyobraża sobie naukę, ekonomię i oczywiście religię nowo odkrytego świata, zagłębiając się weń razem z nami. Wreszcie, bez pośpiechu, podaje jedyną słuszną odpowiedź na narastające wątpliwości Żąna So Ke.
Wspaniała, zachwycająca bajecznością opowieść.
Wielki żeglarz Żąn So Ke szykuje się właśnie do kolejnej, organizowanej przez Najważniejszych Geografów, wyprawy badawczej. O tyle wyjątkowej, że miała ona zwieńczyć kilka wieków (tu: dziesięcioleci) analiz najbliższych okolic świata Kroltów. Jak dotąd wszystkie zaobserwowane fakty zgodnie potwierdzają wysuniętą przez starożytnych tezę, że wszystko, co istnieje jest efektem interwencji boga, który w pewnym momencie swojego nieskończonego istnienia połączył ciecz z materią w szklance, robiąc sobie herbatę. Herbacianą formę wszechrzeczy potwierdza między innymi rdzawy kolor oraz stopień wilgotności wody, w której żyją Kroltowie, jej wysoka temperatura oraz to, że posiada ona swój górny kraniec, powierzchnię. Dzisiejsza podróż Żąna miała polegać na opuszczeniu hydrokrainy i odnalezieniu wystających ponad nią doskonale okrągłych, szklanych granic, które mimo wysiłków wielu śmiałków pod wodą giną w hałdach fusów.
Żeglarz jest wiernym vasianizmianinem, podobnie jak Geografowie, nawet nie podejrzewa, jak wielkim wyzwaniem będzie dla niego ta misja. Bo choć nie ominą go niebezpieczne sztormy i wiry powierzchniowe, to jednak o wiele trudniejszy do pokonania i zrozumienia będzie dla niego upór napotkanych tubylców, twierdzących, że żadnych szklanych ścian nigdy nie widzieli.
Wiara w powiązanie zmienności wszechświata, jego powstania, końca oraz celu z tea-time'ami ich bóstwa jest piąta czy szósta w kosmicznym rankingu popularności, co stawia ją niemal na równi z pastafarianizmem. Szczególnie dobrze zakorzeniła się w cywilizacjach niewielkich organizmów lęgnących się w napojach innych stworzeń, gdzie ma rzeczywiście sens nie tylko symboliczny. W przypadku innych istot, u których się przyjęła, często prowadzi do wielu rozczarowań, mimo to zawarta w niej harmonia i konkretność wciąż zdobywają sobie zwolenników. Pasują do niej zarówno mniejsze i regularne zjawiska jak dzień i noc, które tłumaczy się powolnym kręceniem się łyżeczki w szklance, jak i nieprzewidywalne katastrofy, które przypominają wzburzające wodę przechylanie naczynia podczas picia. Wśród Kroltów spopularyzował ją prawdopodobnie Tab Ten Oka VI, istnieją też przesłanki, że również wynalazł herbatę - opowiedział o jej znaczeniu w kulturze pijających ją stworzeń, wykorzystaniu, opisał proces jej przyrządzania na podstawie abstrakcyjnych modeli, gdzie głównym wypełniaczem jest powietrze, a nie woda oraz wyprowadził wiele dotyczących jej twierdzeń przy użyciu cyrkla i linijki.
W istocie były to jednak działania niewychodzące poza obręb filozofii. Dżitta U Nula Ka F zauważył, że każda nacja Kroltów, w zależności od głębokości i podłoża, na jakich zamieszkiwała, miała swoje własne wizje Wszech Szklanki oraz przeliczniki cykli łyżki na częstość przypływów i odpływów. Wymyślił więc postać o imieniu Ropa Hin Lii, który zajął stanowisko Mistrza Najważniejszych Geografów właśnie po to, żeby wprowadzić w życie ideę ujednolicenia wszystkich odłamów i przeprowadzić pierwsze w historii zmierzenie i usystematyzowanie wiedzy o otaczającym ich świecie i Herbacie. Historia i wierzenia Kroltów nie są sprawą prostą i łatwą do zrozumienia, tym bardziej cieszy, że jej ciężaru nie czuje się na kartach książki Dżitty U Nula, czym zresztą zdobyła sobie swoich wiernych fanów. Co prawda niekiedy odnosi się wrażenie, że i sam autor nie do końca pojmował problem praktyczności (lub nie) religii swojej cywilizacji, jednak to nie przeszkadza. Tym, co on chciał nam pokazać były nie problemy egzystencjalne, ale niezwykłość podróży na powierzchnię, której jak dotąd nikt nie zdołał doprowadzić do końca. Każda kolejna strona fascynuje nas nowymi, pełnymi życia, barw i szczegółów relacjami i opisami roślin, ryb i koralowców, jakie mogłyby zamieszkiwać światy pozawodne. Odważnie podchodzi do wizji naziemnych mechanizmów ułatwiających podróżowanie i wpompowywanie wody do lepianek, wyobraża sobie naukę, ekonomię i oczywiście religię nowo odkrytego świata, zagłębiając się weń razem z nami. Wreszcie, bez pośpiechu, podaje jedyną słuszną odpowiedź na narastające wątpliwości Żąna So Ke.
Wspaniała, zachwycająca bajecznością opowieść.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
07. „Trzymaj mnie za rękę” (Ninoff Dee Plai)
Na planecie Miza 18 ma miejsce straszna katastrofa - jedna z największych elektrowni kwantowych w kolonii Miza Zean eksploduje. Zanim jednak władze będą mogły poświęcić się badaniu przyczyn incydentu, trzeba zająć się natychmiastowym ratowaniem pracowników, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Nie jest to łatwe - uszkodzenie maszynerii manipulującej delikatną makrostrukturą kwantową spowodowało zachwianie stabilności okolicznej rzeczywistości. Nieuchwytny stan właściwy zazwyczaj jedynie dla elektronów przeniósł się na obiekty ponadatomowe - dopóki dwójka ludzi się widzi, wszystko jest w porządku, ale kiedy jeden z nich znika za drzwiami, zaczyna działać zasada nieoznaczoności Heisenberga, zgodnie z którą mamy jedynie prawdopodobieństwo, że on faktycznie tam jest. Jedno zdarzenie sprawiło, że rzeczywistość stała się kombinacją rzeczywistości równoległych do samej siebie, niczego nie można było przewidzieć. W takiej sytuacji bezradne władze mogły zwrócić się tylko do fundacji FIZYKI, która wyznaczyła do zadania swojego najlepszego agenta, VegaMarka. Jedynymi urządzeniami, które mogły mu się przydać, był krótkodystansowy stabilizator rzeczywistości i sonar namierzający poszkodowanych, jednak tak naprawdę wszystko zależało jak zawsze od jego wiedzy, zapierających dech zdolnościach konstrukcyjnych i talencie do improwizacji. Wkrótce po jego teleportowaniu wychodzą na jaw pierwsze wskazówki na temat tego, co spowodowało wybuch, jednak wtedy łączność z VegaMarkem zostaje tajemniczo zerwana...
Mówi się, że VegaMark, niezwykle popularny bohater siedemnastotomowej (i nadal nie zakończonej!) serii o swoich przygodach, potrafiłby zrobić mały wszechświat z dętki rowerowej*, nie dziwi więc że FIZYKI z miejsca postawiła właśnie na niego. Nie będzie żadnym spoilerem dla jego fanów, że i tym razem uda mu się przywrócić wydarzeniom właściwy bieg, jednak i ich zapewne kolejny raz zaskoczą metody, jakimi to osiągnął, choćby wykorzystanie długopisu magnetycznego jako bariery porządkującej czy kawałków plastiku do odwrócenia praw Murphiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, z jakimi VegaMark miał dotąd styczność i nawet pomimo stabilizatora rzeczywistości każda pomyłka może skutkować zapadnięciem się do równoległego wszechświata. Mówi się wręcz, że grozę tej historii da się porównać tylko Punktem w przeszłości, gdy musiał powstrzymać Ramdoka od wymazywania minionych zdarzeń, a przecież jak wiadomo wszystkie historie z największym antagonistą VegaMarka stoją o klasę wyżej od reszty.
Sprawę utrudnia dodatkowo niejaka Perri, którą główny bohater wyciąga z potrzasku wkrótce po zapoznaniu się z otoczeniem. Co ciekawe, utrudnia nie tylko jemu samemu (przede wszystkim ciągle odciągając uwagę ciągłym wpadaniem w kłopoty), ale i autorowi, który z malowniczością mechaniki kwantowego świata radzi sobie lepiej niż sposobem myślenia istot płci nie-męskiej**. Z drugiej strony istnieje szansa, że jej dziecinny, niezbyt sensowny charakter nie był kwestią przypadku. Jej zachowanie nie irytuje, a wręcz przeciwnie - dodaje akcji wesołości i rozładowuje napięcia, którego od pierwszych zdań jest aż nadmiar. Trzeba też dodać, że owa Mizaninka występuje tu nie tylko w roli sympatycznej osóbki, którą Dee Plai w każdym odcinku urozmaica VegaMarkowi życie i wymusza wyjaśnienia, ale też bardzo przydatną, kiedy trzeba będzie uspokajać spanikowanych pracowników elektrowni, z czym oczywiście nieśmiały do przesady VegaMark sam nie dałby sobie rady. Ma też pewien sekret, który daje jej własne, genialne pięć minut w finale i sprawia, że jakoś udaje się nam wybaczyć nawet ciągłe przypominanie o dość drażniącym dla Ziemian fakcie, że agent ma wystarczająco dużo rąk, żeby jednocześnie majsterkować i trzymać ją za rękę, żeby czasem znowu nie zniknęła mu z oczu.
Ninoff Dee Plai nie byłby też sobą, gdyby nie zawarł tu przesłanki na temat ekologii, prośby o odpowiedzialność za to, co się robi. Pomimo że oszczędne, nieinwazyjne biologiczne elektrownie korzystające z różnic prawdopodobieństw wystąpienia elektronów w danych stanach stacjonarnych z każdym rokiem zwiększają swój udział na rynku zasilania, stwarzają zagrożenie nie mniejsze niż kiedyś i awarie podobne do tej ciągle się zdarzają. Nie jest to na szczęście patetyczny moralitet o wyższości tradycyjnych elektrowni jądrowych, pojawia się jednak parę słów, które skłaniają do myślenia i ani na chwilę nie przysłaniają karkołomnych wyczynów VegaMarka.
Polecam każdemu kto woli akcję opartą bardziej na myśleniu niż na bieganiu, zresztą innym też. Ja tego wynalazcę „z niczego” po prostu uwielbiam.
_______________
*Co zdumiewa trochę mniej, kiedy wie się, jak bardzo skomplikowanymi układami międzyplanetarnymi są w obrębie Miza Zean dętki rowerowe, że o samych rowerach nie wspomnę.
**W kolonii Miza Zean jest dokładnie siedem płci. Już dawno zauważono, że Dee Plai potrafi pisać przekonująco tylko o dwóch z nich, przy czym nie o swojej własnej.
Mówi się, że VegaMark, niezwykle popularny bohater siedemnastotomowej (i nadal nie zakończonej!) serii o swoich przygodach, potrafiłby zrobić mały wszechświat z dętki rowerowej*, nie dziwi więc że FIZYKI z miejsca postawiła właśnie na niego. Nie będzie żadnym spoilerem dla jego fanów, że i tym razem uda mu się przywrócić wydarzeniom właściwy bieg, jednak i ich zapewne kolejny raz zaskoczą metody, jakimi to osiągnął, choćby wykorzystanie długopisu magnetycznego jako bariery porządkującej czy kawałków plastiku do odwrócenia praw Murphiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, z jakimi VegaMark miał dotąd styczność i nawet pomimo stabilizatora rzeczywistości każda pomyłka może skutkować zapadnięciem się do równoległego wszechświata. Mówi się wręcz, że grozę tej historii da się porównać tylko Punktem w przeszłości, gdy musiał powstrzymać Ramdoka od wymazywania minionych zdarzeń, a przecież jak wiadomo wszystkie historie z największym antagonistą VegaMarka stoją o klasę wyżej od reszty.
Sprawę utrudnia dodatkowo niejaka Perri, którą główny bohater wyciąga z potrzasku wkrótce po zapoznaniu się z otoczeniem. Co ciekawe, utrudnia nie tylko jemu samemu (przede wszystkim ciągle odciągając uwagę ciągłym wpadaniem w kłopoty), ale i autorowi, który z malowniczością mechaniki kwantowego świata radzi sobie lepiej niż sposobem myślenia istot płci nie-męskiej**. Z drugiej strony istnieje szansa, że jej dziecinny, niezbyt sensowny charakter nie był kwestią przypadku. Jej zachowanie nie irytuje, a wręcz przeciwnie - dodaje akcji wesołości i rozładowuje napięcia, którego od pierwszych zdań jest aż nadmiar. Trzeba też dodać, że owa Mizaninka występuje tu nie tylko w roli sympatycznej osóbki, którą Dee Plai w każdym odcinku urozmaica VegaMarkowi życie i wymusza wyjaśnienia, ale też bardzo przydatną, kiedy trzeba będzie uspokajać spanikowanych pracowników elektrowni, z czym oczywiście nieśmiały do przesady VegaMark sam nie dałby sobie rady. Ma też pewien sekret, który daje jej własne, genialne pięć minut w finale i sprawia, że jakoś udaje się nam wybaczyć nawet ciągłe przypominanie o dość drażniącym dla Ziemian fakcie, że agent ma wystarczająco dużo rąk, żeby jednocześnie majsterkować i trzymać ją za rękę, żeby czasem znowu nie zniknęła mu z oczu.
Ninoff Dee Plai nie byłby też sobą, gdyby nie zawarł tu przesłanki na temat ekologii, prośby o odpowiedzialność za to, co się robi. Pomimo że oszczędne, nieinwazyjne biologiczne elektrownie korzystające z różnic prawdopodobieństw wystąpienia elektronów w danych stanach stacjonarnych z każdym rokiem zwiększają swój udział na rynku zasilania, stwarzają zagrożenie nie mniejsze niż kiedyś i awarie podobne do tej ciągle się zdarzają. Nie jest to na szczęście patetyczny moralitet o wyższości tradycyjnych elektrowni jądrowych, pojawia się jednak parę słów, które skłaniają do myślenia i ani na chwilę nie przysłaniają karkołomnych wyczynów VegaMarka.
Polecam każdemu kto woli akcję opartą bardziej na myśleniu niż na bieganiu, zresztą innym też. Ja tego wynalazcę „z niczego” po prostu uwielbiam.
_______________
*Co zdumiewa trochę mniej, kiedy wie się, jak bardzo skomplikowanymi układami międzyplanetarnymi są w obrębie Miza Zean dętki rowerowe, że o samych rowerach nie wspomnę.
**W kolonii Miza Zean jest dokładnie siedem płci. Już dawno zauważono, że Dee Plai potrafi pisać przekonująco tylko o dwóch z nich, przy czym nie o swojej własnej.
poniedziałek, 17 marca 2014
04. „Największe przekręty matematyczne LII wieku” (Ale Arru)
Na książkę składa się lista kilkunastu najbardziej przewrotnych i zdumiewających napadów rabunkowych, przeprowadzonych na planecie Fawikone z wykorzystaniem słabości lokalnego systemu matematycznego. Policja nie raz była świadkiem (równie bezradnym jak bankowcy czy zwykli obserwatorzy), jak z powodu pominięcia pozornie nieznaczącej cechy twierdzenia czy jego nadmiernej elastyczności (przeważnie Pitagorasa) z instytucji finansowych znikały całe miliony. Znany profesor algebry, analizy oraz trygonometrii kryminalnej, Ale Arru wybiera spośród setek przypadków kradzieży na przestrzeni wieku* dwanaście mistrzowskich operacji, które przeszły do historii przestępczego światka, wzbudzając podziw i szacunek nie tylko wśród przyszłych naśladowców, ale i stróżów prawa. Przybliża je nam zarówno od strony wydarzeń, jak i liczb, uzupełniając wyczerpującymi wyjaśnieniami i dowodząc poruszane tam tezy.
Nie jest łatwo wypowiedzieć się o dwunastu genialnych zbrodniach, z których każda była genialna pod innym względem, wykorzystująca inny fakt logiczny. Tym, co je łączy, jest droga, jaka musiała zostać pokonana od czasów banalnego fałszowania wzoru na obliczenie trajektorii lotu rakiety przewożącej ładunek czy niedokręcających się do końca sejfów przez zmniejszenie wartości liczby Π. Dziś testy spójności systemu matematycznego opracowywane przez instytucje są o wiele bardziej subtelne, skupiają się na najdrobniejszych relacjach między wartościami, które się na niego składają, ich funkcji, znaczeniu i zakresie. Banki i przedsiębiorstwa zaufania publicznego muszą mieć pewność, że zakupiony przez nich patent na indywidualną przestrzeń matematyczną nie jest w żadnym miejscu sprzeczny sam ze sobą i nie pozwala sobą manipulować niepowołanym osobom trzecim, tak więc każda informacja o nowym ataku skutkuje natychmiastowymi aktualizacjami i unowocześnieniami sprawdzającymi, mającymi uprzedzić przestępców. Tym bardziej spektakularne są triki, które potrafią paroma niezauważalnie wprowadzonymi z zewnątrz właściwościami lub schematami wypaczyć cały system dla własnych korzyści. Podobnie zdumiewa talent Ale, który błyskotliwe kombinacje potrafi nie tylko zrozumieć, ale i opowiedzieć o nich tak, że i my je rozumiemy, z niewielkim tylko wysiłkiem dotrzymując kroku największym kryminalnym umysłom fawikońskim.
Jeśli chodzi o historie, które mnie samej zapadły w pamięć, to niewątpliwie będzie to plan Frazufarksa i jego stała x (która w rzeczywistości oczywiście nie była stałą), który w pojedynkę posłużył już za materiał do kilku książek i wystaw holograficznych. Myślę, że nie zabiorę wiele przyjemności z czytania, jeśli zdradzę dość popularny fakt, że owa wartość służyła do wykrzywienia układu współrzędnych do formy trójwymiarowej w zależny od potrzeby sposób, zmieniając diametralnie relacje między punktami na niej, przez co nikt poza jej autorem nie miał wpływu na to, do czyjego konta zostaną przypisane wpłacane właśnie pieniądze. Na uwagę zasługuje też wyczyn grupy Didaktana Donny, która w celu oszukania najnowocześniejszych testów sprawdzających opracowała odpowiednik naszych liczb zespolonych. Choć niewykrywalne w przestrzeni liczb rzeczywistych, w praktyce dały mu nieograniczony dostęp do największej na świecie hodowli ametystów i, przy okazji sławę prekursora nowej gałęzi arytmetyki (choć już po aresztowaniu). Kiedy dochodzimy do planów, które z sukcesem doprowadzają do nadpisania wartości liczbowych, przez co 2+2 już wcale nie było równe 4, dociera do nas, jak niewiarygodną i niebezpieczną władzę może dać wiedza matematyczna i że dla niej nic nie jest niemożliwe.
Zapierające dech w piersiach i nie pozwalające oderwać się do ostatniego słowa. Trzeba tylko pilnować się, żeby się nie pogubić, po czyjej jesteśmy stronie.
_______________
*Tutaj wiek liczy dokładnie 320 obrotów Fawikone wokół słońca, czyli w przeliczeniu: 130 lat ziemskich.
Nie jest łatwo wypowiedzieć się o dwunastu genialnych zbrodniach, z których każda była genialna pod innym względem, wykorzystująca inny fakt logiczny. Tym, co je łączy, jest droga, jaka musiała zostać pokonana od czasów banalnego fałszowania wzoru na obliczenie trajektorii lotu rakiety przewożącej ładunek czy niedokręcających się do końca sejfów przez zmniejszenie wartości liczby Π. Dziś testy spójności systemu matematycznego opracowywane przez instytucje są o wiele bardziej subtelne, skupiają się na najdrobniejszych relacjach między wartościami, które się na niego składają, ich funkcji, znaczeniu i zakresie. Banki i przedsiębiorstwa zaufania publicznego muszą mieć pewność, że zakupiony przez nich patent na indywidualną przestrzeń matematyczną nie jest w żadnym miejscu sprzeczny sam ze sobą i nie pozwala sobą manipulować niepowołanym osobom trzecim, tak więc każda informacja o nowym ataku skutkuje natychmiastowymi aktualizacjami i unowocześnieniami sprawdzającymi, mającymi uprzedzić przestępców. Tym bardziej spektakularne są triki, które potrafią paroma niezauważalnie wprowadzonymi z zewnątrz właściwościami lub schematami wypaczyć cały system dla własnych korzyści. Podobnie zdumiewa talent Ale, który błyskotliwe kombinacje potrafi nie tylko zrozumieć, ale i opowiedzieć o nich tak, że i my je rozumiemy, z niewielkim tylko wysiłkiem dotrzymując kroku największym kryminalnym umysłom fawikońskim.
Jeśli chodzi o historie, które mnie samej zapadły w pamięć, to niewątpliwie będzie to plan Frazufarksa i jego stała x (która w rzeczywistości oczywiście nie była stałą), który w pojedynkę posłużył już za materiał do kilku książek i wystaw holograficznych. Myślę, że nie zabiorę wiele przyjemności z czytania, jeśli zdradzę dość popularny fakt, że owa wartość służyła do wykrzywienia układu współrzędnych do formy trójwymiarowej w zależny od potrzeby sposób, zmieniając diametralnie relacje między punktami na niej, przez co nikt poza jej autorem nie miał wpływu na to, do czyjego konta zostaną przypisane wpłacane właśnie pieniądze. Na uwagę zasługuje też wyczyn grupy Didaktana Donny, która w celu oszukania najnowocześniejszych testów sprawdzających opracowała odpowiednik naszych liczb zespolonych. Choć niewykrywalne w przestrzeni liczb rzeczywistych, w praktyce dały mu nieograniczony dostęp do największej na świecie hodowli ametystów i, przy okazji sławę prekursora nowej gałęzi arytmetyki (choć już po aresztowaniu). Kiedy dochodzimy do planów, które z sukcesem doprowadzają do nadpisania wartości liczbowych, przez co 2+2 już wcale nie było równe 4, dociera do nas, jak niewiarygodną i niebezpieczną władzę może dać wiedza matematyczna i że dla niej nic nie jest niemożliwe.
Zapierające dech w piersiach i nie pozwalające oderwać się do ostatniego słowa. Trzeba tylko pilnować się, żeby się nie pogubić, po czyjej jesteśmy stronie.
_______________
*Tutaj wiek liczy dokładnie 320 obrotów Fawikone wokół słońca, czyli w przeliczeniu: 130 lat ziemskich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)