Małe obwieszczenie: miło mi ogłosić, że właśnie dobrnęliśmy do dziesiątej recenzji! Dziękuję wszystkim Czytającym w imieniu całego Międzyplanetarnego Przeglądu Literackiego i z radością zapraszam do czytania. Tym razem polityka w zamętach pokręconych linii czasu...
W objętej niedawno opieką Wielkiej Zgody państwie Farftacsja dzieje się coś dziwnego. Po wyzwoleniu jej spod rządów absolutnych wnuka założyciela, sprzecznych z jej pierwotnym rozproszeniem i brakiem władzy wyższej niż lokalne rady starszych, Wielka Zgoda zadecydowała o wprowadzeniu demokracji. Studia nad genezą państwa i analizy najbardziej cenionych politologów planety Mandegret wykazały, że będzie to idealny sposób na powrót do korzeni – nie obniżający efektywności rozwoju gospodarczego kraju, ale dający każdej jednostce liczący się głos w wyborze rządu, który będzie go kształtować. Tak jak przewidywano, nowe zarządzenie wywołało liczne protesty wśród mniej ambitnych i niewystarczająco wyedukowanych Farftacyjczyków, wkrótce miały one jednak ustąpić, a idące za demokracją zmiany konstytucji – zostać ufnie przyjęte. Nietrudno się zatem domyślić, że kiedy wyciszenie nastrojów rzeczywiście nadeszło, obawy, że nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, nie zostały uznane jako coś wartego uwagi. Świadczy o tym mianowicie symulacja stworzona przez pewnego niżej postawionego politologa, jednego z najbardziej zorientowanego w historii i kulturze Sema Irftaźe, który z dumą spostrzega, że negatywne reakcje urwały się jak ucięte nożem. Widząc brak zainteresowania Wielkiej Zgody, kontynuuje obserwacje na własną rękę. Z niepokojem odkrywa, że nie tylko nie może odnaleźć milczących sceptyków, którzy zdaniem jego przełożonych zmienili zdanie, ale też, z czasem bardziej optymistycznie nastawionych mieszkańców. Ludzie po prostu znikali – z dnia na dzień, wkrótce po wyrażeniu pierwszego, większego rozczarowania nowym typem ustroju. Wkrótce także media zaczęły zastanawiać się nad upadającymi fabrykami i porzucanymi w połowie budowami, odpowiedzi jednak nie było. Także dla samej Wielkiej Zgody, która była jednak bardziej zaabsorbowana poparciem dla opracowanej przez siebie polityki, które naturalną koleją rzeczy rosło proporcjonalnie do ilości zaginionych osób. Jedynie Sam widział, że niewzruszeni pozostali jedynie sami mieszkańcy, jakby wiedzieli coś więcej niż wszyscy nad nimi. Zaskakiwały go nawet własna pamięć, według której czasy Króla wydawały mu się z każdym wspomnieniem piękniejszymi czasami, zdumiewał się nachodzącą go coraz częściej pojawiającą się chęcią porzucenia opiekującej się jego światem mądrej Wielkiej Zgody. Dopiero, kiedy zagłębia się w tajemnicę jeszcze bardziej, odkrywa popularyzujące się właśnie systemy podróży w czasie, co pozwala mu powiązać zjawisko właśnie z nimi i dostrzec zmierzającą do katastrofy czasowspomnieniową reakcję łańcuchową...
Ustrój polityczny w Farftacsji nie był skomplikowany, mimo to można było mówić o nim bez końca. Państwo powstało jako monarchia króla Wahsarikta, podczas jego podbojów, gdy zajął, rozbudował i rozwinął wiele nowych, prawie niezaludnionych wcześniej terenów. Wielkiej Zgodzie, grupie krajów starszych powstałych dziesiątki pokoleń wcześniej, trudno było pojąć, że władca choć nie zapytał nikogo o zdanie, realizował swoje plany tyleż stanowczo, co powoli, cierpliwie i z poszanowaniem tego, co zastał, w zamian wzbogacając kulturę nowomianowanych państw w wiedzę i zdobycze techniki. Nie wszyscy mieszkańcy byli zadowoleni z obcych osadników, wprowadzających typowe dla bardziej cywilizowanego świata narzędzia, pojazdy, profesje i instytucje, mieli oni jednak czas odnaleźć się w nowym świecie, który wraz z kolejnymi następcami bardzo łagodnie zmieniał to, co ich otaczało. Władająca światem Wielka Zgoda, nie pojmująca rządów jednej osoby inaczej niż jako tyranii, nie była w stanie docenić i zrozumieć tego, jak wiele dały Farftacyjczykom czasy Króla. Tym samym nie mogła zrozumieć przyczyny tego, co zaczęło się dziać, dostrzec i zatrzymać biegu wydarzeń.
Nie jest to oczywiste (nawet podczas czytania), ale to nie polityka czy nawet poszukiwania Sema Irftaźe, ale właśnie ten bieg wydarzeń gra tu główną rolę. Trudne do powiązania ze sobą przemiany coraz większych szczegółów rzeczywistości, odkrycia dokonywane we własnej pamięci, sprzeczności przeskoków z minuty na minutę – to jest to, za pomocą czego Elghan Rut Siibiars lubi bawić się światem literackim najbardziej. I czym skłania nas do podziwiania go – przerażający z naszej perspektywy, a nie łatwy do zauważenia od wewnątrz, rozpad teraźniejszości zdumiewa i każe nam czekać, co stanie się dalej. Nie jest tu ważne, jak skończą się poszukiwania Sama – po prostu idziemy krok w krok za nim i staramy się nie pogubić, rozróżniać to, co dzieje się nadal, od tego, co już nie istnieje i co już nie jest ważne, oddzielić jedną sprzeczność od drugiej. Niezmienny zachwyt wywołuje to, z jaką łatwością Elghan bawi się myślą i pamięcią Czytelnika, jak niewiarygodne następstwa mają u niego niepozorne wydarzenia, jak duże znaczenie mają u niego najmniejsze drobiazgi, które z każdą kolejną stroną konsekwentnie składają się na jedyne możliwe rozwiązanie.
Jak mało kiedy zarówno fani mocnego sci-fi, jak i politycznych rozważań znajdą tu coś dla siebie.