Spokojne życie Mikona del Ele, wypełnione dotąd pracą oraz troską o żony i potomków, zmienia się gwałtownie z powodu pewnej popołudniowej transmisji wiadomości kręconej na żywo w okolicy jego jaskini. Mianowicie dostrzega w ich tle wypadek motokołowy i poszkodowanego strącanego z urwiska. Wypadek o tyle dziwny, że całkowicie niezauważony przez relacjonujących inne wydarzenia dziennikarzy i kilkunastu gapiów oraz totalnie zignorowany przez samego sprawcę. Kiedy jednak zdenerwowany Mikon w ciągu minuty lub dwóch dobiega na miejsce, nie ma tam już najmniejszego śladu ani po rannym, ani po ekipie telewizyjnej. Nic nie zauważyli także przechodzący tamtędy akurat spacerowicze, oczywiście za wyjątkiem tych, którzy dopiero co odeszli od telewizorów i nie mieli wątpliwości, że autorzy programu najwyraźniej zdążyli już się spakować...
Wspomnienie nieznajomej postaci nie daje głównemu bohaterowi spokoju. Swoje początkowe dążenia do znalezienia poszkodowanego lub też kierowcy szybko jednak zamienia na podejrzliwość wobec redaktorów telewizyjnych, których nigdy dotąd nie udało mu się spotkać, nawet gdy ich transmisje, wywiady czy zdjęcia dotyczyły jego najbliższego sąsiedztwa. Obserwacje i pytania Mikona przenoszą się z okolicznych relacji na seriale telewizyjne, ogólnonarodowe imprezy sportowe i relacje z siedziby prezydenta. Zastanawia się, co właściwie widzi na wydrukach i słyszy w rozgłośniach dźwiękowych. Dopiero wyjątkowy zbieg okoliczności sprawia, że zostaje uznany za jednego z pracowników telewizyjnych i wprowadzony w świat, o którego istnieniu nawet nie miał pojęcia, ponadto dowiadując się tam o nieistnieniu mnóstwa rzeczy, o których pojęcie miał.
Można myśleć, że jest to kryminał, jednak wątek tajemniczego wypadku szybko się wyjaśnia i na długo urywa, a uwaga powieści przekierowuje się zupełnie w inną stronę. Wraz z Mikonem del Ele trafiamy do miejsca, które umożliwia mu obserwację pozornie dobrze sobie znanej prostej i jasnej rzeczywistości planety Ksaksji z całkiem innej perspektywy - z perspektywy mediów, które nie manipulują faktami i prawdą, ale powołują je do istnienia, projektują najkorzystniejsze i najbardziej chwytliwe wydarzenia, kreują nazwiska. Mikon już przy pierwszej lepszej okazji dowiaduje się, że nie miał miejsca żaden wypadek, ale też nie było wizyty dziennikarzy w jego mieście, ani też motokołowcy, dziennikarzy i gapiów, którzy zostali stworzeni specjalnie dla tej audycji. A to dopiero początek. Z czasem, gdy Mikon przypomina sobie o zagadce wypadku na nagraniu i postanawia odnaleźć grafika, który (celowo?) zaprogramował jego treść, trafia na schemat budowy kandydata na idealnego prezydenta...
Co ciekawe, jednym z najciekawszych i najbardziej wciągających elementów historii jest, tuż obok zakręconej fabuły, sam Mikon. Pomimo narastającej ciekawości, a wraz z nią i szoku, raz po raz wytrącającego go z równowagi, bardzo zgrabnie idzie mu udawanie naiwnego scenarzysty-nowicjusza (zapewne dlatego, że na co dzień zajmuje się wydobywaniem węgla, co w jego stronach wymaga nie lada sprytu). W ten sposób zagłębia się coraz bardziej w sens tego, co uważał dotąd za prawdę. Zabawne jest, jak i o co zagaduje mijanych pracowników, jak wykorzystuje przeciwko nim ich własną gadatliwość, co stanowi dobry kontrast do niekiedy przerażającej powagi sytuacji, o której słyszy. Szczególne wrażenie robi jego popisowa obojętność, gdy zostaje wciągnięty w cyniczną naradę na temat następnego odcinka popularnego reality show i projektów nowych kłótni pomiędzy parą jego idoli. Potrafi on jednak nie tylko ukrywać się i robić uniki - prawda o zbliżających się wyborach sprawia, że pojawia się w nim poczucie obowiązku i odwaga. Do tego po wielu godzinach wędrowania po siedzibie mediów w jego plany wtrąca się tęsknota za rodziną.
Trudno powiedzieć, co w tej książce bardziej zdumiewa - fantazja niewidzialnych władców Ksaksji, pomysłowość Mikona (który niekiedy okazuje się niegorszym manipulatorem niż jego wrogowie) czy może ignorancja i bezkrytyczny sposób myślenia większości Ksaksjan (fragment, gdy cała rodzina, zamiast wyjrzeć przez okno, ogląda w telewizji pochód, odbywający się rzekomo na sąsiadującej z ich jaskinią ulicy, niezapomniany). Nie mówiąc już o samych pomysłach tych pierwszych, które raz są śmieszne, innym razem bezczelne, ale w osłupienie wprawiają niezmiennie. Szkoda jedynie, że melodii piosenek, które jako jedyne musiały naprawdę zostać przez kogoś napisane i wyłamywały się z tego systemu, nie udało się zapisać "na tekście" tak jak w oryginale. Ale, podążając za myślą autora, być może wcale nie trudno byłoby nam sobie samym wmówić, że ta melodia jest.